Pod koniec stycznia br. otrzymałem list informujący, że oto rozpoczął się okres 100 dni do wyborów do Izby Gmin czyli „100 days to go”.

Nadawcą był sztab Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP), a termin wyborów to 7 maja br. Wspomniane odliczanie 100 dni „przed” jest takim tradycyjnym anglosaskim zwyczajem dotyczącym zazwyczaj życia familijnego.

UKIP przypomina mi nasz KNP (lub zamiennie KORWIN). Z pewnością co do formy. Spostrzeżenie moje potwierdza wypowiedź Harriety Harman z 21 stycznia br., byłej zastępczyni przewodniczącego Partii Pracy, która skrytykowała kierownictwo UKIP przyrównując je do „seksistowskich neandertalczyków”. „To zacofana partia rządzona przez dinozaury, które oczekują, że to mężczyźni będą prowadzić show, a kobiety będą im podległe” – powiedziała znana angielska feministka. Spostrzegła, iż 9 na 10 kandydatów UKIP to są mężczyźni.

Nie trzeba być wielkim znawcą angielskiego JOW-oskiego mechanizmu wyborczego, aby zauważyć całkowity brak związku miedzy odgórnymi (partyjnymi) życzeniami, co do parytetów na etapie kandydackim, a konkretnymi indywidualnymi decyzjami na karcie do głosowania w dniu wyborów.

W wyborach 2010 roku UKIP, czwarta co wielkości partia Zjednoczonego Królestwa, wystawiła 558 kandydatów w 650 okręgach i nie uzyskała żadnego mandatu. Totalna klęska.

Co innego w zbliżających się w maju wyborach, gdzie UKIP – po sukcesie w wyborach do Europarlamentu – ma sztandarowe hasło: „ZMIANY”. Ponieważ scena polityczna jest ograniczona – to tylko 650 miejsc w Izbie Gmin – dlatego zmiany mogą odbyć się kosztem odebrania mandatów głównym partiom. W 2010 roku torysi zdobyli 307 miejsc w Izbie Gmin, laburzyści 258, liberałowie 57, a reszcie przypadło 28 miejsc. Dlatego naturalną koleją rzeczy wystąpiła wzmożona aktywność partyjnych działaczy, jak choćby wyżej wspomniana obecna posłanka.

UKIP przypomina mi KNP czasami nawet co do treści, z poprawką na fakt, iż misja obu partii kierowana jest do innej grupy odbiorców. Odbiorcą treści UKIP są generalnie wszyscy wyborcy UK, podobnie jak ww. trzy wyspiarskie partie zaś przymiotnik demokratyczny jest w powszechnym użyciu. W III RP elektoratem KNP jest elitarna mniejszość wyborców z awersją do demokracji w ogóle.

Obie partie działają na poziomie krajowym przy skrajnie odmiennych zasadach wybierania posłów: pierwsza w jednomandatowych, a druga w wielomandatowych okręgach wyborczych. Mimo tych odmienności obie nie uzyskały w ostatnich wyborach do niższej izby parlamentu żadnych mandatów.

Za to obie wywalczyły znaczne sukcesy w wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2014 roku, każda na miarę wielkości swojego elektoratu wyborczego. UKIP ma 24 z 73 mandatów przypadających na Zjednoczone Królestwo, a KNP 4 z 51 mandatów przynależnych III RP. W wyborach tych obowiązywała reguła stosowania jednej z form reprezentacji proporcjonalnej.

Tak się składa, iż w tym roku kalendarzowym przypadają wybory do niżej izby parlamentu w obu krajach.

