Otwarty wróg
W wywiadzie z Jarosławem Kaczyńskim, jaki ukazał się 14 listopada 2011 w "Naszym Dzienniku", prezes Prawa i Sprawiedliwości powiedział, expressis verbis, że system jednomandatowych okręgów wyborczych (JOW) nie mieści się w ramach demokracji, bo prowadzi do faktycznego pozbawienia praw politycznych 20 albo i 30 procent społeczeństwa.
W ten sposób jakby potwierdził przesłanie śp. Lecha Kaczyńskiego, że system JOW nie ma nic wspólnego z demokracją i który nas zapewnił że nawet gdyby mój brat Jarosław przyszedł i na kolanach błagał mnie o JOW, to się nie ugnę. Tymi wypowiedziami bracia Kaczyńscy postawili przed wszystkim Polakami zagadkę: jaką to demokrację mają na myśli, skoro nie mieści się w niej ani Wielka Brytania, ani Stany Zjednoczone, ani Kanada, ani nawet Australia, czy Francja? We wszystkich tych krajach bowiem (ale i wielu innych) JOW stanowią fundament systemu wyborczego i obywatele tych krajów odejścia od tego systemu nie wyobrażają sobie, czego dowiodły najlepiej referenda w sprawie systemu wyborczego w Kanadzie, a przede wszystkim referendum 5 maja 2011 w Zjednoczonym Królestwie. Tak się bowiem składa, że pomimo najróżniejszych uzasadnionych pretensji, jakie Polacy zgłosić by mogli pod adresem naszych sojuszników Amerykanów i Anglików, kraje te uważane są za przodujące kraje demokratyczne. Jeśli, dodatkowo, weźmiemy pod uwagę, że wśród pierwszych 100 uniwersytetów na świecie, ponad 90% stanowią uniwersytety amerykańskie i brytyjskie, że podobnie jest w statystyce przyznawanych Nagród Nobla i wszelkich innych prestiżowych wyróżnień, że podobnie jest w statystyce światowej wynalazczości – to naprawdę trudno przeciętnemu Polakowi uwierzyć, że kraje te zamieszkują ludzie, którzy nie mają pojęcia o demokracji i po naukę koniecznie powinni się udać nad Wisłę.
W każdym razie, na dobro Jarosława Kaczyńskiego zaliczyć wypada fakt, że swojej niechęci do JOW nie ukrywa, mówi o niej otwarcie, nie ukrywa nawet tego, że w gruncie rzeczy obawia się, iż system JOW mógłby de facto doprowadzić do marginalizacji jego partii i zepchnąć ją ze sceny politycznej. Na ile te obawy są uzasadnione, to inna sprawa.
I fałszywy przyjaciel
W przeciwieństwie do Jarosława Kaczyńskiego, jego główny przeciwnik polityczny, Donald Tusk, w wystąpieniach publicznych zaklina się, że nie marzy o niczym innym, jak o najszybszym wprowadzeniu JOW w wyborach do Sejmu. Nie może jednak swego marzenia zrealizować, gdyż wszyscy są przeciwko niemu, zarówno opozycja, jak PiS i SLD, jak i jego koalicjant PSL. Podobnie wypowiada się prezydent Bronisław Komorowski. Okazuje się, że nawet posiadanie w rękach rządu, prezydentury, posad marszałków Sejmu i Senatu oraz bezwzględnej większości w Senacie to za mało, żeby przybliżyć się do realizacji tych szczytnych zamiarów. Nawet zebranie prawie miliona podpisów obywatelskich pod wnioskiem o referendum w tej sprawie, przyczyniło się jedynie do zgromadzenia nadmiaru makulatury w piwnicach sejmowych i podpisy te można było co najwyżej wykorzystać na podpałkę.
W tej sytuacji pewne poruszenie wywołało niespodziewane wprowadzenie do Kodeksu Wyborczego JOW w wyborach do Senatu. Jeszcze w grudniu ubiegłego roku nie było o tym mowy, a oto, ku zaskoczeniu wszystkich, w styczniu uchwalona została nowa ustawa i JOW w jednej turze w wyborach do Senatu zostały wprowadzone. Jest ciekawe, że wprowadzenie tej ustawy nie zostało poprzedzone żadną otwartą debatą publiczną, a w szczególności nigdy w tej sprawie nie udzielono głosu w mediach publicznych żadnemu przedstawicielowi Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych, który od 20 lat wędruje po Polsce gromadząc poparcie dla tego rozwiązania ustrojowego. Nasuwa się więc nieodparte podejrzenie, że wprowadzenie JOW w wyborach do Senatu to raczej sprytny zabieg socjotechniczny, aniżeli oczekiwany krok w dobrym kierunku, a celem tego zabiegu jest przekonanie Polaków, że nie ma się czego spodziewać po wprowadzeniu JOW w wyborach do Sejmu, bo tak czy owak, zawsze Nowak. W tym wszystkim nigdy i nigdzie nie eksponuje się faktu, że w wyborach wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, jakie już odbyły się trzykrotnie w latach 2002, 2006 i 2010, aż 80% mandatów otrzymali kandydaci nie rekomendowani przez parlamentarne partie polityczne. Taki wynik, to zmora, która nie daje po nocach spać liderom tych partii, ponieważ pokazuje on, że w JOW nie tylko Jarosław Kaczyński ma prawo obawiać się marginalizacji, ale dokładnie takie same powody mają wszyscy pozostali Wielcy Liderzy Partii Politycznych.
Czy ta socjotechnika była skuteczna?
Jeśli za miarę skuteczności przyjąć odgłosy medialne i wypowiedzi ulubionych komentatorów, to socjotechnikom wypada pogratulować. Runął mit jednomandatowych okręgów wyborczych, koniec legendy JOW, entuzjaści JOW powinni zamilknąć co najmniej na pół wieku – woła główny dzisiaj komentator polityczny, dr Rafał Chwedoruk z UW. Ten sam Chwedoruk, który przed wyborami wieszczył, że w JOW do Senatu, mandaty kupią sobie bogacze, oligarchowie, różne stokłosy. Ponieważ to się jakoś nie sprawdziło, to dzisiaj grozi, że gdyby zastosować je także w wyborach do Sejmu, wyborca PO z okolic Łomży nigdy by się nie doczekał swojego przedstawiciela w parlamencie – analogicznie wyborca PiS z warszawskiego Ursynowa i wraca do standardowego bełkotu polskich politologów na temat JOW o straszliwym gerrymanderingu, o niesprawiedliwości jaka od dziesięcioleci spotyka liberałów w Wielkiej Brytanii i kończy jak prawdziwy bliźniak Jarosława Kaczyńskiego: wprowadzenie JOW-ów do Sejmu mogłoby być końcem realnej demokracji w Polsce. Natomiast przedstawicielom Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW żadne medium, publiczne czy prywatne, udzielić głosu nie zamierza. A przecież chętnie podjęlibyśmy polemikę z tymi wieszczami demokratycznej katastrofy w wyniku wprowadzenie JOW w wyborach do Sejmu.
