Sposób w jaki nasi prawodawcy dziobnęli nosem w ścianę przy okazji oświadczeń majątkowych w całej pełni odsłonił niekompetencję, ignorancję i brak kwalifikacji moralnych naszych elit politycznych. Nieustanna selekcja negatywna, której instrumentem podstawowym jest tzw. proporcjonalna ordynacja wyborcza do Sejmu doprowadziła do sytuacji, kiedy wydaje się, że niżej już zejść nie można.   

Zarzut niekompetencji i ignorancji uzasadnia samo to, co dzieje się w związku z nieustannie manipulowanymi, poprawianymi, zmienianymi procedurami wyborczymi, zarówno do Izby Niższej, jak i do samorządu terytorialnego. Na miłość boską: jak długo można się godzić na majstrowania przy ordynacji wyborczej przy każdych kolejnych wyborach, a także i pomiędzy nimi? Jak może być państwem prawa kraj, w którym podstawowe prawo – prawo wyborcze – nie funkcjonuje dłużej niż jedną kadencję parlamentarną? Prawo, jak żadna inna dziedzina wśród tzw. nauk społecznych, domaga się konsekwencji i LOGIKI, więc te przymioty przyświecać muszą w pierwszym rzędzie prawodawcom, podczas gdy partyjny system wyborczy premiuje przede wszystkim usłużność i dyspozycyjność. Nie myśl – od tego jest Wódz. A jeśli masz pecha i myślisz – to nie mów. Twoim obowiązkiem jest głosować zgodnie z linią partii, a gdy cię przypadkiem zapytają co myślisz, a nie pamiętasz instrukcji – musisz natychmiast znaleźć jakieś uzasadnienie i dać odpór. Jeśli palniesz jakieś głupstwo to swoi zawsze cię jakoś wybronią, ale najlepiej kontakty z dziennikarzami zostaw ludziom do tego wyznaczonym. Nawet wobec tak oczywistej głupoty, jaką stanowi zapis o oświadczeniach majątkowych, dyskusja polityków momentalnie sprowadziła się do leninowskiego kto, kogo? Zamiast poważnej refleksji nad stanem państwa mamy kolejną międzypartyjną walkę na cepy i kłonice, podczas której u jednych celem najwyższym jest państwo prawa, u drugich troska o pieniądze publiczne i dobro obywateli.

        Ten amatorski teatr niedouczonych aktorów trwa nieprzerwanie od 17 lat. Obsady kolejnych spektakli nieco się zmieniają, lecz skład podstawowy praktycznie pozostaje stały. Dochodzą tylko nowe elementy scenariusza, aby widownia miała trochę uciechy. W ostatnich tygodniach farsa przybrała formę dramatu, którego kulminacją był niedoszły ingres metropolity warszawskiego. Ta pełna nieoczekiwanych finezji odsłona sprowokowała Macieja Rybińskiego, aby uderzył w wielki dzwoni i ogłosił w "Dzienniku" Koniec Polski Kiszczaka i Michnika. Zawrzały z oburzenia czołowe pióra salonu "Gazety Wyborczej" i okolic. Wychłostał ich, jak należy, Rybiński w artykule Don Kichotowie antylustracji: Jesteście błędnymi rycerzami błędnej idei – projekt Polski opartej na niepamięci o totalitaryzmie i jego skutkach dla poszczególnych ludzi nie może zostać zrealizowany

        Nie wiem jak Maciej Rybiński, ale ja byłem tutaj cały czas i doskonale pamiętam. Na temat totalitaryzmu i jego skutkach dla Polski wiem praktycznie wszystko. Interesuje mnie taki projekt Polski, w której uczyć dzieci będą dobrzy nauczyciele dumni ze swego kraju i swojej polskości. Moje dzieci już do takich szkół nie pójdą, ale marzy mi się, żeby taką szansę miały chociaż moje wnuki. Aby wykształcone w takich szkołach nie musiały szukać pracy i szczęścia na brukach Londynu czy Nowego Jorku. Polska Kiszczaka i Michnika wygoniła miliony naszych dzieci na obczyznę. Nie przyciągnie ich z powrotem lektura podań, jakie Ryszard Kapuściński czy Wisława Szymborska pisali do partii, kiedy sami poszukiwali sposobu na życie. Ani ujawnienie agenturalnej przeszłości tego, czy innego autorytetu salonowego. W Polsce Kiszczaka i Michnika historycy stali się politykami, a politycy zaczęli pisać historię. Politycy to ostatni ludzie, którym w tym miejscu powinniśmy wierzyć. Wprawdzie Winston Churchill otrzymał Nagrodę Nobla z literatury, ale do jego relacji historycznej mamy poważne zastrzeżenia. W Polsce Kiszczaka i Michnika politycy, nawet ministrowie i premierzy, uzyskują stopnie i tytuły naukowe i posady w szkołach, gdzie kształcą się kadry, jakie mają wychowywać moich wnuków. To bardzo kiepski projekt, złowróżbny i złowrogi dla przyszłych pokoleń.

        Koniec Polski Kiszczaka i Michnika nastąpi wtedy, gdy zerwana zostanie pępowina, która łączy tych obu Ludzi Honoru, a nas wszystkich z PRL. Tą pępowiną nie jest teczka, w której zapisano, że generał Kiszczak to wyższe rangą wcielenie pułkownika Kuklińskiego ani ta, z której dowiemy się, że Adam Michnik to dziecko generała Sierowa z nieprawego łoża. Nam bardziej potrzebna jest wiedza o tym węźle gordyjskim, który splątał umysły inteligentów polskich do tego stopnia, że nie są już w stanie odróżnić wroga od przyjaciela ani dostrzec wadliwej konstrukcji ustrojowej, jaką nam ci szlachetni ludzie postawili.

        Wielki socjolog i filozof hiszpański, Jose Ortega y Gasset, w swojej słynnej książce Bunt mas powiedział nam: Zdrowie demokracji, każdego typu i każdego stopnia, zależy od jednego drobnego szczegółu technicznego, a mianowicie: procedury wyborczej. Cała reszta to sprawy drugorzędne. Jeśli system wyborów działa skutecznie, jeśli dostosowuje się do wymogów rzeczywistości, to wszystko jest w porządku, natomiast jeśli tego nie robi, to demokracja zaczyna się walić, chociażby cała reszta działała bez zarzutu… Instytucje demokratyczne nie oparte na autentycznych wyborach są niczym.

        To samo powiedzieli nam wielcy Polacy ubiegłego wieku: Jerzy Giedroyc, Gustaw Herling-Grudziński czy Jan Nowak-Jeziorański. Ten ostatni zostawił nam wprost testament, w którym napisał najpierw jednomandatowe okręgi wyborcze. Polska Kiszczaka i Michnika wypisała nazwiska tych ludzi na swoich sztandarach, ale bynajmniej nie w intencji realizowania ich zaleceń.

        Wszyscy widzimy, i z wyborów na wybory coraz jaśniej, że system wyborów nie działa skutecznie, nie dostosowuje się do wymogów rzeczywistości, nie buduje nam zdrowego, normalnego państwa. Przeciwnie, codziennie obserwujemy jak walą się autorytety, jak wali się system edukacyjny, jak rośnie dług narodowy, jak Polska staje się pośmiewiskiem innych narodów, jak młodzi Polacy marzą tylko o tym, żeby się stąd jak najprędzej wyrwać.

        W Polsce Kiszczaka i Michnika pełno jest ludzi utytułowanych, znających obce języki i obce kraje, autorytetów i ekspertów. W Polsce Kiszczaka i Michnika pełno jest wolnych mediów, błyskotliwych dziennikarzy i komentatorów. Toczą się debaty przy otwartych mikrofonach i kamerach. Programy A dobro Polski?, Co z tą Polską?, Warto rozmawiać i wszelkie Toki FM. Prowadzą je asy dziennikarstwa, wszyscy bez wyjątku laureaci nagród. W tych wszystkich tokach, forach i debatach nie ma śladu tego fundamentalnego problemu ustrojowego, o jakim pisze Ortega y Gasset. Wolna i niepodległa inteligencja polska oddała te najważniejsze sprawy w pacht parlamentarnym nieukom, aby robili z nimi, co im się żywnie podoba. Dopiero, gdy przypadkiem dziobną nosem w ścianę głupoty, wtedy polscy intelektualiści, analitycy i komentatorzy wymieniają między sobą sygnały porozumiewawcze i mrugają do publiczności. I to jest mniej więcej tyle, na co ich stać.

        O, Polsko, póki Ty duszę anielską, będziesz więziła w czerepie rubasznym… – pisał Słowacki.

        Koniec Polski Kiszczaka i Michnika nastąpi dopiero wtedy, gdy rozbijemy ten czerep rubaszny, gdy najważniejsze sprawy ustrojowe i państwowe znajdą swoje miejsce w debacie publicznej, kiedy zostanie usunięta ta najpoważniejsza konstrukcyjna wada ustrojowa, jaką jest zła, korupcjogenna, konfliktogenna, degradująca nasze życie publiczne procedura wyborcza.

        Nie wcześniej.

About Jerzy Przystawa

Jerzy Przystawa (1939-2012) – naukowiec, fizyk, profesor dr hab., nauczyciel akademicki na Uniwersytecie Wrocławskim, publicysta, twórca i założyciel ogólnopolskiego Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.