Obowiązujący w UK większościowy mechanizm wyborczy jest niezwykle prosty. Tak jak na wyścigach konnych wygrywa koń najlepszy, tak na jednej karcie do głosowania, zawierającej średnio 5 do 6 nazwisk, zwycięzcą jest kandydat z największą liczbą oddanych głosów. Żadnych korekt na płeć, wzrost, wagę czy już może – z uwagi na postęp w diagnozowaniu medycznym – z poprawką na zawartość oleju w głowie kandydata. Mechanizm prostacki, używając dobrego określenia użytego przez profesorskiego doradcę Aleksandra Kwaśniewskiego. To tak niewiele, a jednak tak dużo zważywszy na klęskę UKIP w pamiętnym 2010 roku.

Czy UKIP zdobędzie mandaty do Izby Gmin i ile? Tego nie wiadomo. Nie wystarczy „proporcjonalne” duże poparcie wyborców, którą to proporcję można dość precyzyjnie wcześniej zmierzyć. Potwierdza to angielska praktyka systemu większościowego w odmianie FPTP. Otóż trzecia, co do wielkości, partia polityczna na Wyspach tzn. Liberalni Demokraci (LD) w wyborach w 2010 roku zdobyła 23% głosów, co dało jej 57 (8,8%) mandatów. To powoduje niezadowolenie jej przywódców z obowiązującego mechanizmu wyborczego, skutkujące stałym dążeniem do jego zmiany, w czym pomaga im unioeuropejskie zamiłowanie do proporcjonalności. W referendum 2011 roku, dotyczącego poprawienia ordynacji na swoją modłę LD et consortes przegrało w stosunku 3:7.

Dlatego angielskiej partii, takiej jak np. UKIP, oprócz misji czyli programu, potrzebny jest drugi warunek konieczny do zwycięstwa. Jest nim, akceptowalny przez większość, kandydat w konkretnym okręgu.

Czy UKIP ma w portfelu wystarczającą ich liczbę. Od wyborów w 2010 roku szeregi tej partii zasiliło kilku członów Izby Gmin, w drodze przejścia z innej partii. Sama procedura zmiany barw partyjnych urzędujących posłów Izby jest niezmiernie ciekawa. Jak w soczewce widać tu skrajne różnice reguł obowiązujących w mechanizmach wybierania posłów w obu demokracjach.

Otóż w III RP zdarzają się przypadki, iż niektórzy urzędujący posłowie zmieniają przynależność partyjną w trakcie swojej kadencji. Wyborcy, dzięki którym te persony znalazły się w sejmie, dowiadują się o całej zdradzieckiej operacji z zadowolonych przekaźników czyli z mass mediów.

Przeciwnie jest w mechanizmie JOW-owskim. Tutaj zmianę szyldu partyjnego nominowanego posła muszą ponownie zaakceptować – w drodze procedury wyborczej – ci sami wyborcy danego okręgu.

Taki na ten przykład Douglas Carswell. W 2010 roku został wybrany posłem z ramienia konserwatystów w okręgu Clacton uzyskując poparcie 53% głosujących. W sierpniu 2014 wystąpił ze swojej partii i wstąpił do UKIP. Zrezygnował z mandatu parlamentarnego. W wyborach uzupełniających zorganizowanych w tymże okręgu, jako kandydat UKIP był „pierwszy na mecie” (FPTP) zdobywając 60% głosów i został pierwszym deputowanym UKIP w Izbie Gmin.

A jaka jest misja, czyli program UKIP na majowe wybory w UK? Zainteresowanych odsyłam do przeglądarki i wpisania hasła „Policies for People”. Program zawiera 17 obszarów tematycznych. W dużym streszczeniu podaję za wiki:
„– silne poparcie dla demokracji, swobód obywatelskich i wolności słowa,
– znaczne ograniczenie biurokracji,
– radykalna obniżka podatków,
– obrona prawa do samostanowienia,
– sprzeciw wobec zakazu palenia,
– wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej,
– większa autonomia władz lokalnych,
– sprzeciw wobec kontroli społeczeństwa przez państwo,
– obrona tradycji kraju i jego narodu („Civic Nationalism”),
– sprzeciw wobec represjonowaniu wyznań przez UE jako zagrożenie dla wolności wyznań”.

