/Cisza, która gwiżdże w uszach

Cisza, która gwiżdże w uszach

(komentarz wygłoszony na antenie Katolickiego Radia Rodzina Rozgłośni Archidiecezji Wrocławskiej, 92 FM, 6 maja 2004, godz. 10.00 i 21.30)
 
Unię Europejską wzięliśmy szturmem! Ociągała się, wydziwiała, wymyślała najróżniejsze warunki, kazała nam przemalowywać butle gazowe, regulować długość oscypków i kształt bananów, zmieniać tablice rejestracyjne, dowody osobiste i prawa jazdy, cała ogromna nawałnica szykan, które miały nam wybić z głowy wchodzenie do Unii i wszystko to nie zdało się na nic! Dzięki naszym wspaniałym liderom, męskim jak Leszek Miller i jego drużynniczy – niektórzy z nich przecież nawet polegli w walce – od 1 Maja 2004 na naszych domach i instytucjach powiewają dumnie flagi niebieskie, tu i tam nawet jeszcze obok biało-czerwonych. Chociaż nad wejściem do budynku, w którym mieści się Wydział Fizyki Uniwersytetu Wrocławskiego, tę biało-czerwoną jakiś patriota zaraz ukradł, pewnie się bał, że niebawem będzie poszukiwana niczym biały kruk i będzie ją można korzystnie wymienić na coś innego. Ze wszystkich głośników dobiegają nas dźwięki "Ody do Radości", może nawet za dużo tej radości, bo niejeden ze znanych mi miłośników muzyki Ludwiga van Beethovena, na nazwisko uwielbianego kompozytora zaczyna dostawać wysypki. W telewizji i radio nieustająca propaganda radości, która teraz nawet skomponowała się w jedno z propagandą sukcesu bo, jak wiadomo, mamy wielki sukces gospodarczy i największy wzrost jaki tylko można sobie pomyśleć.

