Zwycięstwo postulatu JOW i ordynacji większościowej, który wypromował w czasie tej kampanii niestrudzony Paweł Kukiz i jego znakomity sztab uruchomiło lawinę krytyki. Od „Newsweeka” po „Gazetę Wyborczą” komentatorzy i zwykli dziennikarze, trudno powiedzieć czym motywowani, postanowili załgać jasny i prosty przekaz. Jednak czy to w mediach drukowanych, czy internetowych stawiane zarzuty jedynie bulwersują, ukazując kolejny raz poziom debaty publicznej w Polsce. Wszystkie są tak zwanymi odgrzewanymi kotletami, które regularnie od początku 2000 roku stanowiły element „informacji” na temat jednomandatowych okręgów wyborczych, kiedy w końcu dziennikarze musieli coś napisać. Dopóki tematu ordynacji nie podjął dziennik „Rzeczpospolita”, a następnie ówczesny „Wprost”, których artykuły stały się głosem sumienia partii opowiadającej się rzekomo za JOW.

Jednym z zarzutów powtarzanych najczęściej jest rzekome niebezpieczeństwo zabetonowania sceny politycznej po wprowadzeniu jednomandatowych okręgów i ordynacji na wzór systemu brytyjskiego. I jak na ironię próbuje się poprzeć ten argument sytuacją w Wielkiej Brytanii, tak jakby ordynacja wyborcza większościowa miała na chwilę przestać działać i pozwolić dojść mniejszościom do władzy. Tak się nigdy nie stanie – mimo iż od „Economist” po „Guardian” przez kilkanaście tygodni wbijano czytelnikom do głowy taką ewentualność. Nie stanie się z tego samego powodu jak to, że żadna partia w Polsce nie zdobędzie większości mandatów w Sejmie. To jest nie tylko niemożliwa sytuacja, ale mimo obłudnych stwierdzeń polityków, które świadczą o czymś innym, także i niechciana. Politycy, od lewa do prawa, chcą rządów koalicji, by nie musieć ponosić odpowiedzialności za swoje decyzje. I to jest ten skrywany, wstydliwy sekret przed wyborcami.

Jeśli jednak mowa o zabetonowaniu, to rzut oka na listę posłów nie może pozostawić wątpliwości, iż drzwi do Sejmu nie są szeroko otwarte i że ta droga awansu dla Polaków została zamknięta, „do prawdy” właśnie zabetonowana przez liderów partyjnych.

Wprowadzenie JOW i ordynacji większościowej spowoduje ogromne zmiany w Polsce – takie, które są oczekiwane przez wyborców, a niepożądane przez liderów partii politycznych i ich biura polityczne. Trzeba sobie bowiem uświadomić raz na zawsze, że żadne modelowanie, prognozy i sondaże nie ukażą skali i głębokości zmian, do jakich dojdzie na scenie politycznej w Polsce po wprowadzeniu jednomandatowych okręgów z ordynacją większościową. Dlaczego? Sondażownie ani politolodzy nie siedzą w głowach wyborców i – żadne symulacje im nie pomogą. Wybory w końcu staną się nieprzewidywalne – będą otwartym konkursem, który stanie się sądem wyborców nad politykami. I tego właśnie boją się liderzy polityczni z nadania swoich kolegów w latach 80. – z tego czy tamtego mieszkania, piwnicy czy budki na ogródku działkowym.

Reprezentują mentalność lat walki z komunizmem lub o komunizm. Brakuje im niezbędnej mobilności, czego dowodem jest choćby fakt zasiedzenia się w ławach sejmowych przez kilka kadencji. A ich moralność, hierarchia wartości i celów, zupełnie nie uwzględnia faktu postępującej digitalizacji wszystkich dziedzin życia i zastępowania człowieka maszynami i aplikacjami. Ich świat pozostał na czarno-białej fotografii w pięknych archiwalnych albumach, w dymie petard lub w kurzu defilad przed trybunami. Oni nie są w stanie zrozumieć współczesnego świata – czego dają dowód od ponad 25 lat zajmując się wszystkim tylko np. nie skuteczną reformą systemu podatkowego, służby zdrowia czy pękającego w szwach systemu ubezpieczeń społecznych. Z Polski emigrują tysiące utalentowanych Polaków – na zawsze. Obecna klasa polityczna ich nie zatrzyma. Nie ma mowy. I dlatego powinna jak najszybciej ustąpić miejsce tym, którzy będą potrafili stworzyć zdolnym i kompetentnym Polakom warunki do życia w obliczu takich przemian. Drogą do ich wyłonienia, czy raczej zachęty, by wzięli odpowiedzialność na cztery lata za kraj, jest uczciwy, oparty o proste, zrozumiałe dla wszystkich zasady, konkurs o mandat posła. A takie warunki właśnie spełnia ordynacja większościowa z jednomandatowymi okręgami wyborczymi, która uruchomiłaby oczekiwane przez wyborców zmiany.

Choć nie można tych zmian modelować i określić ich szczegółów, to jednak jest możliwe przedstawienie ich w zarysie w oparciu o doświadczenie demokracji zachodnich – zwłaszcza Włoch, kiedy cała ich dorosła populacja opowiedziała się za wprowadzeniem JOW w 75 proc. – bo na tyle łaskawie zgodzili się tamtejsi bonzowie polityczni.

Przed wyborami w JOW partie polityczne będą zmuszone zrezygnować z szyldów. Tajemnicą poliszynela jest powszechna niechęć Polaków do istniejących partii, a nawet awersja do samego słowa „partia”. Jak pokazują wybory samorządowe, gdy Polakom pozwolono na wybór bezpośredni partie poniosły sromotną klęskę w małych okręgach. Zatem najpewniej poseł z powiatu (taki mniej więcej byłby jeden z 460 okręgów wyborczych) byłby posłem niezależnym, który nie chciałby być utożsamiony z żadną obecną formacją.

Każdy kandydat stanąłby do konkursu, w którym jurorem byliby na prawdę wyborcy. Należy sądzić, że tak zwany zawodowy polityk miałby małe szanse w starciu z kandydatem, który już coś osiągnął w życiu – na przykład z muzykiem, lekarzem, wynalazcą czy społecznikiem. Jednak najważniejsze, by wyborcy mogli wybrać tych, którym zaufają, by dzielili pieniądze podatnika. To nie muszą wcale być eksperci. Ekspertów i uczonych poseł może sobie wynająć w charakterze doradców – i tak na przykład jest w Kongresie USA.

Wybór do Sejmu byłby wielkim osiągnięciem, a mandat rzeczywistym znakiem wzięcia odpowiedzialności za słowo dane wyborcom.

Tak wybrany poseł z realnym poparciem społecznym (a nie jak dziś ze względu na faworyzację przez biuro polityczne swojej partii) miałby zupełnie innego rodzaju mandat. Czułby siłę swoich wyborców w Sejmie.

W konsekwencji takiego wyboru nikt nie miałby super władzy analogicznej do tej, którą dzierżą szefowie partii politycznych (począwszy od wskazywania palcem, kto będzie na jakim miejscu listy, po przydział pieniędzy na kampanię).

Wreszcie realne problemy Polski zaczęłyby być dostrzegane przez władzę – nowo wybranych posłów. I to nie jest banalny argument, w chwili gdy decentralizacja władzy wciąż jest na etapie początkowym.

Taka lokalna kampania wyborcza pozwoliłaby na wypracowanie nowej hierarchii celów społecznych. I ta hierarchia stałaby się fundamentem strategii rozwoju kraju. Nie kształtowałaby się ona w pokoju profesorskim czy innym laboratorium, a na regularnych spotkaniach z wyborcami, tak jak to się dzieje np. w Wielkiej Brytanii, Kanadzie czy Australii.

Czy powstałyby nowe partie w Sejmie? Może. Jednak, co warto zauważyć, w wyborach większościowych większość formuje się przed wyborami – i wyborcy głosują nie na kota w worku, jak w Polsce, a na realny gabinet ministrów i premiera. Inaczej mówiąc wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych byłoby nowym początkiem dla Polski. Takim, którego nie było ani w 1989, ani w 1991 roku. Nie było nigdy.

Artykuł ukazał się najpierw na portalu „Ofensywa Wolności” 13.05.2015

Dyskusja - 1 komentarz
  1. marian

    09. Cze 2015,  godz. 11:49

    Czy jednomandatowe okręgi będą nowym początkiem dla Polski? wątpię. Polska ma ponad 1000 lat. Czy jow-y to rewolucja ? myślę że tak i jak każda rewolucja pożre najpierw własne dzieci.
    Czego oczekuję od nadchodzących zmian? przede wszystkim przyzwoitości i spełniania prawdziwych nadziei na lepsze jutro, które obiecuje Kukiz.
    Lepsze jutro swego czasu obiecywał Wałęsa i skończył z 5% poparciem i samouwielbieniem.
    Nie chcę nikomu odbierać entuzjazmu ale przestrzegam przed zawodową zadziornością. Życie uczy szacunku i weryfikuje nadmierną pewność siebie. Ostatecznie nie jest ważne z kim wygrywamy tylko z kim przyjdzie nam zachować twarz.

    Odpowiedz

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.