/Polityka jako spektakl

Polityka jako spektakl

Potoczny obserwator naszego życia politycznego bez trudu zauważy, że swoistym znakiem rozpoznawczym publicznego dyskursu politycznego toczącego się w Polsce po 1989 roku, stał się charakterystyczny termin scena polityczna. Zarówno politycy rozmaitych orientacji, jak i publicyści w swoich wypowiedziach, relacjach, analizach, komentarzach i prognozach nie mogą się obyć bez nieustannego używania w rozmaitych kontekstach tego już rutynowego zwrotu.

Mówi się zatem i pisze o tym, jakie nowe ugrupowania polityczne pojawiły się na scenie politycznej, a jakie z niej wypadły oraz o nowych politykach na tej scenie. Wiele uwagi poświęca się miejscu zajmowanemu przez poszczególne postacie na scenie politycznej od lewicy do prawicy, ich rozlicznym przemieszczeniom na tej osi. Często charakterystyka wpływów politycznych i sił oddziaływania na władzę na przykład klubów parlamentarnych określana jest w kategoriach ich dominacji bądź słabości właśnie na scenie politycznej. W ten sposób powstaje wrażenie, że termin scena polityczna stopniowo wypiera z użycia takie tradycyjne zwroty, jak polityka, życie polityczne i im podobne.  

        W bardziej fachowych analizach i komentarzach, często w powiązaniu z pogłębioną analizą wyników badań opinii publicznych, rozpoznać można echo naukowej terminologii, stosowanej zwłaszcza w anglosaskiej politologii, psychologii politycznej czy socjologii. W tych przypadkach w środkach przekazu dodatkowo autoryzuje się nie tylko kluczowy zwrot scena polityczna, ale także określanie polityków jako aktorów, których działalność rozpatrywana jest w kategoriach odgrywania przez nich na scenie społecznej szczególnej roli, jako roli politycznej. (Por. K. R. Monroe: Psychology and Rational Actor Theory. "Political Psychology" (special issue: Political Economy and Political Psychology) 1995, nr 16, s. 1-22; S.D. Tansey: Nauki polityczne. Poznań 1997, s. 27-30; Psychologia polityczna, pod red. K. Skarżyńskiej. Poznań 1999.)   

        W tej perspektywie zasadne jest rozważenie mimowolnej redukcji, w procesie przekazu informacyjnego, życia politycznego do jego scenicznego kształtu, który niejednokrotnie staje się przeciwieństwem realnych zdarzeń. Zdominowanie dyskursu politycznego przez formułę sceny politycznej i jej pochodnych w rozmaitych kontekstach faktycznie lokuje społeczne postrzeganie sprawowania władzy publicznej w konwencji spektaklu.

        Ta metaforyczna formuła jest używana przez polityków i komentatorów na oznaczenie instytucjonalnej przestrzeni życia politycznego, w której poruszają się zarówno osobistości, jak i rozliczne ugrupowania polityczne czy instytucje władzy publicznej. Ma ona wiele zalet, umożliwia bowiem segmentację życia politycznego wedle rozmaitych kryteriów, takich jak prawica, lewica, centrum, obóz solidarnościowy i postkomunistyczny, koalicja i opozycja czy reformatorzy i konserwatyści. Zarazem oznacza jednak dyskwalifikację określonych zdarzeń politycznych jako niescenicznych, nawet wtedy, gdy są one zgodne z demokratycznymi regułami gry

        W tym kontekście należy przypomnieć, że przed ponad trzydziestu laty kategoria spektaklu stała się słowem-kluczem służącym do totalnej krytyki społeczeństwa opartego na gospodarce rynkowej w jego zróżnicowanych sferach funkcjonowania – od rozrywki do systemów ekonomicznych i politycznych. Uczynił to Guy Debord, francuski artysta, poeta, autor filmów i  współtwórca Międzynarodówki Sytuacjonistycznej w publikacji Społeczeństwo Spektaklu (1967), która stała się kultową książką paryskiego maja. Zdaniem Anny Ptaszkowskiej, tłumaczki i komentatorki twórczości Deborda, jego poglądy społeczne dają się zawrzeć  w takiej oto syntezie: Spektakularny charakter obecnej cywilizacji: odrealnienie, zastąpienie rzeczywistości obrazem, a bycia – reprezentacją, relatywizacja prawdy na wszelkich poziomach i jej permanentna wymienność z kłamstwem, zanik pamięci i idąca za nim destrukcja historii, odosobnienie, alienacja, pasywność, nieokiełznana konsumpcja, wszelka działalność ludzka jako towar – te i wiele innych cech społeczeństwa spektaklu koncentruje się w aspekcie niejako nadrzędnym, a mianowicie w konkretnej perspektywie śmierci społeczeństwa, które zastępuje życie jego pozorem (A. Ptaszkowska: Posłowie od tłumacza. W: G. Debord: Społeczeństwo spektaklu. Gdańsk 1998, s.113-114.).   

        Społeczeństwo Spektaklu zawiera całościową, często na wysokim poziomie ogólności, krytyczną teorię Deborda, która ma wymiar oryginalnej filozofii społecznej. Analiza procesów politycznych w ramach koncepcji spektaklu odnosi się tu w mniejszym stopniu do konkretnych instytucji demokratycznych, co nie przeszkadza w wykorzystaniu do tego celu jego ogólnoteoretycznych rozważań. 

        W niniejszym opracowaniu nasze życie polityczne ostatniego dziesięciolecia, rozpoznawane od strony dyskursu politycznego, zostanie zinterpretowane w konwencji spektaklu, co naturalnie stwarza sposobność także do szerszych konkluzji odnoszących się do kondycji społeczeństwa polskiego jako całości.

        W celu rozpoznania bogactwa kontekstu znaczeniowego w pojmowaniu życia społecznego jako swoistego spektaklu konieczne jest przywołanie podstawowych tez filozoficznych Deborda. Dla potrzeb tych rozważań akcentowanie wizerunku życia politycznego w publicznym dyskursie w formule sceny politycznej i związanych z nią pojęć pochodnych w naturalny sposób prowadzi do interpretowania życia politycznego w perspektywie spektaklu w rozumieniu Deborda. Niżej cytowane podstawowe założenia jego koncepcji dają się bez trudu odczytać jako charakterystyka spektaklu politycznego także w jego konkretnym wymiarze.
1. Całe życie społeczeństw, w których królują nowoczesne warunki produkcji, zapowiada się jako gigantyczne nagromadzenie s p e k t a k l i. Wszystko, co było dotąd przeżywane bezpośrednio, oddaliło się w przedstawienie.
2. Oderwane od poszczególnych aspektów życia obrazy łączą się we wspólnym nurcie, w którym jedność życia nie może już zostać przywrócona. Rzeczywistość pojmowana
c z ę ś c i o w o rozwija się teraz w swoją własną, uogólnioną jedność jako o d d z i e l n y  pseudoświat, będący jedynie przedmiotem kontemplacji. Specjalizacja w dziedzinie obrazów świata znajduje swe spełnienie w świecie zautonomizowanego obrazu, gdzie kłamstwo samo się okłamuje. Spektakl jako taki, będący konkretnym odwróceniem życia, jest autonomicznym ruchem nieżycia.
3. Spektakl przedstawia się jako samo społeczeństwo, a zarazem jako jego część i jako  n a r z ę d z i e  z j e d n o c z e n i a. Jako część społeczeństwa jest on w sposób wyraźny obszarem, który skupia wszystkie spojrzenia i wszelką świadomość. A ponieważ jest obszarem w y d z i e l o n y m, staje się miejscem nadużycia spojrzeń oraz fałszywej świadomości, a zjednoczenie, którego dokonuje, to tylko oficjalny język powszechnego rozdzielenia.
4. Spektakl nie jest zbiorem obrazów, ale społecznym stosunkiem między ludźmi, nawiązywanym za pośrednictwem obrazów.
5. Spektakl nie powinien być rozumiany jako nadużycie świata wizji ani jako produkt techniki masowego rozpowszechnienia obrazów. Jest raczej światopoglądem, który się zmaterializował i stał rzeczywisty – światopoglądem, który się zobiektywizował
(G. Debord: Społeczeństwo spektaklu, s. 11-12.).  

        W perspektywie poznawczej Deborda zarysowana jest wizja dwóch poziomów rzeczywistości społecznej: życia społeczeństw, realnie przeżywanego świata i jego przedstawienia jako zbioru gigantycznych spektakli, a zatem nieżycia. Siła oddziaływania tego obrazu świata jest tak potężna i zobiektywizowana, że chociaż jest on efektem realnego życia staje się światem samym. Ten w istocie pseudoświat staje się domeną świadomości fałszywej i zarazem powszechnie funkcjonującym światopoglądem. Spektakl jest w tej koncepcji podstawowym stosunkiem społecznym zapośredniczonym poprzez obrazy realnego świata, który funduje rzeczywistość nowoczesnego społeczeństwa producentów towarów, opartego na społecznym podziale pracy. W rezultacie tego procesu spektakl w swej istocie staje się towarem.    

        Scena polityczna jest oczywiście miejscem dziania się spektaklu, którego geneza tkwi  w realnym życiu politycznym społeczeństw. W naturalnym procesie przekształceń spektakl zastępuje owo życie polityczne, które rozpoznawane jest w kategoriach świadomości fałszywej jako rezultat scenicznych zdarzeń. To odwrócenie świata realiów i pozorów dokonuje się w rezultacie fetyszyzacji politycznego widowiska nadając mu rangę rzeczywistości samej.             

        Wyrażenie scena polityczna wbrew pozorom nie jest znaczeniowo neutralne. Odsyła ono do konotacji, które jednak w nikłym stopniu kojarzą się z klasycznym kontekstem demokratycznych rozwiązań ustrojowych, opartych, w każdym szczegółowym wariancie, na spontanicznej aktywności politycznej obywateli, ich umiejętności samoorganizacji i wypracowaniu reguł samorządności. Tymczasem, charakterystyka życia politycznego w konwencji spektaklu redukuje obywatela do pozycji widza, szerzej publiczności spektaklu, który toczy się na scenie politycznej.

        Ten widz-obywatel jest oczywiście niezbędną częścią składową spektaklu ale starannie w niego wkomponowaną. Każde wyłamanie się z konwencji przypisanych publiczności zachowań prowadzi automatycznie do odsunięcia widza z udziału w spektaklu jak w przypadku analogicznych naruszeń reguł aktorów ze sceny. Także w sferze polityki zachowania niekonwencjonalne muszą się mieścić w ramach reguł gry społecznej, aby uniknąć zakwalifikowania jako awanturnictwo i eliminacji z trwającego spektaklu.  

        Bohaterem spektaklu w sposób oczywisty stają się aktorzy odgrywający dla publiczności określone role w ramach odtwarzania pewnej historii. Formuła sceny politycznej automatycznie nadaje politykom pierwszoplanowy status, zakładając milcząco pasywne i kontemplacyjne zachowanie społeczeństwa jako swoistej publiczności. W tych warunkach społeczeństwo także ma do odegrania ściśle określoną rolę, która niewiele różni się od zachowań kibica na zawodach sportowych czy widza w teatrze. Idąc tym tropem warto zauważyć banalną okoliczność, że to sami obywatele demokratycznego państwa, tak jak widzowie czy kibice, opłacają swój udział w spektaklu w tej właśnie biernej roli.              

         Spektakl polityczny zakłada, że społeczeństwo wynagradza swoich politycznych przedstawicieli za to, że ono samo przestaje zajmować się polityką i zajmuje pozycje pasywnego obserwatora toczącego się na jego oczach widowiska. Ten oczywisty fakt, że podmiotem i bohaterem życia politycznego jest w strukturach demokratycznych samo społeczeństwo, jest skutecznie maskowany przez wysunięcie na plan pierwszy aktorów, opłacanych zawodowców od uprawiania polityki. Jak pisze Debord, to odwrócenie ról jest konstytutywnym elementem spektaklu.

        Najstarsza specjalizacja społeczna – specjalizacja sprawowania władzy – tkwi u korzeni spektaklu. Spektakl jest więc specjalistyczną działalnością, która mówi za innych, za ogół. Jest on dyplomatyczną reprezentacją przed sobą samym hierarchicznego społeczeństwa, z której wszystkie inne słowa zostały wyrugowane. Najnowocześniejsze jest tu zarazem najbardziej archaiczne (Ibidem, s. 16). Współcześnie oznacza to, że rządzenie staje się towarem, za który społeczeństwo płaci zawodowcom, także wtedy, gdy działania władzy są wymierzone przeciwko niemu.

        Ale scena polityczna jako miejscy gry politycznej to tylko jedna część swoistego teatrum władzy, w którym są także kulisy i ukryta przed publicznością cała maszyneria życia politycznego, bez których spektakl w ogóle nie daje się pomyśleć. Za sceną polityczną funkcjonuje zatem rzeczywisty mechanizm sprawowania władzy, który jest tajemnicą. Do natury spektaklu należy także uchylanie tzw. rąbka tajemnicy, zazwyczaj pod staranną kontrolą jego reżysera, który ważną różnicę między tym co jawne i tajne czyni jednym z istotnych momentów funkcjonowania sceny politycznej.

         Interpretacja polityki w konwencji spektaklu nie ma więc niewinnego charakteru, skoro prowadzi do artykulacji w dyskursie politycznym, fundamentalnego w demokracjach, stosunku społecznego między obywatelem i politykiem pod postacią relacji między widzem i aktorem. Relacja ta wymaga naturalnego rozwinięcia, bowiem o ile w polityce dosyć często jesteśmy świadkami teatru jednego aktora o tyle teatr jednego widza jest po prostu niemożliwy. Zarówno spektakl jak i życie politycznie adresowane są do pewnych zbiorowości widzów – publiczności. Symetrycznie, regułą jest występowanie na scenie wielu aktorów odgrywających symbolicznie zróżnicowane wobec siebie postacie, reprezentujące określone realia pozascenicznej rzeczywistości. W praktyce spektakl polityczny oznacza spotkanie dwóch odmiennych zbiorowości, które bez siebie nie mogą istnieć: działających na scenie politycznej aktorów i znajdującej się na swoistej widowni publiczności, zainteresowanej kwestiami publicznymi.

        Charakterystyka sceny politycznej jako swoistej przestrzeni, w której funkcjonują politycy jako szczególnego rodzaju aktorzy, stwarza rozliczne komplikacje. Przestrzeń ta ma oczywiście wymiar symboliczny, chociaż odnosi się także do rozmaitych realnych budowli, które nie mając z teatrem nic wspólnego, pełnią symboliczną funkcję sceny.

        Przemawiający na forum parlamentu polityk staje się aktorem dla widowni złożonej z siedzących na sali obrad posłów czy senatorów. Równocześnie toczy się prawdziwy spektakl polityczny o społecznym wymiarze, w którym parlament jako całość staje się faktyczną sceną polityczną dla śledzącej obrady w środkach masowego przekazu publiczności, fachowo zwanej elektoratem. W tym sensie, w społecznej wyobraźni, spektakl polityczny toczy się na scenie wykreowanej przez media, w szczególności przez telewizję.

        W efekcie, rozliczne publiczne budynki oraz ich wnętrza opatrzone stosowną symboliką tworzą znaczące tło jako swoista scenografia sceny politycznej dla aktorskich popisów polityków. Podobnie wszelkiego rodzaju masowe zdarzenia polityczne i zgromadzenia publiczne, takie jak wiece, manifestacje czy strajki, posiadają właściwą sobie oprawę scenograficzną dla politycznych komunikatów. 

        Bezpośrednio sceniczny charakter mają konferencje prasowe i wywiady polityków, które adresowane są wprost do medialnej publiczności. Z kolei reklamówki polityczne pełniące funkcje „potów wyborczych są już scenografią niemal w czystej postaci a okienko telewizyjne, odbiornik radiowy czy prasa same stają się dla nich rodzajem politycznej sceny.

        Bogactwo zdarzeń i form funkcjonowania sceny politycznej uprawnia do traktowania jej jako całościowego obrazu życia politycznego państwa, uporządkowanego wedle głównych jego postaci – liderów, ugrupowań politycznych i społecznych oraz instytucji życia publicznego, jaki wytworzył się w oczach szeroko pojętej opinii publicznej. Osobliwością tak pojmowanej sceny politycznej jest jej podwójnie subiektywny charakter, relatywizowany zarówno w odniesieniu do polityków, jak i publiczności.

        Chociaż w abstrakcyjnym ujęciu scena polityczna jest jedna, to w jej praktycznym wyrazie jest ich bardzo wiele i to bez względu na naturalne preferencje mediów w kreowaniu obrazu życia politycznego. Z jednej strony, poszczególni uczestnicy życia politycznego starają się kształtować scenę polityczną w taki sposób, aby odgrywane przez nich postacie i role wypadły jak najkorzystniej w oczach opinii publicznej. Z drugiej, wizerunki rozmaitych liderów i ugrupowań podlegają ocenie publicznej zrelatywizowanej wedle preferencji ideowych i politycznych widzów toczącego się spektaklu. Mimo prób operowania formułą sceny politycznej jako jednolitą kategorią w praktyce – jak wspomniano – funkcjonuje ich wiele, dając się uporządkować wedle pewnych typów i standardów zróżnicowanych politycznie scen. Kwestia ta jest starannie maskowana, bowiem, co zrozumiałe, każde ugrupowanie polityczne stara się własny obraz sceny politycznej przedstawić jako uniwersalny i powszechnie obowiązujący.

        Wielość scen politycznych i ich zróżnicowany charakter zakłada pewne wspólne reguły gry, praktykowane przez uczestników politycznych spektakli, nie wyłączając kontestatorów, które zapewniają komunikatywność nadawanych przekazów. Formuła spektaklu zakłada swoistą homogenizację obydwu jego stron, zarówno aktorów jak i publiczności, jako dominującą tendencję. Mimo realnych podziałów społecznych zarówno na scenie politycznej jak i wśród politycznie aktywnej części społeczeństwa jego funkcjonowanie jako sceny i publiczności pełni funkcje integrujące. Charakterystycznym przejawem owej homogenizacji życia politycznego jest odrzucenie wszelkich podziałów, w tym tak fundamentalnego jak podział na władzę i opozycję, gdy całość sceny politycznej pod naciskiem żywiołowych protestów jest zagrożona.

        Podobnie zgodna z regułami gry politycznej operacja, zmierzająca do zmiany ordynacji wyborczej na taką, która prowadzi do wymiany części elit politycznych, spotyka się ze zorganizowanym oporem wszystkich aktorów sceny politycznej, z opozycją na czele. Przykładem mogą być tutaj społeczne inicjatywy zmierzające do zmiany naszej ordynacji wyborczej na jednomandatową i wiekszościową, co osłabia władzę aparatów partyjnych nad politykami. Proponowany typ ordynacji w znacznym stopniu zbliżony jest do pewnej części mechanizmów demokracji bezpośredniej, która z trudem mieści się w tradycyjnej formule spektaklu. (Por. Otwarta księga. O jednomandatowe okręgi wyborcze. Wyd. III, pod red. R. Lazarowicza, J. Przystawy. Wrocław-Nysa 1997; M. Dakowski, R. Lazarowicz, J. Przystawa: Jednomandatowo! Nysa 1997.) W tym przypadku dla ilustracji problemu należałoby odwołać się do tych postaci teatralnej awangardy, w której aktywność widza jest fundamentem spektaklu. To złamanie ustalonych dotąd reguł funkcjonowania sceny politycznej nie jest przez jej aktorów akceptowane, co automatycznie oznacza, że także w medialnym przekazie taka inicjatywa społeczna nie może się zmaterializować. Nawet całkowicie legalne i uprawnione zabiegi o referendum w tej sprawie w całości toczą się poza oficjalną opinia publiczną. Ten przykład dobrze ilustruje jedność aktorów sceny politycznej i ich ścisłą więź z rzeczywistymi dysponentami środków społecznego przekazu. Niezwykle ważnym momentem tej jedności jest oczywiście społeczeństwo, które broni utrwalonej konwencji spektaklu, którą zna, praktykuje i w swej zdecydowanej przewadze akceptuje. Operacja wciągnięcia widza na proscenium, nie mówiąc już o jego udziale w akcji scenicznej, należy do najtrudniejszych działań teatralnych, o czym zaświadcza historia każdej tego typu awangardy.    

        Głównymi bohaterami spektakli są oczywiście aktorzy, czyli artyści tworzący postacie sceniczne, grające jakąś rolę. Na politycznej scenie występują starannie dobrane osoby odgrywające role polityków, którzy poprzez wygłaszanie stosownych poglądów i opinii prezentują rozmaite orientacje polityczne, partie, organizacje, obozy, bloki, sojusze, koalicje czy opozycje. W tym sensie politycy jako aktorzy są uosobieniem tych struktur politycznych do których należą, starając się zarazem wyrażać nastroje tych grup społecznych, których mandat muszą potwierdzać w swych działaniach scenicznych pod groźbą utraty publiczności.

        Jak wiadomo, aktorzy to zawodowcy, którzy za odpowiednie wynagrodzenie wygłaszają do widowni cudze teksty, oczekując aplauzu widowni nie tyle ze względu na walory tych tekstów, ile raczej za mistrzostwo ich prezentacji. Ta reguła w pełni odnosi się do polityków-aktorów, chociaż każdy z nich kreuje się na polityka-autora, wygłaszającego ze sceny własne teksty. 

        Paradoksalnie, odwracając sytuację można uznać, że rzeczywistymi bohaterami sceny politycznej są raczej rozliczne obozy, bloki, sojusze czy koalicje jako swoiste ogólne formacje ideowe, za którymi kryją się realne podmioty społeczne, niż politycy jako osoby. W tym sensie, wypowiadane na scenie politycznej kwestie są co najwyżej autoryzowane przez polityków, bowiem ich podstawowym zadaniem jest artykulacja określonych nastrojów społecznych pod groźbą utraty własnej widowni.

        Jednak prezentacja poglądów opinii publicznej nie ma powszechnie obowiązującego charakteru. Kryteria dopuszczenia do występów na scenie politycznej są bardzo surowe. Najprościej można je określić syntetyczną formułą: scena polityczna jest dla zwycięzców. Polityk czy ugrupowanie polityczne latami obecne na pierwszych stronach gazet znika ze sceny politycznej wraz z utratą znaczącej pozycji politycznej. Najczęściej obejmują oni rolę czarnego charakteru, która ciąży na nich także w przypadku powrotu na polityczną arenę w rezultacie kolejnego sukcesu wyborczego. W tej sytuacji ich realne znaczenie polityczne, dzięki kreującym scenę polityczną mediom i przy czynnym udziale polityków odgrywających role pierwszoplanowe, jest skutecznie redukowane do roli przysłowiowego halabardnika.