     W tym wszystkim pewnym dysonansem są postawy naszej młodzieży. Przede wszystkim tej, która z zapałem studiuje i uczy się języków obcych, biega z uniwersytetu na uniwersytet i kolekcjonuje dyplomy. Okazuje się, że prawie połowa naszej przyszłości chce "spadać z Polski", i szukać lepszej drogi życiowej gdzie indziej. Teraz, kiedy już Unia otworzyła swoje podwoje, to wielu myśli o Anglii, Francji czy Hiszpanii, ale całkiem nie lichy procent chce wędrować za Ocean, do Ameryki, Kanady, Australii. Zupełnie tak, jakby nic a nic nie wierzyli w tę ogłoszoną powszechnie radość ani w zadeklarowany przez wszystkie media wzrost i oszałamiający sukces. Kiedy z znienacka zapytam któregoś z moich studentów czy radość i sukces, Europa i wspaniałe perspektywy – oczywiście, tak, tak, Europa, sukces i radość, ale na razie to dobrze by było wyjechać, nawet, o zgrozo, na stałe.
     Zbieramy teraz owoce naszej nadopiekuńczości i nadmiernej troski o izolowanie naszych dzieci od problemów społecznych i politycznych. Tej samej nadopiekuńczości, którą stosują nasi rodacy na emigracji, kiedy chcą swoim dzieciom ułatwić start życiowy w obcych krajach i, żeby im to w niczym nie przeszkadzało, nie mówią w domach po polsku i nie uczą dzieci ani języka, ani kultury, ani historii swojego kraju. Potem się dziwią, że ich dzieciom i wnukom czegoś brakuje, czego naprawić i odrobić już nie można. W Polsce, dopasowując się do wymogów komunistycznego ustroju, postępowaliśmy podobnie, przekazując naszej dziatwie mądrość życiową, której głównym elementem było trzymać się jak najdalej od spraw publicznych. Skutki tego zobaczyć dziś można na każdym uniwersytecie i w każdej szkole wyższej. Kiedy idę korytarzami naszych uniwersyteckich budynków i oglądam ogłoszenia i plakaty, którymi ozdabiają je studenci, to nie znajduję w nich niczego, co zasługiwałoby na moją uwagę: wszystko to zabawa i rozrywka, tańce i swawole, juwenalia i festiwale, do tego reklamy, reklamy, reklamy. Nie przypomina to korytarzy uniwersyteckich uniwersytetów amerykańskich czy zachodnio-europejskich. Widziałem takich korytarzy w moim życiu wiele: w Niemczech i Francji, we Włoszech, Anglii i w Ameryce. Tam miałem wrażenie, że studentów tamtych uczelni interesuje coś więcej niż rozrywka, przyjemności i interesy do zrobienia.
     Nasze wejście do Unii ciężką pracą powitał Sejm, zasiadając i obradując do późnych godzin nocnych. Mieli problem nie lada: tu Leszek Miller odchodzi, tu odszedł – opoka polskiego parlamentaryzmu – Marek Borowski, a jeszcze trzeba rozpatrywać wnioski o samorozwiązanie się Sejmu. Tak podobno chce opozycja, tego ponoć oczekują obywatele. Ale Sejm się nie rozwiąże. Nowy Marszałek twierdzi, że byłoby to nieodpowiedzialne, bo tyle jest jeszcze do zrobienia. Mniej życzliwi twierdzą, że raczej do zarobienia, bo większość posłów ponoć pobrała wysokie pożyczki i kredyty, których nie byłoby jak spłacić, gdyby nagle zamknięto sejmowy kranik z pieniędzmi. Padają więc publicznie głosy, że może opłacało by się nam ich wykupić, zapłacić te ich długi i zobowiązania, byle tylko poszli sobie gdzie pieprz rośnie, bo ten Sejm nie zaskarbił sobie przychylności i sympatii Polaków.
     Byłby to dobry pomysł i sam namawiałbym do zrzutki na ten cel, gdyby istniał chociaż cień szansy, że przyszły Sejm, wybrany w ramach tej samej ordynacji, będzie choć odrobinę lepszy! Niestety, takiej nadziei nie mam i uważam, że nikt jej mieć nie może. Już kiedyś cytowałem publicystkę "Polityki", Janinę Paradowską, która pisała o tym, że skład Sejmu, z wyborów na wybory, stale się pogarsza. I inaczej być nie może, ponieważ ordynacja partyjna, której różne warianty były już stosowane, jest mechanizmem selekcji negatywnej. Jeżeli, kadencja po kadencji, dokonujemy selekcji negatywnej, to jak tu się dziwić, że wynik takiej selekcji jest coraz gorszy? Trzeba zmienić ten system, zastąpić go mechanizmem selekcji pozytywnej i wtedy robić wybory!
     Odpowiadają mi na to uczeni mężowie, a w ślad za nimi posłowie i senatorowie, że takiej zmiany, z selekcji negatywnej na selekcję pozytywną, zrobić nie można, bo zabrania tego Konstytucja III RP. Taką opinię wygłaszają, przede wszystkim, ci, którzy tę konstytucję pisali i wymyślali wszystkie zasady, do których dostosować się nie sposób! Roma locuta, causa finita! Rzym powiedział – sprawa zamknięta. No tak, tylko tam pod słowem "Rzym" uważało się Urząd Papieski, a więc władzę uznaną za nieomylną, której decyzji kwestionować nikt nie miał prawa. Tutaj natomiast uprawnienia "Rzymu" przypisują sobie jakieś tajemnicze "autorytety", które gdzieś tam zasugerowały komuś sformułowania, które same w sobie większego sensu nie mają, natomiast nam mają związać ręce i głowy na trwałe!
     Czytam i przeglądam podręczniki prawa konstytucyjnego, z których uczyć się muszą wielotysięczne rzesze naszej prawniczej młodzieży. Autorami są profesorowie prawa w Warszawie, Krakowie, Lublinie, Wrocławiu i gdzie tylko. I ciekawa rzecz: wszyscy oni, prawie jednym głosem, uczą w tych podręcznikach, że ordynacja proporcjonalna, taka jak w Polsce, jest sprawiedliwa, bo tworzy sprawiedliwą, właściwą, proporcjonalną reprezentację społeczeństwa polskiego, że dzięki takiemu systemowi wyborczemu nawet małe grupy Polaków mogą w Sejmie mieć swoich przedstawicieli. I tak jest bardzo dobrze i tak jest najlepiej. Bo w Ameryce, bo w Anglii, bo w Kanadzie, bo we Francji – a więc w tych krajach, do których nasza młodzież – prawnicza w pierwszym rzędzie – chce "spadać", tam obowiązują ordynacje wyborcze niesprawiedliwe, nieproporcjonalne i niereprezentatywne. I tak pisze profesor za profesorem, podręcznik akademicki za podręcznikiem akademickim, a nasi młodzi geniusze łykają to jak indyk kluski, idą na egzaminy, zdają je śpiewająco i te "prawdy" powtarzają i przekazują innym. A potem "spadają" tam, gdzie jest inaczej. I żeby chociaż w jednym podręczniku prawa konstytucyjnego można było przeczytać coś innego, jakąś pochwałę systemu brytyjskiego czy amerykańskiego, czy francuskiego! Nie ma mowy! Przypomina mi się wiersz Władysława Broniewskiego, którego uczyłem się w szkole na pamięć: "Tam bezrobocia, nędza i głód – tu praca! Natchniony traktor!". Dzisiaj nie piszą już w polskich gazetach i w polskich podręcznikach, że w Ameryce bezrobocie, nędza i głód, ale wciąż jeszcze piszą, że tam jest niesprawiedliwy, niereprezentatywny system wyborczy, który jest zaprzeczeniem wolności wyborów.
     Dwa lata temu przemawiałem w wielkim audytorium KUL do zgromadzonych kilkuset studentów prawa, w obecności wybitnych konstytucjonalistów. Po mojej prawej ręce siedział Przewodniczący Państwowej Komisji Wyborczej, Sędzia Sądu Najwyższego, na sali byli profesorowie, dziekani. Mówiłem o niezgodności obecnej ordynacji wyborczej z Konstytucją. Nikt nie podjął polemiki, odpowiedziała mi cisza. Rok temu, razem z prof. Witoldem Kieżunem, mówiłem to samo przed kilkusetosobową grupą studentów prawa na Wydziale Prawa i Administracji UMK w Toruniu. Nikt nie podjął dyskusji, odpowiedziała mi cisza. Ciszą odpowiada młodzież akademicka mojego i innych uniwersytetów na propozycję zmiany ordynacji wyborczej i wprowadzenia Jednomandatowych Okręgów Wyborczych.
     Ta cisza gwiżdże w uszach. Czytają te podręczniki, zdają egzaminy, śpiewają "Odę do Radości", a potem "spadają" z Polski. Dokąd chcą "spadać"? Co zaniosą ze sobą do krajów, w których chcą się osiedlić? Misję dziejową Polaków, którzy, wyuczeni na polskich uniwersytetach pojadą przekonać głupich Amerykanów, Francuzów i Brytyjczyków, że ich systemy wyborcze są głupie, złe i niesprawiedliwe?
     Ta cisza, to nic dobrego. Jest groźna dla nas, dla nich, dla wszystkich tych, którzy chcą, jak i dla tych, którzy nie chcą "spadać z Polski". Czas dać głos, czas złamać tę ciszę.

About Jerzy Przystawa

Jerzy Przystawa (1939-2012) – naukowiec, fizyk, profesor dr hab., nauczyciel akademicki na Uniwersytecie Wrocławskim, publicysta, twórca i założyciel ogólnopolskiego Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych