Co drugi młody bez pracy, przy średnim bezrobociu 26,8 proc. Zadłużenie na poziomie ponad 88,2 proc. PKB z prognozą 100 proc. na koniec roku. Kwitnąca korupcja bez żadnych konsekwencji i perspektyw na zmiany. To nie republika bananowa. To Królestwo Hiszpanii.

czekanie

Ciągnący się przez ostatnie pół roku skandal związany z nielegalnym finansowaniem rządzącej Hiszpanią prawicowej Partii Ludowej zakończył się niczym. Premier Mariano Rajoy, oskarżany o przyjmowanie gotówki pochodzącej z nielegalnego szwajcarskiego konta, wyparł się wszystkiego. Stwierdził, że nic o trwającym od 20 lat procederze nie wie. Konto miało być zasilane przez przedsiębiorców, którzy wygrywali przetargi publiczne – głównie w branży budowlanej. Pomimo tego, że z odręcznych notatek opublikowanych przez dziennik El Pais jasno wynika, że skarbnik partii, aresztowany Luis Barcenas wypłacał pieniądze również jemu. Trzy czwarte Hiszpanów uznało tłumaczenia premiera za nieprzekonujące, ale jego stanowisko pozostaje niezagrożone. Dlaczego samooczyszczenia w partii nie będzie? Powód jest typowy dla ordynacji proporcjonalnych. Bezpośredni wpływ Rajoy’a na układanie list wyborczych sprawia, że oskarżany o łapownictwo przewodniczący może liczyć w partii której przewodniczy na pełne poparcie. Taki obrót spraw spowodował, że sami Hiszpanie zwątpili w sens protestowania. Ulice się uspokoiły. Bo czy można mówić w ich przypadku o jakimkolwiek realnej, sensownej alternatywie? Doskonale zdają sobie sprawę z tego, że obalając rząd oddadzą władzę w ręce socjalistów, których uczciwość finansowa też jest wątpliwa, a dodatkowo spoczywa na nich odpowiedzialność za doprowadzenie Hiszpanii do gospodarczej katastrofy. Koło się zamyka, dług rośnie, łapówki pewnie nadal płyną szerokim strumieniem. Trwa oczekiwanie na Godota.

Warszawa huczy od plotek na temat możliwego wstrzymania partiom finansowania z budżetu. Donald Tusk ma poważnie zastanawiać się nad spełnieniem jakże nośnego i popularnego wśród opinii społecznej postulatu – zakręcenia kurka z pieniędzmi. W zeszłym roku było to ok. 130 mln zł – taką kwotą w ramach subwencji i zwrotu za kampanię zasililiśmy partie. Ta kwota nie obejmuje rzecz jasna diet i biur poselskich. Na to są dodatkowe środki. Jako że większość pieniędzy z subwencji idzie na wypłaty, a nie np. na analizy prawne proponowanych ustaw, posłowie nadal pomimo tych gigantycznych wydatków często głosują bez żadnej wiedzy co do skutków stanowionego przez siebie prawa. Pomysł odcięcia partii od budżetowych pieniędzy zyskuje jednak nowego wymiaru, gdy weźmiemy pod uwagę, że skarbnikowi PO udało się odłożyć na koncie ponad 60 mln zł. Chodzą słuchy, że „wpadka” z cygarami, garsonkami i sushi serwowanym na hostessach to nie był przypadek, a przemyślana gra z mediami i opinią publiczną. Czy premier chcąc grać fair play nie powinien jednocześnie zgłosić pomysł zwrócenia zaoszczędzonej kwoty do budżetu lub przeznaczenia jej na szczytny cel? Albo zaplanować wprowadzenie nowych reguł dopiero w następnych wyborach? Już wkrótce poznamy lepiej jego intencje. Projekt ma być rozpatrzony tuż po wakacjach.

Taki obrót sprawy ustawiłby pod ścianą pozostałe partie. PiS zaoszczędziło ok. 10 mln zł, SLD niecałe 3 mln. Dysproporcja jest tak wielka, jak różnica w zdolności koalicyjnej dwóch największych graczy. Gdyby szef PO przeprowadził reformę finansowania partii, Jarosław Kaczyński otrzymałby kolejny argument dla zmiany swojego podejścia do jednomandatowych okręgów wyborczych. Te w dużym stopniu uniezależniają efektywność kampanii od ilości zer na koncie. W JOW-ach najważniejsza jest jakość kandydata – musi być znany, cieszyć się zaufaniem lokalnej społeczności i być gotowym do prowadzenia kampanii ze szczególnym uwzględnieniem spotkań osobistych. Billboardy oraz emisje spotów w telewizji i radiu schodzą na dalszy plan. A że PiS potrafi wygrywać w JOW-ach pokazały ostatnie senackie wybory uzupełniające w Rybniku i zwycięska kampania w Elblągu.

Pojawiły się ostatnio głosy, że premier rozważa na serio zmianę ordynacji wyborczej. Ale nie na jednomandatową, choć sam deklaruje się jako weteran walki o JOW-y. Podobno ostatnimi czasy bardziej do gustu przypadła mu metoda Sainte-Laguë’a. Ta, w odróżnieniu od stosowanej teraz metody d’Hondta, faworyzuje mniejsze ugrupowania kosztem zwycięzcy. Jako że faworytem na dziś wydaje się być Prawo i Sprawiedliwość, to głównie w tę partię taka zmiana by uderzyła. I o ile przy obecnej ordynacji 40-45 proc. zdobytych głosów może pozwolić na samodzielne rządzenie, o tyle przy nowej metodologii nawet taki wynik może skazać zwycięzców na kolejne lata w ławach opozycji. Ile w tym prawdy? Nie wiadomo, ale na pewno taka zmiana byłaby na korzyść wszystkim partiom w Sejmie, oprócz właśnie PiS-u. To dla nich kolejny argument za JOW-ami. Z jednej strony niwelują istniejącą przepaść w zasobności partyjnych portfeli, z drugiej pozwalają sięgnąć po władzę nawet przy wyniku na poziomie 30-35 proc.

Czas skończyć z taktyką „nie, bo nie”. Porozmawiajmy o uzdrowieniu polskiej demokracji na poważnie, merytorycznie.

Wkrótce może być za późno. Nie czekajmy na Godota.

autor: Artur Heliak

Artykuł ukazał się w Tygodniku Uważam Rze www.uwazamrze.pl

Skomentuj