Mija rok rządów Platformy i Tuska i różni komentatorzy dokonują podsumowania niespełnionych obietnic. Możemy więc przeczytać o niespełnieniu obietnic likwidacji KRUS-u, wprowadzenia podatku liniowego, likwidacji immunitetu, nieskutecznej walce z korupcją itp., itd. Żaden jednak z mędrców nie zająknie się na temat najważniejszej, wprost wypowiedzianej przez premiera Tuska obietnicy – zmiany ordynacji wyborczej i wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych.

Tusk, który dobitnie zapowiadał walkę o JOW zarówno w kampanii wyborczej, jak podczas przemówienia z okazji 100 dni rządów, teraz równie jawnie, choć już nie tak głośno stwierdził, że nie ma obecnie atmosfery dla wprowadzenia JOW. I już! Pocałujta mnie w nos!

Oczywiście Tusk nie powie, że nie chce – mówi, że nie może. Całkiem jak Towarzysz Winnicki w serialu "Alternatywy": No wiecie, co ja mogę, kochani!

Tymczasem JOW nie da się pogodzić z leninowskim modelem partii politycznej, tzn. modelem ściśle scentralizowanym, gdzie masy partyjne są do wykonywania rozkazu Wodza. Słuchać i ruki pa szwam!

JOW to bowiem nie tylko inna technika wybierania posłów, to przede wszystkim inna struktura partii politycznych. W JOW (jednoturowym) już nie ma możliwości uzyskania przez partyjne kierownictwo pełnej władzy nad dołami. Tu nieliczenie się z dołami, może doprowadzić do buntu, wystartowania dobrego kandydata poza partyjnym układem, tu poseł wybierany jest nie tylko na skutek partyjnego mianowania, ale przede wszystkim dzięki osobistym związkom i relacjom z mieszkańcami okręgu.

W ordynacji partyjnej, przy wielkich okręgach wyborczych znaczenie osobistego kontaktu z wyborcami nie liczy się. Decyduje partyjny szyld. A na partyjnej liście liczy się przede wszystkim miejsce, bo wyborcy i tak zagłosują w swej masie na pierwszego. Dlatego obecnie wybory w Polsce odbywają się w dwóch turach: pierwsza to układanie list partyjnych w wąskich, partyjnych kierownictwach. Nawet najgłupszy człowiek zauważy, że o kolejności decyduje przede wszystkim przewodniczący partii. Potem wyborcy ogłuszeni telewizyjną propagandą oddadzą głosy wg sondaży. Osobiste walory Kowalskiego czy Nowaka nie mają tu znaczenia. Liczy się kontakt z przewodniczącym.

To oczywiście nie jest już żadna demokracja, tylko rządy partii a wręcz rządy partii wodzowskich czyli rządy osobiste.

W tej sytuacji jest jasne, że Tusk nieszczerze głosił swoje poparcie dla JOW. Zmiana ordynacji odebrałaby mu bowiem wszystkie przywileje Wodza, jakimi do tej pory się cieszy. Kaczyński, jawny przeciwnik JOW jest pod tym względem bardziej szczery, co jednak nie jest powodem do radości.

W Ruchu JOW o wpływie partyjnej ordynacji na wytworzenie leninowskiej struktury partii piszemy od co najmniej 11 lat. Jednak dopiero teraz zauważają te zjawiska etatowi komentatorzy naszej sceny politycznej.

W "Dzienniku" redaktor Krasowski zauważa:

Niedawno Jan Rokita postawił tezę, że życie polityczne w Platformie zanikło. Partia zamarła w pokornym kulcie szefa, Sejm zamienił się w maszynkę do głosowania, rząd zasiedliły figury pozbawione znaczenia i woli. Jedyną osobą, która ma prawo myśleć, mówić i decydować, jest Donald Tusk. Kilka dni później diagnozę Rokity wsparł Paweł Śpiewak. Ale rozszerzył, ją twierdząc, że bezruch stał się istotą całej polskiej polityki. Nie tylko PO, ale także PiS. Politycy sprawują władzę bez celu, bez ambicji, a także i bez klasy.

Jednak od obserwacji do wyciagnięcia wniosków jeszcze daleko. Ani Krasowski, ani Rokita, ani Śpiewak nie wołają o usunięcie przyczyny zjawiska, nad którym się użalają – partyjnej ordynacji wyborczej do Sejmu.

Tymczasem dopiero pełne usunięcie przyczyny degrengolady naszego życia politycznego – partyjnej ordynacji wyborczej i wprowadzenia brytyjskiego modelu JOW – doprowadzi do zmiany sytuacji i stworzenia normalnych, służących obywatelom, kompetentnych partii politycznych. W miejsce obecnych zbiorowisk miernot.

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.