(komentarz wygłoszony na antenie Katolickiego Radia Rodzina Rozgłośni Archidiecezji Wrocławskiej, 92 FM, 6 listopada 2003, godz. 10.00)
 
Od kilku dni, najróżniejsze środki przekazu donoszą nam o rewelacjach zawartych w zeznaniach, jakie składa przed Sądem Okręgowym w Warszawie, główny oskarżony w tzw. aferze FOZZ, dyrektor generalny Funduszu, Grzegorz Żemek. Dla mnie to temat szczególnie interesujący, gdyż w tym samym czasie, dokładnie w piątek 7 listopada, mam wątpliwą przyjemność, wystąpić w tym samym budynku w charakterze pozwanego za napisanie, 12 lat temu, książki "Via bank i FOZZ", w której, razem z prof. Mirosławem Dakowskim, przedstawiliśmy czym był FOZZ, jak działał i jakie potworne straty z powodu tego działania ponieśliśmy wszyscy, straty, których odrobić nie będą w stanie kolejne pokolenia Polaków, nawet gdyby miały taką możliwość. Z tego powodu już całe 10 lat ściga nas sądownie najbliższy kompan Żemka, szef "Universalu", Dariusz Tytus Przywieczerski, nota bene stojący pod tym samym sądem i pod tymi samymi zarzutami, co Żemek. Według relacji z procesu Żemka i Przywieczerskiego, przekazywanych przez gazety i inne media, Żemek zeznaje, iż do FOZZ, na stanowisko dyrektora generalnego, skierowali go przełożeni z wojskowych służb informacyjnych i kazali mu współpracować z dyrektorami central handlu zagranicznego. Jedną z nich, być może największą i najbardziej znacząca, był właśnie "Universal" Przywieczerskiego. Wg Żemka na czele tych central, bez wyjątku, stali etatowi i tajni oficerowie wojskowych i cywilnych służb, tacy jak, między innymi, on sam.

     Wynika z tego, że w owych czasach wychodzono z założenia, iż prawdziwe interesy robić potrafią wyłącznie agenci policji politycznej, którzy jakby we krwi mają interes i smykałkę do biznesu, a pracownicy tych służb to elita elit w każdym zakresie. Dzisiaj, po 14 latach ich ekonomicznych rządów, widać wyraźnie, że to założenie było błędne. Pod tym względem pouczające powinny być właśnie losy Żemka i Przywieczerskiego. Przywieczerski, rok po roku wymieniany był na listach najbogatszych Polaków, sam nawet chwalił się publicznie, że zarabia 16 razy więcej od prezydenta państwa. Tymczasem, ta zawrotna fortuna gdzieś – nie wiadomo gdzie – się zapodziała i dzisiaj, podobnie jak Żemek, jest biedakiem, nie ledwie gołym-bosym, utrzymującym się z chudziutkiej renty i nawet nie bardzo stać go na adwokata. Przypuszczam, że mecenas Siciński, który w jego imieniu prześladuje nas sądownie od 10 lat, robi to za bóg zapłać, pewnie litując się nad zmiennością fortuny.
     "Cała prawda o FOZZ", jaką sądowi przedstawia Żemek ma być następująca: te potworne służby specjalne, upatrzyły go sobie na kozła ofiarnego. Kazały mu zająć się nielegalnym skupywaniem długu polskiego, ale szybko się zorientowały, że to się nie bardzo opłaca i działalność ustała, FOZZ zlikwidowano, i tylko został on, wykiwana biedna sierota odpowiedzialna za to, że zapodziały się jakieś pieniądze, nie do końca zresztą wiadomo jakie i ile. W tym interesie, z założenia bezprawnym, księgami nikt się specjalnie nie przejmował, księgowano byle jak, często – gęsto wpisując wydatki jako przychody i na odwrót, dlatego dzisiaj sam największy mistrz specjalnych i tajnych służb, Jaśnie Oświecony Lucyfer, nie dojdzie z tym do żadnego składu i ładu. Może i jakieś pieniądze gdzieś się zawieruszyły, ale na pewno nie u Żemka i nie u Przywieczerskiego, czego dowodzi ich dzisiejsza mizerna kondycja.
     Aby w powodzi tych "prawd" mieć jakąś orientację, spróbujmy uzmysłowić sobie jakim "koziołkiem ofiarnym" był Grzegorz Żemek i inni podsądni. Wiadomo nam z pierwszych zeznań Żemka, że taki na przykład Przywieczerski to "kozioł do kwadratu", ponieważ został w całą sprawę wrobiony przez "kozła" jakim jest Żemek. Otóż Budżet Państwa oddał mu na początku 1989 roku 10 bilionów złotych do swobodnej dyspozycji. Praktycznie Żemek mógł z tymi pieniędzmi robić co mu się podobało, na tym polegała "nowa ekonomiczna polityka" czyli polski NEP Rakowskiego, Jaruzelskiego i Kiszczaka, przejęty natychmiast przez Mazowieckiego i Balcerowicza.
     Polscy humanistycznie wykształceni inteligenci nie mają głowy do liczb i do procentów (przypomnijmy, że nawet dzisiaj, największy polski geniusz polityczny, Adam Michnik, nie potrafi obliczyć ile to jest 5% od 350 milionów!) dlatego wyjaśnijmy sobie ile to było owe 10 bilionów?

10 bilionów to jest jedynka z 13 zerami.
10 bln zł = 10.000.000.000.000 zł
W owym czasie, zarządzeniem Leszka Balcerowicza, 1 dolar US został zrównany z 10.000 złotych, a więc z jedynką z czterema zerami.
1 USD = 10.000 zł
Jeśli więc odetniemy 4 zera, to zostanie nam jedynka z 9 zerami, czyli jeden miliard dolarów amerykańskich.
10 bln zł = 1mld USD = 1.000.000.000 dolarów USA
Tyle dostał do dyspozycji nasz "koziołek".

     A jak wyobrazić sobie miliard dolarów? Zróbmy tak: w owym czasie profesor uniwersytetu otrzymywał pensję odpowiadającą kwocie 100 USD, czyli jedynka z 2 zerami.

Pensja jednego profesora = 100 USD
Jeśli odetniemy dwa zera w miliardzie, to zostanie nam jedynka z 7 zerami, czyli 10 milionów.
1 mld USD = 10.000.000 pensji profesorskich
     Innymi słowy Grzegorz Żemek gospodarował kwotą, która była równa pensjom 10 milionów polskich profesorów! Oczywiście, w Polsce nie ma tylu profesorów. Przyjmijmy, że w Polsce jest (było) 10 tysięcy profesorów. 10 milionów jest 1000 razy większe od 10 tysięcy. To oznacza, że Pan Ż. dysponował pieniędzmi tysiąc razy większymi niż pensje wszystkich profesorów polskich razem wziętych, albo inaczej pensją wszystkich profesorów za 1000 miesięcy czyli za okres 100 lat – całego wieku.
10 bln na FOZZ = uposażenie wszystkich profesorów przez 100 lat
     Ten kto nie lubi profesorów, niech to sobie przeliczy na górników. Załóżmy, że każdy górnik otrzymuje, mniej więcej tyle samo co profesor uniwersytetu. Byłaby to więc pensja dla 10 milionów górników. Jeśli górników jest 100 tysięcy, to to oznacza, że Grzegorz Żemek, na swoje mroczne i nielegalne interesy dostał tyle, ile wszyscy górnicy razem zarobiliby w ciągu 10 lat.
10 bln na FOZZ = uposażenie wszystkich górników przez 10 lat
     Żemek twierdzi, że interes z wykupem długów specjalnie się nie udał i temu możemy dać wiarę. Chodzi o to, że jeśli dolar polskiego długu kosztował na rynku międzynarodowym, powiedzmy, 50 centów, to za miliard dolarów można było co najwyżej wykupić dwa miliardy długu. Dla naszych specjalistów to nie było warte zachodu, gdyż dzięki geniuszowi profesora Balcerowicza w Polsce pojawiły się możliwości nieporównywalnie większe. Jak wiadomo, prof. Balcerowicz dokonał cudu gospodarczego polegającego na tym, że zamroził na parę lat kurs wymiany złotówki do dolara. W tym czasie szalała inflacja a polskie banki oferowały nawet przeszło stuprocentowy zysk na lokatach bankowych. Pojawiła się możliwość tego, co potem nazwano "oscylatorem", a czemu sławni rabusie, Bagsik i Gąsiorowski nadali nazwę z angielska "B-G-Moneytron", a więc, w tłumaczeniu na polski: "Bagsika i Gasiorowskiego akcelerator pieniędzy". Przy pomocy tego "akceleratora", jak się tym chwalą w książce "Kto się boi Art.B.?", wyprowadzili zysk 18.000 procent rocznie, czyli powiększyli kapitał prawie 200-krotnie w ciągu jednego roku! Nic więc dziwnego, że nasi genialni ludzie w wojskowych służbach informacyjnych, w KGB i gdzie tylko, w pełni docenili profesorski wynalazek, nie przepuścili takiej okazji i wpuścili miliard Żemka w ten "moneytron"! Czy im się udało, jak Bagsikowi z Gasiorowskim, uzyskać 200-krotne przebicie i wyssać z polskiego systemu finansowego i banków 200 miliardów? Tego na sto procent nie wiemy i przypuszczamy, że aż tyle zapewne nie. Ponieważ jednak oficerowie służb specjalnych ostatnimi fujarami na ogół nie są, dlatego jaka była wielkość tego przebicia, i ile miliardów dolarów wyssali, możemy jedynie zgadywać i tylko jeden Profesor Balcerowicz mógłby nam udzielić prawidłowej odpowiedzi. Albowiem ten akcelerator pieniędzy działał w bankach i poprzez banki i tam muszą być kwity, które są słodką tajemnicą bankową. Nie kwity księgowe FOZZ-u, ale kwity ile pieniędzy lokowano i jakie były z tych lokat wypłaty.
