(komentarz wygłoszony na antenie Katolickiego Radia Rodzina Rozgłośni Archidiecezji Wrocławskiej, 92 FM, 27 maja 2004, godz. 10.00 i 21.30)
 
W ostatnią niedzielę zjechały się do Wrześni wszystkie nasze tuzy polityczne, aby przeprowadzić ostatni sondaż piękności przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. Nadymając się i pusząc, wystawiając wszystkie piórka i kolorowe grzebienie, jeszcze raz postanowili się zmierzyć w pozorowanych zapasach przed właściwą próbą, która rozstrzygnie kto z nich dostanie pięcioletni glejt do pobierania z "brukselskiej kasy" co miesiąca tyle, ile przeciętny polski nauczyciel ma szansę zarobić w ciągu trwania całej ich europejskiej kadencji. Oczywiście, "brukselska kasa" nie jest żadna brukselska tylko jak najbardziej polska i z kieszeni polskich obywateli. Ale nie o kasę tu przede wszystkim chodzi. Te "prawybory", tak jak i wszystkie inne sondaże są przymiarkami do prawdziwych wyborów parlamentarnych w Polsce, w poszukiwaniu wiarygodnych wskazówek na jakiego konia wskoczyć, żeby nie wypaść z gry i nie znaleźć się na politycznym marginesie.

     Trzeba powiedzieć wyraźnie, że w przypadku wszystkich tych "prawyborów" mamy do czynienia z nadużyciem zaufania i funduszy publicznych. Te imprezy nie mają absolutnie nic wspólnego z prawyborami, jakie odbywają się w Stanach Zjednoczonych, gdzie należą do tradycji demokratycznej i skąd się wywodzą. Tam prawybory mają wyraźną, jasno określoną rolę i cel: służą wyłonieniu najlepszych kandydatów na kongresmenów, senatorów prezydentów, jakich partie polityczne są w stanie wystawić. Partie polityczne w tamtym systemie, a więc w systemie jednomandatowych okręgów wyborczych, wiedzą bowiem doskonale, że najlepszym kandydatem nie jest ten, kto da największą kasę, ani ten, kto potrafi przypodobać się szefowi, tylko ten, kto jest w stanie odnieść zwycięstwo w wyścigu o jedno, jedyne premiowane mandatem parlamentarnym czy prezydenckim miejsce. Dlatego partie organizują tam prawybory, aby się upewnić, że wysuwany kandydat może przynajmniej liczyć na poparcie sympatyków swojej partii. Nie są to natomiast żadne próby sił pomiędzy konkurującymi między sobą partiami, bo takim konkursem są wybory. W Polsce zamiast takiego sensownego wyłaniania kandydatów, mamy całkiem bezsensowne zabawy na świeżym powietrzu, pikniki i inne rozrywki, z których jedynym pożytkiem może być rozpoznanie, która partia jakie ma szanse. Ale jest to pożytek wyłącznie dla nich, dla partyjniaków, którzy kandydują i którzy ich wysuwają, dla nas, dla obywateli, nie ma w tym niczego poza stratą pieniędzy, które można by przeznaczyć na jakiś godziwy cel społeczny.
     Dla przeprowadzenia tego sondażu wybrana została Września, gdyż wyniki ostatnich wyborów do Sejmu były we Wrześni podobno najbardziej zbliżone do wyników, jakie partie polityczne uzyskały na terenie całego kraju. Mówię "podobno" ponieważ głosy naprawdę liczone były w okręgach wyborczych, a nie we Wrześni, która sama żadnym okręgiem wyborczym nie była, a więc ta zbieżność wyników we Wrześni z wynikami ogólnopolskim jest tylko na słowo honoru. Przyjmuję jednak, że oni w tę reprezentatywność Wrześni wierzą o czym świadczy fakt, że wszystkie główne lwy salonowe do Wrześni przyjechały, a przecież wiemy doskonale jakie to zapracowane towarzystwo, które nigdy na nic czasu nie ma. Przyjrzyjmy się więc wynikom tego konkursu i spróbujmy zastanowić się nad tym jaki morał z niego wynika.
     Według publikacji prasowych frekwencja we Wrześni wyniosła 12%, natomiast startujące partie polityczne uzyskały: 21% głosów – Platforma, 18% – Samoobrona, SLD-UP – 11%, SdPl – 9%, PiS – 8%, UW i LPR po 7% itp. Jak przystało na zbiorowisko pofarbowanych kogutów, wszyscy ogłaszają te wynik za sukces. Platforma, bo wygrała z Samoobroną, Samoobrona, bo uzyskała dużo więcej niż w wyborach parlamentarnych, SLD z UP, bo się nie rozleciały do końca, SdPL, bo dopiero co powstała i już, patrzcie ludzie – 9%, Unia Wolności, oczywiście sukces niebywały itd. itp.
     Jeśli odłożyć to wszystko na bok i przestać się wsłuchiwać w te indycze gulgotania, to zabawa we Wrześni okazała się zupełną klapą i kompromitacją zarówno naszych elit politycznych, jak i idei wyborów do Parlamentu Europejskiego i systemu wyborczego, jaki ma tu być zastosowany. Wybory do Parlamentu Europejskiego odbędą się w tzw. systemie proporcjonalnym, a więc głosować musimy na listy partyjne, bo innej możliwości nie ma. System taki, przez wszystkich nauczycieli i propagatorów tego systemu ma służyć realizacji idei sprawiedliwości rozdziału mandatów i reprezentatywności parlamentu. Według książek, z których uczą się w Polsce studenci wszystkich wydziałów prawa i nauk politycznych, wybory proporcjonalne służyć mają temu, żeby parlament był jak zwierciadło odbijające rozkład postaw i preferencji społecznych. Z tego punktu widzenia 12% frekwencja jest zupełną klęską i gdyby ludzie ci mieli jakiekolwiek poczucie przyzwoitości i szacunku dla swojego narodu to powinni mandaty oddać i zająć się czymś innym. O czym bowiem świadczy 12% frekwencja? Jeśli Platforma uzyskała 20% głosów z 12% to oznacza to, że najpotężniejsza dzisiaj partia polityczna, która cały czas snuje marzenia o przejęciu władzy, może liczyć na poparcie 0,2 razy 0,12 czyli 2,5% wyborców! Natomiast poparcie dla partii, takich jak Liga, Unia Wolności, czy SdPl oscyluje w granicach 1% czyli, że mogą liczyć na poparcie jednego mieszkańca Polski na stu. Trzeba doprawdy prawdziwego tupetu, żeby wobec tych faktów mówić o reprezentatywności takich wyborów.
     Pozorowane wybory we Wrześni raz jeszcze unaoczniły degrengoladę i upadek systemu wyborczego w Polsce. Wolne wybory są fundamentem demokracji i jeśli obywatele w 90% nie chcą brać w nich udziału to znaczy, że jesteśmy blisko dna. Nasi politycy wciąż jeszcze zdają się nie bardzo przejmować tą kompromitacją. Jedynym ich zajęciem są spekulacje na temat tego, komu niska frekwencja sprzyja, a komu przeciwnie. Może jeszcze parę procent głosów gdzieś się znajdzie, może lektorat wiejski, może miejski, może chłopi, może inteligencja. Nie wydaje się, żeby docierała do nich prawda, że Polska po prostu, z każdym dniem, coraz bardziej się od nich odwraca.
     Oczywiście, Parlament Europejski to wyłącznie synekura, nie ma większego wpływu na nic i w żadnym z krajów europejskich wybory do niego nie cieszą się specjalnym zainteresowaniem. Bardzo to kiepsko świadczy o zachwalanej demokracji w Unii Europejskiej. Wybory do niego unaoczniają jednak antydemokratyczny bezsens tzw. ordynacji proporcjonalnej i czas najwyższy zdać sobie z tego sprawę.

About Jerzy Przystawa

Jerzy Przystawa (1939-2012) – naukowiec, fizyk, profesor dr hab., nauczyciel akademicki na Uniwersytecie Wrocławskim, publicysta, twórca i założyciel ogólnopolskiego Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.