I. Polityczni emigranci z Polski w centrum zainteresowania SB i Stasi

 

Na powyższy temat nie ma do dzisiejszego dnia żadnych opracowań naukowych. Również niniejszy referat nie jest referatem naukowym sensu stricto, ponieważ  opiera się tylko cześciowo na sytematycznych badaniach. Nawet wstępne opracowanie tego tematu jest jednak historycznie bardzo ważne, ponieważ Berlin Zachodni był dla polskich emigrantów pierwszym etapem w drodze do wolności na Zachodzie, a szczególnie dla solidarnościowej emigracji politycznej po wprowadzeniu stanu wojennego 13 grudnia 1981 roku.


W Berlinie Zachodnim miała też miejsce bliska współpraca między polską Służbą Bezpieczeństwa (jej siedzibą była Polska Misja Wojskowa przy Lassenstrasse 19-21), a enerdowską Stasi, wschodnioniemieccy pracownicy tej wewnętrznej służby bezpieczeństwa mogli swobodnie przechodzić pieszo do Berlina Zachodniego bez jakiejkolwiek kontroli ze strony zachodniej, gdyż Berlin Zachodni miał status Wolnego Miasta z bezwizowym i niekontrolowanym – ze strony zachodnich aliantów i niemieckich władz Berlina Zachodniego – wjazdem dla ludzi z całego świata. Agenci Stasi mogli więc bez ograniczeń i przy całkowitej swobodzie podsłuchiwać Niemców, ale również przebywających tam Polaków, Czechów czy Węgrów, podsłuchiwać, sledzić, szantażować, psychicznie terroryzować, dokonywać tajnych rewizji mieszkań, a nawet uprowadzać.

 

Rok rocznie od końca lat 70. i w następnym dziesięcioleciu do RFN i Berlina Zachodniego przesiedlało się z Polski ponad 100 tys. osób na podstawie niemieckiego pochodzenia, najczęściej ze Śląska i  Mazur. W większości przypadków przesiedlających się, w RFN nazywano ich „Spätaussiedler” (późnoprzesiedleni), chodziło o rodziny mieszane, polsko-niemieckie. Łatwo obliczyć, że do 1980 roku, tj. do powstania „Solidarności” PRL opuściło kilkaset tysięcy obywateli. Całkowite zniesienie „szlabanu” na Zachód nastąpiło dopiero po zarejestrowniu „Solidarności”, która wymusiła na rządzie komunistycznym wydawanie paszportów zagranicznych dla każdego obywatela. Jeśli liczba Polaków w Berlinie Zachodnim do 1980 r. szacowana była na 1500, to już latem 1981 roku miejscowa prasa pisała, że do do miasta przyjechało od 50 do 150 tys. obywateli polskich, z których kilkadziesiąt tysięcy ciągle pozostaje w mieście i często podejmuje nielegalnie pracę „na czarno”.

 

Taka ilość rodaków w kraju tuż za miedzą – w okresie komunistycznym tą szeroką miedzą była NRD – jest i dzisiaj przedmiotem zainteresowania rządu Republiki Polskiej, co należy uznać za normalny objaw, bo przecież każde państwo ma obowiązek troszczyć się o swoich obywateli, także i tych mieszkających poza jej granicami.

 

Komunistyczna PRL „troszczyła się“ jednak o tych obywateli w całkiem inny sposób, niż było i jest to przyjęte w cywilizowanych społeczeństwach zachodniej demokracji. Tak samo jak i NRD PRL wykorzystywało swoich obywateli w celach szpiegowskich, jak też do inwigilacji własnej emigracji politycznej i opiniotwórczych ośrodków medialnych, jak radio Free Europe (Sekcja Polska), paryskiego miesięcznika „Kultura”, wydawnictwa „Editon Spotkania” w Paryżu czy londyńskich niepodległościowych ośrodków kultury polskiej. Nie jest do dzisiaj znana znana liczba tajnych współpracowników polskiej Służby Bezpieczeństwa, bo nawet po trzydziestu latach wiele spraw nie odtajniono.

 

Znacznie łatwiej było to zrobić w Niemczech, gdzie po szturmie opozycji na gmach niemieckiej tajnej Służby Stasi we wschodnim Berlinie i upadku upadku NRD sprawowanie władzy nad aktami przejęli autentyczni opozycjoniści, którzy odtajnili powierzone im akta. Nie było tu dyskusji o tym, czy należy je odtajniać czy nie. W Polsce tak zwana „lustracja“ posuwa się do dzisiaj z trudem do przodu i często nie dotyczy ludzi będących i obecnie blisko władzy lub przy władzy. Również i dlatego, że w szeregach byłych opozycjonistów i duchownych kościoła katolickiego były całe zastępy TW , odtajnienie więc wszystkich akt spowodowałoby rzekomy zamęt i chaos, nawet na szczytach władzy. Wiele dossier co ważniejszych osób zostało po prostu zniszczone.

 

Jeśli chodzi o tajne służny NRD, to jest ewenementem to, że te „troszczyły“ się one nie tylko o własnych obywateli, ale też i o obywateli „bratnich“ krajów, przebywających nawet poza granicymi ich własnego kraju i Paktu Warszawskiego.

 

II. Współpraca „bratnich” agentur Stasi i SB

 

Akta Stasi, która starała się kontrolować wszystkich i wszystko są szczególnie obszerne. Stasi, która zatrudniała 91 tys. pracowników etatowych i miała 173 tys. tajnych współpracowników, nagromadziła 180 km archiwalnych akt, nie tylko obywateli niemieckich, ale również wielu obcokrajowców, z których najwiekszą grupą obserwacyjną byli od 1980 roku Polacy. I nawet do dzisiaj nie przebadano wszystkich teczek, choć Urząd ds Akt zatrudnia ponad 1500 osób.

 

Stasi była uważana za jedną z najlepszych i najskuteczniejszych tajnych służb na świecie. Dzięki możliwości wykorzystania specyficznej konstelacji niemiecko-niemieckiej, położenia terytorialnego i uwarunkowań językowych Stasi otrzymywała obszerne zadania wywiadowcze i kontrwywiadowcze nie tylko od KGB, ale również od polskiej SB, tym bardziej że rozporządzała armią 30 tys. tajnych współpracowników w w RFN i w Berlinie Zachodnim.

 

Można wyjść z założenia, że do czasu eksplozji społecznej w Polsce w latach 1980-81 oprócz zbierania informacji o sytuacji politycznej za Odrą Stasi nie podejmowała żadnych akcji na terytorium PRL czy też w stosunku do Polaków na emigracji w Berlinie Zachodnim. To zmieniło się jednak po podpisaniu w Gdańsku 31. sierpnia 1980 roku umowy społecznej między NSZZ Solidarność i komunistycznym rządem PRL. Od tego czasu Stasi, na polecenie kierownictwa partii komunistycznej SED, zmobilizowała swoje siły, by przy pomocy operacyjnych środków przyczynić się do ochrony Paktu Warszawskiego i wzmocnienia jego najsłabszego ogniwa, jakim była PRL. Również polscy emigranci polityczni w RFN i Berlinie Zachodnim znaleźli się w centrum zainteresowania Stasi, która otoczyła ich „opieką”, często też przy współpracy z SB. Zainteresowanie polskiego wywiadu „emigracyjnymi ośrodkami dywersji” w RFN i w Berlinie Zachodnim było szczególnie silne, co uwidoczniło się we współpracy z „bratnim” wywiadem wywiadem NRD, tj. jego wydziałem Hauptverwaltung Aufklärung (HVA).

 

Z protokołu rozmów, jakie odbyły się w kwietniu 1982 roku w czasię wizyty u Markusa Wolfa, szefa służb specjalnych NRD, w Berlinie z szefem polskiego wywiadu, generałem Fabianem Dmowskim wynika, że oba wywiady miały się wzajemnie uzupełniać, w czym wywiad Stasi miał szczególne znaczenie w rozpracowywaniu Polaków w Berlinie Zachodnim i w RFN.

 

Dmowski powiedzial m.in.: Działania aktywne mają obejmować wszystkie sfery – politykę, gospodarkę, tajne służby; wydział działań aktywnych zostanie rozbudowany o 100%. Najważniejszy cel polega na dezinformowaniu wroga i dezintegrowaniu istniejących w kraju i na Zachodzie ugrupowań Solidarności. Tutaj wsparcie bratnich organów ma szczególne znaczenie. Na opinie publiczną w PRL trzeba wpływać tak, aby ustawiała się przeciwko Solidarności. W tym celu trzeba wykorzystać także kompromitowanie funkcjonariuszy Solidarnośći żyjących na Zachodzie.

 

W 1983 roku jako nowy minister spraw wewnętrznych gen. Czesław Kiszczak prosił szefa Stasi Ericha Milkego o pomoc we wszystkim: (…) co pozwoli z działań podejmowanych przez Solidarność w RFN uzyskać materialy dowodowe przeciwko Solidarnośći w kraju.

 

Oficjalna współpraca Stasi z SB odzwierciedla się w statystykach, które zestawiał ten wywiad dla własnych celów. Przykład: w 1988 roku ze 156 próśb o pomoc operacyjną, otrzymanych od tajnych służb państw komunistycznych, z samej Polski przyszło ponad 60. Podobny obraz pokazuje się w ramach wymiany informacji. Na 276 informacji, przekazanych do Stasi w roku 1988, z samej tylko Polski przyszło ponad 130, tzn. prawie 50%. Również częstotliwość tzw. spotkań roboczych przedstawicieli Stasi z pracownikami polskiego UB była dosyć duża i tylko porównywalna z częstotliwością spotkań z kolegami z KGB, które przecież miało swoje agendy w większych miastach NRD, vide obecny premier Rosyjskiej Federacji W. Putin w Dreźnie.

 

Po zarejestrowaniu „Solidarności“ w Warszawie (10.11.1981 r.) jako prawnie działającego związku zawodowego przestały funkcjonować totalitarne metody dyscyplinowanie opozycji, zastosowano więc zarówno w Polsce, jak i w stosunku do politycznych emigrantów na Zachodzie, w tym w Berlinie Zachodnim i w RFN, broń wojny psychologicznej w postaci osobistego dyskredytowania i rozpuszczania plotek o czołowych działaczach opozycji. Przywódcy Solidarności w kraju i ich politycznie działający entuzjaści w Niemczech i Berlinie Zachodnim byli podsłuchiwani, potajemnie filmowani, taśmy dźwiękowe były manipulowane i bezsensownie sklejane. Zadaniem Stasi było rozpowszechnianie wiadomośći, że za tymi wystąpieniani stoją służby zachodnie. Polska SB dawała zlecenia Stasi nie tylko odnośnie podsłuchu telefonów w RFN/Berlinie Zachodnim, ale równiez fałszowania dokumentów, zastraszania, dyskredytowania z powodu wymyślonych kontaktów ze służbami zachodnimi. Szkalowanie Polaków na Zachodzie było główną domeną Stasi w ścisłej współpracy z SB. Listy członków związków zawodowych  z zagranicy były przechwytywane przez Stasi i fałszowane, podrabiano nawet charakter pisma autorów listów przy pomocy fachowców grafologów. W tak sfałszowanych listach były opisywane przyjemnośći życia na Zachodzie, aby związkowcy w kraju stracili do nich zaufanie. Stasi wykonywała dużo brudnej roboty dla polskich czekistów nie mając żadnych skrupułów moralnych. Dopiero po zamordowaniu księdza Popiełuszki i skazaniu oficerów SB zmieniło się nastawienie wielu oficerów Stasi w stosunku do rozpracowywania obywateli polskich.

 

III. Studium przypadków inwigilacji przez SB i Stasi w Berlinie Zachodnim

 

  1. Edward Klimczak

 

Na przykładzie dossier Klimczaka można pokazać metody pracy Stasi, której pracownicy zasługują na uznanie, byli bowiem skrupulatni, mieli wypracowane metody działania i buchalterii rozpracowywania wrogich „obiektów operacyjnych”.

 

Nakaz operacyjnego rozpracowania osoby Edwarda Klimczaka przez Stasi jest w jego teczce odnotowany po raz pierwszy pod datą 21.4.1982 r. tj. w cztery miesiące po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce i podjęciu przez „operacyjny obiekt” tj. Klimczaka wrogich działań wobec „bratniego” kraju Polski Ludowej, które z punktu widzenia NRD kwalifikują się również jako działania na szkodę tegoż. Osobą Klimczaka Stasi musiała zainteresować się jednak już wcześniej, bowiem do tego momentu ustaliła, że ów jest kierowniczym członkiem wrogiej organizacji w Berlinie Zchodnim i aktywnie pomaga siłom kontrrewolucyjnym w Polsce Ludowej. Podejrzewa się go o to, że swoje podróże wykorzystuje do wrogich negatywnych działań przeciwko Polsce Ludowej.

 

W liście gończym nakazuje się rejestrowanie jego przejazdów przez terytorium NRD na autostradach tranzytowych między Berlinem Zachodnim a RFN oraz dokumentowanie zachowań, ważnych z operacyjnego punktu widzenia. Aby zrozumieć, o co tu chodzi, trzeba zasięgnąć rady specjalisty od zakodowanego języka Stasi. Interesujące jest to, że list gończy podpisany jest przez bardzo wysokich urzędników aparatu, sądząc przynajmniej po ich stopniach służbowych, a więc genarała majora Kratscha (dokładniej szefa kontrwywiadu generała majora dra Güntera Kratscha) i pułkownika Brücknera. Świadczy to więc o randze „operacyjnego obiektu” tj. Klimczaka w enerdowskiej hierarchii wrogów systemu socjalistycznego, a zapewne i środków czy gratyfikacji przydielanych konfidentom na/za jego inwigilację.

 

Przed opisem materiałów zebranych przez Stasi w tym dossier, trzeba zaznaczyć, że jest ono przeczyszczone i z pewnością niepełne. Stasi obserwowało intensywnie Klimczaka od 1982 roku do końca istnienia tego urzędu, tj. do 1989 roku, co wynika z materiałów znalezionych w innych teczkach. Teczka Klimczaka kończy się w zasadzie na 1985 roku, a przecież ciężar i efekty jego „wrogiej” działalności były nieporównywalnie większe w drugiej połowie lat 80. niż w roku 1982 i 83. Teczka została w kopii przekazana poszkodowanemu przez Federalny Urząd do Spraw Akt Służby Bezpeczeństwa NRD w lutym 1992 roku. Rok później poinformowano poszkodowanego o znalezieniu jeszcze tylko kilku mniej istotnych kart. Braku  jakichkolwiek wpisów z lat póżniejszych urzędnicy federalni nie byli w stanie wyjaśnić. Przeczytawszy swoje dossier Klimczak nie był zainteresowany dociekaniem, kto z jego znajomych i współpracowników go szpiclował, oddał nawet swoją teczkę innym członkom zachodnioberlińskiej Solidarności do przejrzenia i otrzymał ją z powrotem kilkanaście lat później. Jest pewien, że coś z tej teczki, która zmieniała czytelników, się zawieruszyło czy wypadło, np. technicznie słabe zdjęcia pomieszczeń redakcji „Poglądu czy jakieś komputerowe tabele KGB i ostatnia krótka notatka Stasi na podstawie raportu KGB z roku 1989 o jego podróży służbowej do Rosji Sowieckiej. Należy więc jeszcze raz podjąć poszukiwania w Urzędzie Federalnym i skopiować brakujące materiały.

 

To, co Stasi zebrała i co pozostało w teczce Klimczaka, zasługuje jednak na uwagę, a lektura wpisów jest dla zainteresowanych arcyciekawa. Jak zwykle w aktach Stasi jest i tu trochę przekłamań podkreślających dokładność, ogromne oddanie i zapał tajnych współpracowników w zbieraniu informacji (czytaj: proszę dać mi wyższe gratyfikacje, bo ustaliłem rzeczy prawie niemożliwe do ustalenia!). Są też i nieścisłości.

 

Raporty nie są numerowane tak, aby można ustalić, że któregoś z nich brakuje. Pierwszy czterostronicowy raport Wydziału Głównego VIII (HA VIII), podwydziału 13 z dnia 19.08.19982 r. zawiera bezbłędne dane osobowe, mieszkaniowe (ilość pomieszczeń, kuchnia, balkon), dane dotyczące miejsca pracy, działalności dydaktycznej i zarobków (wysokie dochody miesięczne + dodatkowe kursy i stąd niemałe pobory dodatkowe). Są również informacje odnośnie miejsca zamieszkania przed 1981 rokiem i nawet wielkości zajmowanego wówczas lokalu. I oczywiście dane dotyczące samochodu i znaków rejestracyjnych. Dalej mówi się o tym, że sąsiedzi zauważyli, iż K. – takim skrótem operuje konfident – już w 1980 roku, a więc na poprzednim miejscu zamieszkania – zaczął nosić w klapie plakietkę Solidarności, lecz przestał ją nosić w maju 1982 roku. Konfident z jawnym niezadowoleniem donosi, że tak duże mieszkanie Klimczak otrzymał na trzyosobową rodzinę (Klimczak plus żona i 2-3-letni syn) dzięki „szwindlowi”, bo podał, że potrzebuje więcej pomieszczeń dla matki czy też teściowej, a taka osoba w tym domu jeszcze się nie pojawiła.

 

Z raportu jasno wynika, że Stasi miała szpicla w domu poszkodowanego, który opisuje to, co chce widzieć, bo przecież nie mógł nie zauważyć matki Klimczaka, która mieszkała u syna od lata 1981 roku do końca lutego 1982 r. 

 

Konfident raportuje o częstych odwiedzinach mieszkania Klimczaka przez obywateli polskich, którzy przyjeżdżają nawet samochodami z polską rejestracją. I tu warto zacytować cały akapit:

 

W pierwszych miesiącach po po wprowadzeniu się do mieszkania przy ul. Forddamm, K. starał się nawiązać kontakty z sąsiadami. Wobec sąsiadów wypowiadał się, że jest wrogiem socjalizmu i całkowicie popiera to, co się dzieje w Polsce dzięki Solidarności. Zakłada też, że związek zawodowy Solidarność zwycieży w swojej walce, i w Polsce powstanie inny system społeczny.

 

Kolejne akapity raportu konfidenta Stasi mówią o tym, że Klimczak przeprowadza prawie co tydzień zebrania grupy Solidarności w swoim mieszkaniu, na które przychodzi 10-12 osób w wieku 25-40 lat, wielu z nich nosi „wałęsowskie wąsy“ i plakietki Solidarności. Przychodzą również zachodnioberlińczycy (czytaj Niemcy) w wieku ok. 40 lat, którzy też niekiedy pojawiają się na owych zebraniach Solidarności. Konfident już dalej fabuluje pisząc, że Klimczak jakoby zna osobiście „przywódcę robotników“ Wałęsę i ubolewa, że K. bez widocznej przyczyny przestał w ogóle rozmawiać z sąsiadami w czerwcu 1981 r., a w ostatnim czasie, tj. na krótko przed napisaniem owego raportu Klimczak nie zareagował na propozycję jednego z sąsiadów  pomocy w jego działalności w zachodnioberlińskiej Solidarności (tu konfident podaje nazwisko, zaczernione przez Urząd Federalny). Dalej pisze, że sąsiad ten pochodzi również z Polski i przesiedlił się w 1964/65 r. z „Górnego Śląska” do Berlina Zachodniego.

 

Jasne jest, że TW zdradza tym samym swoją anonimowość. Łatwo było bowiem ustalić, że był nim sąsiad, który jako jedyny mieszkał vis à vis na tym samym piętrze, co i Klimczak. Być może wymyślając historię o złożeniu propozycji pomocy chciał też powiedzieć swoim chlebodawcom, że więcej informacji mieć nie może, bo Klimczak nie chce z nim rozmawiać. I to pozwoliłoby mu uwolnić się od molestowania przez Stasi.

 

W rzetelnym raporcie TW nie zabrakło niczego: zachowania się syna, spędzania czasu wolnego przez żonę, jej politycznych zapatrywań, opisu całego domu i nawet rzemieślniczych zdolności obserwowanego Klimczaka (umie tapetować, malować, zajmuje się stolarką).

 

Kolejnym raportem bez daty jest sprawozdanie niemieckiego konfidenta podpisującego się nazwiskiem Meinhardt, który na jednej i pół strony donosi o osobistym spotkaniu z Klimczakiem i sporządza psychologiczny profil „objektu operacyjnego” w krótkich i jasnych sformułowaniach. Meinhardt przed spotkaniem z Klimczakiem nie był poinformowany o posiadanych przez Stasi informacjach o Klimczaku, przystąpił więc do rozmowy bez uprzedniej wiedzy o interlokutorze. Pisząc sprawozdanie robi inteligentnie zastrzeżenia co do swoich ustaleń, np.

 

Szacuję, że K. otrzymał wykształcenie jako germanista. Mówi doskonale (perfekt) po niemiecku. Jako tłumacz potrafi treści prowadzonych rozmów bardzo dobrze przekładać na inny język.

 

A w innym miejscu:

 

K. robi wrażenie bardzo inteligentnego człowieka. Cieszy się ogromnym autorytetem ze strony swoich współpracowników. Jego wystąpienia cechuje pewność siebie, gładkość i powaga. Posiada nieprzeciętne zdolności retoryczne i wielką siłę przekonywania. (…) W miejscu pracy dla Solidarności określany jest przez swoich kolegów jako „pracozwierz” (Arbeitstier). (…) W ostatnim wydaniu „Poglądu (17.7.1983) K. publikuje swoje wrażenia ze strajku głodowwego przed Kościołem Pamięci w BZ (Berlinie Zachodnim – przyp. red.) w celu ratowania Sacharowa, w którym sam uczestniczył.

 

Tak więc tu dowiadujemy się, że Meinhardt napisał swoje sprawozdanie latem 1983 roku.

 

W dniu 9 kwietnia 1984 roku Stasi zakłada przeciwko Klimczakowi „sprawę operacyjną” (operativer Vorgang), nadając mu pseudonim „Lektor”, zgodnie z planem większej akcji obserwacji polskich emigrantów politycznych, która została założona w dniu 2 kwietnia 1982 roku, a więc dwa lata wcześniej, pod krytonimem wrogiej sprawy operacyjnej „Exil”, mającej na celu rozpracowanie i kontrolę wrogich planów i zamiarów byłych obywateli PRL, którzy od dłuższego czasu lub od 1981/82 r. przebywają w Berlinie Zachodnim oraz z nimi powiązanych osób z innych państw. Odnośnego dokumentu z dnia 2.04.1982 w teczce Klimczaka znaleźć nie można. Sprawę operacyjną przeciwko Klimczakowi firmuje sam szef Wydziału Głównego II tj. enerdowskiego kontrwywiadu, generał major Kratsch. Tym razem przy jego podpisie podane jest zajmowane stanowisko: Leiter der Hauptabteilung II.

 

Klimczakowi, będącemu pracownikiem naukowym i docentem na Wolnym Uniwersytecie Berlin zarzuca się, że zajmuje centralną pozycję w systemie wywrotowej działalności, skierowanej przeciwko PRL, NRD i innym państwom socjalistycznym. Ta centralna pozycja  „Lektora” znalazła  jawny wyraz w założeniu wrogiej organizacji o nazwie Komitet Obrony Solidarności, której od samego początku przewodzi i którą kieruje.

 

Następnie autor napisanego bardo dobrą niemczyzną raportu przedstawia zebrane informacje o Klimczaku powtarzając, że ów jest z wykształcenia germanistą, doskonale włada językiem niemieckim, wykłada na uniwersytecie, ma wysokie dochody, jest zdecydowanym przeciwnikiem socjalizmu, co znajduje regularnie wyraz w jego działalności dziennikarskiej, żona jest Niemką, z którą ma dwoje dzieci (tu oparto się na przypuszczeniach wykształconego Meinhardta nie dowierzając prostemu konfidentowi, sąsiadowi z przeciwka) itd., itp.

 

Dalej mówi się o tym, że Klimczak był najpierw kierownikiem Sekcji Polskiej niemieckiego Komitetu Pomocy Niezależnym Związkom Zawodowym, potem kierował Komitetem Obrony Solidarności, a w końcu  latem 1983 roku założył Towarzystwo Solidarność, które jako zrzeszenie zarejestrowane otrzymuje od Senatu Berlina Zachodniego pomoc materialną, co umożliwia „Lektorowi” rozszerzenie swoich kontrrewolucyjnych machinacji.