JOW-y JOW-om nie równe
W różnych krajach świata funkcjonują różne ordynacje wyborcze z JOW i nie są to tylko różnice jakichś drugorzędnych przepisów ordynacyjnych. Są JOW-y w UK. Kanadzie czy USA, a inne we Francji, a zupełnie inne w Australii i dlatego w UK nawet przeprowadzono 5 maja 2011 referendum z pytaniem czy Brytyjczycy chcą takie JOW, jak do tej pory, czy raczej takie, jakie obowiązują w Australii? A już zupełnie inne obowiązują np. w Korei Północnej, ale o tych mówić nie będziemy. Ruch Obywatelski na rzecz JOW domaga się wprowadzenia JOW opartych o następujące zasady: (1) równość wszystkich obywateli w całym procesie wyborczym; (2) swobodne, równe dla wszystkich prawo do kandydowania; (3) małe, ok. 60-tysięczne okręgi wyborcze; (4) wybory w jednej turze, (5) zamiast zbierania podpisów poparcia niewielka kaucja, np. 2 – 3 tysiące PNL. Takie są podstawowe zasady wyborów w UK i, w wyniku wieloletniej dyskusji, uznaliśmy je za optymalne i taki sposób wyborów popularyzujemy i popieramy.
Wybory do Senatu 2011
Spełniają tylko jeden z tych warunków: odbywały się w jednej turze i mandat uzyskiwał ten kandydat, który uzyskał najwięcej głosów. Brytyjczycy nazywają tę zasadę Firt Past The Post – Pierwszy na Mecie. Pod każdym innym względem wybory te leżą daleko od brytyjskiego wzoru.
Po pierwsze: za duże okręgi wyborcze
Podstawowym parametrem ordynacji z JOW jest wielkość okręgu wyborczego. Wybory wygrywają w nich ludzie znani wyborcom z dobrej strony. Wyborcy muszą więc mieć możliwość poznania kandydatów i rozróżnienia ich między sobą. W Wielkiej Brytanii w jednym okręgu wyborczym mieszka, średnio, 95 tysięcy osób. W Polsce, dzieląc liczbę mieszkańców przez 100 otrzymujemy 380 tysięcy, a zatem okręg wyborczy w wyborach do Senatu jest ponad cztery razy większy niż w Wielkiej Brytanii. To oznacza, że kandydatom w Polsce jest co najmniej cztery razy trudniej dać się poznać niż kandydatom w UK i, odpowiednio, wyborcy mają wielokrotnie trudniejsze zadanie przy poszukiwaniu właściwego kandydata.
Po drugie: wielokrotne pogwałcenie fundamentalnej zasady równości
Fundamentem demokracji jest równość obywateli wobec prawa i musi to być równość w całym procesie wyborczym, a nie tylko sprowadzać się do tego, że każdy wyborca ma taki sam głos. Tę zasadę równości wielokrotnie naruszają zapisy Kodeksu Wyborczego i procedury zastosowane w ostatnich wyborach.
Najpierw, rażąco nierówne są okręgi wyborcze. I tak okręg nr 61, w którym wybierano Włodzimierza Cimoszewicza ma 176 tysięcy wyborców, a okręg nr 30, z którego pochodzi senator Andrzej Pająk, 513 tys. To oznacza trzykrotną różnicę wielkości. Przeciwnicy JOW nieustannie podnoszą zarzut tzw. gerrymanderingu, a więc manipulowania granicami okręgów wyborczych odpowiednio do partyjnych interesów. Jak można określić takie ustalanie granic okręgów wyborczych, żeby jeden okręg był trzy razy większy od innego?
Następnie, równość kandydatów naruszają przepisy finansowe. Kodeks przewiduje, że kandydat do Senatu może wydać na kampanię wyborczą na jednego wyborcę nie więcej niż 18 groszy (art. 259) Jednak partyjne komitety wyborcze, które prowadzą równolegle kampanię wyborczą do Sejmu, mogą wydać na jednego wyborcę 82 + 18, czyli ponad pięciokrotnie więcej.
Po trzecie: zasadę równości gwałci konieczność tworzenia komitetów wyborczych wyborców, gdyż zgłoszenie kandydata musi być poprzedzone utworzeniem komitetu wyborczego, które, z kolei, musi być poparte tysiącem podpisów wyborców. Od tego obowiązku zwolnione są partie polityczne. Jaskrawym przykładem tego naruszenia zasady równości była kwestia komitetu wyborczego "Nowego Ekranu", który nawet zebrał, w odpowiednim czasie, właściwą liczbę podpisów, ale jego rejestracji odmówiła Państwowa Komisja Wyborcza. Sąd Najwyższy wprawdzie uchylił uchwałę PKW i nakazał zarejestrowanie komitetu, jednak ta procedura praktycznie uniemożliwiła temu komitetowi zebranie podopisów poparcia kandydatów i dokonanie ich rejestracji w określonym czasie.
Wszystko to jest najzupełniej zbędne: w Wielkiej Brytanii, Kanadzie czy USA gdzie nie ma potrzeby powoływania jakichkolwiek komitetów wyborczych, a kandydaci mają prawo zgłaszać się samodzielnie, bez jakichkolwiek pośredników. Wystarcza im 10 (a nie 2 tysiące!) podpisów poparcia i wpłacenie niewielkiej kaucji, która jest zwracana, gdy kandydat zdobędzie np. 3% głosów wyborców.
Po czwarte: nierówność szans wprowadzały przepisy o czasie trwania kampanii wyborczej. Komitety wyborcze wyborców mogą zbierać podpisy, gromadzić pieniądze i prowadzić kampanię dopiero z chwilą zarejestrowania, co, w warunkach ostatnich wyborów pozostawiało im niecały miesiąc. Od tych wymogów zwolnione były partie polityczne, które prowadziły swoją kampanię od wielu miesięcy, z udziałem środków masowego przekazu.
