(komentarz wygłoszony na antenie Katolickiego Radia Rodzina Rozgłośni Archidiecezji Wrocławskiej, 92 FM, 20 maja 2004, godz. 10.00 i 21.30)
 
Gdzie dzisiaj można znaleźć obrońców i propagatorów tzw. ordynacji proporcjonalnej w wyborach do Sejmu? Systemu, który w podręcznikach prawa konstytucyjnego przedstawiany jest jako synonim "sprawiedliwości", "reprezentatywności", według których Sejm ma być jak lustro odbijające rozkład społecznych preferencji i upodobań politycznych? W Polce, po czterech kadencjach Sejmów wybieranych z list partyjnych, wiemy, że takie poglądy są idealistyczną mrzonką, nie mającą nic wspólnego z rzeczywistością w jakiej żyjemy. Widzimy bowiem wyraźnie, że ten Sejm nikogo nie reprezentuje, że system wyborczy służy wyłącznie egoistycznym interesom partyjnych klik, gdyż daje im do ręki wygodny instrument manipulowania głosami wyborców, pozwala na utrzymanie się przy władzy ludzi nie posiadających żadnego zaplecza ani poparcia społecznego i na sprawowanie władzy bez odpowiedzialności, kiedy mandat sejmowy jest wyłącznie niezwykle intratną synekurą.

     Czegoś takiego, oczywiście, nigdy nie odważą się powiedzieć, w obronie ordynacji wyborczej Miller czy Oleksy, nie powie tego Kwaśniewski, ani Kaczyński, ani Giertych, ani Wojciechowski, ani Geremek. Nie powiedzą nam przecież: jesteśmy za takim systemem wyborczym, bo to jest jedyna droga, abyśmy byli przy władzy i korzystali z jej przywilejów. Najlepsza obrona to nie mówić nic i nie dopuszczać do głosu ludzi domagających się zmiany. Ale to staje się z każdym dniem trudniejsze. Łatwe było, kiedy w Polsce prawie nikt nie wiedział, że istnieje inny system wyborczy: prosty i jasny, kiedy nie wybiera się kota w worku, tylko konkretnych znanych ludzi. Dzisiaj już tak nie jest. Wiedza o wyborach w JOW już się rozpowszechniła, ludzie o tym mówią, dyskutują, tu i tam zwolennikom zmiany udaje się dostać na łamy gazet, a nawet do radia czy telewizji. W minioną sobotę wpływowy dziennik "Rzeczpospolita" opublikował duży artykuł redaktora Bronisława Wildsteina pt. "Koniec III Rzeczypospolitej", w którym autor zgłasza postulat JOW jako sposób naprawy państwa i wzywa do stworzenia wielkiego ruchu społecznego na rzecz zmiany ordynacji wyborczej i wprowadzenia JOW w wyborach do Sejmu.
     Gdzie są zwolennicy partyjnych wyborów? 7 maja wybrałem się na Uniwersytet Warszawski, na Wydział Prawa i Administracji, gdzie wygodnie siedzą najwięksi parlamentarni eksperci i doradcy konstytucyjni. Miałem nadzieję, że na konwersatorium naukowym porozmawiamy konkretnie i rzeczowo, że chociaż tam padną sensowne argumenty za obroną obecnego status quo i obecnego systemu! Niestety, spotkało mnie rozczarowanie. Jedyny znany z gazet konstytucjonalista, jaki pofatygował się na dyskusję, prof. Winczorek, okazał się całkowicie neutralny i stwierdził, że wcale nie jest takim zwolennikiem ordynacji proporcjonalnej. Właściwie, to nie jest ani za ordynacją proporcjonalną, ani za większościową. Jedna i druga, zdaniem tego autorytetu, jest równie dobra, albo równie zła, właściwie to wszystko jedno. Gdzie więc są intelektualni zwolennicy obecnego systemu?
