/O, felix culpa!

O, felix culpa!

Niezwykłe poruszenie środowisk akademickich, wywołane wejściem w życie ustawy lustracyjnej, budzi we mnie mieszane uczucia zaskoczenia i nadziei. Żyjąc i pracując na dużym uniwersytecie od ponad 50 lat nie przypominam sobie równie gorącej reakcji na cokolwiek się w tym, bogatym w wydarzenia, półwieczu działo. "Gazeta Wyborcza", która niejako stoi na czele frontu antylustracyjnego publikuje najbardziej obszerną dokumentację protestu, zamieszczając uchwały rad, wypowiedzi rektorów itp. Prof. Tadeusz Luty, przewodniczący Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich, w wywiadzie przeprowadzonym przez Beatę Maciejewską mówi, że środowisko akademickie jest zobowiązane protestować przeciwko patologiom życia politycznego i społecznego

        To są święte słowa i tak powinno być! Tyle tylko, że od czasu historycznej Rady Wydziału Matematyki, Fizyki i Chemii Uniwersytetu Wrocławskiego w marcu 1968 nie przychodzi mi na myśl żadne inne posiedzenie równie dostojnego gremium, na którym uczeni chcieliby się wypowiedzieć na temat jakichś patologii. Piszę o tej właśnie radzie nie dlatego, że jestem (byłem) jej członkiem, ale dlatego, że także wtedy, w 1968 roku, nie wiem czy potrzeba było aż palców jednej ręki, żeby policzyć jakie inne oficjalne ciała naukowe do tamtego protestu odważyły się dołączyć?       

        Wypada zapytać o to gdzie byli rektorzy, gdzie były senaty i rady wydziałów, gdzie było Prezydium PAN, gdy pod obrady Sejmu wchodziła obecna ustawa lustracyjna? Przecież ten akt prawny (jestem gotów zgodzić się z krytykami, którzy twierdzą, że jest to prawny bubel) nie pojawił się z zaskoczenia, nie został uchwalony nagle i w nocy, jak np. sławetna uchwała lustracyjna Janusza Korwin-Mikkego z 1992 roku! Wtedy, owszem, wyszedł na mównicę JKM, zgłosił projekt uchwały, Wysoki Sejm zamarł z wrażenia i uchwałę przegłosował. Co się działo potem, wszyscy wiemy. Tym razem było jednak inaczej: projekt był wałkowany miesiącami w Sejmie, pierwsze, drugie, trzecie czytanie, potem w Senacie, potem apiać w Sejmie, żeby wreszcie ustawa została uchwalona 18 października 2006. Potem upłynęły jeszcze trzy miesiące, gdy łamał sobie nad nią głowę Pan Prezydent RP. Nie przypominam sobie, żeby któryś z Ich Magnificencji Rektorów zwrócił się do swoich uczonych kolegów o debatę i przedstawienie opinii instytutów i wydziałów. Nie przypominam sobie, żeby inaczej postąpił którykolwiek z Panów Dziekanów. Nie słyszałem o żadnej spontanicznej inicjatywie podjęcia takiej debaty na żadnej z Akademii.

        Profesura polska uwiła sobie w PRL zaciszne gniazdko, z dala od niedostatków i przykrości życia w tamtym systemie. Nauka, generalnie, nie była komunistom polskim do niczego potrzebna, ale te najlepiej wykształcone i twórcze środowiska wypadało spacyfikować, żeby nie dostarczały zbyt wielu kłopotów. Profesorom przyznano więc status świętych krów: chude to i niedożywione – pensja profesora sięgała 30 dolarów na czarnym rynku – ale w zasadzie pozostawiono nam luksus zajmowania się tym, co nas interesowało, byleśmy tylko nie sprawiali kłopotów władzy. Jak ktoś specjalnie nie podpadł, to w nagrodę mógł dostać paszport, a tam, za granicą, głupi kapitaliści płacili nam pieniądze, jakie naukowcy mają prawo zarabiać i które pozwalały nam, po powrocie, na życie na zupełnie przyzwoitej stopie. Jeśli ktoś się za bardzo wychylił to już samo środowisko akademickie dbało, żeby go ściągnąć na ziemię, żeby nie narażał kolegów. Władza nie potrzebowała interweniować. Taka sytuacja przetrwała nawet rygory stanu wojennego. Początkowo internowano co bardziej zaangażowanych profesorów, ale szybko ich zwolniono, bez specjalnych konsekwencji dla ich pracy i pozycji zawodowej. Przeciwnie, pobyt w więzieniu dodał nam tylko nimbu bohaterów – opozycjonistów. Większość z nas zrozumiała lekcję i spokojnie weszła na swoją kościosłoniową wieżyczkę, kontynuując wypróbowaną pokoleniowo (a tylko na chwilę zarzuconą) taktykę emigracji wewnętrznej. Władza pobłażliwie, a nawet z sympatią patrzyła na te obywatelskie postawy uczonych, wykonując różne gesty w stronę dialogu społecznego. Wystarczy przypomnieć osławioną Radę Konsultacyjną przy Przewodniczącym Rady Państwa, do której generał Jaruzelski zaprosił potężne grono wybitnych profesorów, których cierpliwie i dobrotliwie, wysłuchiwał. Weszli do niej nie tylko tacy dzisiejsi członkowie klasy politycznej jak Ryszard Bender czy Maciej Giertych, ale i wybitny opozycjonista Władysław Siła-Nowicki, czy znany i szanowany w świecie fizyk, rektor Uniwersytetu Warszawskiego i senator Grzegorz Białkowski.

        Przez dwa pokolenia utrwalało się w profesurze polskiej przekonanie, że istnieje poza prawem i ponad prawem, że to, co się w kraju wyczynia, czy w komunie, czy po komunie, jej praktycznie nie dotyczy. Obroniła się przed represjami po Marcu 1968, przeszła suchą nogą przez stan wojenny, w minimalnym stopniu dotknęły ją skutki transformacji systemowej. Pod tym względem postawa profesorów uderzająco przypomina postawę biskupów polskich. Przeoczyli więc i zignorowali to, co pichcono w kuchni politycznej na bazie pomysłów lustracyjnych. I teraz trzeba jeść polewkę, która jest nie tylko niestrawna, ale nawet wywołuje wymioty. Na dodatek grożą nam, że gdyby ktoś chciał strajk głodowy, to będą karmili na siłę i przez rurkę!

        To jest bardzo ciekawa sytuacja, ale budząca nadzieję. Nadzieję na to, że karmienie przez rurkę może nie otworzy brzucha, ale pozwoli otworzyć oczy. Pozwoli przyjrzeć się temu wszystkiemu, co wyprawia tzw. klasa polityczna, pozwoli zrozumieć, że najlepsze umysły polskie winne są coś temu krajowi, tym pokoleniom, które poszły do piachu, walcząc o wolną, niepodległą i demokratyczną Polskę. Pozwoli zrozumieć, że problemów polskich nie rozwiąże Unia Europejska ani Kongres Stanów Zjednoczonych. Problemów tych nie rozwiążą też nieuki, które miały trudności ze zdaniem matury, ani bataliony – produkowanych dzisiaj w tysiącach – politologów od siedmiu boleści. Środowiska akademickie muszą podjąć wyzwanie współczesności, muszą się otworzyć na problemy, którymi żyje społeczeństwo i na serio rozejrzeć się za drogami naprawy i reformy.

        Przede wszystkim trzeba postawić kres destrukcyjnej metodzie selekcji negatywnej do klasy politycznej. Jeszcze raz przypomnę, co na ten temat pisał wielki filozof hiszpański Jose Ortega y Gasset (Bunt mas, Warszawa 2006): Zdrowie demokracji, każdego typu i każdego stopnia, zależy od jednego drobnego szczegółu technicznego, a mianowicie: procedury wyborczej. Cała reszta to sprawy drugorzędne. Jeśli system wyborów działa skutecznie, jeśli dostosowuje się do wymogów rzeczywistości, to wszystko jest w porządku, natomiast jeśli tego nie robi, to demokracja zaczyna się walić, chociażby cała reszta działała bez zarzutu… Instytucje demokratyczne nie oparte na autentycznych wyborach są niczym.

        Stosowana w Polsce procedura wyborcza do Sejmu likwiduje odpowiedzialność, premiuje populizm, wynagradza dyspozycyjność i służalczość, eliminuje ludzi nietuzinkowych i twórczych, generuje korupcję polityczną, degeneruje państwo uniemożliwiając silne i stabilne rządy. A jakby tego było mało, narusza nasze prawa obywatelskie i zasady konstytucyjne. Wydaje się, że tego wszystkiego aż nadto, aby raczyły tej sprawie przyjrzeć się uczone gremia rektorów, senatorów i profesorów. Tu nie chodzi bowiem o mieszanie się do polityki – tu chodzi o najlepiej pojęte bonum commune – o dobro wspólne.

About Jerzy Przystawa

Jerzy Przystawa (1939-2012) – naukowiec, fizyk, profesor dr hab., nauczyciel akademicki na Uniwersytecie Wrocławskim, publicysta, twórca i założyciel ogólnopolskiego Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych