Jak się okazuje konflikt między rodzinami Giertychów i Kuroniów sięga kilku pokoleń wstecz. Maciej Giertych przypomniał, że przodek Jacka Kuronia – Władysław na czele bojówki Polskiej Partii Socjalistycznej obrabował fabrykę dziadka Macieja Giertycha, co w konsekwencji stało się przyczyną bankructwa przodka eurodeputowanego. Jak widać historyczne konsekwencje różnych wydarzeń są często daleko idące. Jeśli ród Kuroniów nie wymrze (a patrząc na Macieja Kuronia można się o to niepokoić) to za kolejne sto lat praprawnuczki obu rodów, kłócąc się na forum Parlamentu Wszechgalaktycznego, wypomną sobie winy dziadków.

 

Z drugiej strony wspomnienie historycznego konfliktu jest pozytywnym objawem tradycji rodzinnej. Okazuje się wszakże, że tradycja kultywowana jest nie tylko w rodzinach katolickich (Giertych), ale też w socjalistycznej na wskroś rodzinie Kuroniów.

 

Skoro tak mocne są konflikty rodzinne to, co dopiero mówić o sporach między narodami. Polski rząd zabiega właśnie o to, by władze Republiki Federalnej Niemiec uznały, iż roszczenia zwrotu majątków wysuwane przez Niemców wobec Polski są bezprawne. Rząd niemiecki sprytnie odpowiada, że roszczeń Pruskiego Powiernictwa nie popiera, ale odcinać też się nie zamierza. W efekcie może się zdarzyć, że Polacy będą zmuszani oddawać majątki na Ziemiach Zachodnich nie państwu niemieckiemu, ale poszczególnym Niemcom. Właśnie Powiernictwo Pruskie pozwało rząd polski do Strasburga i jak wygra, to posypią się pozwy jak lawina. Już dziś polskie sądy w olsztyńskiem zasądzają zwroty majątków na rzecz osób, które wyjechały w latach 70. Zagrożenie zatem okazało się realne pomimo niegdysiejszych zapewnień takich tuzów polskiej dyplomacji, jak Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek czy Krzysztof Skubiszewski. Tak na marginesie to, kto jeszcze pamięta tego wybitnego męża stanu jak Skubiszewski? A kto pamięta Jana Krzysztofa Bieleckiego, Henryka Goryszewskiego, Hannę Suchocką, Marka Belkę? Wszyscy ci – wybitni swego czasu ludzie – po okresie swojego premierowania, czy ministrowania zapadają w głuchą niepamięć. Jedynie prokurator czasem wyciąga któregoś z nich – jeśli jest ku temu powód.

Wszyscy ci – pożal się Boże – politycy okazują się wyjętymi z kapelusza króliczkami. Swoją pozycję zdobywają nie dzięki zasługom osobistym, własnemu dorobkowi, oparciu społecznemu. W pewnym momencie przypadkowe okoliczności wyrzucają ich na świecznik, gdzie przez krótką chwile brylują, świecąc nie swoim blaskiem, a potem zapadają w niepamięć.

 

Czy można się dziwić, że te – najczęściej przypadkowe osoby – narobiły w polityce polskiej masę błędów i że dopiero po 17 latach od podpisania umowy polsko-niemieckiej okazuje się, że nie zabezpiecza ona naszych interesów?

 

Dotykamy tu znów kwestii sposobu, w jaki wyłaniane są polityczne elity kraju. Wszystkie błędy ostatnich kilkunastu lat wynikają ze słabości tych elit. A ta z kolei jest prostym wynikiem absurdalnego systemu wyborów partyjnych, wypychających na powierzchnię partyjne wydmuszki wedle uznania wodza rządzącej akurat formacji. Czasem w jakichś wycinkowych sprawach wódz może mieć dobrą koncepcję i coś mu się może udać, ale generalnie metoda jest samobójcza i prowadzi do wyjałowienia polskiej polityki. W końcu zostaje w niej tylko kilku baronów i ich wierni słudzy.

 

Mija 18 lat od upadku komunizmu, a wyjałowiona partyjnie gleba nie wydała żadnych nowych, znaczących postaci polskiej polityki. Nic więc dziwnego, że istotne okazuje się, że dziadziuś gościa z jednego obozu politycznego podbił sto lat temu oko pradziadziusiowi dzisiejszemu konkurentowi. Śp. Jerzy Giedroyc mawiał, że Polską rządzą wciąż trumny Piłsudskiego i Dmowskiego. Jak się okazuje miał rację z czego niespecjalnie należy się cieszyć.

 

Nie muszę dodawać, że Jerzy Giedroyc był zdecydowanym zwolennikiem Jednomandatowych Okręgów Wyborczych, w odróżnieniu od tych, którym za program polityczny dla Polski na dziś wystarcza grzebanie w trumnach dziadków.

 

Skomentuj