     Musimy bowiem pamiętać i o tym, że o ile to szefowie "służb" wysłali i wepchnęli Żemka, wbrew jego woli, w ten "moneytron", to FOZZ podlegał ministrowi finansów, którym był właśnie nasz kandydat do Nobla i to on miał obowiązek nadzorować. Ale Profesor Balcerowicz dzisiaj twierdzi (tak zeznaje Żemek!), że jeden miliard dolarów to był, w owych czasach zaledwie drobny szczegół, nie wart bliższego zainteresowania. Byli zresztą jego podwładni: szefem nadzorców była jego prawa ręka, minister Janusz Sawicki, a do nadzoru wyznaczeni byli jeszcze ówczesny Prezes NBP, Grzegorz Wójtowicz, i wiceprezes NBP Wołoszyn, i prof. Dariusz Rosati, późniejszy minister spraw zagranicznych i minister finansów, tak dobrze nadzorowali, że za swoje wielkie zasługi dla Polski, nadzorują nadal, ale już nie jakiś mizerny miliard dolarów tylko wszystkie pieniądze Rzeczypospolitej, bo Balcerowicz, Rosati i Wójtowicz rządzą dzisiaj Radą Polityki Pieniężnej. Ich jednak nikt o nic nie oskarża, przed żadnym sądem nie stoją, rozumiemy więc rozgoryczenie Grzegorza Żemka, że im to dobrze, otrzymują pensje większe od prezydenta państwa i premiera, decydują o polityce pieniężnej kraju, a jego, chudzinę – nieboraka, wystawia się pod pręgierz opinii publicznej i każe zeznawać przed sądem! A i to jeszcze nie wszystko, nawet nie może opowiedzieć całej prawdy, musi kręcić i gmatwać, żeby samemu się jakoś wykręcić a wszystko zrzucić na anonimowe i bezosobowe służby specjalne.
     O tych sprawach myśleć powinni profesorowie uniwersytetów, którzy użalają się nad swoimi marnymi zarobkami i nad biedą polskiej nauki, a Leszka Balcerowicza wysuwają do Nagrody Nobla z ekonomii. Powinni o tym wiedzieć i myśleć wyrzucani z pracy górnicy, których kopalnie się zamyka, bo są "nierentowne". Pewnie, że żadna kopalnia nigdy nie dorówna "moneytronowi Bagsika i Gąsiorowskiego". Powinni o tym pamiętać wszyscy, którym nie podoba się to, co geniusze ekonomiczni z wojskowych służb informacyjnych nam zgotowali. Zamiast bić się o przeliczniki i dopłaty, wojować w Warszawie, aby zamykano nie tę kopalnię tylko inną, budować kasy chorych a potem je rozwiązywać, trzeba nam pójść po rozum do głowy i domagać się sposobu na to, żeby bez końca nie rządzili Polską oficerowie służb, żeby wreszcie coś istotnego w naszym kraju zmienić. Potrzebujemy innego sposobu wyłaniania elity politycznej, jednomandatowych okręgów wyborczych w wyborach do Sejmu.
     Dzisiaj żaden profesor uniwersytetu nie musi już się tego postulatu wstydzić: w miniony czwartek powiedziała to w Pałacu Prezydenckim prof. Jadwiga Staniszkis, a jej wypowiedź nagłośniły radia i telewizje. To naprawdę dla Polski żaden wstyd i żaden dyshonor, gdyby wybory u nas odbywały się tak jak w Wielkiej Brytanii czy Kanadzie! Czas najwyższy wyzwolić Polskę spod kurateli kozłów ofiarnych prostych, kwadratowych i sześciennych. Najwyższy czas!

About Jerzy Przystawa

Jerzy Przystawa (1939-2012) – naukowiec, fizyk, profesor dr hab., nauczyciel akademicki na Uniwersytecie Wrocławskim, publicysta, twórca i założyciel ogólnopolskiego Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.