Propagandziści partyjnictwa, jak Chwedoruk czy Leski, leją krokodyle łzy nad "upadkiem mitu JOW", bo JOW-y, ich zdaniem się nie sprawdziły, a niezależni kandydaci nie dali rady przełamać partyjnego betonu. W warunkach stworzonych w 2011 roku dokonanie takiej sztuki graniczyło z cudem, nie ma więc dziwnego, że tylko jeden kandydat, Jarosław Obremski z Wrocławia, potrafił się przez tę zaporę przedrzeć. Pezetpeerowskie skamieliny, w osobach Borowskiego, Cimoszewicza i Kutza, jako przykłady "senatorów niezależnych" nadają się tylko do skeczów kabaretowych. I nie chodzi tu tylko o ich żywą i czerwoną (także parlamentarną) przeszłość , ale także o fakt, że wszędzie tam, gdzie ci panowie kandydowali ani PO, ani SLD nie wystawiły partyjnych kontrkandydatów a więc, de facto, obie te partie udzieliły im poparcia.
Przesłanie pozytywne wyborów senackich 2011
Pomimo tych wszystkich wad, które powodują, iż tegoroczne wybory do Senatu nie mogą być pozytywnym przykładem zasady wyborów w JOW, to odsłoniły one częściowo pewne ważne aspekty takiego systemu wyborczego;
Po pierwsze, pokazały one, że to KANDYDAT ma być znany wyborcom, a nie jego promotor czy promotorzy! Boleśnie przekonali się o tym prezydenci wielkich miast, którym się wydawało, że skoro są znani i sami swobodnie wygrywają wybory w jednomandatowych okręgach wyborczych, to wystarczy jak teraz wskażą swoich kandydatów na senatorów, żeby zapewnić im zwycięstwo. Innymi słowy doszli do przekonania, że los na tyle pogrubił im ich palce wskazujące, że okażą się grubsze od palców Tuska, Kaczyńskiego, Pawlaka czy Napieralskiego. Wybory pokazały, że te rachuby są błędne. Jedyny zwycięski prezydencki kandydat, Jarosław Obremski, zapewne i bez poparcia Rafała Dutkiewicza wygrałby wybory, ponieważ jest osobą we Wrocławiu znaną, stale obecną w mediach, zasiadającą we władzach miasta nieprzerwanie od 1990 roku (członek Zarządu, przewodniczący Rady Miejskiej, wiceprezydent), w dodatku z ładną kartą opozycyjnej przeszłości w czasach studenckich. Inni kandydaci, w opisanych wyżej warunkach, nie byli w stanie przebić się przez partyjny walec wyborczy. Zwycięstwo Jarosława Obremskiego to jest także sukces JOW, bo w warunkach partyjnej ordynacji wyborczej do Sejmu nic podobnego nie mogłoby się zdarzyć.
Po drugie, wybory do Senatu ujawniły ważną właściwość JOW, która zasadniczo różni je od wyborów na listy partyjne: wybory w JOW są mechanizmem integrującym ludzi o podobnych poglądach. Znakomitym przykładem są właśnie wybory Cimoszewicza, Borowskiego i Kutza, gdzie wszystkie partie się połączyły, nie wystawiając swoich kandydatów i kandydaci PiS, nawet tacy, jak Zbigniew Romaszewski, nie mieli szans. PiS, jako, de facto, jedyna partia opozycyjna, wygrywał najczęściej tam, gdzie PO, PSL i SLD się podzieliły, wystawiając swoich kandydatów i konkurując ze sobą, co zwiększało szanse kandydatów Prawa i Sprawiedliwości.
Po trzecie: wybory do Senatu obaliły tezę tych wszystkich proroków anty-JOW, że wybory w JOW oznaczają rozdrobienie parlamentu, że wprowadzają jakieś wolne elektrony od Sasa do Lasa, wśród których nie będzie możliwe sensowne procedowanie i podejmowanie uchwał większością głosów.
Podsumowując:
Jeśli chcemy, żeby wybory do Senatu przypominały prawdziwe wybory w JOW, to trzeba: (1) oddzielić wybory do Senatu od wyborów do Sejmu; (2) dać wszystkim wyborcom swobodne prawo kandydowania, bez konieczności zbierania tysięcy podpisów; (3) zlikwidować komitety wyborcze; (4) zrównać liczbowo okręgi wyborcze; (5) zapewnić wszystkim kandydatom jednakowe warunki dostępu do środków przekazu i zasady finansowania.

- Powstanie Warszawskie – Gloria Victis - 30 lipca 2018
- Czego chcesz od nas Michale Falzmannie? - 17 lipca 2017
- Bloger Jarosław Kaczyński o JOW - 22 maja 2015
- Naukowy fetysz reprezentatywności i sprawiedliwości - 16 maja 2015
- Co komu zostało z tych lat? - 13 grudnia 2013
- Plan dla Polski: Jednomandatowe Okręgi Wyborcze - 8 marca 2013
- Majaki celebryty Zbigniewa Hołdysa - 12 października 2012
- Paweł Kukiz, zmielony i zbuntowany - 7 września 2012
- Aktualna sytuacja w Rumunii - 21 sierpnia 2012
- UważamRze Wildstein… - 19 sierpnia 2012
Dokładam starań aby wyrażać się w sposób wyważony, i chyba nie zasługują moje opinie na określenie „malkontenctwo”, i piszę, że pomoc jakiej redakcja udziela niejako trywializuje postulat, któremu ma w zamyśle sprzyjać. Próbuję swoje opinie uzasadnić, ale Pan chyba jest na te argumenty uodporniony.
Drogi Panie Łyjak, nie mam takiego tolerancyjnego stosunku do wszelkich działań, które z pozoru wydają się być zbieżnymi z tym, co reprezentuje i o co walczy Ruch JOW. Ruch JOW to walka o przyzwoitość na scenie politycznej, o odpowiedzialność za słowo, o szacunek do drugiego człowieka, do drugiego obywatela. Do tej przyzwoitości należy również to, jak traktuje się prawo autora do tego co stworzył. Więc w odróżnieniu od Pana nie jestem zachwycony, gdy ktoś bierze moją własność i robi z nią to, co jest mu wygodne, nie pytając mnie o zdanie i nawet nie informując. Nie podoba mi się i już. Nie robiłbym z tego sprawy, bo takich praktyk i zachowań jestem przyzwyczajony i nie mam zamiaru tracić życia na walkę z takimi praktykami. Ale Pan widzi w tym jakąś zasługę i cnotę, a na to nie ma zgody.Po drugie, kolejny raz wraca Pan do udziału SW i ludzi współpracujących z KM na Marszu. Ja wiem, że Pańskie wyjaśnienie nie odpowiada rzeczywistości. Może Pan tak pisze, bo Pan nie wie, jakie były prawdziwe okoliczności i powody. Ale ja wiem. Dlatego proponuję zamknąć temat. I proszę nie obciążać mnie odpowiedzialnością za to, że Pan nie wziął udziału w Marszu.