     W tej sytuacji wręcz z zachwytem zobaczyłem artykuł Piotra Skury w "Trybunie" z datą 13 maja 2004, zatytułowany "Efekt Stokłosy". Autor tekstu, powołując się na autorytet mało jeszcze znanego "politologa i konstytucjonalisty" dra Bartłomieja Nowotarskiego, twierdzi, że wprowadzenie proponowanej przez Platformę Obywatelską reformy prawa wyborczego i JOW w wyborach do Sejmu skończyłoby się zwycięstwem ludzi takich jak senator Henryk Stokłosa. A kim jest Stokłosa? Wiadomo, bogaczem, który przekupił wyborców okręgu pilskiego, i regularnie, od roku 1989, wygrywa wybory do Senatu. Udała mu się nawet taka sztuka, że dostał się do Senatu jako jedyny kandydat bez zdjęcia z Lechem Wałęsą! I od tej pory wygrywa wybory po wyborach, głównie dlatego, że zatrudnia w swoich firmach prawie 4 tysiące pracowników i tą drogą ich korumpuje, żeby oddawali na niego głosy. A poza tym zasłynął w ostatnich dniach, bo zatrzymał ekipę telewizyjną, która chciała robić program w jego zakładach bez jego zezwolenia. Tacy ludzie, zdaniem dra Nowotarskiego i redaktora Skury, wygrywaliby wybory, gdyby były okręgi jednomandatowe!
     No, cóż, jestem w stanie zrozumieć dra Nowotarskiego, że nie lubi Stokłosy i ma mu za złe, że złamał walec Lecha Wałęsy i dostał się do Senatu bez jego zezwolenia, bo w owym czasie dr Nowotarski był asystentem prof. Geremka i wszystkich uwierał ten Stokłosa, jak gwóźdź w bucie. Ale dlaczego Stokłosa nie podoba się "Trybunie"? Patrzę na stopkę redakcyjną i czytam tam, że "Trybunę" wydaje spółka "Ad Novum", o której wiemy, że do niedawna była własnością niejakiego Dariusza Tytusa Przywieczerskiego. W owym czasie Przywieczerski też kandydował do Senatu, a bogaczem był jeszcze większym od Stokłosy, bo Przywieczerski "dorabiał" sobie do pensji miliony dolarów w czasach, kiedy Stokłosie taki biznes tylko się marzył. Przywieczerski na prawo i na lewo rozdawał najróżniejsze dobra, sponsorował nawet samego Jacka Kuronia i jego kampanię wyborczą, sponsorował Unię Demokratyczną, Kongres Liberałów i inne partie. A jednak nic z tego nie wyszło, do Senatu się nie dostał, jego firma "Universal" zbankrutowała, a on sam, bidulka, dzisiaj stoi przed sądem jako jeden z głównych oskarżonych w sprawie FOZZ. Włos, oczywiście, z głowy mu z tego powodu nie spadnie, ale to pokazuje, że pieniądze, nawet największe, nie są jeszcze wcale przepustką do parlamentu. Przywieczerski oddał "Trybunę" w pacht swojej kuzynce czy szwagierce, Annie Turskiej, też w swoim czasie przyjaciółce Kuronia, więc może Stokłosa dzisiaj jest tam piętnowany z czystej zazdrości? Nie tylko bowiem jest w Senacie, ale i nie ciągną się za nim żadne sprawy karne, więc trudno takiego lubić.
     Inne bowiem argumenty "Trybuny" przeciwko JOW marnej są jakości. Nowotarski twierdzi na przykład, że parlament wybrany w takich wyborach może być mało reprezentatywny, bo np. w Wielkiej Brytanii dwa razy się zdarzyło, że partia, która, w skali kraju uzyskała mniej głosów, zdobyła więcej mandatów. Tak się np. stało tam w roku 1951, kiedy Partia Pracy uzyskała 48,8% głosów wyborców i 295 mandatów, podczas gdy Partia Konserwatywna zdobyła 48,0% głosów i aż 321 mandatów poselskich. Ten wybitny konstytucjonalista nazywa to wynaturzeniem, bo to przecież niesprawiedliwe i nieproporcjonalne. Oczywiście, w wyborach w JOW nikt nie wypisuje postulatu żadnej sprawiedliwości arytmetycznej i proporcjonalności, podział mandatów w Sejmie nie jest dystrybucją chleba czy mięsa, gdzie trzeba przestrzegać, żeby każdy dostał po równo i proporcjonalnie, to nie jest logika sondażu popularności. To jest logika wyłaniania ludzi, którzy mają ponosić odpowiedzialność za swoje okręgi wyborcze i logika poszukiwania najlepszych, a nie gorszych i żeby każdemu po trochu. Jednakże dr Nowotarski i red. Skura albo nie wiedzą, albo udają, że nie wiedzą, że takie liczenie głosów w okręgach jednomandatowych jest bez sensu, gdyż kiedy są okręgi jednomandatowe to nierzadko się zdarza, że w jakimś okręgu zarejestruje się tylko jeden kandydat i wtedy głosowania w ogóle się nie przeprowadza, a jedyny kandydat otrzymuje mandat bez głosowania. Anglicy mówią o "uncontested seat", tj. mandacie uzyskanym bez konkurencji. Tak bywa wtedy, kiedy w okręgu jakaś osoba cieszy się takim autorytetem, że konkurowanie z nią jest tylko stratą czasu i pieniędzy, ponieważ w Anglii płaci się kaucję, która przepada, jeśli kandydat nie zdobędzie w wyborach np. 5% głosów poparcia. Fakt istnienia tych "miejsc niekonkurencyjnych" przekreśla sens podawania takich liczb, jak przytoczone przez "Trybunę". Podobnie fałszywe są i inne argumenty, z wyborów na Ukrainie i w Rosji, gdzie wybory odbywają się według zupełnie innej ordynacji niż proponowana przez nas ordynacja brytyjska.
     Na scenie politycznej gorączka. Nie są w stanie wyłonić rządu, jak pisze tygodnik "Wprost" mamy poł-rząd w pół-państwie, grozi im perspektywa przedterminowych wyborów. Manipulacja, fala kłamstw i mistyfikacji nasila się, chcą jeszcze raz zmiany, która wszystko pozostawi jak było. Jedyną prawdziwą, autentyczną zmianą byłyby wybory do Sejmu w JOW. I tego musimy się głośno domagać.
     Wszystko to bardzo dobrze rozumie Andrzej Lepper. Dlatego nasuwa się nieodparty wniosek, że Andrzej Lepper jest tajnym agentem Ruchu na rzecz JOW. Mam na to też dodatkowe argumenty. Tak się składa, że 5 maja minęło 9 lat od dnia, w którym na zaproszenie Andrzeja Leppera przedstawiłem w Warszawie, na Zjeździe Krajowym Związku Zawodowego Samoobrona, ideę JOW i Zjazd ten przyjął tę propozycję entuzjastycznie i uchwalił jako punkt programu "Samoobrony". Być może potem zapadła tam dyrektywa, żeby o tej sprawie głośno nie mówić, bo przez 5 lat Samoobrona w tej sprawie nie dawała głosu. Dopiero w październiku 2000, podczas tzw. prawyborów prezydenckich w Nysie, na konferencji Ruchu JOW, Andrzej Lepper, jako kandydat na prezydenta, zadeklarował pełne poparcie dla idei JOW. Potem, po przegranych wyborach, ponownie zamilkł, widząc, że stawiany głośno postulat JOW nie przynosi natychmiastowego zwycięstwa. Znając jednak jego upór i wytrwałość, jestem pewien, że kiedy tylko nasza akcja nabierze większego rozmachu, nie da się nikomu wyprzedzić, nawet Platformie Obywatelskiej, w zdobyciu czołowej pozycji w ruch na rzecz takiej reformy państwa. Dzisiaj zachowuje się tak, jakby był przeciwnikiem, i bardzo dobrze, tak właśnie powinien się zachowywać tajny agent. Teraz jego taktyka polega na kompromitowaniu ordynacji proporcjonalnej i w tej pracy jest niezastąpiony. Ale zasługi są zasługami, przyjdzie czas kiedy wszelka działalność na rzecz JOW, i jawna i tajna, zostanie doceniona.

About Jerzy Przystawa

Jerzy Przystawa (1939-2012) – naukowiec, fizyk, profesor dr hab., nauczyciel akademicki na Uniwersytecie Wrocławskim, publicysta, twórca i założyciel ogólnopolskiego Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.