Nie mam nic do Romana Giertycha i Andrzeja Leppera. Nie podzielam histerii, jaką rozpętały wokół nich tzw. liberalne media. W niektórych sprawach trudno – wiem, że to zgrzyt dla ucha przyzwyczajonego do delikatnej muzyczki politycznej poprawności ‑ odmówić racji ich poglądom.

Problem polega jednak nie na tym, czy podobają nam się jednostkowe punkty programu LPR czy Samoobrony, ale co się większości społeczeństwa w tych partiach nie podoba. Każde głosowanie jest bowiem tyleż głosowaniem za co i oddaniem głosu przeciw danej opcji.

        W systemie jednomandatowym sprawa jest jasna. Głosuję za kandydatem Abackim, bo więcej cech jego programu i osobowości mi odpowiada, a przeciw Babackiemu, u którego więcej mi się nie podoba.

        W ordynacji proporcjonalnej jest podobnie, tylko sprawa rozgrywa się między partiami. Jeśli jestem za PiS-em, to jestem przeciwko SLD, przeciwko (choć może w innym stopniu) LPR, Samoobronie i innym.

        O tym, na ile wyborca głosując za jedną partią jest jednocześnie przeciwko innym mogą świadczyć wybory do Senatu, gdzie wyborcy mogli głosować na kandydatów kilku partii. Jak wiadomo wygrało te wybory PiS uzyskując połowę mandatów, a drugie miejsce zajęła PO (34% miejsc). Za LPR-em opowiedziało się 7%, a Samoobrona dostała 3% mandatów. Wyborcy wyraźnie nie chcieli, żeby PiS współrządziło z Lepperem czy Giertychem, woleli, żeby to była koalicja PO-PiS.

        Fakt, że LPR otrzymała 7% poparcie oznacza, że ok. 93% Polaków nie chce jej u władzy. Podobnie jest z Samoobroną.

        Takie są uparte fakty i nic do tego nie ma, że akurat mnie Giertych nie przeszkadza. Przeszkadza za to zdecydowanej większości Polaków i dlatego jego obecność w rządzie będzie sposobem na reanimację partii, które już zdawałoby się nigdy nie wrócą – jakiejś Socjaldemokracji, kolejnej wersji Mumii Wolności itd.

        Jarosław Kaczyński pozyskując tych polityków do koalicji i oddając im pod kontrolę ważne dla państwa i obywateli dziedziny życia, lekceważy wolę społeczeństwa i jednocześnie osłabia swój rząd.

        Oczywiście prezes PiS stoi w sytuacji bez wyjścia, w której znalazł się na skutek absurdalnego mechanizmu wyborczego tzw. ordynacji proporcjonalnej, nie dającej nigdy jednoznacznego rozstrzygnięcia wyborczego. Jej pozorna zaleta, polegająca rzekomo na odzwierciedleniu preferencji wyborców okazuje się czystą fikcją. W gruncie rzeczy jest dokładnie odwrotnie. Proporcjonalny system wyborczy prowadzi do uzyskiwania – wbrew woli społeczeństwa – przez ugrupowania marginalne nieproporcjonalnie dużego wpływu na sprawy państwa.

        Jarosław Kaczyński – który jest zwolennikiem ordynacji proporcjonalnej, a wrogiem Jednomandatowych Okręgów Wyborczych, pokazuje nam jak irracjonalne czasem bywają działania nawet wybitnych polityków. W jego najlepiej pojętym interesie leżałoby bowiem poparcie JOW, zmiana ordynacji wyborczej i jak najszybsze ponowne wybory posłów do Sejmu w JOW. Kierowany przez niego obóz polityczny uzyskałby w tak wybranym parlamencie najprawdopodobniej przewagę umożliwiającą samodzielne rządzenie krajem. Tymczasem Kaczyński – przeciwny JOW, próbuje ułożyć układankę, która nikomu dotąd się nie udała.

        Zawarcie koalicji tylko na chwilę maskuje źródła konfliktu między uczestnikami rządowego układu, które stały się przecież przyczyną rozpadu paktu stabilizacyjnego. Mniej więcej wiosną przyszłego roku, konflikt wybuchnie ze zdwojoną siłą, grzebiąc przewagę PiS i torując drogę do władzy premierowi Andrzejowi Lepperowi. Przypomnijcie sobie wówczas, że to przepowiedziałem.

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.