        Scena polityczna operuje zatem niepisaną regułą wykluczeń. Odnosi się to przede wszystkim do opozycji pozaparlamentarnej, która nawet gdy znajduje się w swoistej sali prób, do której trafia się po przegranych wyborach, ma małe szanse na występy na scenie politycznej i rozpoznanie przez potencjalnego widza. Scena polityczna konstruowana jest w taki sposób, aby opozycja pozaparlamentarna była odcięta od publiczności przez nadzwyczaj restrykcyjne działania mediów. Przeciętnie zainteresowany sprawami publicznymi obywatel nic się o jej istnieniu nie dowie, a te pozaparlamentarne partie i ugrupowania, które mają własne publikacje, także periodyczne, nie mają szans, aby pojawić się w przeglądach prasy, także w publicznych mediach. Prawicowa czy lewicowa orientacja polityczna nie ma tu żadnego znaczenia, bowiem reżyserzy sceny politycznej stosują tradycyjną technikę obcinania skrzydeł.

        Sytuacja zmienia się wtedy, gdy w ramach toczącego się spektaklu politycznego potrzebny jest wizerunek warchoła czy oszołoma, który w ściśle określonych warunkach zostanie instrumentalnie wprowadzony ze stosowną etykietą do obiegu publicznego. Takie tło daje określony efekt estetyczny, pokazując naturalność scenicznych zachowań głównych aktorów prezentowanego spektaklu, które utwierdzają ich pierwszoplanową rolę. Zabieg dyskredytacji fragmentów sceny politycznej, zwłaszcza w jej obszarach granicznych z rzeczywistością pozasceniczną, jest jednym z konstytutywnych elementów spektaklu.
Najczęściej dzieje się tak przy okazji publicznych zgromadzeń, które dla opozycji pozaparlamentarnej są jedynym sposobem zaznaczenia swego istnienia zarówno wobec swoich zwolenników, jak i szerszej publiczności. Pokazywanie w mediach w odpowiednim kontekście wieców, manifestacji i protestów opozycji pozaparlamentarnej jako marginalnych i niestosownych w ramach istniejącej sceny politycznej skutecznie je marginalizuje w opinii publicznej i tak koło się zamyka.

        Prawidłowością funkcjonowania sceny politycznej jest bezustanne lokowanie na niej pierwszoplanowych postaci i struktur polityczny jako z założenia apolitycznych. W ten sposób wyraża się jedna z fundamentalnych właściwości politycznego spektaklu – jego depolityzacja. Czyni się to za pomocą różnych mechanizmów, nie wyłączając estetycznych.
Odnosi się to do tak czołowej postaci sceny politycznej jak prezydent państwa, który jest konsekwentnie etykietowany jako prezydent wszystkich obywateli. Taka kwalifikacja osłabia jego funkcjonowanie jako politycznego reprezentanta tej części społeczeństwa, która udzieliła mu poprzez głosowanie poparcia politycznego. Okazało się ono zresztą, zgodnie z procedurami demokratycznymi, całkowicie wystarczające do objęcia najwyższej funkcji w państwie. Tymczasem, wedle reguł demokracji,  prezydent państwa jest konstytucyjnym reprezentantem wszystkich obywateli, co nie przekreśla jego politycznej roli jako przedstawiciela określonej partii politycznej. Podobne tendencje przejawiają się w próbach lokowania w wyobraźni politycznej naszego społeczeństwa marszałków Sejmu i Senatu, a nawet premiera rządu, jako apolitycznych aktorów sceny politycznej.

        Zbliżony charakter mają zabiegi wokół innych kluczowych instytucji państwa, zmierzające także do narzucenia im statusu szczególnie pojętej apolityczności. Dotyczy to w pierwszej kolejności wojska, policji, służb specjalnych, dyplomacji czy szeroko pojętego wymiaru sprawiedliwości. Podobnie, chociaż mniej natarczywie, kształtowany jest wizerunek resortów finansów, gospodarki czy skarbu jako apolitycznych instytucji kierowanych przez fachowców, którzy realizują ogólnikowo charakteryzowany interes publiczny czy zobiektywizowane wymogi gospodarki.

        Tendencja ta zmierza coraz wyraźniej do lokowania na scenie politycznej całości rządu, szerzej państwa jako apolitycznej instytucji publicznej, która służy interesom obywateli bez oglądania się na ich opcje polityczne czy preferencje partyjne. Natomiast skład rządu, będący niewątpliwie funkcją działania politycznej maszynerii, staje się emanacją bliżej nieokreślonego rozumu politycznego społeczeństwa.

        Kolejnym przykładem z tej dziedziny politycznych działań są zabiegi wokół utworzenia apolitycznego korpusu urzędników państwowych. Oczywiście publiczna telewizja i radio z definicji mają mieć całkowicie apolityczny charakter, a wszelkie odstępstwa od tej reguły są natychmiast wynoszone na proscenium.

        Aktorzy sceny politycznej w licznych dyskusjach zarzut polityczności czy upolitycznienia bądź kierowania się przesłankami czy motywami politycznymi traktują jako epitet i kluczowy argument zamykający wymianę poglądów.

        Przedstawiony ogólny zarys funkcjonowania sceny politycznej III Rzeczpospolitej zdaje się być wyrazem trwałej tendencji do pozornej depolityzacji życia politycznego. Osobliwie procedury i reguły demokratycznych rozwiązań ustrojowych wprowadzone w Polsce po 1989 roku z natury swej winny kształtować autentyczne życie polityczne. Tymczasem, mechanizmy przemian ustrojowych zmierzają w kierunku przeciwnym. Wielokrotnie zwracała na to uwagę Jadwiga Staniszkis, łącząc procesy depolityzacji ze zjawiskiem korupcji władzy.

        Jest to oczywisty spadek po Rzeczpospolitej Drugiej i Pół, w której polityka kojarzyła się w opinii publicznej jednoznacznie negatywnie. Sam termin partia obciążony jest tak dalece negatywną konotacją, że mimo wprowadzenia ustawy o partiach politycznych tylko nieliczne, na dodatek z reguły marginalne ugrupowania polityczne, używają go w swej nazwie. Wystarczy rozpoznać zabiegi liderów nowych partii politycznych, które  skoncentrowane są na tak starannym komponowaniu ich nazw, żeby oddalić wszelkie skojarzenia ze skompromitowanym terminem. Dlatego na naszej scenie politycznej nie występują partie tylko akcje, bloki, fronty, koalicje, konfederacje, kongresy, obozy, porozumienia, ruchy, sojusze, stronnictwa, unie, wspólnoty a nawet zjednoczenie. (Por. Wybory parlamentarne 1991 i 1993 a polska scena polityczna, pod red. S. Gebethnera. Warszawa 1995.) Zapewne nie jest to koniec politycznego słowotwórstwa. Sprawa jest więc bardzo poważna, jeśli zważyć, że chodzi o wizytówką ugrupowania politycznego, które już w swej nazwie, będącej rodzajem imienia własnego, dobitnie sygnalizuje minimalizację politycznego kontekstu swego funkcjonowania.

        Przełomową rolę we wprowadzeniu demokratycznych przemian ustrojowych w Polsce odegrał jak wiadomo Okragły Stół. Była to, jak widać po latach, niezwykle udana próba wprowadzenia demokracji od góry. Wedle lapidarnego wyrażenia Andrzeja Stelmachowskiego, dobrze poinformowanego uczestnika zakulisowych negocjacji,  dalekosiężne porozumienie w kluczowych dla interesów Polski sprawach zawarto w rzeczywistości między pułkownikami i biskupami. Prezentacja publiczna przebiegu i wyników Okrągłego Stołu odbyła się w konwencji starannie wyreżyserowanego spektaklu politycznego, skonstruowanego przede wszystkim pod kątem prezentacji na ekranach telewizyjnych.

        Spektakl ten, jak wiadomo, zakończył się przed laty pełnym sukcesem i trwa nadal. Opinia publiczna zaakceptowała w pełni jego formułę, chociaż także w trakcie prezentacji obrad Okrągłego Stołu występowały obok siebie dwie przeciwstawne strony polityczne: partyjno-rządowa i społeczno-solidarnościowa. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że mamy do czynienia z sytuacją wzajemnie się wykluczających się warunków – albo Okrągły Stół albo dwie strony. Tymczasem konwencja spektaklu pogodziła ze sobą te wykluczające się okoliczności i usunęła oczywistą sprzeczność. (Por. Porozumienia Okrągłego Stołu. Warszawa 1989; Pęknięty dzban. Wybór dokumentów Związku "Solidarność" 1988-1990, pod red. M. Zagajewskiego. Wyd. II. Szczecin 1991.)  

        W tym także zawiera się istotne źródło obecnego stanu życia politycznego w Polsce, tym bardziej, że i obecnie, po dziesięciu latach praktykowania demokracji, paradoksalnie wracają negatywne oceny społeczne polityki jako takiej, polityków, władzy, państwa i partii. Nie jest to zresztą zjawisko zaskakujące dla ustrojów demokratycznych, w które trwale wkomponowana jest krytyka demokracji na rzecz demokracji, bezustanna debata nad stanem demokratycznych instytucji w kierunku ich stałego doskonalenia. (Por. W. Mills: Elity władzy. Warszawa 1961.)     

        Specyfika polskiej sceny politycznej objawia się także w niezwykle silnej obecności Kościoła rzymskokatolickiego i związku zawodowego Solidarność. Kościół prezentuje się tradycyjnie jako apolityczna organizacja, zwłaszcza wówczas gdy zajmuje publiczne stanowisko w kwestiach politycznych. Sprawa „olidarności jest bardziej skomplikowana bowiem od samego początku funkcjonowała ona jako dystansujący się do polityki związek zawodowy i ruch społeczny. Ta dwoista funkcja naturalnie predestynowała „olidarność do występowania na scenie politycznej pod postacią społecznego ruchu narodowego, także wymykającego się prostym politycznym identyfikacjom. Do tego należy dodać ukierunkowanie samorządów na działalność apolityczną.

        W rezultacie tych realiów naturalne jest traktowanie polityki jako synonimu partyjności, co wywołuje negatywne skojarzenia w opinii publicznej i od czego ucieka cały nasz polityczny świat i co prowadzi mimowolnie, a czasami świadomie do pozornej depolityzacji całości naszego życia politycznego. Tendencja ta nie wydaje się możliwa do utrzymania w dłuższej perspektywie funkcjonowania demokratycznego ustroju. Grozi ona zastąpieniem politycznej aktywności obywateli swoistego rodzaju miękkim totalitaryzmem demokratycznym.

        Nasza demokracja zdaje się wymagać publicznej poważnej debaty nad istotą polityki i apolityczności, rolą elit i polityków w działaniach na rzecz realizacji interesów społecznych i bezpieczeństwa państwa. Trwała tendencja do depolityzacji życia publicznego w Polsce ma charakter pozorny i iluzoryczny. Realia wskazują na dokładnie odwrotny proces. W  instytucjach, które faktycznie w mniejszym stopniu nasycone są politycznością takich jak władza lokalna, samorządy różnych szczebli, w tym kasy chorych, kadry zarządzające gospodarką, a nawet kulturą czy sportem decyzje kadrowe i merytoryczne nasycone są niezwykłą dynamiką walk politycznych. W tych sferach spektakl, o którym mowa, nie został dostatecznie rozwinięty i w mniejszym stopniu utrwaliły się konwencje pełniąca funkcje samoregulatorów.

        Osobliwością aktualnych tendencji zmierzających do wtłaczanie życia politycznego w ramy spektaklu toczącego się na scenie politycznej przy biernej postawie publiczności jest to, iż faktyczną genezą kształtowania struktur demokratycznych w Polsce były masowe działania polityczne o obywatelskim charakterze i samorządnej inicjatywie społecznej. Sierpień 1980 roku był swego rodzaju festiwalem różnych postaci demokracji bezpośredniej przy jej totalnego braku w sensie ustrojowym. (Por. B. Świderski: Gdańsk i Ateny. O demokracji bezpośredniej w Polsce. Warszawa 1996.)

        Tymczasem w elementarzu demokracji wszelkie formy bezpośredniego udziału obywateli w polityce, poczynając od protestu społecznego w rozlicznych formach do poparcia określonych inicjatyw politycznych, stanowią jej fundament ustrojowy. Paradoksalnie, formuła spektaklu charakterystyczna dla demokratycznych struktur w istocie swej eliminuje z życia społecznego żywiołowe ruchy polityczne i usuwa je na jego margines. Podstawą ideologiczną tego procesu stają się zabiegi wokół depolityzacji demokracji w realnych formach jej funkcjonowania. (Por. M. Hirszowicz: Spory o przyszłość. Warszawa 1998, s. 137-149.)      

        Paradoks obecnej sytuacji politycznej w Polsce polega na tym, że w sposobie pojmowania polityczności wraca swoiste echo PRL-u. Gdy przed laty, w okresach kryzysów i przełomów, lud pracujący miast i wsi czynnie i żywiołowo uprawiał politykę protestując masowo na ulicy i w zakładach przeciwko biedzie i niesprawiedliwości, dyskwalifikowany był w języku ówczesnej partyjnej propagandy przy pomocy znanych epitetów – warchoły, chuligani czy awanturnicy. Nie wdając się w szczegóły, widać tu znany nam zabieg depolityzacji zdarzeń politycznych w tych przejawach, które nie są wygodne dla władzy. Równocześnie akcje poparcia władzy przy okazji rozmaitych świąt politycznych i narodowych w minionej epoce były przedstawiane w konwencji spektaklu wypranego z treści politycznych. Tropy manipulowania politycznością przez władzę prowadzą zatem w niezbyt odległą przeszłość, do której wszyscy uczestnicy sceny politycznej pryncypialnie się dystansują.

M. Zagajewski: Polityka jako spektakl. „Filozofia", nr 9, Wydawnictwo Naukowe US. Szczecin 2001, s. 43-57

 

About Marek Zagajewski

dr filozofii, publicysta, uczestnik Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych