Zachowanie proporcji między liczbą posłów każdej partii a liczbą głosów oddanych na kandydatów tejże partii w wyborach można by nazwać proporcjonalnością wyborów. Jeśli taka proporcja wystąpi, będzie to matematyczna cecha już wybranego Sejmu, mająca nawet pewien walor estetyczny. Nie musi stanowić o szczególnej skuteczności działania tak wybranej reprezentacji ani o powszechnym do niej zaufaniu.
     Natomiast doktrynalne wymuszanie takiego wyniku wyborów przez sztuczne mechanizmy tzw. proporcjonalnej ordynacji wyborczej jaką mamy w Polsce – bariera dostępności, przeliczniki, w istocie przymus głosowania na listy partyjne – jest nadużyciem prawodawcy. Jest łamaniem ludzkiej woli, a także zasad sprawiedliwości i logiki.  Dlaczego? Po prostu dla tego, że aspiracje obywatelskie wyborców nie muszą się mieścić w ofertach programowych i osobowych partii. Aspiracje obywateli wychodzą poza zakres programów i zaufanie do partii występujących na politycznym rynku (o dziwo, mamy wielu takich oryginalnych obywateli). Chcą oni, i mają do tego niezbywalne prawo, także mieć możność znalezienia reprezentantów dla swych obywatelskich dążeń.
     Taką szansę dają obywatelom wybory większościowe oparte o jednomandatowe okręgi wyborcze (JOW). Jest to naturalny sposób wyłaniania reprezentacji. Najpierw wyborcy w małym okręgu wyborczym typują kandydatów. Taką akcję może zapoczątkować każdy. W dniu wyborów ten kandydat, który uzyskał najwyższą ilość ważnych głosów, staje się posłem okręgu. Prosto uczciwie i tanio.
     Natomiast ordynacja "proporcjonalna" – głosowanie na listy partyjne – daje obywatelom taką szansę, że albo wybiorą jakiś partyjny szyld, albo mogą nie głosować. Ten system, mówiąc metaforycznie, podstawia na stacji zestaw kilku kolorowych pociągów i mówi pasażerom przez megafon – możecie jechać do Lublina, Zabrza, Wólki i Pacanowa – wybierzcie według swej wolnej woli. I w domyśle – innych miejscowości nie ma, nie istnieje inny system transportu – kto chce gdzie indziej, niech siedzi w domu. I siedzą obywatele w domu, zdesperowani, wymanewrowani przez cynicznego prawodawcę.
     Frekwencja w wyborach parlamentarnych maleje z wyborów na wybory. J. Majchrowski poddaje taką myśl ("Rzeczpospolita" nr 189, 13 sierpnia 2004) – nie ma w tym może nic strasznego, nie przychodzą ci, którzy nie czują się kompetentni; wystarczy, że zagłosują ci, którzy wiedzą co ważne. Błąd! Nie przychodzą przede wszystkim ci, którzy odczuli manipulacyjny fałsz zawarty w głosowaniu na listy partyjne.
     Paradoksalnie, są ludzie, którzy głoszą, że ordynacja "proporcjonalna" stosowana w Polsce, która przez sztuczne mechanizmy miałaby wymusić wspomnianą na początku proporcjonalność liczb posłów i głosów na partię, jest z tej racji "sprawiedliwa", a tym samym lepsza od JOW. Wykazaliśmy że jest przeciwnie – odmawiając licznym wyborcom szans na wybór kandydata lub programu zgodnego z ich rozumem lub sumieniem, ordynacja "proporcjonalna" łamie zasady sprawiedliwości. Praktyka wykazuje ponadto, że wspomniane sztuczki formalne, zwłaszcza 5% bariera dostępności dla partii, bynajmniej nie gwarantują proporcjonalności składu Sejmu. Jednak argument "sprawiedliwości" jest jeszcze bardziej bałamutny, niż to wynika z powyższych rozważań. Omówimy to teraz.
     Czy celem wyborów jest plebiscyt popularności partii politycznych w społeczeństwie? Nie, cel jest inny – wybrać grupę ludzi sprawnych, rozumnych i uczciwych, do okresowego prowadzenia spraw państwa. Celem jest bezpieczeństwo i dobrobyt obywateli, a nie "sprawiedliwe" zapobieganie krzywdom partii – np. brakowi proporcjonalności ich reprezentacji w Sejmie.
     Nie ma co dramatyzowąć nad "dysproporcjonalnością" wyborów jednomandatowych, jak to czyni R. Markiewicz ("Rzeczpospolita" nr 179, 2 VIII 04), bo to jest sprawa drugorzędna wobec ich skuteczności w tworzeniu układu dwupartyjnego i silnego rządu, ich przejrzystości i wmontowanego w nie mechanizmu odpowiedzialności posłów przed elektoratem. Znaczna dysproporcjonalność, jaka wystąpiła podczas wyborów JOW, w Nowej Zelandii w roku 1983 była konsekwencją silnej niejednorodności terytorialno-etnicznej tamtejszej społeczności. W Polsce, kraju terytorialnie, etnicznie i religijnie wysoce jednorodnym, nie ma powodu, by taki mechanizm wystąpił.