Paweł Kawarski, ,,Odblokowanie mediów” to jest droga do przebycia a nie jednorazowa czynność. W komentarzach wcześniejszych pisałem o otwartym celu.Inna z pozoru inicjatywa,która jednoznacznie również wspiera postulaty JOW i wspierać będzie napotyka od razu na opór i wszelkiego typu malkontenctwo, krytykę, ponieważ nie realizuje sztywnych ocen i wyobrażeń członków Ruchu JOW.
Tak oceniając, artykuł zawsze będzie albo za krótki, w złym miejscu, z nieodpowiednim tytułem, przed lub za jakimś artykułem, za lub poniżej zdjęcia z bokserami itp. Natomiast w innych mediach zależnych od układów partyjnych może być wszędzie…byle tylko był ?
Powraca pan do Marszu, do nieobecności wielu uczestników Ruchu, to dobrze, że rozumie Pan różne okoliczności tej nieobecności. Nie rozumie Pan jednak istoty sprawy. Za frekwencje i promowanie Marszu odpowiedzialni są organizatorzy i to oni za to odpowiadają. To jest zawsze test sprawności danej struktury.
Pozdrawiam
Panie Redaktorze,
Napisał Pan, że
„nazwa gazety nie może mieć przełożenia tylko i wyłącznie na JOW, ponieważ nie jest to organ Ruchu JOW. Niemniej umieszczenie artykułu przecież w jakiś sposób łamie czy odblokowuje dostęp do mediów.”
Wobec tego muszę zacytować samego siebie:
„gazeta mająca w tytule „obywatelska” w żaden sposób nie odnosi się do postulatu jow, zmierzającego do odzyskania praw obywatelskich, ani na tak, ani na nie”
Z mojego komentarza nie wynika, że GO ma mieć przełożenie „tylko i wyłącznie na JOW”.
A jeśli chodzi odblokowanie mediów, to przyjrzałem się temu wydaniu bliżej i stwierdzam, że zamieszczenie tekstu Prof. JP w dziale „Rozmaitości” na przedostatniej stronie, za fotografią bokserów, artykułem o Chinach a przed tekstem o piłce nożnej, to raczej listek figowy niż „odblokowanie mediów”.
Inne szczegóły tej publikacji świadczą o redakcji jeszcze gorzej: pewna elementarna solidność dyktuje aby podać źródłową publikację, miejsca gdzie redakcja dokonała skrótów, a także oznaczenie tego faktu komentarzem typu „skróty od redakcji”.
Ponadto, jeśli chodzi o długość tekstów, to objętość wzmiankowanej fotografii bokserów jest porównywalna. Do czego redakcja ma oczywiście prawo, lecz nie oszukujmy się „odblokowaniem mediów”.
Te krytyczne uwagi zamieszczam bez satysfakcji, mając nadzieję, że pomoże to w przygotowywaniu kolejnych publikacji.
Pozdrawiam,
PS. w/s nieobecności na Marszu to oczywiście jest ona usprawiedliwiona, nieszczęśliwy zbieg okoliczności po prostu, podobnie jak wszystkich innych nieobecnych, którzy oczywiście wspierają jow tylko na kolejne Marsze nie mogą dojechać.
Jest to fragment artykułu: Jak się pozbyć złego rządu, zaczynający się z akapitu: …,,w Trudny okres kryzysu światowego,kryzysu światowych finansów..”, aż do końca artykułu. Zasada umieszczania materiałów jaka została przyjęta, jeżeli chodzi o długość to 5000 znaków.
Wojtas b’S: „W tej sytuacji stosowana technika przemilczania „jow” na ogólną skalę jest wystarczająca przed zakusami jakichkolwiek zmian.” Niestety, ma Pan 100% racji.Prawie 20 lat naszej pracy, tymi środkami, jakie mamy do rozporządzenia, to stanowczo za mało do przełamania tej blokady informacyjnej. Ludzie JOW muszą przyjąć do wiadomości, ze „samo się nie niesie”. Trzeba się zając kolportażem naszych ulotek, biuletynów, broszur, książek. Nasz wysiłek wydawniczy w znacznym stopniu się marnuje, bo zwolennicy JOW są zbyt leniwi, żeby wziąć biuletyny i zanieść je sąsiadom i znajomym, samemu przeczytać i dać innym. 5 tysięcy fanów, ponad 2 tysiące podpisanych pod skargą do Strasburga, to powinna być wystarczająca ilość, żeby rozkolportować 500 egzemplarzy biuletynu czy 10 tysięcy ulotek, kilka tysięcy broszur.
Dojeżdżam do pracy pociągiem pospiesznym. Ludzie albo są w trakcie pogawędki albo na nią gotowi, z nudów. Oto 2 zdarzenia:
1) Busineswomen, niemłoda, IQ maksymalne, ciągle na trasie W-Z, ogólnie niezadowolona z panujący stosunków makro i mikro. Oczy otwiera z niedowierzaniem, że może istnieć inna demokracja niż z takim trudem wywalczona ta nasza polska.
2) Trzech 20-latków i starszy pan były samorządowiec ok. 100 tys. miasta, kilka dni przed wyborami. Młodzi zieloni w sprawie biernego prawa wyborczego. W lot chwycili zasady prawa angielskiego. Wyjaśnianie tego polskiego pozostawiłem doświadczonemu współpasażerowi suponując młodym, że przez najbliższe kilka godzin może coś załapią.
Moje ogólne spostrzeżenie:
a) istnieje pustka wiedzy na temat demokracji w ogóle i praw wyborczych szczególności. Jeśli założymy, że tylko ok. 20 % wyborców (coś ok. 6 mln) ma więcej niż „1 talent” to wśród nich tylko mała garstka (może kilka tysięcy) dopuszcza istnienie demokracji innej (jeszcze lepszej) niż ta wywalczona z takim trudem, w walce z demokracją socjalistyczną. W tej sytuacji stosowana technika przemilczania „jow” na ogólną skalę jest wystarczająca przed zakusami jakichkolwiek zmian.
b) Do tej „garstki”, choć na pewno z bagażem wielu talentów, nie należą pasterze KK. Problem w tym, a i zadanie na przyszłość, leży w uświadamianiu naszych pasterzy o pożytkach płynący z rozwiązań anglosaskich dla obywatelskości owieczek. Szarogęszenie się w sejmie eki Palikota winno sprowokować hierarchię KK nie tylko do myślenia. Wypowiedź prof. W. Chrostowskiego może być tutaj jaskółką.
