W wyborach proporcjonalnych kształtuje się elita polityczna będąca reprezentacją partii, nie narodu

Proporcjonalny system wyborczy sprawia, że Polacy nie mają wyboru, elity polityczne oderwały się od społeczeństwa, państwo zaś staje się łupem układu partyjnego.
"Ile projektów, tyle koncepcji" – pisze "Rzeczpospolita" z 6 października 1999 roku o sejmowych dyskusjach na temat ordynacji wyborczej. W tym samym numerze Paweł Śpiewak zauważa, iż wybór między SLD a AWS przypomina coraz bardziej wybór "między dżumą a cholerą".
     W rzeczywistości Paweł Śpiewak ma rację, nie wyciąga jednak ostatecznych wniosków i nie łączy swojej diagnozy z oceną systemu wyborczego obowiązującego w Polsce.

Zamrażanie sceny politycznej
     Dyskusja nad projektami ordynacji jawi się jako dobrze zamaskowana dyskusja pozorna, albowiem chodzi w niej w istocie o tę samą koncepcję – koncepcję wyborów proporcjonalnych, czyli partyjnych, skazujących społeczeństwo na zamrożenie sceny politycznej. Tak naprawdę wszystkie projekty, o których się dyskutuje, są modyfikacją obowiązującej obecnie i zapisanej w konstytucji tzw. ordynacji proporcjonalnej. Polega ona na głosowaniu na listy partyjne, ustalone wcześniej przez kierownictwa poszczególnych ugrupowań, a następnie na podziale mandatów parlamentarnych proporcjonalnie do głosów zdobytych przez poszczególne partie. Z pozoru wszystko jest w porządku – wyborca ma prawo wyboru partii, może również postawić krzyżyk przy nazwisku kandydata. Naprawdę jednak zostaje postawiony wobec listy, zatwierdzonej przez grono partyjnych liderów.

Niechciani i niezastąpieni
     W systemie wyborów proporcjonalnych w istocie wyborcy już nie wybierają – oni tylko głosują. Prawdziwych wyborów dokonują partyjne kierownictwa. Czy można się dziwić, że w tej sytuacji scena polityczna zostaje niejako zamrożona? Czy można się dziwić, że w systemie wyborów proporcjonalnych nie ma jasnego mechanizmu selekcji kandydatów i w rezultacie "wskakują" oni na listy partyjne nie wiadomo skąd? Widać to wyraźnie w przypadku wyborów prezydenckich – ni stąd, ni zowąd może pojawić się jakiś przybysz z Peru czy nikomu nie znany producent wkładek do butów.
     Brak jakichkolwiek czytelnych mechanizmów selekcji wstępnej kandydatów jest pochodną braku zrozumiałej, uczciwej drogi kariery politycznej. Gdy system proporcjonalny regulujący procesy wyborcze na każdym szczeblu zamyka drogę do politycznej kariery nowym ludziom, centralny szczebel władzy zamyka się ciągle w tym samym kręgu osób. Dlatego cały czas widzimy te same twarze polityków przegrywających, niechcianych, ale niezastąpionych.

Przemilczany temat
     O prawdziwej alternatywie dla obecnego systemu wyborczego – wyborach większościowych w okręgach jednomandatowych – obecna klasa polityczna milczy. Od siedmiu lat wysuwane są w Polsce postulaty zmiany ordynacji i wprowadzenia wyborów w okręgach jednomandatowych. Pierwszy podniósł ten postulat ówczesny senator Jerzy Stępień. W artykule zamieszczonym w tygodniku "Spotkania" w 1992 roku opowiedział się za zmianą ordynacji.
     W 1993 roku we Wrocławiu z inicjatywy profesora Jerzego Przystawy zawiązał się Obywatelski Ruch na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych. Zorganizował on kilkanaście konferencji na temat ordynacji, wydał wiele publikacji. Od 1997 roku zbiera podpisy pod wnioskiem o przeprowadzenie ogólnonarodowego referendum w tej sprawie (ma ich już 150 tysięcy).
     Istniejący system gwarantuje obecnym elitom trwałe krążenie w orbicie władzy, z przerwą najwyżej na jedną kadencję; istniejąca alternatywa – okręgi jednomandatowe – nie da się ośmieszyć, sprowadzić do epitetów, zdyskredytować. Jakże tu bowiem zarzucić najbardziej stabilnym i rozwiniętym krajom – Stanom Zjednoczonym, Anglii, Australii, Kanadzie, że mają system wyborczy popierany przez "oszołomów"? Jak zdyskredytować fakt, że we Włoszech dopiero po zmianie systemu wyborczego z proporcjonalnego na jednomandatowy możliwa stała się walka z wpływami mafii w polityce? Nie da się wmówić Polakom, że głosowanie na kilkuset kandydatów z rozmaitych list partyjnych, których nie wiadomo kto na te listy wpisał, jest bardziej uzasadnione niż głosowanie na dwóch, trzech kandydatów z mojego miasta, dzielnicy itp. Czy "dżuma i cholera" nie są więc spowodowane rodzajem systemu wyborczego?

Poseł bez odpowiedzialności
     W 1997 roku w wyborach parlamentarnych Akcja Wyborcza Solidarność wpisała do swojego programu poparcie dla ordynacji większościowej. W 1998 roku ta sama formacja w głosowaniu nad ordynacją wyborczą do samorządów usunęła resztki jednomandatowości, doprowadzając do upartyjnienia rad gmin i rad powiatów. Interes partyjny okazał się ważniejszy od składanych wyborcom obietnic. Nie ma w tym nic dziwnego. "System wyborczy reprezentacji proporcjonalnej – jak pisał Karl Popper – odziera posła z odpowiedzialności osobistej. Czyni zeń bezwolną maszynę do głosowania, nie zaś myślącego i czującego człowieka". Wybrani w proporcjonalnych wyborach posłowie nie dotrzymają swoich obietnic. To pewne! W wyborach proporcjonalnych kształtuje się elita polityczna będąca reprezentacją partii, nie narodu. W wyborach proporcjonalnych państwo staje się łupem partii, kwitnie polityczna korupcja, obywatele przestają mieć jakikolwiek wpływ na bieg publicznych spraw.

Jednomandatowa alternatywa
     Zastosowanie systemu jednomandatowego dałoby całkowicie inny skład parlamentu. Nastąpiłoby, podobnie jak to się stało we Włoszech w 1994 roku, polityczne trzęsienie ziemi, rozpad obecnych ugrupowań i utworzenie dwubiegunowego układu sceny politycznej. Nastąpiłoby odnowienie składu parlamentu. Nie weszłoby do niego 90 procent obecnych posłów.
     Podobnie jak w państwach, w których posłów wybiera się w systemie jednomandatowym – w Anglii, Kanadzie, Australii – wybory stałyby się bardziej obywatelskie, mniej partyjne. Kierownictwa partii straciłyby obecną uprzywilejowaną i dominującą rolę, konieczne stałyby się prawybory, poszczególne grupy – zarówno na prawicy, jak i na lewicy – musiałyby porozumieć się przed wyborami i uzgodnić, odwołując się do wyborców, jednego wspólnego kandydata. Głosujący w dniu wyborów w niewielkim okręgu wyborczym (w Polsce liczyłby on około 80 tysięcy mieszkańców – powiat idealnie się nadaje) mieliby do wyboru dwóch, trzech kandydatów. Do Sejmu wchodziłby ten, kto uzyskał co najmniej 30 procent głosów. Skończyłaby się lista krajowa. Rząd tworzyłby się nazajutrz po wyborach. Możliwe stałoby się odwołanie posła przez wyborców (obecnie niemożliwe). Wybory byłyby tańsze. Zmalałaby rola telewizji, albowiem okręg wielkości powiatu można by objechać rowerem, osobiście rozklejając plakaty. Droga do Sejmu stanęłaby otworem dla lokalnych działaczy samorządowych, ludzi akceptowanych przez lokalne społeczności, namaszczenie przez partyjne komitety centralne nie miałoby większego znaczenia. Słowem – wszystko przemawia za wprowadzeniem w naszym kraju ordynacji jednomandatowej. Wszystko, oprócz oporu całej prawie klasy politycznej w Polsce. Głosy takie jak Jerzego Giedroycia czy profesor Jadwigi Staniszkis, popierające wprowadzenie w Polsce okręgów jednomandatowych jako jedynej szansy na przełamanie permanentnego kryzysu, pozostają bez echa. Otwarte pozostaje pytanie, czy uda się społeczeństwu wywrzeć nacisk na polityków, by przełamany został egoizm klasy rządzącej. Zanosi się bowiem na to, że kolejny raz w naszej historii ważne kwestie polityczne odkładane będą na potem, w imię ciasnego interesu klasy rządzącej. Gdy słyszymy rozważania o ordynacji prowadzone w myśl kryterium zgodności z interesem takiego czy innego ugrupowania, chciałoby się zapytać: "A Polska, panie?".
Autor jest burmistrzem Nysy. Działa w Obywatelskim Ruchu na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych.

Rzeczpospolita Nr 248 – piątek, 22.10.1999

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.