     Że w JOW też może wystąpić korupcja i klientyzm? To prawda – wyborcy rzadko kiedy są aniołami bezinteresowności. Ważne jest jednak to, że wybory wg ordynacji JOW, ze względu na przejrzystość rekrutacji kandydatów i proste zasady wyboru, znacznie łatwiej poddają się kontroli i korekcie, niż wybory wg ordynacji "proporcjonalnej". Dopuszczają również prosty mechanizm odwołania posła przez elektorat. Jest więc to system dynamizujący wyborców, włączający ich w sprawy państwa, edukujący obywateli. System "proporcjonalny", w którym partyjne "lokomotywy wyborcze" wciągają za sobą do Sejmu szeregi "martwych dusz", jest dokładnym zaprzeczeniem tych zalet.
     Inny argument przeciw JOW: że ten system wyklucza mniejszości z politycznej reprezentacji. Sądzę, że mniejszości mogą w okręgu JOW osiągać akceptację większości proponując kandydatów na wysokim poziomie i dbających o interes państwa, a nie przez manipulacyjne przywileje w ordynacji wyborczej. Podobnie, polskie wspaniałe kobiety nie potrzebują specjalnych przywilejów z ordynacyjnego klucza, aby trafić do Sejmu – to jest dla nich jedynie sprawa decyzji udziału w życiu polityczno-społecznym. Jeśli natomiast nie chcą, to nie ma co ich tam ciągnąć na siłę.
     Wg R. Markiewicza JOW – to wysoki odsetek głosów "zmarnowanych". Przypomnę, że biorąc pod uwagę niską frekwencję, progi wyborcze i głosy oddane na kandydatów, którzy odpadli w wyborach parlamentarnych w 2001 r., Sejm wybrany został głosami niespełna 20% wszystkich wyborców. A były to wybory wg ordynacji "proporcjonalnej"! Myśląc w tych kategoriach, trzeba by przyjąć, że odsetek głosów "zmarnowanych" wyniósł ponad 80%. Z pewnością biorąc pod uwagę wyższą (typowo) frekwencję wyborów, w JOW odsetek ten byłby niższy. A poza tym – na tym polegają wybory, że są nieliczni wygrani i znacznie liczniejsi przegrani – czy głosy oddane na tych drugich są "zmarnowane"? To raczej nieporozumienie terminologiczne. Warto natomiast przypomnieć, że w systemie JOW wyborcy po wyborach wiedzą, kto jest posłem ich okręgu. Kto obecnie w Polsce może to powiedzieć o sobie?
     "Wdzieranie się interesu partykularnego, lokalnego na poziom narodowy". To się niekiedy zdarza, ale nie jest regułą. A ponadto, interesy lokalne różnych posłów, zderzając się i konkurując, zbiegają się w interes narodowy. "Słabnie dyscyplina partyjna" – i dobrze że słabnie – poseł w systemie JOW nie jest jedynie pionkiem swego klubu partyjnego lecz pamięta, że jego elektorat słucha co on mówi, patrzy, jak on w Sejmie podnosi rękę.
     Czy tendencja do dominacji egzekutywy wyróżnia system JOW? Cóż, wystarczy tu przypomnieć negliżujący stosunek Rządu Polski do kilku uchwał Sejmu w ostatnim okresie.
     Wyliczanka tych i innych niedostatków ordynacji JOW, jakiej dokonał dr R. Markiewicz, ma swoją wartość – uświadamia, przed czym należy się strzec, gdy dojdziemy do takich wyborów. Logicznych, rozumnych wyborów JOW. Całkowicie natomiast odrzucić należy stwierdzenie, że obecnie w Polsce "my de facto wybieramy ludzi". W Warszawie, gdzie liczba mandatów wynosiła 19, umieszczając znak X przy jednym z nazwisk (dlaczego nie przy 19?) na jednej i z konieczności tylko jednej z wielu list partyjnych zawierających po 38 nazwisk, nie miałem nawet złudzenia, że daję szansę mojemu człowiekowi. Decydować miała statystyka, pierwsze miejsca na listach, progi wyborcze. Matematyczna formuła wyborów "proporcjonalnych" faworyzuje partie polityczne, mimo że, jak pisze R. Markiewicz, "we właściwym tego słowa rozumieniu – ich brak". Mimo że, dodam od siebie, jest w partiach mniej niż 1% wszystkich wyborców. Ordynacja "proporcjonalna" jest w istocie mechanizmem przejęcie władzy dla partyjnych elit.

About Andrzej Czachor

fizyk, prof. dr hab. w NCFJ w Świerku, publicysta; od 1995 roku uczestnik Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.