Skrót większej całości? „Polska potrzebuje zmiany” mojego autorstwa? Coraz bardziej jestem zadziwiony. Niestety, z jakiegoś powodu nie potrafię dotrzeć do tego tekstu, żeby zobaczyć czego to bezwiednie jestem autorem.
Panie Profesorze, tekst: Polska potrzebuje zmiany, Pana autorstwa, ukazał się teraz w listopadzie. Jest to skrót większej całości, co jest wyszczególnione, to na obronę podziemnej bezceremonialności.
Pozdrawiam
Albert Łyjak, nasza dyskusja staje się dość śliska, a więc ryzykowna. Mamy różne informacje o różnych sprawach i wyciągamy wnioski. Ale cieszę się, ze jakiś mój artykuł (jak rozumiem chodzi o mój tekst?) ukazał się w „GO”. A jaki i czy przed wyborami czy po wyborach? Jeśli chodzi o mój tekst, to ubolewam, że Redakcja nie chciała mnie o tym uwiadomić, co wskazuje na pewną podziemną bezceremonialność. W podziemiu takie obyczaje były normalne i słuszne, ale teraz jeszcze w podziemiu nie jesteśmy i raczej wypada jakoś honorować prawa autorów do ich tekstów. Właśnie dlatego, że wiele osób pracujących w kampanii KM to ludzie popierający JOW, to moim zdaniem szkoda, że nasz postulat jakoś nie ujawnił się w tej kampanii. Ale co się stało, to się stało. Cieszyć się wypada, ze podobno teraz już ma być inaczej, o czym świadczyć ma „Apel” jaki umieściliśmy na naszej stronie.
Panie Pawle, nazwa gazety nie może mieć przełożenia tylko i wyłącznie na JOW, ponieważ nie jest to organ Ruchu JOW. Niemniej umieszczenie artykułu przecież w jakiś sposób łamie czy odblokowuje dostęp do mediów. Idea Ruchu się rozprzestrzenia i jeżeli nawet początki są skromne to jednak kilkadziesiąt tysięcy osób będzie miało okazje przeczytać na temat ordynacji większościowej. W naszej polskiej rzeczywistości i zawłaszczonych mediach każdy niezależny głos jest na wagę złota. To od wielu ludzi zależy czy ten głos będzie słyszalny i czy zdoła się przebić. Na pewno nie jest to prosta sprawa. warto jednak popierać, ponieważ Ruch JOW nie ponosi jakichkolwiek kosztów czy nakładów pracy.
Natomiast wracanie do kampanii wyborczej i wytykanie czy powiedział czy nie powiedział, czy miał w programie czy też nie miał, mija się z faktami i często nie jest prawdą.
Kampania prowadzona była w siedzibie JOW,na tysiącach ulotek było wyraźnie napisane na temat systemu większościowego i na przywróceniu roli referendum, co jest również bardzo ważne, dlatego żeby wyniki referendum nie trafiały do kosza. Dużo osób, które czynnie od lat wspierają Ruch JOW uczestniczyło w kampanii, nawet byli członkami Komitetu Wyborczego. Byli jednak też tacy, którzy odmawiali i współpracy i poparcia kandydata z tego powodu, że jest popierany przez PIS. Trudno to był ich wybór. Planowaliśmy również wyjazd duża grupą do Warszawy na Marsz, razem z kandydatem . Niestety wyjechać nie mogliśmy, dzień wcześniej w nocy połączone siły kontr kandydatów zniszczyły i pocięły w całym mieście nasze materiały wyborcze. Musieliśmy to szybko, przed ciszą wyborczą naprawić i zmobilizować wszystkie osoby. W innym wypadku na pewno bylibyśmy w Warszawie.
Pozdrawiam
Witam Panie Redaktorze,
wyłącznie z perspektywy jow, to artykuł Prof. JP jest gdzieś pod koniec numeru, ale na bezrybiu i rak ryba
dosyć ciekawe, że gazeta mająca w tytule „obywatelska” w żaden sposób nie odnosi się do postulatu jow, zmierzającego do odzyskania praw obywatelskich, ani na tak, ani na nie – to jest problem, że zespół nietuzinkowych przecież osób nie rozpoznaje wagi tego postulatu (ale nie jest w tym odosobniony), czego wymagać od pozostałych?
PS. żałować należy, że KM zapomniał o jow w czasie swojej kampanii wyborczej (a przynajmniej takie otrzymałem relacje)
Panie Profesorze, w tym kraju wychodziło dużo niezależnych gazet o których wspomniałem, chociażby Biuletyn Dolnośląski i wiele innych. Natomiast Gazetę Obywatelską można przeczytać na stronie http://kornelmorawiecki.pl/ a kupić w kiosku. pozdrawiam
AŁyjak: „Ruch JOW realizuje cele sztywne, jednostajne i odporny na wszelkie zmiany”. Takie rzeczy można pisać, ale dobrze byłoby wyjaśnić czytelnikom co też takiego ma Pan na myśli? Np. jak zrobić, żeby „cel Ruchu nie był sztywny i jednostajny”? I na jakie zmiany ma być podatny? Czym moglibyśmy Pan zmotywować? Bez odpowiedzi na te pytania Pańska wypowiedź wisi w próżni i jest takim sobie austriackim gadaniem. Nie znam i nie widziałem na oczy „Gazety Obywatelskiej” więc trudno mi o niej coś więcej powiedzieć. Natomiast od 22 lat obserwuję uważnie sytuację na polu gazet i pism i po tych 22 latach doświadczeń jestem w stanie sformułować pewne wnioski. Chciałbym sie czegoś dowiedzieć o „niezależnych gazetach, które obalały mury i systemy”. Ma Pan na myśli jakąś gazetę wychodząca w Polsce, w Europie czy na świecie? W ciągu tych 22 lat wszystkie niezależne gazety padły, jedne szybciej, inne wolniej, częściej jednak szybciej niż wolniej. Więc z tego wypada wyciągnąć wnioski. Ale wciąż są ludzie gotowi wydać pieniądze i zainwestować pracę w powstanie nowych.
Panie Profesorze, niestety nie wiem jak zwiększyć ilość członków Stowarzyszenia. Nie wiem, ponieważ sam takim członkiem nie jestem i nie mam zielonego pojęcia jak działa struktura Ruchu JOW. Obserwuje to z boku od wielu lat ale każda tego typu „organizacja” ma swoje za kulisowe, wewnętrzne sprawy. Dlatego moje spostrzeżenia mogą być nic nie warte. Bardziej trafne będą osób, które w tym Stowarzyszeniu aktywnie uczestniczą. To ich głos jest najważniejszy.
