/Za wolność waszą, a co z naszą?

Za wolność waszą, a co z naszą?

(komentarz wygłoszony na antenie Katolickiego Radia Rodzina Rozgłośni Archidiecezji Wrocławskiej, 92 FM, 30 listopada 2004, godz. 9.00 i 21.30)
 
Żyjemy w ciekawych czasach. Ukraińcy, nigdy specjalnie przez Polaków – mówiąc delikatnie – nie hołubieni, nagle stali się bohaterami dni, a pod ich adresem, ze wszystkich mediów – publicznych i niepublicznych w Polsce – płyną same superlatywy, same zachwyty, same ochy i achy, podziw dla ich obywatelskiej postawy, dla ich dojrzałości, dla ich umiłowania wolności i demokracji. I rzeczywiście, trzeba nie byle czego, żeby wielkie rzesze ludzi – mówią o setkach tysięcy – potrafiły, przez wiele dni, na mrozie, na wichrze, na śniegu, twardo, nieustępliwie, ofiarnie domagać się czegoś, co w ich pojęciu jest dobrem wspólnym – bonum commune. I dla tego dobra wspólnego codziennie dają dowody ofiarności, solidarności, braterstwa, i wszystko wskazuje na to, że gotowi są do znacznie większych poświęceń i ofiar.

     Żyjemy w ciekawych czasach. Oto politycy polscy pędzą na wyścigi na Ukrainę, do Kijowa, do Lwowa, aby tam doradzać Ukraińcom, kogo mają wybrać na prezydenta, jak mają urządzać swoje państwo. Są to ci sami politycy, którzy we własnym kraju wykazują się pełną nieudolnością i brakiem kompetencji. Doprowadzili do sytuacji, w której rzesze polskiej młodzieży, o niczym innym nie marzą, jak tylko o tym, żeby wyjechać z Polski, wszystko jedno gdzie; doprowadzili do tego, że młodzi i przedsiębiorczy Polacy śpią na dworcach i brukach Londynu, Paryża, Berlina, bo w Polsce, którą się wszystkim, a Ukraińcom w szczególności, stawia za wzór przemian demokratycznych i rozwoju gospodarczego, nie widzą dla siebie żadnych perspektyw. Teraz jadą urządzać Ukrainę. Oto rektorzy polskich uniwersytetów ogłaszają godziny rektorskie, żeby studenci mogli manifestować w obronie demokracji na Ukrainie, a sami, w gronostajach, dołączają się do manifestantów. Niedawno rozmawiałem z jednym z nich, prosząc go o poparcie naszej walki o fundamenty ustrojowe Rzeczypospolitej, o ordynację wyborczą. Magnificencja odpowiedział mi, że uczelnia nie może mieszać się do polityki, rektor musi być apolityczny. Okazuje się, że ordynacja wyborcza w Polsce to jest polityka, a zaangażowanie się w konflikt na Ukrainie polityką nie jest. Oto studenci polskich uczelni, którzy codziennie okazują, że politykę mają gdzieś, którzy nie przejawiają żadnego zainteresowania sprawami instytucji demokratycznych Polski – zupełnie tak, jakby żyli na emigracji w swoim własnym kraju – nagle przystrajają się na pomarańczowo i hałłakują zapamiętale na rzecz jednego z ukraińskich kandydatów na urząd prezydenta, a nawet wybierają się w dalekie podróże, żeby tam, we Lwowie czy w Kijowie marznąć na mrozie i śniegu, zagrzewając się skandowaniem "Juszczenko, Juszczenko". Oto samorząd Wrocławia, zupełnie tak, jakby był samorządem Charkowa czy Odessy, staje się stroną w wewnętrznym ukraińskim sporze o to, kto wygrał wybory prezydenckie!
     Profesor Jean Baechler, francuski filozof i historyk, przemawiając na zorganizowanej tydzień temu w Warszawie międzynarodowej konferencji "Ocena 15 lat praktyki konstytucyjnej w Europie Orodkowo-Wschodniej", powiedział, że w demokracji na pierwszym miejscu są instytucje demokratyczne i te instytucje są ważniejsze od konstytucji. Z tych instytucji najważniejszą jest ordynacja wyborcza. Trudno się z nim nie zgodzić. Kraj uchodzący za wzorzec demokracji, Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej, w ogóle nie posiada spisanej konstytucji, co dowodzi, że jeśli działają instytucje demokratyczne, to bez konstytucji można się obejść. Nie przyszli słuchać tych herezji polscy konstytucjonaliści: jeśli można się obyć bez konstytucji, to do czego potrzebni byliby profesorowie prawa konstytucyjnego i konstytucyjne trybunały, a kysz, przepadnij! 
     Kiedy patrzę i wsłuchują się w relacje z Ukrainy, myślę sobie o tej wielkiej żywiołowej, wspaniałej akcji obywatelskiej z trwogą i obawą, że nie przyniesie ona Ukrainie wiele dobrego, że rozczarują się młodzi ludzie, którzy marzną tam, nad Dnieprem, na Kreszczatiku, na Placu Niepodległości. Ich idol, Juszczenko, prawdopodobnie wygra tę batalię, skoro opowiedziały się za nim już wszystkie "miłujące pokój narody" ze Stanami Zjednoczonymi, Unią Europejską, i Polską, oczywiście, na czele. Postawili bowiem nie na ważną instytucję demokratyczną, lecz na konkretnego człowieka, którego zrobili ikoną swojej wolności, tak, jak 20 lat temu Polacy zrobili z Lechem Wałęsą. Gdyby Ukraina miała ordynację wyborczą jaką postulujemy dla Polski, jeśli partia Juszczenki naprawdę cieszy się takim uznaniem, jak nam pokazują, to wtedy bez kłopotu Juszczenko miałby większość w Radzie Najwyższej, a jego rząd, obalony 3 lata temu, rządziłby do końca kadencji. Bo czym, naprawdę, różni się Juszczenko od Janukowycza? Polscy agitatorzy telewizyjni i polityczni wypowiadają się o Janukowyczu jako o bandycie, przestępcy, mafijnym oligarchu, powiązanym z Moskwą. A kim jest Juszczenko? Czy nie jest podobnym mu oligarchą, któremu stawiano już najróżniejsze i bardzo poważne zarzuty. Ale mniejsza o zarzuty, faktem jest, że jest to człowiek z dokładnie tego samego kręgu władzy, człowiek Kuczmy, który 8 lat temu zrobił Juszczenkę Prezesem Narodowego Banku Ukrainy, takim ukraińskim Balcerowiczem, a potem, 5 lat temu premierem. Potem się poróżnili, 3 lata temu rząd Juszczenki upadł, nie dostał w parlamencie votum zaufania, na jego miejsce przyszedł inny oligarcha, Janukowycz, kiedyś, jako dziecko, bezprizornyj, sierota, który jako 18-letni chłopiec wszedł w konflikt z prawem i trafił do sowieckiego więzienia. Ale dzisiaj jest nie tylko premierem, ale jeszcze i doktorem nauk i profesorem. Wszystko to, oczywiście, może nic nie znaczyć, ale nie wiadomo, czy po tym wielkim poruszeniu nie przyjdzie Ukraińcom powiedzieć, że "zamienił stryjek, siekierkę na kijek"?
     Oczywiście, wcale Ukraińcom tego nie życzę, bardzo by mi się podobało, gdyby z tej gigantycznej manipulacji coś dobrego wynikło. Moje obawy wynikają tylko ze świadomości, że dali się oni wciągnąć w grę, którą z takim zapałem i samozadowoleniem uprawiają polscy politycy: w wymianę Józia na Tadzia, Tadzia na Jurka, Jurka na Krzysia. Waldka lub Hanię. Tymczasem Polska, tak jak i Ukraina, i wszystkie kraje postkomunistyczne, nie posiadają dobrych, zdrowych instytucji demokratycznych. Jak wykazała wspomniana przeze mnie konferencja, we wszystkich tych krajach funkcjonują systemy półprezydenckie – półparlamentarne, prawdziwe ni pies ni wydra. Funkcjonują one wszędzie, raz lepiej, raz gorzej, przeważnie mniej więcej tak samo źle. Nie wiem, kto to tak wymyślił i dlaczego. Nie wiem, dlaczego nie można było nigdzie wziąć przykładu ze Stanów Zjednoczonych i zafundować sobie system prezydencki, albo z Wielkiej Brytanii i wziąć za wzór porządny system parlamentarny i porządną ordynację wyborczą? Pewnie była w tym jakaś metoda, albowiem wszędzie działali amerykańscy doradcy, wraz ze sławnym demokratą Georgem Sorosem, dobrodziejem nas wszystkich, ze znakomitym profesorem Brzezińskim i innymi.
     Być może kiedyś się tego dowiemy. Ale zanim się dowiemy, w Polsce proponujemy nie wymianę Tadzia na Olka i Olka na Józia, tylko porządną instytucję demokratyczną: ordynację wyborczą z jednomandatowymi okręgami wyborczymi. Być może dotrze to kiedyś do świadomości polskich studentów, którzy dzisiaj idą manifestować w obronie nieznanego im zupełnie Wiktora Juszczenki, pod hasłem, że najważniejsza jest demokracja i tę prawdę głoszą pracowicie rozklejane na wszystkich uczelniach Wrocławia plakaty. Może nasza inteligentna młodzież zrozumie, że demokracja to nie Juszczenko ani nawet Wałęsa z Juszczenką, że demokracja to instytucje demokratyczne, z ordynacją wyborczą na pierwszym miejscu? I miejmy nadzieję, że kiedy wreszcie to do nich dotrze, nie zabraknie im odwagi i poświęcenia, aby wyjść na place polskich miast, tak jak dzisiaj wychodzą Ukraińcy na place Kijowa, Lwowa, Odessy. Wtedy może nie będą musieli emigrować gdzie oczy poniosą, może wreszcie będą mieli okazję być dumni z własnego kraju, ze swojej Ojczyzny.

About Jerzy Przystawa

Jerzy Przystawa (1939-2012) – naukowiec, fizyk, profesor dr hab., nauczyciel akademicki na Uniwersytecie Wrocławskim, publicysta, twórca i założyciel ogólnopolskiego Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych