/Bankowy drenaż Polski

Bankowy drenaż Polski

Jak podały w połowie sierpnia br., i to z dyskretną dumą, media okołorządowe na czele z tygodnikiem „Do Rzeczy” w II kwartale grupa kapitałowa PKO BP osiągnęła najwyższy w historii zysk netto w wysokości 1,22 mld zł i był on aż o 30% wyższy niż przed rokiem. Informacja, która powinna być gospodarczym oskarżeniem polskiego rządu, została przedstawiona jako powód do dumy z jego osiągnięć ekonomicznych. I nie można mieć o to pretensji tylko do dziennikarzy, publicystów czy polityków, gdyż zakłamana jest nade wszystko akademicka nauka ekonomii, od lat 90. XX wieku zakażona wirusem neoliberalizmu, który jest ideologią światowej oligarchii finansowej.

Bankowy zysk czyli monopolistyczna renta bankowa

Zyski sektora bankowego w Polsce są ogromne, a stopy zysku przekraczają 10% w skali rocznej. Ten rząd, podobnie jak wszystkie poprzednie poczynając od 1990 roku, stworzył bankom ekonomiczne eldorado w ich działalności kredytowej w Polsce. A pozostawienie frankowiczów na łasce banków, mimo nielegalnego operowania kredytowego przez nie obcą walutą na terenie kraju, gdzie walutą obowiązująca jest złoty polski, jest tylko konsekwencją szczególnego uprzywilejowania banków w polityce ekonomicznej rządów PiS.

Problem ekonomiczny leży zaś w tym, że zyski sektora bankowego to nie są zyski gospodarcze, takie jak w przypadku przedsiębiorstw produkcyjnych i usługowych. Zyski banków nie są bowiem zyskami ekonomicznymi w ogóle. Zysk ekonomiczny bowiem to nowo wytworzona wartość ekonomiczna powstała w produkcyjnym procesie gospodarczym. I wiadomo to od czasów fundamentalnego odkrycia naukowego ojca ekonomii Adama Smitha, iż tylko praca produkcyjna tworzy bogactwo ekonomiczne narodów w postaci nowych wartości ekonomicznych. A banki nie tworzą żadnych nowych wartości ekonomicznych, lecz wytransferowują je w postaci zysków i dochodów już wytworzonych. Zyski sektora bankowego to wydrenowane, ekstrakcjonowane czy też wytransferowane z gospodarki, gospodarstw domowych, ale i samego państwa, już wytworzone nowe wartości ekonomiczne w postaci podzielonych społecznie zysków i dochodów.

Czym jest więc zysk banku w sensie ekonomicznym? Zapomniana już ekonomia klasyczna, na czele z Davidem Ricardo i Johnem Stuartem Millem, nazywała to rentą ekonomiczną. „Centralnym punktem klasycznej teorii wartości i cen było rozróżnienie między ceną sprzedaży towarów, a rzeczywistym kosztem ich wytworzenia – ich wartością kosztową. Różnica stanowiła rentę ekonomiczną. Wartość + renta = cena. Ta koncepcja jest kluczem do wyjaśnienia, że klasa właścicieli ziemskich, monopolistów i bankierów, tak naprawdę nie zarabia na swoje dochody” – napisał kilka lat temu Michael Hudson.

Renta ekonomiczna to opłata wynikająca z monopolu własności, a niemająca ekonomicznego uzasadnienia w kosztach prowadzenia procesów gospodarczych i tworzących się tam przeciętnych dochodów. Jest formą ekonomicznego pasożytnictwa, będąc bezproduktywną. „Klasycznej ekonomii – piszą Amerykanin Michael Hudson i Australijczyk Steve Keen – chodziło o oddzielenie sektorów drenujących rentę – właścicieli ziemskich, monopoli i finansów od reszty gospodarki. Cała idea klasycznej ekonomii od Tablicy Ekonomicznej Quesnaya, poprzez całą drogę Adama Smitha i Johna Stuarta Milla, była by widzieć sektor finansowy, sektor właścicieli ziemskich i monopole, jako niepotrzebne”.

Współcześnie najważniejszym sektorem rentierskim jest prywatny sektor bankowy, a szerzej sektor finansów. Olbrzymie zyski banków są drenowaną z gospodarstw domowych, gospodarki i państwa rentą ekonomiczną. Jest to bankowa renta ekonomiczna otrzymywana z tytułu przyznanego przez państwo monopolu tworzenia kredytów bankowych i gwarantowanego przez państwo sądowo-komorniczego ich egzekwowania. I gigantyczne zyski z tego tytułu to zwykły drenaż ekonomiczny Polski, niemający w swej ogromnej skali uzasadnienia gospodarczego.

Likwidacja wewnętrznej suwerenności pieniężnej polskiego państwa

Jak to stale podkreślał nieżyjący już amerykański ekonomista Hyman Minsky, „Każdy może tworzyć pieniądze, problem leży w ich akceptacji”. Innymi słowy – własne pieniądze może tworzyć każdy bank czy nawet instytucja, a nawet obywatel, ale tylko państwo jest w stanie zagwarantować ich akceptację na swoim terytorium. I na tym polega jego suwerenność ekonomiczna. Bicie własnej monety, podobnie jak i nakładanie podatków i wypowiadanie wojen, było od zawsze atrybutem suwerenności państwowej władców.

Tymczasem postkolonialna i kompradorska polska Konstytucja z 1997 roku zlikwidowała istotnie suwerenność pieniężną polskiego państwa. Odebrała bowiem w artykule 220 prawo do zaciągania kredytu przez polski rząd w jego banku centralnym, czyli Narodowym Banku Polski. Tym samym polski rząd został zmuszony do zaciągania kredytu w bankach komercyjnych. Potwierdził to już w skali Unii Europejskiej Traktat Lizboński w artykule 123, który zakazuje Europejskiemu Bankowi Centralnemu i bankom centralnym krajów członkowskich udzielania kredytów zarówno własnym rządom, jak i instytucjom publicznym.

W ten sposób sprywatyzowano całkowicie emisję pieniądza, a jedynym jej sposobem stało się tworzenie długu poprzez udzielanie komercyjnych kredytów. I nie ma to nic wspólnego z ekonomią jako nauką, a za to wszystko z fundamentalnymi interesami światowej i europejskiej oligarchii finansowej. W ten sposób bowiem państwo zostało podporządkowane jej fundamentalnym interesom ekonomicznym w postaci przyznania jej wyłączności do zasadniczej emisji pieniądza na swoim terytorium państwowym. Państwo, które jest gwarantem pieniądza na swoim terytorium, nie ma prawa do emisji własnego pieniądza w drodze kredytu w swoim banku centralnym.

Ta emisja pieniądza wyłącznie w postaci komercyjnego długu bankowego tworzy na dłuższą metę pętlę samozadłużania i samoograniczania własnego rozwoju gospodarczego. W najbardziej drastycznej formie pokazuje to przykład pozbawionej własnej waluty Grecji, samozadłużonej do niewypłacalności w komercyjnych bankach niemieckich i francuskich i z tego tytułu samoograniczającej swój wzrost gospodarczy na poziomie stałej depresji gospodarczej. W Polsce jest to tylko konieczność ponoszenia olbrzymich kosztów budżetowych spłat zadłużenia wobec banków komercyjnych i ograniczenie możliwości rozwojowych samej gospodarki. W tym roku dług publiczny Polski przekroczył 1,05 bln zł, zbliżając się do wielkości 50% PKB i rośnie on już szybciej niż polskie PKB.

Narodowy Bank Polski, podobnie jak i inne banki centralne krajów UE, został sprowadzony głównie do obsługi sektora bankowego i zapewniania mu płynności finansowej, z wyłączeniem go z roli obsługi całej gospodarki. Temu ma służyć jego tzw. niezależność od rządu. Ma być on bowiem „niezależny” od gospodarki, a zależny od sektora bankowego. I ma mieć zredukowane możliwości prowadzenia w interesie polskiego państwa suwerennej polityki pieniężno-kredytowej. Pod tym względem NBP pod kierownictwem Adama Glapińskiego w niczym istotnym nie różni się od NBP pod byłym kierownictwem Leszka Balcerowicza. Prowadzi taką samą neoliberalną politykę. NBP nie zajmuje się polską gospodarką i w niczym istotnym jej nie wspomaga.

Kredytowy drenaż dochodów ludności i zysków gospodarki

Wprowadzenie monopolu kredytowego komercyjnych banków prywatnych, w których ponad 50% aktywów ma bankowy kapitał zagraniczny, uczyniło z sektora bankowego gigantyczne centrum drenażu ekonomicznego Polski. W 2018 roku banki w Polsce zarobiły na czysto 14,7 mld zł. Jest to wynik kredytowego drenażu dochodów państwa i gospodarstw domowych oraz zysków przedsiębiorstw. A wynika on wyłącznie z przyznanego im przez państwo monopolu na emisję pieniądza w formie zaciąganych kredytów i nie wiąże się z żadnym istotnym ryzykiem działalności gospodarczej.

Jak podał Związek Banków Polskich w ciągu ostatnich 10 lat Polacy podwoili wartość zaciągniętych kredytów mieszkaniowych do 421 mld zł, przy ogólnej wielkości zadłużenia kredytowego w bankach w wysokości ponad 608 mld zł. Kredyty hipoteczne zaciągane zwykle na 20 lat, to największe obciążenie kredytowe dla polskich gospodarstw domowych. Średnia wartość kredytu wyniosła w 2018 roku aż 247 tys. zł.

Obciążanie coraz większym długiem polskich gospodarstw domowych redukuje możliwości ich realnej konsumpcji i inwestycji. Redukuje więc możliwości rozwojowe Polaków i Polski. Zadłużanie polskich rodzin nie leży w obiektywnym interesie polskiego państwa. Podobnie jak i bankowe zadłużanie polskich firm i instytucji publicznych. A do czego prowadzi ekspansja długów bankowych, a nade wszystko hipotecznych, pokazał wielki kryzys finansowy lat 2007–2008, w wyniku którego w samym USA ponad 10 mln amerykańskich rodzin straciło swoje domostwa.

W obiektywnym interesie Polski leży ograniczanie kredytowego drenażu Polaków, polskich firm i polskiego państwa. Ale to wymaga fundamentalnych zmian w funkcjonowaniu NBP i fundamentalnych zmian w polityce polskiego państwa. Przecież to jest aż nazbyt oczywiste, że należy utworzyć publiczny bank hipoteczny i państwowy bank inwestycji przemysłowych, co zasadniczo ograniczyłoby wysokość i wielkość zysków prywatnych banków komercyjnych czyli zredukowało drenaż kredytowy. Wszędzie bowiem tam, gdzie mamy do czynienia z rentą ekonomiczną i jej maksymalną eksploracją, należy nade wszystko wprowadzać własność publiczną, w tym państwową. To bowiem państwo jest od pilnowania warunków konkurencji gospodarczej i przeciwdziałania oligopolizacji i monopolizacji w gospodarce.

Problem w tym, że we współczesnej Polsce nie można oczekiwać takich fundamentalnych zmian ekonomicznych ze względów stricte politycznych. Widać to jak na dłoni na przykładzie frankowiczów, którzy zaciągali bankowe kredyty hipoteczne w walucie franka szwajcarskiego. W kampanii wyborczej w 2015 roku przedstawiciele Prawa i Sprawiedliwości zapewniali, że doprowadzą do korzystnego dla frankowiczów rozstrzygnięcia tej kwestii po wygranych wyborach. W trzy miesiące po wygraniu wyborów prezes PiS Jarosław Kaczyński publicznie odmówił w tej sprawie pomocy państwa, odsyłając frankowiczów na drogę prywatnosądową, po tym jak któryś z zagranicznych banków zaczął się odgrażać retorsjami wobec polskiego państwa.

Polskie państwo za rządów PiS nadal bowiem pozostaje „miękkim” państwem postkolonialnym, które jest miękkie dla silnych, zwłaszcza tych zagranicznych, jak banki, ale twarde dla słabych, zwłaszcza własnych obywateli, jak frankowicze. A jest tak, dlatego, że polscy politycy, na czele z Jarosławem Kaczyńskim, nie są bezpośrednio zależni od polskich wyborców. I dlatego są łatwo uzależniani od tych silnych w kraju i za granicą.

Tę sytuację można zmienić wyłącznie przez wprowadzenie bezpośredniej zależności posłów od wyborców. A to oznacza wprowadzenie 460 jednomandatowych okręgów wyborczych, aby żaden polski polityk nie mógł dostać się na scenę polityczną, bez akceptacji większości wyborców w swoim okręgu wyborczym. I tylko to jest gwarantem, że żaden inny Jarosław Kaczyński nie odważy się lekceważyć swoich obietnic wyborczych w obawie o reakcje silnych w kraju i zagranica. Nie odważy się, gdyż po następnych wyborach nie będzie go już w polskiej polityce.

20 sierpnia 2019

 

305 wyświetlen