Wiem tylko tyle, że cele długoterminowe bardzo trudno planować i realizować. Jednak powinien to być cel otwarty. Wymaga oczywiście długotrwałego skupienia i wysiłku co jest niewygodne, męczące,
i często denerwujące.Pomimo tego, planowanie celu stale otwartego ułatwia dokonywanie zmian, ponieważ nie wymaga kurczowej realizacji sztywnego planu. Zabezpiecza przed „przystawieniem drabiny do niewłaściwej ściany”, co zawsze doprowadza do frustracji a w efekcie do demotywacji.
W każdym takim celu istotne jest również dążenie do finansowej niezależności. To na pewno nie jest jednorazowa czynność. Mam wrażenie ,że jednak Ruch JOW realizuje cele sztywne ,jednostajne i jest odporny na wszelkie zmiany. To demotywuje.
Panie Profesorze przykładem tego jest Pana wypowiedź odnośnie Gazety Obywatelskiej. Bardzo chłodna i dystansująca pomimo tego, że będzie również nośnikiem dla idei JOW. Jest tam Pana artykuł.
Też znam wiele niezależnych gazet i takie również ,które systemy i mury obalały….chociaż wtedy nikt by nie przypuszczał.
Albert Łyjak, no, cóż, ja opieram się na moim doświadczeniu, a nie na Pańskim. To doświadczenie rozmija się z tym co Pan pisze, a ja muszę kierować się swoim rozeznaniem sytuacji, a nie cudzym, np. Pańskim. To doświadczenie mi mówi, ze to żadna sztuka założyć niezależną gazetę, jakkolwiek się nazywa. Widziałem już taki „założeń” tyle, że na wołowej skórze by nie spisał. Rozumiem też, że Pan zniechęca mnie do poruszenia sprawy pieniędzy. Ja wiem, w Polsce mówienie o pieniądzach – tych, ktore trzeba samemu wyłożyć – jest nietaktem. „Niepoprawne marketingowo i psychologicznie”. No ale nie wie Pan, jak to zrobić, żeby zwiększyć ilość wpłacających członkow, a właśnie taka wiedza najbardziej by się nam teraz przydała.
@Robert Grzeszczyk, bardzo dziękuję za zrozumienie tego co napisałem, również uważam,jak Pan, że porównywalnie żyjemy w takim okresie gierkowskim. Natomiast nowa Solidarność czy KOR nie jest nam potrzebna. Wszystko dzieje się w jednym momencie i w jednej chwili i jest niepowtarzalne. Mimo wszystko rok 2012 z różnych powodów będzie…… „rokiem ulicy”. jestem o tym przekonany, tak jak wielu socjologów i znawców tematu na całym świecie, szczególnie w USA.
@prof. Przystawa, bardzo szanuję i zawsze szanowałem Pana postawę, zaangażowanie, niezłomność. Jednak jest kilka kwestii z którymi się nie zgadzam. Nie piszę wywodów czysto a priori, lecz opierając się na doświadczeniu. Na tym co jest i co się zdarzyło, na faktach.
Kampania np. w wyborach do senatu nie ma i nigdy nie może mieć tylko przełożenia materialnego.
Porównywanie do straty materialnej i do utraty konkretnych środków finansowych jest i nieuzasadnione i nie przekłada się na ocenę tego co taki udział powoduje i co z niego wynika. Ujemnym skutkiem na pewno jest to, że się przegrywa. Tylko tyle i nic więcej, nie ma innych ujemnych skutków!!!! tak jak w sporcie raz się wygrywa raz przegrywa ale rywalizacja powoduje rozwój nie tylko drużyny ale każdego z osobna. Z silniejszymi rywalami się rywalizuje, nie oddaje się meczu walkowerem.
Każda tego typu rywalizacja powoduje mnóstwo pozytywnych rzeczy. Konsoliduje środowisko w sposób niebywały, grono sprzymierzeńców się poszerza , powstają nowe inicjatywy, nowe pomysły. Ludzie chcą działać. Przykład : powstanie i kontynuacja nowej, niezależnej gazety pod tytułem Gazeta Obywatelska. Od poniedziałku będzie w kioskach z prasą, po raz pierwszy 1 listopada tego roku zapłonęły znicze na skwerze Solidarności Walczącej, dla tych co odeszli. To tylko przykłady, jest wiele innych, widać je na stadionach, niektóre jeszcze są w fazie organizacyjnej. To są te plusy. Czy nie warto było ?
Można tylko utyskiwać nad małymi wpłatami, znikomymi środkami co marketingowo i psychologicznie jest niepoprawne, ponieważ obnaża słabości. Wiadomo jednak, że to nie przyciąga ale niestety odpycha. Moim zdaniem wystarczy zwiększyć ilość członków, którzy opłacają składki roczne i będzie dobrze. Jak to zrobić to już jest inna sprawa.
Robert Grzeszczyk, brak właściwego społecznego oddźwięku jest wynikiem zablokowania nam dostępu do środków masowego przekazu. Natomiast nasi woJOWnicy wykazują bardzo skromną aktywność. Dowodów tej skromności jest wiele: (1) liczba wpłat na konto Stowarzyszenia (2) kolportaż naszych wydawnictw. Wydajemy, z wielkim trudem i wysiłkiem biuletyny Ruchu, broszury i książki. Nakłady ich są bardzo skromne, bo mało komu chce się cokolwiek czytac, nie mówiąc już o tym, żeby propagować. Kazdy kupuje prezenty świąteczne, w tym ksiązki: cóż by to szkodziło wielkiej liczbie zwolennik JOW kupić, za parę złotych, na Gwiazdkę, ktorąś z naszych książek i podarować wujkowi czy siostrzeńcowi? Co by szkodziło kupić, a nawet bez pieniędzy kilka biuletynów i sprezentowąć kilku znajomym? To są wszystko proste sprawy, ale jakoś mało komu przychodzi to do głowy. Malo kto zajrzy nawet na naszą stronę. Więc skąd ma się wziąć większy oddźwięk?
Nie wydaje mi się, by Pan Albert Łyjak przedstawiał złe intencje. Wskazał jedynie na odległą drogę. A przykłady manipulacji i malwersacji przytaczane przez Autora i Pana Wojciecha Kuleszę przecież to potwierdzają. Środki o których pisze Pan Albert są jednak realizowane, na miarę możliwości. Brak właściwego społecznego oddźwięku na idee JOW to wynik czasów i tzw.: małej stabilizacji. Jeśli jednak zagotuje się w garze, sytuacja może się zmienić.