Uogólniając program UKIP można pokusić się o jego syntezę zawartą w treści „tradycyjnie róbmy swoje”. Po co, na ten przykład, mamy oddawać eurosojuzowi roczną kontrybucję netto w wysokości 8 mld funtów, gdy część tej kwoty możemy przeznaczyć na państwową służbę zdrowia funkcjonując poza unią.

„Uwierz w Brytanię” to hasło zainaugurowało kampanię wyborczą UKIP do Izby Gmin.

Jak na razie wyborcy Albionu są jeszcze – dzięki latami wypracowywanej ordynacji wyborczej – suwerenami swojego kraju. Duch wolności przebija z programu partii UKIP, a od znanej aktywności jego społeczeństwa zależy los tej Wyspy. Nawet, gdyby proces rewitalizacji europejskiej metody ustroju życia zbiorowego, zapoczątkowywanego na Wyspach, miał trwać dłużej niż jedna kadencja.

Inny kraj, na drugim skraju wspólnego kontynentu zwany Polską winien podążać wydeptanymi przez wyspiarzy śladami i taką obywatelską odmianę demokracji zacząć budować. Pierwszy krok to zrzucenie obroży w postaci wielomandatowej ordynacji wyborczej.

Dyskusja - 2 Komentarzy
  1. W.b'S.

    28. Lut 2015,  godz. 17:14

    OK. Tak mają ułożone Wyspiarze tzn. sami wypracowali prawa obywatelskie latami. My mamy w spadku po PRL, praktykowaną w życiu publicznym, podwójną etykę: jedna dla nas (polityków, wybranych przecież w demokratycznych wyborach a jakże) a druga dla obcych (wyborców). Pochodną tej zasady jest stosowanie innej etyki w życiu prywatnym a innej w życiu publicznym.
    My wiemy jak zrzucić z siebie to jarzmo: naśladować Anglików, którzy mają państwo obywatelski – suwerenów.

    Odpowiedz

  2. Łukasz Bień

    26. Lut 2015,  godz. 14:49

    Bardzo ciekawy artykuł, rzeczywiście wiele te ruchy łączy. Pozwolę sobie jednak na polemikę w jednej kwestii. Ponowne poddanie się ocenie wyborców przez posłów zmieniających partię rzeczywiście jest dość powszechną praktyką brytyjską, ale w żaden sposób nie wymusza tego sam system prawny, tylko taki po prostu mają zwyczaj. W innych państwach z JOW, np. w Stanach Zjednoczonych czy Kanadzie, praktyki takiej raczej nie ma, a przynajmniej takie przypadki występują o wiele rzadziej.
    Popatrzmy zresztą na nasze krajowe podwórko – znam szereg przypadków radnych gmin wybranych w JOW, którzy już zdążyli zmienić przynależność w ciągu tych kilku miesięcy nowej kadencji i często w ogóle nie ma na to żadnej reakcji, albo nawet jeśli jest, to tylko w mediach, ludzie sobie pokrzyczą w komentarzach, ale nikt nie wywoła realnej presji na takich delikwentów, żeby zrzekli się mandatu, a za jakiś czas wszyscy prawie o tym zapomną. Przypomniał mi się przykład z Raciborza, gdzie obozowi prezydenta zabrakło jednego mandatu do bezwzględnej większości w radzie. I cóż? Ano już w czasie pierwszej sesji znalazł się chętny uciekinier z opozycji, którego przekupiono stołkiem wiceprzewodniczącego rady.
    Zatem to nie jest kwestia samego systemu JOW, tylko praktyki politycznej i rzeczywistego oddziaływania wyborców na swoich przedstawicieli. Gdyby było inaczej, ci posłowie brytyjscy też mieliby głęboko gdzieś, co o tym sądzi elektorat z ich okręgu. Czyli kluczem jest kontrola i presja.

    Odpowiedz

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.