Bardzo dobrze się stało, że polskie sufrażystki tak dzielnie wystąpiły o specjalne prawa wyborcze dla pań, albowiem dzięki temu polscy inteligenci zaczynają powoli odkrywać rolę i znaczenie ordynacji wyborczej, a w szczególności, jak się ma do zasad demokracji, sformułowanych w Konstytucji RP, obowiązujący w Polsce od 20 lat system list partyjnych, nazywany, w ramach obowiązującej dialektyki, systemem "proporcjonalnym".

Po upływie niecałych dwu dekad nasze bystre i aktywne politycznie panie zauważyły, że w Sejmie i Senacie RP nie sposób się doliczyć proporcjonalnej reprezentacji dam, które, według obowiązujących spisów wyborców, stanowią nieco ponad połowę populacji Polaków i Polek. Tymczasem Konstytucja, w art. 96 ust. 2 wymaga, żeby wybory do Sejmu były "proporcjonalne". Twórcy Konstytucji, z jakiegoś powodu, takiego wymogu nie postawili wyborom do Senatu, więc sprawę tę możemy chwilowo odłożyć na później, bo w tym przypadku zagwarantowanie odpowiedniej reprezentacji Pań wymagałoby zmiany ustawy zasadniczej.

Ordynacja wyborcza do Sejmu, jak powszechnie wiadomo, szczególnie leży na sercu naszemu Premierowi, który już wielokrotnie publicznie deklarował zdecydowaną wolę jej reformy, a nawet posunął się w tym roku do zapewnienia, że "nie spocznie dopóki nie wprowadzi w wyborach do Sejmu jednomandatowych okręgów wyborczych" (JOW). Jest to jak najbardziej spójne z jego wcześniejszymi deklaracjami, że przypomnę tylko wypowiedź podczas Sesji w dniu 9 stycznia 2003, kiedy występując z pozycji wicemarszałka powiedział: "Jeśli Polacy dzisiaj tak nisko cenią własne przedstawicielstwo, także naszą Izbę, to nie tylko ze względu na jakość pracy, ale także z tego pierwotnego powodu, jakim jest poczucie niepełnego uczestnictwa, często fałszywego, zafałszowanego uczestnictwa obywateli w akcie wyborczym. Polacy od lat mają przekonanie – i to przekonanie narasta – że dzień, w którym wybierają swoich parlamentarzystów, jest tak naprawdę dniem wielkiego oszustwa polskiego wyborcy przez aparaty partyjne".

Platforma Obywatelska – która kilka lat temu zebrała ponad 750 tysięcy podpisów obywatelskich pod wnioskiem o referendum, w którym jednym z pytań byłoby pytanie o JOW w wyborach do Sejmu – przygotowuje obecnie projekt ordynacji wyborczej, w którym sformułowany jest wymóg:  "Liczba kobiet na liście okręgowej nie może być mniejsza niż liczba mężczyzn". Sam Premier, nie czekając na procedury legislacyjne, od razu oświadczył, iż korzystając ze swoich uprawnień lidera partii, zapewni kobietom połowę pierwszych miejsc na okręgowych listach wyborczych! Domyślać się więc wolno, że te "kobiece jedynki" (zgodnie z logiką: jeden = jeden) stanowić mają jakiś dialektyczny zamiennik jednomandatowych okręgów wyborczych.

Wszystkie te pomysły i propozycje wywołują dyskusje, którym wypada tylko przyklasnąć, gdyż taka dyskusja może polskiemu inteligentowi pomóc w zrozumieniu znaczenia zapisu konstytucyjnego głoszącego, że "wybory do Sejmu są powszechne, równe, bezpośrednie i proporcjonalne", a także dlaczego np. wybory do Senatu już ani równe, ani proporcjonalne być nie potrzebują.

Dziennik "Rzeczpospolita" z 28 sierpnia 2009 zamieścił duży tekst, autorstwa dwu Panów Raciborskich, Filipa i Jacka, zatytułowany "Kobiety w roli paprotek". Obaj uczeni panowie usiłują wierzgać przeciwko ościeniowi i postawić tamę nieubłaganemu rozwojowi postępu i sprawiedliwości społecznej co, na obecnym etapie, przejawia się w propozycji ustalenia obowiązujących kwot partycypacji kobiet w życiu politycznym i parlamentarnym. Barwnie wyjaśniają, dlaczego ich zdaniem wdrożenie zaprojektowanej ustawy nie przyczyni się wcale do politycznej aktywizacji kobiet w życiu politycznym lecz, przeciwnie, będzie "realizacją scenariusza ujmującego kobiety w roli paprotek" i zamiast poprawy jakości naszej klasy politycznej spowoduje inflację osób drugorzędnej jakości i jeszcze bardziej wzmocni rolę partyjnych liderów.

"Kwoty" sprzeczne z zasadą równości

Za najważniejsze w całej argumentacji Raciborskich uważam wykazanie, że wprowadzenie obowiązkowych kwot występowania kobiet na listach wyborczych jest ciosem w konstytucyjną zasadę równości wyborów do Sejmu, albowiem każde uprzywilejowanie jakiejś części społeczeństwa jest de facto dyskryminacją innych.

Równość obywateli wobec prawa jest fundamentalnym wymogiem demokracji i nie ma wymogu bardziej zasadniczego. Obywatele mogą wprowadzić różne ograniczenia tej równości i ustanowić przywileje różnym swoim przedstawicielom czy nawet całym grupom. Te odstępstwa od zasady równości muszą jednak być zawarte w konstytucji, którą ogół obywateli akceptuje na drodze referendum. W ten sposób, przykładowo, Konstytucja RP znosi zasadę równości w wyborach do Senatu. Inaczej jednak jest rozwiązana sprawa wyborów do Sejmu i Konstytucja nie przewiduje żadnych odstępstw od zasady ich równości. Ustalenie kwotowego udziału kobiet będzie oczywistym złamaniem tej zasady.

Jest rzeczą ciekawą, że tego naruszenia zasady równości wyborów do Sejmu nie dostrzegają uczeni konstytucjonaliści, jak tego dowodzi fakt, że propozycję "damskich kwot" poparł znany warszawski profesor prawa konstytucyjnego Piotr Winczorek, a jak znam życie, znajdą się i inni. Odnieść można wrażenie, że większość polskich konstytucjonalistów zawęża zasadę równości w wyborach do Sejmu do tego, że każdy obywatel ma jeden głos. Być może jest to wynikiem faktu, że "polski konstytucjonalizm" jest stosunkowo młody i odziedziczony w spadku po niedawnej epoce, której konstytucja też zapewniała równość w wyborach do Sejmu (art. 80 Konstytucji PRL). W gruncie rzeczy komuniści bardzo dbali, żeby na listach wyborczych do Sejmu była odpowiednia liczba kobiet, robotników, chłopów itd., itp. Dlatego z wielkim uznaniem powitać należy, że wybitni przedstawiciele nauk społecznych (Jacek Raciborski jest profesorem w Instytucie Socjologii UW) zauważają, że zasada równości obywatelskiej powinna być rozumiana wprost, tak jak i inne zasady konstytucyjne, a nie podlegać jakiejś talmudycznej egzegezie, a więc, że nie należy "odstępować od prostego rozumienia równości obywatelstwa na rzecz daleko bardziej abstrakcyjnych i arbitralnych koncepcji".

Ordynacje wyborcze do Sejmu od 1989 roku naruszają konstytucyjną zasadę równości

Witając z uznaniem głos warszawskich socjologów wypada żałować, że nie chcieli oni zauważyć, iż zasada równości wyborów do Sejmu jest gwałcona przez obowiązującą ordynację wyborczą do Sejmu, a de facto i przez wszystkie poprzednie ordynacje od 1989 roku.

Wg Bronisława Banaszaka ("Prawo Konstytucyjne", wyd. C.H. Beck, Warszawa 1999): "Konstytucja ustanawiając zasadę równości w wyborach sejmowych, prezydenckich i samorządowych nie precyzuje jej bliżej. Oznacza to jej szerokie rozumienie, nie ograniczone tylko do równości praw wyborców w akcie głosowania, ale równości w całym procesie wyborczym".

Ruch Obywatelski na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych od wielu lat w swoich publikacjach podnosi fakt naruszania tej zasady w kolejnych wyborach, wykazując, w szczególności: (1) przywileje ustawowe dla mniejszości narodowych; (2) różne wymogi rejestracji list okręgowych dla komitetów partii politycznych i dla komitetów społecznych; (3) przywileje finansowe dla partii politycznych; a nade wszystko (4) nieformalne, ale faktyczne uprzywilejowanie liderów partii politycznych, wynikające z  charakteru ordynacji wyborczej, które powoduje, że wybory odbywają się de facto w dwu turach: pierwsza tura, ważniejsza, do której zwykli wyborcy nie mają dostępu, to układanie list wyborczych; druga to głosowanie.

Jak dotąd klasa polityczna pozostawała głucha na wszystkie te argumenty, artykuły, książki, konferencje, protesty i skargi. Ignorują je posłowie, senatorowie, prezydenci, kolejni rzecznicy praw obywatelskich. Może działanie naszych dzielnych sufrażystek, głośno domagających się przywilejów wyborczych dla kobiet, zwróci wreszcie większą uwagę na konstytucyjne wady naszego systemu wyborczego i pozwoli nam wyrwać się z pęt partiokracji i całego jej inwentarza.

Wrocław, 30 sierpnia 2009

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.