Żyjemy w okresie „średniego Gierka” i oglądamy Taniec z Gwiazdami jak kiedyś „Walterowskie Studio2”. Pięknie, kolorowo, łatwo. lekko i przyjemnie, bezproblemowo.
Tragedią jednak jest, że KOR i Solidarność już nie powstaną a za chwile tylko co dziesiąta manifestacja będzie legalna. O gmeraniu w internecie też słyszę od kilku lat.
Ale pierwsze wozy transmisyjne już poszły z dymem.
Bardzo dobra analiza Profesora Jerzego, celne wnioski i spostrzeżenia, nie podlegające żadnej dyskusji sumaryczne wnioski końcowe. Ile jeszcze atramentu trzeba będzie wylać aby te i inne słowa w sprawie demokratycznego sposobu wyłaniania naszych przedstawicieli do Sejmu zaczęły obowiązywać jako zasada ? Czy w Polsce – leaderze pokojowych przemian ustrojowych w Europie – spełnienie ważkiego postulatu ustrojowego którego damaga się 75 % Polakow załatwić ma ulica ?
Pragnąłbym rozszerzyć opinie Profesora o cwaniactwie elit partyjnych, w tym głównie Platformy … Obywatelskiej. Jakiej obywtalskiej, to nadużycie ! My obywatele mamy zupełnie inne zdanie o sposobie wyłaniania elit politycznych. Nie negujemy przecież istniania partii, one rzeczywiscie – jak w innych krajach ułatwiają stanowienie prawa i zarządzanie krajem ale … pod warunkiem, ze respektują demokratyczne zasady.
Od kilku lat Platforma Obywatelska w każdym programie wyborczym głosi hasła zmiany ordynacji i wprowadzenie JOW. Ale podobnie jak Donald Tusk wykańcza swoich rywali wewnątrz partii, ta partia zachowuje się w stosunku do tych którzy śmią domagać się realizacji ich hasła wyborczego. To iście sytuacja kabaretowa ale niezbyt wesoła dla Polski. Platforma Obywatelska i jej działacze po cwaniacku robią więc co innego co głoszą. Wszyscy pamiętamy bodajże II Marsz na Warszawę, kiedy gdzieś na trasie działacz PO poprosił policję aby ta sprawdziła czy manifestacja ruchu JOW pod biurem poselskim jest legalna. Sam organizowałem konferencję JOW na którą zaprosiłem kilka osób z Platformy, ale ci nie przyszli dając do zrozumienia, ze nie mają zgody góry.
Pamiętamy jak zostaliśmy na lodzie kiedy uzbieraliśmy 200.000 podpisów za referandum i nagle takie same podpisy zaczęła zbierać PO aby utrącić naszą akcję. Te 800.000 podpisów poszło potem na przemiał ale naszą akcję skutecznie zablokowano. Zgadzam się z opinią, że JOW do Senatu to dla zamydlenia oczu społeczeństwu ale zrobiono nam jeszcze jeden cwaniacki numer.
Dokonano zmiany ordynacji na JOW w samorządach gminnych i miastach nie będących siedzibą powiatów. Śmiem twierdzić, że takich gmin jest w Polsce ponad 90 %, to z tych gmin pochodzili głównie Honorowi Patroni Ruchu JOW. W taki podstępny sposób wyjęto nam tych Patronów. Im ruch jest już niepotrzebny bo przecież w swoich gminach mają JOW, Patroni odstąpili przecież od JOW-owskich imprez – to był doprawdy cwaniacki, bezczelny majstersztyk.
Dlatego po raz wtóry proponuję radykalizację naszych działań. Trzeba rządzącym na każdym kroku przypominać o ich obietnicy. Myślę, ze dobrym sposobem byłoby opracowanie listu do Sejmu w sprawie JOW, ten szablon rozesłany przez nas, naszymi kanałami po Polsce po podpisaniu obywatele przesyłaliby do Sejmu, to tylko 1.55 zł. „Oni się tego boją !” – tak o listach do posłów, o ich pełnych skrzynkach mówiła Julia Pitera w Ciechocinku w roku 2001 , kiedy była jeszcze szefem Transparency International. Coś w tym jest !
Nie ma co liczyć na „naszych” posłów czy senatorów, na następców Błasiaka czy Wędrychowicza bo już są w Sejmie nasi zwolennicy (np. Barbara Bubula czy Julia Pitera) i co z tego ?
Dlatego, że ludzie przytomni zdają sobie sprawę z problemu i trudności uzyskania mandatu w JOW. Nie zamierzają więc wystawiać się na pośmiewisko, jako ci, ktorzy mają trudności z prawidłową oceną rzeczywistości. Świadczy to więc o nas dobrze, a nie, jak Pan zdaje się mniemać, źle. Wielu ludzi namawia mnie za każdym razem, żebym kandydował do tego czy innego, a ja im odpowiadam NIE. Kiedy mnie namawiano, zebym kandydował na prezydenta RP odpowiadałem: prznieście 20 milionów dolarów, wtedy zdecyduję się podjąć wyzwanie. Wybory do Senatu nie kosztują tyle, ile wybory prezydenckie, ponieważ okręgi są 100 razy mniejsze. Przynieście więc 100 razy mniej, czyli 200 tysięcy, wtedy pogadamy.Nikt nie przynosi, a ja takich pieniędzy nie mam. Ale i tak było wielu, ktorzy bez pieniędzy poszli w bój. Wiadomo z jakim wynikiem. Gdyby wybory były jak w UK czy USA kazdy z nich musiałby przynajmniej najpierw wnieść depozyt, czyli kaucję. Ta kaucja to jest takie pukanie do głowy: dajesz się, czy nie? Nauka kosztuje. A ja chcę, żeby ludzie, ktorzy mnie popierają i ufają mieli przynajmniej takie przekonanie, że ufają i popierają człowieka, ktory ich pieniędzy i zaangazowania nie marnuje na akcje, ktore z góry skazane są na niepowodzenie.
Panie Profesorze,nie ma Pan wrażenia po tej naszej wymianie zdań, że wprowadzony JOW nie zadziała tak szybko jakbyśmy chcieli. Trzeba na to czasu i wiary społeczeństwa, że jest w stanie cokolwiek zmienić, że niezależni kandydaci mają szansę na pokonanie ogólnopolskich, lokalnych koterii, sojuszy, powiązań politycznych i innych. Pokazała to mała frekwencja w wyborach do Senatu i znikoma ilość wystawionych kandydatów niezależnych? Wiem,że system miał wady i ograniczenia i nie był taki jak brytyjski, mimo wszystko nie wielu chciało podjąć walkę. Dlaczego ?
