Już w październiku 2010 r. pisałem, że można by postawić dwie koncepcje dla zrozumienia teatru politycznego, w jakim gra Janusz Palikot.


Pierwsza: Palikot jest prawdziwym demokratą, pragnie zmieniać Polskę na lepszą. PO mu to uniemożliwia, gdyż jest partią fałszywą, stąd jego hasło stop obłudzie. Na dowód przypomina, że PO nie realizuje swoich celów politycznych, jak choćby jednomandatowe okręgi wyborcze. Musi więc założyć własną partię, aby zasłużyć u potomnych na pomnik.


Druga: Palikot realizuje poufne porozumienie z Tuskiem pod hasłem: Podzielić się, aby wygrać, i jest, jakby to powiedział swego czasu tow. Wiesław cynicznym graczem politycznym.


Otóż w naszym, partyjnym systemie wyborczym, gdy jedną partię podzieli się na dwie, to w efekcie te dwie partie razem uzyskają więcej mandatów niż jedna duża. Ta metoda od lat jest stosowana przez graczy politycznych tam, gdzie występuje proporcjonalna (czytaj: partyjna) ordynacja wyborcza. W Polsce do tej pory wykorzystywano ją w wyborach do samorządów, gdzie zamiast zakładać jeden komitet wyborczy, zakładano dwa. Razem osiągały one większość w radzie. System wyborczy: głosowania na partie i przeliczania głosów na mandaty, a nie wybierania bezpośrednio człowieka, pozwala na takie triki. Niestety mało kto o tym wie, gdyż zawodowi politolodzy zamiast zajmować się istotą demokracji, badać i opisywać zjawiska społeczne, wolą komentować polityczne emocje.


Dzisiaj nasuwają się kolejne spostrzeżenia potwierdzające koncepcję drugą. Gdy z sondaży wynika spadek popularności PO, Palikot frontalnie ją atakuje, aby przejąć wyborców niezadowolonych z jej rządów i niezdecydowanych, a także urwać trochę lewicy. Do tego służą hasła antykościelne, wsparcie dla homoseksualistów, czy nawoływanie do legalizacji narkotyków miękkich. Dziś się już mówi, że bez Palikota nie będzie można rządzić. Koncepcja Podzielić się, aby wygrać prawdopodobnie zatriumfuje. Gracze polityczni wygrają. Wygrają, bo cynicznie wykorzystują system wyborczy, który wręcz zachęca do manipulowania społeczeństwem.


Natomiast w systemie wyborczym jednomandatowym, a taki właśnie obowiązuję do Senatu, logicznym jest dokonanie przed wyborami porozumień, aby nie zabierać sobie wzajemnie głosów wyborców. Bo gdzie dwóch się bije tam trzeci wygrywa. Jest tylko jedno ugrupowanie wyborcze, które nie wystawiło nikogo do Senatu. To partia Palikota. Pytanie: z kim nie chciała ta partia konkurować, aby wzajemnie nie odbierać sobie głosów, pozostawiam czytelnikom.


Tak więc, aby odnieść sukces wyborczy w systemie głosowania na partie (u nas do Sejmu), należy się podzielić i później tworzyć koalicje. W systemie jednomandatowym (obecnie u nas do Senatu) należy się przed wyborami łączyć. Dlatego tam, gdzie jest taki system wyborczy, w jego wyniku tworzą się systemy dwupartyjne (patrz USA czy Wielka Brytania). Nie ma w tym nic złego, a wręcz przeciwnie kraje te od lat postrzegane są jako wzorcowe demokracje. U nas niestety powszechne jest wciskanie nieuświadomionemu ludowi ciemnoty, że to on tak wybiera i dlatego politycy są nie tacy jak trzeba. I to jest prawdziwa obrzydliwość polskiej polityki.


*Mariusz Wis – ekspert systemów wyborczych Fundacji im. J. Madisona


 

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.