 

Tu generałowie i pułkownicy Stasi blamują się nieznajmością systemu politycznego Berlina Zachodniego i RFN, gdzie zrzeszenia zarejestrowane nie otrzymywały i nie otrzymują żadnych dotacji państwowych. Tylko takie, które zostały uznane za organizacje wyższej użyteczności publicznej, są zwolnione od podatków tak samo jak sumy datków, które ewentualni sponsorzy wpłacają na konto tych organizacji. Berlińskie „Towarzystwo Solidarność” otrzymało ów status wyższego uprzywilejowania, było całkowicie zwolnione od płacenia podatków, miało prawo wystawiać pokwitowania dla sponsorów, którzy swoje datki odpisywali z kolei od sumy podatkowej, uszczuplając tym samym dochody państwa. I to były jedyne niemieckie „subwencje”, jakie Towarzystwo Solidarność otrzymywało przy przyzwoleniu  kasy państwowej.

 

Autor sprawozdania cytuje dalej ustępy statutu Towarzystwa Solidarność odnośnie pomocy organizacjom w innych państwach Bloku Wschodniego, które działają na rzecz zmian demokratycznych w tych państwach. Zaś dalej  autor twierdzi, że jest to przestępstwo i zgodnie z kodeksem karnym NRD Klimczak powinien być pociągnięty do odpowiedzialności karnej. Jego niektóre własne dziennikarskie publikacje też podlegają wg prawa karnego karalności. W raporcie podaje się, że ustalono związki Klimczaka z wrogimi rozgłośniami radiowymi: z Radiem Wolna Europa i z Radio Liberty, tj z rosyjskojęzyczną monachijską rozgłośnią Radio Swoboda i z organizacją Paneuropa. Klimczak korzysta z przesyłanych mu manuskryptów tych rozgłośni. Utrzymuje też operacyjnie ważne kontakty z osobami (tu Urząd Federalny nie wiadomo czemu zaczernił nazwiska dwóch osób, które po latach daje się odczytać, bo farba nieco wyblakła):

 

  1. Andrzej Chilecki. Tu podaje się datę urodzenia (zaczerniona), miejsce zamieszkania (Kolonia) oraz notatkę o tym, że osoba ta jest inwigilowana przez wydział 12 dla Wydziału Głównego (HVA). O C. tj. Andrzeju Chileckim wiadomo, że jest korespondentem amerykańskiej gazety Polish Daily News i utrzymuje kontakty z tajną służbą RFN o nazwie BND (Bundesnachritendienst), zaś obaj „Lektor” i C. ściśle współpracują ze sobą od marca 1982 toku wymieniając informacje, dotyczące wszelkich spraw związanych z Polską.
  2. Christof Hyla (data urodzenia, miejsce zamieszkania – Bonn), inwigilowany przez wydział XII dla Wydziału Głównego II, GA 4 (GA = grupa robocza),  jego sprawie operacyjnej nadano kryptonim „Spinne” (pająk). Hyla przedstawiony jest jako zastępca redaktora naczelnego antysowieckiego pisma swieckich dysydentów „Kontynent” i jako taki jest już operatywnie rozpracowywany. Związki „Lektora” z Hylą dotyczą również wymiany informacji.

 

Historyczne opracowanie założonych przez Stasi teczek liderów emigracji niepodległościowej, takich właśnie jak Andrzej Chilecki z Kolonii, również i Krzysztof Hyła z Bonn lub ojciec Franciszek Blachnicki, inicjator ruchu oazowego „Światło-Życie” prowadzący w latach 80. ub. wieku taką właśnie oazę w Carlsbergu/Nadrenia Palatynat, jest obowiązkowym zadaniem dla zainteresowanych problemem historyków, tym bardziej że nagła śmierć Chileckiego i Blachnickiego nasuwa podejrzenie, że mogły się do niej przyczynić tajne służby. Wiadomo, że ojciec Blachnicki był otoczony szpiclami w postaci małżeństwa Gontarczyków, którzy uciekli do PRL, kiedy w Carlsbergu zaczął im się palić grunt pod nogami.

 

Wróćmy jednak do dossier Klimczaka.  W raporcie mówi się dalej, że wszystkie zebrane informacje o Klimczaku, oficjalnie i nieoficjalnie, dają powód do uzasadnionego podejrzenia, że Klimczak wykonuje działania karalne na podstawie §§ 100 i 106 Kodeksu Karnego w powiązaniu z § 108.

 

Na tym stwierdzeniu na stronie 6 raport się urywa, brakuje, niestety, jeszcze jednej strony, z której można by się dowiedzieć, co Stasi zamierzało przedsięwziąć przeciwko działalności Klimczaka.

 

W dokumencie pt. „Plan operacyjny”, datowanym dniem 13 kwietnia 1984 r. i podpisanym przez pułkownika Brücknera, Stasi przedstawia cele i sposoby inwigilowania Klimczaka, którego oskarża się o popełnianie karalnych działań wg już tu wcześniej wymienionych paragrafów kodeksu karnego NRD. Najważniejszym celem jest wprowadzenia TW do redakcji „Poglądu” w celu bezpośredniego rozpracowania „Lektora”, zdobycie nowych danych, oficjalnie i nieoficjalnie, o współpracy Klimczaka z innymi wrogimi organizacjami w Europie Zachodniej oraz ewaluacja informacji o kanałach do PRL jak również o wrogich organizacjach w samym PRL, działających w podziemiu, przede wszystkim dotyczących używania przez ich członków dróg tranzytowych poprzez NRD. Tu wymienia się szereg sposbów mających prowadzić do osiągnięcia tych celów. Jednym z nich jest dalsze wykorzystanie TW Meinhardta w celu wprowadzenia go do redakcji „Poglądu” jak również bardziej ambitne wykorzystanie innego TW o pseudonimie „Richard” w celu kontroli działań inicjowanych przez „Pogląd (mimo obietnic Urzędu ds Akt nie ustalono nazwiska konfidenta). Każdy z tych celów ma zostać osiągnięty przez wymienionych z nazwiska i odpowiedzialnych za realizację oficerów Stasi w założonym z góry terminie. Wszystkie cele mają być osiągnięte najpóźniej do 30 listopada 1984 r.

 

W dniu 25.04.1984 r. Stasi podejmuje decyzję (Beschluss) o założeniu „sprawy operacyjnej” przeciwko Klimczakowi na podstawie oskarżenia o wywrotową działalność z wyżej wymienionych paragrafów. Dokument ma aż trzy podpisy, wspomnianego już wyżej generała majora Kratscha, pułkownika Brücknera i w tym układzie nowego kapitana Broommego (Bromme).

 

Kolejnym dokumentem z dnia 12.2.1985 r. jest nakaz przedłużenia obserwacji oraz uaktualnienie „listu gończego”.

 

„Raportem dochodzeniowym” z dn. 08.02.1985 r. jest ponowne sprawozdanie konfidenta nr 1, tj. „sąsiada”, złożone w tym samym wydziale Stasi, tym razem do wglądu i oceny wysokiego urzędnika, podpisującego się Gen. Derengowsky. Konfident sąsiad powtarza na 6 stronach A4 prawie wszystko to samo, co napisał trzy lata wcześniej, choć sytuacja się zmieniła i w mieszkaniu Klimczaka nie ma już zebrań Solidarności posiadającej tymczasem własne pomieszczenia. Konfident odpisuje akapit za kapitem ze swojego poprzedniego sprawozdania zmieniając niekiedy słowa i manifestując swoją dezaprobatę wobec Klimczaka: K. nie utrzymuje żadnych kontaktów z rodziną sąsiada, która w latach 60. przesiedliła się z PRL do Berlina Zachodniego (Berlin-West = nazwa miasta po niemiecku w wydaniu zachodnioniemieckim, w przeciwieństwie do Westberlin w żargonie enerdowskim). Jego sąsiad nie może pojąć, że można w taki sposób odnosć się do „rodaków”.

 

Nowe jest to, że rzekomo żona Klimczaka w ciągu dnia stuka na maszynie do pisania oraz że K. poświęca dużo czasu synowi, a w mieszkaniu K. pojawia się i czasowo przebywa młodzieniec w wieku lat 16.

 

Ławo było domyślić się, znając ówczesne fakty, że młodzieńcem tym był podebrany przez Klimczaka trzy lata wcześniej z berlińskiej ulicy wyrzucony z Polski szczeciński huligan Andrzej Skulski, który od szefa Klimczaka otrzymał z czasem etatową pracę w „Poglądzie”, za co odpłacił mu się romansem z jego żoną na oczach całej redakcji. O wynikłym z tego redakcyjnym kryzysie można dowiedzieć się z łamów „Poglądu” z grudnia 1985 roku. O rodzinnym kryzysie i rozpadzie rodziny świadczą akta rozwodowe.

 

Konfident sąsiad nie omieszkał uzupełniając swoje poprzednie sprawozdanie wymienić z nazwiska, zawodu i telefonu wszystkich mieszkańców domu, opisać sklep znajdujący się na parterze, przejście na tylne podwórko i garaże należące do mieszkańców domu jak też numery rejestracyjne samochodów gości Klimczaka parkowanych często przed domem. Zabrakło jedynie planu domu i posesji, aby ewentualne „działanie operacyjne” mogły być sprawnie przeprowadzone.

 

Na tym kończy się właściwie stosunkowo cieniutkie dossier Klimczaka, w którym jest jeszcze kilka dokumentów z okresu 1982-1985 oraz jeden bardzo ważny dokument z dnia 23.02.1987 roku. Jest to „Sygnalizacja o posiadaniu zapisu w komputerowej bazie danych” o Klimczaku ze strony KGB w Moskwie tj. rozkaz ministra (bez podania nazwiska) odnośnie porównania danych z posiadanymi przez „bratni organ” w NRD. KGB przekazało Stasi nast. dane Klimczaka: jest on narodowości polskiej, posiada obywatelstwo RFN, mieszka w Berlinie Zachodnim, jego numer telefonu jest 8385668, jest nauczycielem akademickim (Hochschullehrer). Dalsza część dokumentu jest nie wiadomo dlaczego zaczerniona. Na szczęście farba wyblakła nieco po latach, więc można przeczytać, że od 1982 r. Klimczak utrzymuje kontakt z bliżej nieokreślonym wywiadem RFN-u. W 1981 roku był w ZSRS. Nawiązywał kontakty z obywatelami  ZSRS i fotografował tendencyjnie wybrane miejsca oraz chodził do niemieckiego konsulatu i spotykał się z tamtejszym oficerem ds bezpieczeństwa.

 

KGB twierdzi w tym dokumencie, że Klimczak regularnie odwiedza w Polsce swoją matkę, siostrę i dwóch braci.  

 

Tu staje się oczywiste, że KGB nie współpracował z peerelowskimi tajnymi służbami, które miały przecież dokładne dane o tym, że Klimczak ani raz po opuszczeniu PRL w 1973 roku nie jeździł do Polski i ma tylko jednego brata. KGB pisze dalej, że  Klimczak jest profesorem i kieruje grupą Solidarności na Wolnym Uniwersytecie, grupą Solidarności na Wolnym Uniwersytecie!!! Źródłem tych przekręconych informacji byli oczywiście pracujący w instytucie Klimczaka sowieccy lektorzy tzw. Gastlektoren z lenigradzkiego uniwersytetu, którzy donosili do ambasady sowieckiej o tym, że Klimczak w swoim gabinecie na uniwersytecie spotyka się z grupami Polaków z Solidarności, a pismo wydawane przez niego nazywa się Solidarność. Tu wychodzi brak znajomości języka polskiego, nawet w tak minimalnym stopniu, że nie potrafiono poprawnie odczytać tytułu pisma.

 

Sprawa inwigilacji Klimczaka, jego zatrzymań przez sowiecką milicję i KGB podczas podróży służbowych do ZSRS poczynając od 1968 roku jest osobnym tematem i musi tu – ze względu na ramy tego referatu – zostać  tymczasem pominięta.

 

KGB atestuje Klimczakowi wrogi stosunek do socjalistycznego systemu, jak również znajomość czterech języków obcych: niemieckiego, francuskiego, angielskiego i rosyjskiego.

 

Pismem z dnia 4. kwietnia 1987 roku, skierowanym do Kierownika „Grupy Operatywnej Moskwa”, Stasi koryguje niejako dane sowieckiego wywiadu i zapytuje, czy KGB posiada jeszcze inne wskazówki o działalności Klimczaka, konkretnie chodzi o jego podróże do Polski i ZSRS oraz kontakty z osobami w tych krajach. Stasi informuje o posiadaniu materiałów odnośnie działalności Klimczaka w Solidarności i w wypadku zainteresowania ze strony sowieckiej gotowa jest je udostępnić jak również wspólnie dalej rozpracowywać Klimczaka.

 

W dosier Klimczaka jest jeszcze, przesłany z Moskwy „profil wroga”, jednak bez daty:

 

Text rosyjski:

 

Cправка

 

Климчак Эдуард Петрович, 1945 года рождения, поляк, преподaватель русского и польcкого языков в «Свободном» университете в Западном Берлине.

 

По данным за 1981 год, Климчак бежал из ПНР в 1973 гoду. Периодически принимает участие в работе с советскими туристами. Ярый антисоветчик. Среди туристов ведет враждебную СССР пропаганду, при этом использует литературу НТС, произведения Соженицына и других «диссидентов».

 

Другими материалами в отношении Климчака Э. не располагаем.


 

Informacja

 

Klimczak, Eduard Pietrowicz, urodzony w 1945 roku, Polak, wykładowca języka rosyjskiego i polskiego na „Wolnym” Uniwersytecie w Berlinie Zachodnim.

 

Wg danych z 1981 roku Klimczak uciekł z PRL w 1973 r. Okresowo bierze udział  w przyjmowaniu sowieckich turystów. Zawzięty antysowietczyk. Prowadzi wrogą w stosunku do ZSRS propagandę wśród sowieckich turystów, przy czym wykorzystuje literaturę NTS i utwory Sołżenicyny oraz innych „dysydentów”.

 

Innymi materiałami odnośnie E. Klimczaka nie rozporządzamy.

 

Najważniejszy chyba dokument dotyczący inwigilacji Klimczaka przez Stasi nie może w tym referacie w chwili obecnej być dokładniej przedstawiony, bo go w teczce brakuje. Dokument ów został znaleziony w 2005 r. w Urzędzie ds Akt w innej teczce dotyczącej „Poglądu” przez Kazimierza Michalczyka, mającego pełnomocnictwo Klimczaka na przeszukiwanie akt „Towarzystwa Solidarność” i jest w posiadniu tegoż, obecnie w Holandii. Z dokumentu tego wynika, że Stasi podjęło gdzieś w 1988 lub 1989 roku decyję o „ograniczeniu czy nawet likwidacji” (użyto tam słów „Einschränkung“ i „Liquidierung“) wrogiej działalności Klmczaka i jego redakcji „Poglądu“. Tu można oddać się tylko spekulacjom, co te słowa w języku Stasi mogły oznaczać, bo w dokumencie nie mówi się, w jaki sposób te cele miałyby być zrealizowane.

 

Wspomiane wyżej kilka dokumentów, to rejestracje tranzytowych przejazdów Klimczaka przez  NRD na podstawie wydanego „listu gończego”, co oznaczało, że kiedy pojawiał się on na wewnątrzniemieckiej granicy, meldowano to natychmiast do centrali w Berlinie, a jego samochód był odstawiany na boczny pas i musiał czekać na wydanie z Berlina zezwolenia na wjazd do NRD i kontynuowanie pdróży.

 

W świetle podpisanych enerdowsko-alianckich i wewnątrzniemieckich układów o korzystaniu z dróg tranzytowych między Berlinem Zachodnim i RFN władze NRD nie miały prawa aresztować zachodnioniemieckich obywateli, w tym byłych obywateli NRD lub innych Państw Układu Warszawskiego przy korzystaniu przez nich dróg tranzytowych. Przynajmiej takie informacje przekazał Klimczakowi urząd zachodnioberlńskiego Senatu ds tranzytu przez NRD. Ostrzeżono go jednak, że będąc nadal wirtualnie obywatelem PRL, jest obiektem zainteresowania ze strony Stasi, która może podjąć jakąś prowokację, np. w postaci sfingowanego wypadku lub w inny sposób. Dlatego też generalnie nie powinien korzystać z dróg tranzyowych, a jeśli już zajdzie taka konieczność, to nie powinien porą nocną i w pojedynkę wjeżdżać do NRD, a także osobiście prowadzić pojazd. Powinien zawsze mieć pasażerów w swoim samochodzie, którzy w przypadku prowokacji mogliby stać się świadkami tejże. Klimczak unikał więc tranzytu i latał reguarnie samolotem do RFN, a jego samochód przeprowadzała przez NRD żona lub przyjaciele. Kiedy jednak raz sam zdecydował się na przejazd przez NRD, to podebrał po drodze autostopowiczów w Berlinie Zachodnim, aby nie jechać w pojedynkę przez NRD. Okazuje się, że ich dane osobowe zostały przez Stasi odnotowane i przy ich ponownym przejeździe tranzytem były buchaltowane, przy czym odnotowywano też dane innych towarzyszących im pasażerów. I tak wpadali oni do komputera Stasi. W ten sposób ustalano krąg osób, ewentualnie powiązanych z „obiektem operacyjnym”, w tym przypadku Klimczakiem.

