Słońce naszych oczu, czułość naszych serc, elita elit – ukochana nasza młodzież studencka – wyległa na ulice Warszawy, aby całą potęgą swoich pięknych głosów protestować przeciwko powołaniu pana Romana Giertycha na urząd ministra edukacji narodowej. Protest był gwałtowny i widowiskowy, a wszystkie dzienniki telewizyjne go pokazywały z satysfakcją, co samo w sobie bardzo dobrze świadczy o wolności i niezależności naszych mediów: kiedy chcą, to pokazują, a kiedy nie chcą, to nie. Jak wolność, to wolność. 

        Atakowany z takim hałasem premier-minister wykazał się poczuciem humoru. Indagowany przez dziennikarzy zapytał: A dlaczegóż to studenci mnie się czepiają? Przecież ich ministrem jest profesor Seweryński, to do niego powinni iść z protestami!

        I słuszna jego racja. Ministerstwo Edukacji Narodowej, którym od 5 maja włada pan premier Giertych, jest ministerstwem całkiem nowym, prosto spod igły, powstałym dokładnie tego samego dnia, kiedy zawiązana została zbawienna KOALICJA WIĘKSZOŚCIOWA PiS-u, Samoobrony i LPR-u. Koalicja natychmiast zlikwidowała Ministerstwo Edukacji Narodowej i Nauki, a w jego miejsce powołała: Ministerstwo Edukacji Narodowej, którym od paru dni zarządza Roman Giertych oraz Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, którym zarządza prof. Michał Seweryński i któremu, faktycznie, od 5 maja, podlegają studenci szkół wyższych.

        Z drugiej strony trudno się dziwić naszej młodej elicie, że tych subtelności nie rozumie, ponieważ trudności z tym mają także ich profesorowie, a nawet rektorzy. Przeprowadziłem ankietę wśród rektorów i profesorów, pytając, jakie i ile ministerstw zarządzało naszymi dziećmi tylko od początku tego roku szkolnego (który przecież jeszcze się nie skończył!) i NIKT nie potrafił od razu podać prawidłowej odpowiedzi! Ja sam też, oczywiście, nie odpowiedziałbym prawidłowo, gdybym nie zadał sobie trudu sprawdzenia. Liczba ta wynosi CZTERY, czyli ostatnio przechodzimy z rąk do rąk, średnio raz na dwa miesiące! Rok szkolny rozpoczynaliśmy pod rządami Ministerstwa Edukacji Narodowej i Sportu, które zaraz podzielono na Ministerstwo Edukacji Narodowej i osobne Ministerstwo Sportu, aby już od listopada połączyć MEN z Ministerstwem Nauki i Informatyzacji w Ministerstwo Edukacji i Nauki, które właśnie w czasie majowego weekendu apiać podzielono na MEN i MNiSzW.

        Na próżno zatem straszymy nasze dzieci tym okropnym Giertychem, bo chociaż może nawet jest okropny, to wielkiej krzywdy nikomu zrobić nie jest w stanie, ponieważ posada jego diablo nie pewna, a fotel wysoce niestabilny. Warto bowiem, żeby młodzież miała świadomość, że od 1989 roku rządziło oświatą już 15 ministrów edukacji (czy jak tam się nazywali), co daje jednego ministra, średnio, na jeden rok i jeden miesiąc. Nie wydaje się więc bardzo prawdopodobnym, żeby Roman Giertych się na tym stanowisku specjalnie narządził.

        Prawdę mówiąc to samo da się powiedzieć o człowieku jeszcze bardziej okropnym od Giertycha, tj. o jego koalicyjnym wicepremierze Andrzeju Lepperze, który jest 18. ministrem rolnictwa od 1989 roku, co pokazuje, że rolnikami jeszcze trudniej rządzić niż studentami, bo na tym stanowisku nawet jednego roku wytrwać nie podobna!

        A co z trzecim wicepremierem, prof. Zytą Gilowską? Trzeci to przecież minister finansów w tym samym roku szkolnym (a przecież jeszcze nie wieczór!). No cóż, na stronie internetowej Ministerstwa Finansów znajdziemy listę wszystkich ministrów Nowej Polski i okaże się, że pani profesor jest, ni mniej nie więcej, tylko 17. ministrem finansów Rzeczypospolitej! Co rok – prorok (finansowy)!

        Wczoraj (10 maja, masowy protest lekarzy i pielęgniarek) na wszystkich programach telewizyjnych widzieliśmy uśmiechniętą buzię ministra zdrowia, prof. Zbigniewa Religi. Od 1999 roku, kiedy to Ministerstwo Zdrowia i Opieki Społecznej zamieniono w Ministerstwo Zdrowia (spuszczając w inny kanał tzw. Opiekę Społeczną), prof. Religa jest 10. ministrem (na niecałe 7 lat!), trudno się więc dziwić, że z rozbawieniem traktuje tę sytuację. Wie przecież doskonale, że może tylko pozorować decyzje i pracę i może obiecywać co chce, bo i tak nie ma obowiązku tych obietnic dotrzymywać. Oddał się zresztą całkowicie do dyspozycji premiera i spokojnie czeka, kiedy przekaże pałeczkę swojemu zmiennikowi, a jemu pozostanie tylko inkasowanie odprawy i ministerialnej gaży.

        Nie lepiej przedstawia się sprawa z innymi członkami rządu. Premier Marcinkiewicz jest zaledwie 12. premierem RP od 1989 roku, ale na wszystkich innych posadach ministerialnych ruch jest dużo większy. Wyjątkiem jest tylko Ministerstwo Spraw Zagranicznych, w którym p. Fotyga jest zaledwie 10. ministrem. Nie wiem dlaczego? Może istnieją jakieś sekretne zalecenia Unii Europejskiej, że ministrowie spraw zagranicznych nie powinni być wymieniani częściej niż raz na półtora roku?

        W świetle tych faktów naprawdę trudno się dziwić, że oni do tej władzy garną się jak misie do miodu: pieniądze porządne, praca lekka, odpowiedzialność żadna. Trzeba codziennie podpisać stos papierów, więc ręka boli, ale bywają bardziej męczące zajęcia. Czasem podpisze się nie ten papier, który trzeba, ktoś podniesie rwetes i trzeba się tłumaczyć za nie swoje winy, minister jednak zawsze potrafi znaleźć tego, kto mu ten papier podsunął. I w ten sposób, jak pisał w niesłusznych czasach niesłuszny poeta*:

Od idioty do idioty
idzie sobie, panie złoty,
papier.
Wreszcie w męce, w wielkim pocie
zwróci idiota idiocie
papier.

       Wygląda na to, że spraw tych nie rozumieją ani hałłakujący przeciwko Giertychowi studenci, ani lepiej od nich wykształceni lekarze, ani ciemni górnicy czy rolnicy, którzy przyjeżdżają do Warszawy, łamią barierki i popełniają wykroczenia tłukąc się z Bogu ducha winnymi policjantami. Te manifestacje chętnie nagłaśniają telewizje i radia, by potem urządzać przed kamerami różne prosto w oczy, z których wynika zawsze jedno: kołdra jest za krótka! Nie można zadowolić wszystkich: i górników, i hutników, i lekarzy, i rolników, a lista jest niebywale długa. Jak zresztą można coś zaradzić, skoro sam pan minister mówi, że przychyliłby im nieba, ale cóż on może!

         Ruch Obywatelski na rzecz JOW od lat wysuwa propozycję zerwania z tym absurdem ustrojowym i całą tą niedorzeczną konstrukcją. Wprowadzenie zasady wyborów do Sejmu wyłącznie w jednomandatowych okręgach wyborczych, jak robią to w Wielkiej Brytanii i innych krajach, doprowadziłoby przynajmniej do takiej sytuacji, że mielibyśmy JEDEN RZĄD NA JEDNĄ KADENCJĘ PARLAMENTARNĄ! Premier takiego rządu odpowiedzialny byłby przed NARODEM a nie, jak teraz, przed pociągającym za sznurki partyjnym bossem. Ministrowie takiego rządu nie pojawialiby się jak przysłowiowe króliki z kapelusza, gdzie premier rządu jeszcze rano nie jest w stanie powiedzieć, kogo po południu powoła na ministra tego czy innego resortu.

        Taka reforma jest możliwa. Jej koncepcja jest prosta, jej zrozumienie nie wymaga doktoratu z filozofii, jej wprowadzenie nic nie kosztuje. Można ją wprowadzić w każdej chwili, wystarczy tylko chcieć. Nic więc dziwnego, że kiedy manifestuje w Warszawie Ruch na rzecz JOW, to wszystkie kamery telewizyjne patrzą gdzie indziej, a z jego uczestnikami nie przeprowadza się żadnych prosto w oczy, rozmów w toku, żadnych co z tą Polską, ani warto rozmawiać. Tamte audycje są tylko dla dyskusji problemów nierozwiązywalnych, gdzie wszyscy mogą się popisać erudycją i troską, i z których nic nie wynika. Konkretne rozwiązanie, którego wprowadzenie nie kosztuje ani złotówki? Sprawdzone w świecie? A kysz, przepadnij!

* Konstanty Ildefons Gałczyński, 14 Grussen aus Polen

 

About Jerzy Przystawa

Jerzy Przystawa (1939-2012) – naukowiec, fizyk, profesor dr hab., nauczyciel akademicki na Uniwersytecie Wrocławskim, publicysta, twórca i założyciel ogólnopolskiego Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.