Wzrost notowań Janusza Korwin-Mikkego pokazuje, że coraz więcej osób dostrzega niewydolność obecnego systemu politycznego. Prawdziwym papierkiem lakmusowym będzie jednak frekwencja.

Od wyniku KNP ważniejsze będzie to, ilu Polaków w najbliższą niedzielę pofatyguje się do urn. To najbardziej wymierny sposób miary dla prawdziwej legitymizacji władzy w społeczeństwie demokratycznym. Na dziś szacuje się, że zagłosuje tylko co piąty obywatel. A może być jeszcze gorzej, niektórzy prognozują, że będzie to tylko kilkanaście procent. Jednak nawet gdyby było 30 proc. to i tak będzie to poziom, który np. przy referendum ogólnokrajowym oznacza, że jest ono niewiążące. Te wybory będą jednak ważne bez względu na nią, klasa polityczna takimi szczegółami nie raczy sobie zaprzątać głowy. No, może gdyby od frekwencji zależało wynagrodzenie danego parlamentarzysty – wtedy moglibyśmy się spodziewać ze strony eurodeputowanych głębszej refleksji.

Zawsze w takich sytuacjach zyskują partie antysystemowe. Kiedyś była to Samoobrona, później Janusz Palikot, teraz nadszedł czas na prezesa Nowej Prawicy.

Pomimo tego, że Janusz Korwin-Mikke sam odnosi się bardzo krytycznie do demokracji jako takiej, to od lat jednoznacznie opowiada się za jednomandatowymi okręgami wyborczymi. Co ciekawe wbrew interesowi swojej partii – gdyby w wyborach faktycznie obowiązywała ordynacja większościowa, poparcie na poziomie 6-8 proc. mogłoby nie dać mu żadnego mandatu. Jego partia wciąż uważana jest przez wielu za skrajną, a te zawsze mają w JOW-ach pod górkę. Na ile zatem jest to retoryka wyborcza, a ile w tych deklaracjach chęci realnego zmieniania ordynacji wyborczej zgodnie z postulatem Ruchu na rzecz JOW – niech każdy oceni sam.

Nadchodzące wybory potwierdzają jedno – chcąc kandydować musisz otrzymać glejt od partii. Będąc najlepszym kandydatem z możliwych, mając choćby dowolnie wielkie poparcie w swoim mieście, regionie, na mandat nie masz szans. Czy mamy zatem bierne prawo wyborcze? Tak, ale tylko w formie pustego zapisu w konstytucji. Kto chciałby cokolwiek więcej, musi obejść się ze smakiem. Nie mając struktur i pieniędzy kandydaci niepartyjni odpadają w przedbiegach. Nie mogą w odpowiednim czasie zebrać podpisów, nie mają pieniędzy na billboardy, spoty reklamowe i wiele innych wydatków związanych z kampanią. Bo tę trzeba prowadzić w skali ogólnopolskiej. W JOW-ach okręgi są znacznie mniejsze, dlatego ważniejszy jest sam kandydat, a nie jak dziś partyjna machina.

Proponujemy brytyjski model ordynacji. W przypadku wyborów do Parlamentu Europejskiego unia również wyspiarzom narzuciła reguły ordynacji proporcjonalnej. Pragmatyczni jak zwykle Brytyjczycy przyjęli te zasady, ale ustalili, że aby kandydować nie trzeba zbierać żadnych podpisów.

Wzrost znaczenia partii antysystemowej oraz rażąco niska frekwencja – to recenzja naszego systemu politycznego. Pozostaje pytanie, jak niewielu ludzi musi pójść do urn, aby w końcu zmienić sposób wybierania swoich przedstawicieli. Dziś frekwencja wyborcza musi być niska. Możemy głosować tylko na partie, a znakomita większość Polaków z żadną z nich się nie utożsamia. Właśnie dlatego trudno oczekiwać, że rodacy tłumnie stawią się w lokalach wyborczych. Tam mogą wszak zagłosować tylko na nie. Kandydatów niezależnych, spoza partyjnego rozdania, na listach nie znajdziemy. A głosowanie na mniejsze zło to oferta tylko dla niektórych. Dlatego jak najszybciej ten stan rzeczy trzeba zmienić. Wprowadzić równość w kandydowaniu, sprawić, że rynek polityki będzie prawdziwie wolnym rynkiem. Polityka reglamentowana potrzebą uzyskania partyjnej koncesji i dotacji musi prędzej czy później podzielić los gospodarki zorganizowanej w taki sposób. Czym to się kończy, wiemy dokładnie z historii PRL-u – ustawą zmarłego niedawno śp. Mieczysława Wilczka, który na trzech stronach papieru opisał proste i sprawiedliwe zasady dla rodzącego się w Polsce kapitalizmu. To dało doskonałe rezultaty, Polacy zaczęli wykorzystywać swój potencjał, umiejętności, pracowitość. Pomimo tego, że teoretycznie powinni po latach komuny zupełnie zagubić się w tym stworzonym ad hoc wolnym rynku Ten efekt szczególnej analizie polecam wszystkim tym, którzy wątpią w racjonalność i efekty wprowadzenia wolnego rynku w polityce czyli JOW.

About Artur Heliak

wrocławianin, absolwent Uniwersytetu Wrocławskiego; jeden z liderów akcji zmieleni.pl, Koordynator ds. PR i Mediów Ruchu JOW; trzy lata spędził w Londynie, gdzie z bliska zapoznał się z tematyką polskiej emigracji i funkcjonowaniem państwa opartego o jednomandatowe okręgi wyborcze; publikował m.in. w tygodniku „Uważam Rze” oraz w „Rzeczpospolitej”

Dyskusja - 1 komentarz
  1. klaudia

    21. maja 2014,  godz. 13:24

    Wszystko w porządku i całkowicie się zgadzam z Panem , ale przecież dobrze wiemy że żeby wprowadzić JOWy musiałoby byc przeprowadzone referendum, a żeby było przpeorwadzone referendum to musi je zarządzić Sejm RP (bezwzględną większością głosów w obecności przynajmniej połowy ustawowej liczby posłów) lub Prezydent RP, a powiedzmy sobie szczerze posłon nie zależy na tego typu referendum bo przecież wiadomo że oni straciliby na tym najbardziej (trzebaby się zabrać do pracy a nie pajacować za pieniądze Podatników) wiec niestety koło się zamyka :/

    Odpowiedz

Skomentuj