 

Powyższe wyjaśnia, skąd się wzięły te inne, mniej ważne karty w teczce Klimczaka.

 

Oceniając działania Stasi w wypadku Klimczaka, widać że kierownictwo NRD zdawało sobie sprawę z tego, jakim niebezpieczeństwem dla tego państwa stał sie bakcyl Solidarności, który przez wolną prasę i działania prosolidarnościowe Polaków poza granicami Polski zaczął chwiać projektowaną na wieczność egzystencją totalitarnych państw komunistycznych. Dlatego też solidarnościowe zagrożenie z Zachodniego Berlina Stasi potraktowała z całą powagą i bez najmniejszego lekceważenia.

 

Z lekceważeniem w stosunku do Klimczaka i jego przepowiedni o bliskim upadku komunizmu odnosili się prze całe lata 80. zachodnioberlińscy politycy i miejscowa prasa. Latem 1989 roku  zachodnioberliński dziennik „Der Tagesspiegel” opublikował artykuł o „Towarzystwie Solidarność” i „Poglądzie”, w którym na podstawie przeprowadzonej wcześniej rozmowy z Klimczakiem autor z pobłażliwym uśmiechem odniósł się się do analizy politycznej sytuaacji w Polsce, dokonanej przez Klimczaka, twierdzącego, że w Polsce w 2000 roku nie będzie śladu komunizmu. Przepowiednie te – z obecnego punktu widzenia – sprawdziły się tylko częściowo, bo do dzisiaj ciąży nad Polską brzemię komunizmu i jego ubeckiego aparatu.

 

  1. Kazimierz Michalczyk

 

Kazimierz Michalczyk był w latach 1980-81 członkiem NSZZ „Solidarność“ w Gliwicach. Po wprowadzeniu stanu wojennego działał nadal w podziemnych strukturach „Solidarnośći Walczącej”, zajmował się m.in. drukowaniem ulotek i ich kolportażem. W listopadzie 1982 roku został aresztowany, a w czerwcu 1983 pod  naciskiem aparatu komunistycznego zdecydował się na emigrację do Niemiec i wyjechał na pobyt stały do Berlina Zachodniego. Tu był szpiegowany przez agentów SB i Stasi, ukrywających się pod pseudonimami: “E” i “Gunard“. Owi agenci raportowali przełożonym i polskiej SB, że Miczalczyk nadal zajmuje się działanością na rzecz nielegalnych ugrupowań w Polsce, przede wszystkim związany jest  z wydawnictwem E. Klimczaka „Pogląd”. W aktach Stasi Michalczyk figuruje też jako zachodnioberliński przedstawiciel londyńskiej prosolidarnościowej organizacji “Solidarity with Solidarity”. SB było znane, że Michalczyk nadal powiązany jest ze strukturami “Solidarnośći Walczącej”. Michalczyk miał zaufać agentowi z pseudonimem “E”, któremu ujawnił, iż posiada kontakt ze strukturami podziemnymi działającymi na terenie Górnego Śląska.

 

Polska SB wiedziała przez agenta “E”, że Michalczyk organizuje przy współpracy z Tadeuszem Jarskim vel Jarzębowskim, tj. londyńskim szefem “Solidarity with Solidarity” kontakty do firm na terenie PRL, które stanowiłyby przykrycie dla działalności SW oraz że przyjmuje i organizuje pobyt osob powiązanych z różnymi ugrupowaniami podziemnymi w Polsce, m.in. Romulada Szermietewa, który np. przez kika tygodni mieszkał u Klimczaka w Berlinie w 1986 r. (prawnik, działacz opozycyjny, uczestnik marca 1968, 1967-72 w SD, 1973-78 w PAX, uczestnik ROPCiO, działacz PKN, aresztowany 1981, 1982 skazany na 5 lat wiezienia, 1984 zwolniony na mocy amnestii, 1985 prezes PPN, 1991-1992 I 1997-2001 wiceminister obrony narodowej, 1997-2001 posel), oraz że bierze udział w organizowanych przerzutach do Polski sprzętu i literatury na rzecz podziemia.

 

Michalczyka odwiedzał w Berlinie Zachodnim Zenon Misterski, działacz Solidarnośći w Poznaniu, który znajdował się pod “opieką” agenta Stasi, dra Hermana Peiserta, nauczyciela z Frankfurtu nad Odrą piszącego raporty dla Stasi pod pseudonimem “Dr. Schreiber”. Agent ten miał prawie że nieograniczone zaufanie naiwnego Misterskiego, jego zadaniem było zbieranie informacji w Berlinie Zachodnim o podziemnych strukturach Solidarnośći w kraju, w tym Solidarności Walczącej, a także środowisk emigracyjnych w Berlinie Zachodnim. Teczka tego agenta została przez Stasi całkowicie zniszczona, ale zachowały się obszerne materiały Grupy Operacyjnej i osób inwigilowanych, m.in. Misterskiego i Klimczaka.

 

Przez kontakty z działaczami Solidarności w Berlinie Zachodnim i w Polsce, “Dr. Schreiber” informował Stasi, a ta z kolei polską SB. Z raportów można się dowiedzieć, że aktywiśći Solidarnośći, którzy zdecydowali się na emigrację do Berlina Zachodniego, i są skupieni wokół „Poglądu”, organizują regularny kanal przerzutowy na Zachód, w tym do Berlina Zachodniego. Wówczas sprawą zaczęła interesować się również centrala w Warszawie, która w tym celu odbywała spotkania z jednostką Stasi we Frankfurcie nad Odrą, prowadzącą agenta “Dr. Schreibera”.

 

Jeszcze w styczniu 1989 roku SB planowała rozpracowanie Michalczyka w celu ustalenia stopnia jego powiązań ze strukturami Solidarnośći Walczacej, jego funkcji i zadań, a także poprzez jego osobę rozpoznania funkcjonowania górnośląskiego oddziału „Solidarnośći Walczącej”.

 

Po obaleniu rządu Honeckera i już za rządów Mazowieckiego obie zaprzyjaźnione służby widziały jeszcze potrzebę rozpracowywania Polaków w kraju i za granicą. Obie służby wymysliły sobie, szczególnie dominowała tu Stasi, że trzeba zakładać od zera jakieś ugrupowania opozycyjne, które od samego początku miały być sterowane przez Stasi. Na czele stanąłby sam “Dr. Schreiber”, bowiem z takimi referencjmi znacznie łatwiej byłoby mu realizować zlecone mu przez ministerstwa bezpieczeństwa, enerdowską MfS i polską SB, zadania. Stasi  uaktywniła się w tym kierunku: 31 grudnia 1989 roku  agent “Dr. Schreiber” napisał (własnoręcznie) list do Kazimierza Michalczyka do Berlina Zachodniego, zwaracając się do niego jako kochany Kazimierz, (…) chciałem się z tobą skontaktować, ale nie osiagnąłem Cię telefonicznie. Jak na pewno wiesz, nasza grupa działa legalnie w Nowym Forum, przy Karl-Liebknecht-Strasse 9, 1200 Frankfurt (Oder). Współpraca z „S” przyniosła więc dobre rezultaty. Chcemy się spotkać 4 lutego 1990 z „S” na moście (nad Odrą) w celu manifestacji“. W dalszej części listu agent zwraca się do Michalczyka, jako jednego z najbardziej „zaufanych i sprawdzonych przyjaciół” z okresu przed „Okrągłym Stołem” o pomoc dla swojej nowej organizacji opozycyjnej w postaci politycznych materiałów informacyjnych, papieru itd. Agent zwapewniał Michalczyka, że materiały nie będą skonfiskowane, bo w takim przypadku może być od razu poinformowany, aby mógł przedstawić protokół dla Okrąglego Stołu. Poza tym zapowiadał już swój przyjazd do Berlina Zachodniego, ponieważ niby każdy, kto ma (…) politycznych przyjaciół jest obecnie w drodze dla wspólnej sprawy.

 

List tego agenta, udającego przez wiele lat przyjaciela Solidarności, który przez swoją rzekomą “przyjaźn” z Misterskim chciał tylko wejść w struktury prosolidarnościowe w Berlinie Zachodnim i szpiegować emigrantów polskich zarówno dla Stasi jak i dla polskiej SB, jest dobitnym dowodem tego, że komunistyczne służby wywiadowcze jeszcze w czasie własnej agoni próbowały pod przykrywką sztucznie tworzonych grup opozycyjnych robić wszystko, aby dalej inwiligować i niszczyć autentyczną opozycję lub jej politycznie aktywnych stronników. Stasi zabrakło jednak czasu, ponieważ od napisania listu przez agenta „Dr. Schreibera” do rozwiązania Stasi i szturmu opozycji na jej centralę w Berlinie Wschodnim minęły tylko dwa tygodnie. W dniu 15. stycznia 1990 roku Stasi przestała de facto istnieć i przeszła do historii, a polscy czekiści musieli powoli zrozumieć, że nadchodzą inne czasy.

 

  1. Hanna Labrenz-Weiss

 

W dniu 2 kwietnia 1982 r. została przez Stasi założona sprawa operacyjnego rozpracowania “wrogiej” organizacji w Berlinie Zachodnim pod kryptonimem “Exil”. W toku rozpracowywania osób ze środowiska polskiej emigraji okazało się, że główną rolę w tych kręgach odgrywa były obywatel PRL, mieszkaniec Berlina Zachodniego, Edward Klimczak, pracownik naukowy, docent Freie Universität (FU) Berlin. Na FU, pełnym politycznej aktywnej młodzieży o różnych politycznych ukierunkowaniach, wyróżniali się studenci politologii, m.in. profesora Helmuta Wagnera, którzy zapewne pod jego wpływem jako pierwsi organizowali protesty po ogłoszeniu stanu wojennego w Polsce. Sam prof. Wagner z powodu swojego listu protestacyjnego do Misji Wojskowej PRL po ogłoszeniu stanu wojennego, otrzymał „szlaban” na wjazd do Polski, a jego doktoranci stali się przedmiotem zainteresowania SB i Stasi, tym bardziej jeśli pochodzili z Polski. Do tych doktorantów należała również Hanna Labrenz, którą interesowała się nie tylko Stasi ale przede wszystkim polski wywiad (Departament I MSW).

 

Wstępne rozpracowywanie Labrenz zaczęło się w roku 1983, kiedy była identyfikowana jako stypendystaka FU Berlin. Informacje o Labrenz były wówczas zbierane przez Stasi, która przy pomocy swoich licznych agentów, również na FU, stwierdziła, że Labrenz jest kurierem profesorów Helmuta Wagnera i Aleksandra Osadczuk-Koraba, którym dostarcza informacji z Polski, nadających się do prowadzenia dywersji ideologicznej .

 

Pomimo że Stasi uważana była za solidną służbę wywiadowczą, przekazała ona wiele błędnych informacji o studentce Labrenz: nie było prawdą to, że prof. Wagner postarał się dla niej o stypendium, ponieważ miała je już wyjeżdzając z Polski i jeszcze nie znając Wagnera, nie było prawdą, że jej ojciec został w 1970 roku wykluczony z partii i zwolniony ze stanowiska dyrektora gimnazium, ponieważ sam wystąpilł z PZPR i to już w roku 1964, nie było prawdą, że miała bogatego wujka w Berlinie Zachodnim, ponieważ było to wprawdzie bogate małżeństwo żydowskie, ale tylko zaprzyjaźnione, które nie zostawiło jej żadnego spadku wbrew raportom Stasi. Nie odpowiadało prawdzie i to, że prof. HelmutWagner i Alexander  Osadczuk-Korab interesowali się bratem studentki Labrenz, ponieważ nie znali stosunków rodzinnych swoich studentów, bo i z jakiej racji mieliby się nimi interesować. Nie było prawdą i to, że  brat Labrenz miał być prezydenten Włocławka itd. itd. Tych nieścisłości i przekłamań jest wiele.

 

W czasie pobytów w Polsce Labrenz była podsłuchiwana i obserwowana przez  wydział SB w Toruniu, wg schematu o kryptonimie kontrola “B”. Wyniki tej kontroli były negatywne. Pomimo to Stasi przekazywała fałszywe informacje dla SB, że rzekomo brat Labrenz stał się obiekten infiltracji ze strony osrodków dywersji ideologicznej w Berlinie Zachodnim, co miało konsekwencje zarówno dla brata jak i siostry. Brat w Polsce zostal zwolniony ze stanowiska nauczyciela akademickiego na wyższej szkole wojskowej, a siostra w Berlinie Zachodnim stała się obiektem infiltracji (szpiegowanie, plotki, podsłuch telefoniczny Głównego Wydzialu III Stasi), które doprowadzily w konsekwencji do rozbicia małżenstwa i innych szykan w życiu codziennym.

 

Następny etap bezpośredniego zainteresowania polskiego wywiadu osobą Labrenz zaczyna się od 1987 roku w związku z jej powiązaniami z wysokim urzednikiem senatu Berlina Zachodniego, rzecznikiem prasowym senatora Wronskiego. Zainteresowanie ową osobą Departamentu I w Warszawie było wywołane również tym, że ojciec owego urzędnika miał brata, będącego jeszcze czynnym generałem Bundeswehry. Polski wywiad chciał poprzez Labrenz dotrzeć do wewnętrznych informacji Senatu Berlina Zachodniego i ewentualnie informacji o Bundeswerze. Pośrednikem miała być Labrenz, z którą zamierzano nawiązać tzw. dialog operacyjny nadając jej kryptonim “Arisa” z perspektywą werbunku.

 

Legenda nawiązania dialogu operacyjnego, która wymyślili sobie oficerowie wywiadu (Departament I MSW) w Warszawie jest językowo napisana na wysokim poziomie, co świadczy o tym, że byli to ludzie wykształceni. Jeden z tych oficerów rozpracowywał rowniez znanego opozycjonistę Piotra Jeglinskiego, który w Paryżu prowadził wydawnictwo “Edition Spotkania”. Być może te i inne sprawy operacyjne na Zachodzie, prowadzone przez owego oficera stały się podstawą do mianowania go późnej wiceszefem polskiego wywiadu w rządzie Mazowieckiego, tzn. już w pół-demokratycznej Polsce.

 

Opracowana legenda kontaktu operacyjnego opierała się na tezie zastraszenia Labrenz/”Arizy” i spowodowania obaw o jej własne bezpieczeństwo. Główną myślą była wyfabulowana historia, że SB otrzymała wiadomość, jakoby zachodnie służby specjalne przygotowują uruchomienie kanału w celu przerzutu z Berlina Zachodniego do Polski podzespołów elektronicznych dla potrzeb szpiegowskich. Miały to być podzespoły małogarbarytowe o bardzo wysokiej wartości – akcja ich przerzutu miała być – według legendy SB – opracowywana bardzo starannie, w sposob długofalowy. Według informacji, które jakoby otrzymała SB, przerzut miał być zorganizowany  przy pomocy kobiety, obywaltelki PRL posiadajacej paszport konsularny, o której jakoby SB wiedziało, że:

wyjechała z Polski ok. 1980 roku, studiowała w Berlinie Zachodnim na FU, ma w Polsce rodzinę i osoba ta nie wie, że została wytypowana przez zachodnie służby specjalne w roli łącznika.

 

Dalej legenda SB: przeprowadzilismy szeroką akcję ustalenia osob odpowiadających w.w. parametrom. Ustaliliśmy, że takich osób jest kilka i z każdą chcemy rozmawiać. Ponieważ chodzi tu o obywateli polskich intencją naszą jest podjęcie działań profilaktycznych, które zapobiegłyby wmanewrowaniu tych osob w działalność wymierzoną przeciwko Polsce i uchroniłyby je przed sankcjami karnymi, jakie musiałyby zostać zastosowane w razie wykrycia tej działalności.

 

Kontakt między “Arisą” a SB miał nastąpić za pomocą ojca w czasie pobytu “Arisy” w Polsce. Ojciec miał być zastraszony w.w legendą. Pośrednictwo ojca było dla SB konieczne, ponieważ w latach 80. SB wielokrotnie probowała skontaktować się z Labrenz w czasi jej pobytów w Polsce, lecz na przeszkodzie stał zawsze ojciec, który ostatecznie złożył pisemne oświadczenie, że jeżeli kiedykolwiek SB będzie probować się kontaktować z córką, to on fakt ten poda do publicznej wiadomości. Ojca więc nie można było ominąć, tylko go zastraszyć i ująć troską o bezpieczeństwo córki i całej rodziny.

 

W rozmowie z “Arisą” powinno przekazać się jej poczucie odpowiedzialnośći i troski naszych służb o jej dobro osobiste. W razie przewozu odpowiedniej “paczki” miała skontaktować się zaraz z komendą SW, której numer telefonu miała otrzymać. Bardzo istotnym czynnikiem rzutującym na pożądany przez nas dalszy bieg wydarzeń będzie wytworzenie u niej poczcia zaufania do rozmawiającego z nią oficera. Pozyskanie Labrenz miało być procesem dlugofalowym. Na początku nie przewidywano dla niej żadnych zadań operacyjnych.

 

Wszystkie te plany – późniejszego wiceszefa wywiadu w rządzie Mazowieckiego – nie zostały zrealizowane, ponieważ w ich realizacji stał na drodze ojciec, który – nie podając jej powodów – nie chciał, aby córka jeździła do Polski. Ojciec zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach i kontakt nigdy nie został nawiązany. SB próbowała jeszcze w 1990 roku wykorzystać chorobę jej brata, który odwiedził ją po raz pierwszy w Berlinie Zachodnim i tu znalazł się w szpitalu, aby nawiązać przez niego kontakt z Labrenz. Ta próba również się nie udała. O tym wszystkim dowiedziała się Labrenz w roku 2005 z teczki IPN, którą wprawdzie w większośći oczyszczono, ale daje ona mimo to wiele informacji o perfidi komunistycznych służb specjalnych, w tym SB, która w niczym nie różniła się od Stasi.

 

  1. Józef Węgrzyn

 

Józef Węgrzyn pochodzacy z Wrocławia pracował od 1980 roku w przewozach międzynarodowych pływając barkami po rzekach i kanałach  Europy Zachodniej. W 1984 roku został zaproszony przez SB na rozmowę z propozycją nie do odrzucenia. Oficer SB Krymuza posiadał „teczkę“ Węgrzyna z raportami o jego pracy, kontaktach na Zachodzie, przemycie metali kolorowych i kontaktach z przygodnymi kobietami. Dał mu niedwuznacznie do zrozumienia, że przemyt metali kolorowych i działanie na niekorzyść PRL może być „zapomniane” przez władze, jeżeli Węgrzyn będzie udzielał odpowiednich informacji. Węgrzyn zgodził się na współpracę i został tajnym współpracownikem kontrwywiadu pod pseudonimem „Jacek”. Węgrzyn przyczynił się do rozbicia siatki przemytniczej metali kolorowych, sam jednak nie został ukarany. To był początek regularnej współpracy. Pierwszą “akcją” była intryga przeciwko kierownikowi Węgrzyna, który nie zgodził się na współpracę z SB i został odwołany ze stanowiska rzekomo za tuszowanie przemytu cyny do Niemiec.

 

W 1986 roku znaleziono w toaletach firmy, w której Węgrzyn pracował, ulotki podziemnej organizacji “Kotwica”, w co Węgrzyn znający  strukturę SB w swoim zakładzie nie wierzył. Rok później dowiedział się od porucznika SB Ryszarda Zaręby, że “Kotwica” jest organizacją stworzoną przez SB w celu inwiligacji środowiska opozycyjnego we Wrocławiu i Berlinie Zachodnim. Okazało się, że założycielem “Kotwicy” był Ryszard Zaręba, a Roman Samson otrzymał pseudonim “Rysiek” i był jej cywilnym szefem. Po zwolnieniu z pracy za spowodowanie wypadku SB znalazła zadanie dla Węgrzyna w “Kotwicy”. Miało właśnie odbyć się przekazanie materiałów przez kuriera z Berlina. Węgrzyn otrzymał hasło “rzuć kotwicę” i adres mieszkania konspiracyjnego w poblizu ulicy Legnickiej we Wrocławiu. Z Berlina Zachodniego, gdzie Węgrzyn mieszkał od końca lat 80. przywieziono scanery i duże ilośći „Poglądu” oraz papier i farbę drukarską.

 

“Kotwica” będąc grupą przerzutową od „Poglądu” z Berlina Zachodniego i starała się obslugiwać wiele kontaktów. Kornel Morawiecki, szef organizacji “Solidarność Walcząca” nie ufał “Kotwicy”, pomimo to ta działała dalej, bedąc grupą założoną przez SB.

 

Wnioski:

 

Pierwszą refleksją podanych wyżej przykładów inwigilacji i inicjowania przez SB własnych ośrodków opozycyjnych musi być stwierdzenie, że z tych pnad 1500 wydawnictw tzw. Drugiego Obiegu wiele musiało być ubeckiej prowieniecji, odium nieufności muszą wywoływać te tzw. poważne wydawnictwa lub regularne pisma, które przez wiele lat nie miały żadnej wpadki, drukowały nawet swoje – technicznie bardzo dobre – książki lub pisma rzekomo w zakonspirowany sposób nawet w państwowych drukarniach. Te same obiekcje muszą powstać wobec tzw. kanałów z Zachodu, co widać na przykładzie „Kotwicy”, która pochłonęła niemałe środki, wszystko to do kasy i kiesy ubecji i ubeków. Szereg działaczy tzw. podziemia zostało w ostatnich czasach albo już dużo wcześniej odznaczonych państwowymi orderami za swoją działalność. Wydaje się konieczne opublikowanie takiej listy działaczy w Polsce i na Zachodzie i ich konkretnych powiązań i zasług. Nie jest wykluczone, że pierś pod ordery pdstawili i byli ubecy lub TW – i ordery te dostali.

 

Refleksja druga. Wyżej wymienione przykłady inwigilowania obywateli Berlina Zachodniego pochodzących z Polski i z nią cały czas emocjonalnie związanych, szczególnie po 13. grudnia 1981 r., pokazują jednoznacznie, że komunistyczne służby wywiadowcze nie znały granic w szpiegowaniu, podsłuchiwaniu i nawet psychicznym terrorze w wybranych „obiektów operacyjnych” w Polsce i na terenie Niemiec Zachodnich w imię absurdalnej ideologii, w którą sami czekiści, przynajmniej w Polsce, nie wierzyli. To wieloletnie „rozpracowywanie” nie przyniosło żadnej korzyści systemowi, poza relatywnym dobrobytem samych czekistów, kosztowało niewyobrażalne sumy pieniędzy, które zapłaciły swoim ciemiężcom narody podległe tej dyktaturze. Dobrze żyło się konfidentom i ich komunistycznym szefom z peerelowskiej Misji Wojskowej w najbardziej ekskluzywnej dzielnicy Berlina Zachodniego Grunewald-Dahlem.

 

Przykre jest to, że do dzisiaj nie zostali oni z tego rozliczeni, a za swoją „patriotyczną” działalność otrzymują wysokie emerytury i śmieją się w kułak z krajowych i emigracyjnych niepodległościowców, którzy energię życiową swych najbardziej aktywnych lat przetrwonili w bezowocnej walce o Polskę prawdy i społeczno-politycznej moralności. Ci są dzisiaj zapomniani, wiodą niszowe i biedne życie swoich ostatnich lat – bez emerytury i wynagrodzenia za prawie dekadę walki z komunizmem.

 

 

*Referat przygotowany został razem z Hanną Labrenz-Weiss; wygłoszony na kongresie zorganizowanym przez Instytut Pamięci Narodowej w Ossolineum  we Wrocławiu w kwietniu 2010

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.