/Niska frekwencja wyborcza

Niska frekwencja wyborcza

to skutek wadliwego ustroju III RP

W bardzo wielu komentarzach powyborczych pojawia się psioczenie na naród z powodu bezprecedensowo niskiej, bo tylko 40%, frekwencji. Znowu dowiadujemy się, że polskie społeczeństwo jest rzekomo niedojrzałe. Według komentatorów Polacy nie zasługują na dobry rząd, skoro aż 18 milionów wyborców nie chciało skorzystać z prawa oddania głosu.

Tymczasem bojkot niedzielnych wyborów był postępowaniem najzupełniej rozsądnym. Czynne prawo wyborcze jest bowiem nic nie warte, jeśli obywatele są pozbawieni prawa biernego, czyli prawa do samodzielnego zgłoszenia swojej kandydatury. Jakość ustalanych odgórnie list kandydatów jest niska. Aż dziw, że tylko 60% obywateli odstraszonych zostało od udziału w wyborach. Obecny sposób tworzenia list kandydatów ma swój rodowód w czasach PRL, kiedy każdy wprawdzie miał prawo głosować, ale tworzyć listy wyborcze mógł tylko Front Jedności Narodu.

W Wielkiej Brytanii, aby umieścić swoje nazwisko na liście kandydatów, wystarczy zebrać 10 podpisów i wpłacić 500 funtów kaucji, która jest zwracana w wypadku uzyskania co najmniej 5% oddanych głosów. Polska ordynacja pozwala jedynie na wystawienie swej kandydatury do Senatu, stawiając jednak nienaturalnie wysoką barierę zebrania 3000 podpisów. Uzyskanie takiej ilości podpisów wymaga co najmniej 500 godz. robocizny. Ponieważ pracę tę trzeba wykonać w krótkim czasie, kandydat do Senatu musi dysponować całym aparatem zbierających podpisy woluntariuszy, bo ordynacja zabrania pobierania za to wynagrodzenia. W wyborach do Sejmu, które są o wiele ważniejsze, ordynacja nie daje obywatelowi nawet takiej, utrudnionej, możliwości kandydowania. Prawo samodzielnego zgłoszenia się na listę kandydatów jest obywatelom III RP odebrane. Każde nazwisko na listach kandydatów do Sejmu znalazło się tam wyłącznie dzięki nieznanym wyborcom układom i zabiegom, odbywającym się na wiele tygodni przed wyborami. Co więcej, realne szanse na mandat mają tylko ci z nich, których protektorzy dysponują wielomilionowym majątkiem, potrzebnym do zgłoszenia setek kandydatów i prowadzenia kampanii umożliwiającej zebranie co najmniej 5% głosów w skali kraju. Z kolei spośród tych, największe szanse mają najposłuszniejsi wobec protektorów, czyli ci umieszczeni na początku listy. Niereprezentatywny i korupcjogenny skład Sejmu został już więc przesądzony na długo przed dniem 25 września. Legalność wyborów do Sejmu III RP podważona jest nie tylko przez brak powszechnego, biernego prawa wyborczego, ale także przez nieprzejrzystość procedur. W odróżnieniu od Wielkiej Brytanii, Francji, Szwajcarii, USA i innych krajów demokratycznych, polscy obywatele nie liczą sami głosów i nie ogłaszają sami kogo wybrali. Robi to za nich specjalna agencja centralnej administracji państwa. Cóż zresztą mówić o liczeniu głosów samemu, kiedy nawet wyjęcie kart z urny i liczenie głosów nie odbywają się publicznie. Uniemożliwia to zwykłym obywatelom i mediom choćby tylko obserwowanie procesu. Nawet wykonana z dykty urna wyborcza robi wrażenie teatralnego rekwizytu. Jakby chciano w ten sposób podkreślić, że wybory w III RP są tylko zabawą na niby, naigrawaniem się z publiczności, która w tej szaradzie pełni jedynie rolę biernych statystów.

Cech polskiego prawa wyborczego, stawiających pod znakiem zapytania jego legalność, jest wiele. Inna z nich, to dziwaczny i antydemokratyczny sposób dzielenia sejmowych mandatów. Głosy oddane na jednych kandydatów mogą zostać użyte do przyznania mandatów innym kandydatom. Jest regułą, że mandatów często nie otrzymują kandydaci, którzy w tych samych okręgach uzyskali więcej głosów niż zdobywcy sejmowych miejsc. Szczególnie spektakularna anomalia tego typu wystąpiła rok temu, w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Kandydatka Anna Sobecka została absolutną zwyciężczynią w okręgu kujawsko-pomorskim z wynikiem 36,609 głosów. Jednak nie otrzymała ona mandatu, a do brukselskiego parlamentu wszedł w tym okręgu kandydat z trzecim (nawet nie drugim!) wynikiem, o ponad 10 tys. głosów gorszym. Czyż można się dziwić Polakom, że nie chcą uczestniczyć w takich wyborach?

Komentatorzy lamentujący nad stanem świadomości polskiego społeczeństwa zarzucają Polakom bojkotującym wybory obojętność. Taki zarzut może postawić chyba tylko ktoś, kto poza oddaniem głosu raz na cztery lata nic innego nie robi w sprawach publicznych. Głosowanie w pseudo-wyborach do Sejmu III RP to dość tani sposób łudzenia się, iż ma się choćby minimalny wpływ na rzeczywistość.

Żaden patriota i dobry obywatel nie chce być bierny w sprawach publicznych. To oczywiste. To, że Polacy zbojkotowali ostatnie wybory, oznacza tylko, że nie chcą być biernymi statystami w oszukańczym spektaklu, a nie, że są bierni w ogóle. Dowodów na aktywność społeczeństwa jest wiele. Widać choćby, jak ciągle rośnie w siłę Ruch na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych (www.jow.pl), mimo całkowitego obłożenia medialną cenzurą jego działań i publikacji. Wystawienie aż 11 kandydatów w wyborach do Senatu wymagało ciężkiej pracy setek działaczy Ruchu. Praca ta opłaciła się choćby dlatego, że dzięki niej Ruch JOW uzyskał cząstkowy dostęp do regionalnych oddziałów centralnych mediów, co pozwoliło na uzyskanie nowych zwolenników. Droga do prawdziwej demokracji, w której nasza prastara Izba Poselska będzie wreszcie zwrócona narodowi, jest długa i ciężka. Ale cel tej drogi jest jasny.

Southampton, 1 październik 2005 r.

441 wyświetlen