Przyjąłem pełnomocnictwo hipotetycznego Komitetu Wyborczego Jana Kowalskiego, który zapragnął stanąć w wyborach do Sejmu w 20 mandatowym okręgu w Warszawie. W jaki sposób zostałem pełnomocnikiem, pozostanie słodką tajemnicą komitetu, podobnie jak mało kto wie skąd się wzięli inni pełnomocnicy np. w PO czy PiS. Są i już. Prawo nie wymaga w tym względzie żadnych publicznych i demokratycznych procedur.

 


Moja władza w zakresie decydowania o liście wyborczej jest absolutna. To ja jednoosobowo po złożeniu zawiadomienia PKW (Państwowej Komisji Wyborczej) o przyjęciu pełnomocnictwa wraz ze złożeniem listy 15 członków Komitetu Wyborczego Jana Kowalskiego oraz 1000 podpisów obywateli zostałem de facto bogiem wyborczym. 30 sierpnia o godz. 24.00, minął termin złożenia przeze mnie listy wyborczej. Mogłem, jeśli tylko miałbym takie widzimisie, w ostatniej minucie wykreślić naszego Jana Kowalskiego i wpisać kogokolwiek innego. Taki przypadek zdarzył się swego czasu w Gdańsku, co pokazywała nawet telewizja. To jest dopiero władza. Zero demokracji, pełna dyktatura, a wszystko zgodnie z prawem w demokratycznym kraju.

 

Bez mojego pośrednictwa Jan Kowalski do wyborów stanąć nie mógł. Mało tego, Kowalski nie może stanąć w Polsce sam do żadnych wyborów, nawet na wójta, czy radnego najmniejszej gminy. Mamy oryginalną demokrację, niby bierne prawo wyborcze (prawo kandydowania) przysługuje każdemu, ale tak naprawdę jest scedowane na pośrednika, w tym przypadku na mnie, pełnomocnika Komitetu Jana Kowalskiego.

 

Pozostawiłem na naszej liście Jana Kowalskiego, gdyż jak oceniła szara eminencja, która zdecydowała, że zostałem pełnomocnikiem, ten kandydat gwarantuje, iż będąc już posłem, karnie podporządkuje się decyzjom szefa. Będzie dobrym żołnierzem naszego komitetu. Formalnie, tylko ja, pełnomocnik mogłem zgłosić lub wykreślić Jana Kowalskiego z listy, ale tak naprawdę decydował o tym szef, nasza szara eminencja. On bardziej ufa mnie niż sobie samemu.

 

Do Jana Kowalskiego dopisaliśmy jeszcze 19 nazwisk, oraz zebraliśmy pod tą listą 6000 podpisów, na wypadek, gdyby okazało się, że PKW nie uzna wszystkich.  Ustawa, Kodeks wyborczy (poprzednio nazywany ordynacją wyborczą) żąda 5000 podpisów. No cóż, nie ja stanowiłem to prawo.

 

Teraz nikt nie może już usunąć Kowalskiego z kandydowania do Sejmu. Zaczyna się prawdziwa demokracja. Wszystko zależy od wyborców. I pomyśleć, że wybory, które rozpoczęły się w dniu ogłoszenia przez Prezydenta RP i określone w konstytucji (art. 96 p 2) przymiotnikiem bezpośrednie, są tak naprawdę dwustopniowe i tylko w połowie demokratyczne. Pierwszy stopień, do 30 sierpnia (40 dni przed wyborami) to etap daleki od demokracji, wręcz dyktatorski, kiedy to pośrednik decyduje kto może wystartować i stopień drugi, demokratyczny, zakończony głosowaniem na wcześniej już wybranych przez różne komitety, a to partyjne a to obywatelskie.

 

Jeżeli Jan Kowalski jako poseł będzie posłuszny szefowi, to pozwoli on na jego reelekcję, jeśli nie, to niech sobie jedzie np. do Wielkiej Brytanii, gdzie po zebraniu 10 podpisów i wpłaceniu 500 funtów kaucji, zwracanej po uzyskaniu 5 procent poparcia, każdy obywatel, może stanąć i sprawdzić się w wyborach. W Polsce tylko wskazani przez komitety.

 

 

Mariusz Wis – prezes Fundacji im. J. Madisona Centrum Rozwoju Demokracji

 

PS – naszą szarą eminencją jest redaktor naczelny, który może ten tekst  wydrukować lub nie.

 

* Artykuł opublikowała warszawska gazeta "Południe"



Skomentuj