Albert Łyjak, proszę Pana niech Pan nie wciąga mnie w semantyczne spory np. na temat tego co to znaczy być niezależnym, bo ja tutaj semantyką się nie zajmuję. Przeciwstawiamy wybory w JOW wyborom na listy partyjne, bo tam nie może wejść do sejmu nikt spoza partii politycznych, bez względu na to kto i jak go popiera. A w JOW może i przykladem tego jest Obremski, bez względu na to jak zdobył w życiu jakąś posadę, miejską czy wiejską.
Polityka to walka o interesy i bez sojuszy, lokalnych i nielokalnych, różnych powiązań wspólnoty interesów w tej walce udziału wziąć nie można. Sa tylko różne interesy i różne wspólnoty. Nasz Ruch wyjasnia, ze wprowadzenie JOW leży w interesie 38 milionów Polaków, a ordynacja partyjna w interesie zaledwie kilku tysięcy. Tych kilka tysięcy robi wszystko, zeby 38 milionów nie dowiedziało się i nie zrozumiało, że ich interes leży gdzie indziej i jest dokładnie przeciwny. Być może Jarosław Obremski lepiej to rozumie niż wielu innych, bo jego podpis figuruje wśród pierwszych dwu tysięcy popierających JOW, ktorych nazwiska opublikowaliśmy w „Otwartej księdze”, a także pod apelem większości radnych Wrocławia, którzy 20 marca 1993 taki Apel do Posłów i Senatorów podpisali. Ten dokument, i inne, także opublikowane w „Otwartej księdze”.
Panie Profesorze, nigdzie ni napisałem, że nie należy nic robić i czekać na cud. Wręcz przeciwnie napisałem,że trzeba budować niezależne struktury i w tym również mieści się postulat Ruchu zmiany ordynacji na większościową. Jednak opierając się na własnym doświadczeniu wiem że, system większościowy nie będzie od razu receptą na wszelkie zło. Twory polityczne jakie mamy mają przewagę, struktur, środków i dostępu do mediów. To wiemy wszyscy i każdy będzie się musiał z tym zmierzyć. Jednak struktury typu Komitet Dutkiewicza również będą miały przewagę zwłaszcza w ordynacji większościowej, ponieważ wykorzystują miejskie struktury do własnych celów i wszystkie podmioty którym zależy na dobrej współpracy z miastem. W tym lokalną telewizje i prasę. Nie mówiąc już o grupowaniu kandydatów czyli zwiększaniu kosztów na promocję np. trzykrotnie. Czym różni się to od struktur partii politycznej? Jest jeszcze bardziej groźne, ponieważ żyjemy w kraju nafaszerowanym wszelkiego typu pozwoleniami, przetargami, koncesjami, publicznymi zamówieniami itp.
Nie będę szczegółowo opisywał lokalnych sojuszy politycznych, biznesowych, towarzyskich powiązań. Powiem tylko że, każdy kandydat który startuje z posady miejskiej i został wypromowany kiedyś przez jakąś formację partyjną nie może być nazwany kandydatem niezależnym.
A. Łyjak, napisał Pan: „Nie, nie sposób nad tym zapanować i żadne regulacje prawne, żaden system wyborczy tego od razu nie wyeliminuje, bez niezależnej prasy, telewizji i bez tego co jest najbardziej potrzebne :społecznej świadomości.
To jest takie gadanie, żeby niczego nie robić i liczyć na cud. „Społeczna świadomość” to coś nad czym wychowawcy pracują od tysięcy lat. My proponujemy prosty zabieg: prosty, uczciwy system wyborczy. Taki system. wprowadzający indywidualną odpowiedzialność, edukuje i wychowuje. A jeśli nie będzie niezależnych posłów, to nie będzie też niezależnej prasy i telewizji.
Jarosław Obremski miał dwóch kontrkandydatów. Jednego popierała PO drugiego PiS. Jego nie popierała żadna z partii, które utrzymywane są z budżetu państwa. W tym sensie był kandydatem niezależnym.
Pozdrawiam,
Bardzo rzetelna i trafna analiza. Nic tylko przyjąć to za aksjomat, jest jednak istotne zastrzeżenie.Każdy kandydat niezależny, nawet jak będą to okręgi odpowiadające wzorcowym okręgom brytyjskim, będzie musiał w naszej polskiej sytuacji zmierzyć się z ogromnymi strukturami partyjnymi lub z lokalną sitwą. Niestety nie można mieć złudzeń w naszej rzeczywistości, że kandydaci którzy mają dostęp do mediów wszelkiego typu, posiadają władzę nad miejskimi strukturami, instytucjami, urzędami, strażą miejską, którzy często miasta traktują jako ,,swoją własność i swoje żerowisko ” będą w sposób uczciwy prowadzić kampanię wyborczą. Niestety nie będą i wykorzystają wszystko bez żadnych zahamowań, bez żenady, przyzwoitości przeciwko kontr kandydatom niezależnym. Dlatego p.Obremski jest bardzo złym przykładem kandydata niezależnego. Czy można nad tym zapanować? Nie, nie sposób nad tym zapanować i żadne regulacje prawne, żaden system wyborczy tego od razu nie wyeliminuje, bez niezależnej prasy, telewizji i bez tego co jest najbardziej potrzebne :społecznej świadomości. Coraz bardziej skłaniam się do słów Aleksandra Ściosa który powiedział:,, ..że państwa realnego komunizmu nie upadają pod ciosami demokracji. Anektują jej fasadę, by ukryć własne draństwa, jednak nie po to, by oddać władzę obywatelom. Odzyskać ją można tylko w taki sposób, jak została narzucona. Możemy liczyć na zbieg korzystnych okoliczności lub przypadkową iskrę, która wyzwoli pożar. Pokładanie nadziei w demokracji byłoby równie niedorzeczne, jak wiara, że większość ma zawsze rację.
Na tej drodze nie możemy oczekiwać żadnych sprzymierzeńców. Nie będą nim hierarchowie Kościoła, którzy w dążeniu do ideału Cerkwi przekroczyli boskie i ludzkie nakazy. Nie oczekujmy na wsparcie „demokracji zachodnich”, bo żadna z nich nie będzie umierać za polską prawdę. Entuzjastyczne reakcje unijnych rządów są zgodne z prawidłami historii, w których słaba i uległa III RP stanowi ucieleśnienie marzeń dawnych zaborców.
Ci, którzy chcą przetrwać, muszą zacząć budować autentyczną wspólnotę: odtworzyć język, powołać media, propagować polską kulturę i styl życia. Każda gazeta, książka czy film wydane poza obiegiem propagandy mają odtąd wartość kamieni, z których powstanie solidna barykada”