Czy minister Jacek Sasin pójdzie za kraty?

Tytułowe pytanie jest w istocie pytaniem o to, czy polscy politycy, którzy podjęli niebywałą w historii gospodarczej świata decyzję o transformacji energetycznej, w postaci odejścia od wytwarzania energii drogą spalania węgla i docelowej likwidacji wydobycia węgla przez polskie państwo, poniosą za to odpowiedzialność karną.

Tytułowy minister Jacek Sasin, jako Minister Aktywów Państwowych jest kluczowym polskim politykiem odpowiedzialnym za energetykę i górnictwo węgla. Osobiście odpowiada za stratę 1,3 mld zł. Taką kwotę polskie państwo straciło w wyniku porzucenia w trakcie realizacji projektu budowy potężnego bloku energetycznego o mocy tysiąca megawatów na węgiel kamienny „Ostrołęka C”. Ten projekt porzucono w trakcie realizacji i rozpoczęto budowę bloku energetycznego na gaz ziemny. Jeszcze w styczniu 2020 roku minister J. Sasin publicznie zapewniał, iż „nie ma alternatywy dla bloku w Ostrołęce”, a już w maju zaakceptował przerwanie inwestycji. I 1 miliard 300 milionów złotych strat, jak to oszacował ekspert energetyczny Andrzej Szczęśniak, poszło w „bezdenne kufry skarbu państwa”, jakby to powiedział teoretyk biurokracji państwowej Max Weber. A dodam, iż w tym miesiącu w niemieckim Zagłębiu Ruhry rozpoczęła działalności wielka elektrownia węglowa Detteln 4. Nikt nie odważył się przerywać tej inwestycji i przestawiać ją na gaz. Takie rzeczy to w skolonizowanej Polsce i to rękami kompradorskich polskich polityków typu J. Sasin czy M. Morawiecki.

Czy z tego tytułu minister J. Sasin pójdzie za kraty? A czy Donald Tusk trafił za kraty z tytułu swojej zdrady dyplomatycznej przy rosyjskim zamachu pod Smoleńskiem? A czy Hanna Gronkiewicz-Waltz trafiła za kraty z tytułu braku nadzoru nad nielegalną prywatyzacją tysięcy mieszkań komunalnych w Warszawie? A czy dziesiątki polityków i urzędników trafiło za kraty z tytułu setek miliardów złotych strat w górnictwie węglowym przez 30 lat jego planowego niszczenia? A czy …? Itd., itp.

Minister J. Sasin nie trafi za kraty z tytułu straty dzięki jego decyzjom 1,3 mld zł. I minister dobrze o tym wie. Podobnie jak i pozostali politycy i urzędnicy rządu Mateusza Morawickiego, którzy uczestniczą w przygotowaniach do likwidacji polskiej energetyki węglowej i tzw. transformacji energetycznej. Mają pełne poczucie bezkarności politycznej. Wiedzą, że włos im z głowy nie spadnie nawet po klęsce wyborczej i odsunięciu ich od władzy. To niepisana umowa wśród partyjnych grup politycznych w Polsce. Ta bezkarność to polityczny konsensus polskiej oligarchii partyjnej.

Polska posiadająca 85% zasobów węgla Unii Europejskiej, który to węgiel jest najtańszym na świecie źródłem energii elektrycznej, a którego zasoby wystarczają nam na co najmniej pół wieku, ma do 2050 roku całkowicie zlikwidować jego wydobycie. To znaczy dokładniej biorąc państwo polskie ma to zrobić, gdyż nie można wykluczyć, że będą wydawane koncesje na wydobycie prywatnym firmom, oczywiście nade wszystko zagranicznym. Możemy zostać w ten prosty sposób wywłaszczeni z największego polskiego bogactwa naturalnego jakim jest węgiel kamienny. Podejrzewam wręcz, iż taki jest cichy plan ukrywany przed polską opinią publiczną, a przynajmniej brany pod uwagę.

A bezpośrednim efektem tej transformacji będzie radykalny wzrost cen energii elektrycznej rzędu co najmniej 2-3 razy i wydatkowanie do 2030 roku 260 mld zł, a do 2040 dalszych minimum 1 300 mld. Będzie to pozbawienie Polski nie tylko samowystarczalności energetycznej, lecz zniszczeniem ekonomicznej konkurencyjności krajowej produkcji przemysłowej i rolnej.

Oficjalnym powodem jest walka z przemysłową emisją dwutlenku węgla, która ma prowadzić do ocieplania klimatu Ziemi. Jest to dość prymitywne globalne kłamstwo klimatyczne, choćby tylko z tego powodu, że człowiek emituje zaledwie 4,7 procent CO2, a Unia 11 procent tej emisji, czyli łącznie 0,5 procenta w skali globalnej.

Rzeczywistym powodem jest bezpośredni dyktat polityczny Niemiec i podległych im struktur unijnych w Brukseli. Chodzi o kontrolę źródeł energii przemysłowej dla kontroli wzrostu gospodarczego i konkurencyjności gospodarek unijnych. Niemcy jako hegemon UE chcą całkowicie kontrolować europejską gospodarkę. A Niemcy całkowicie wyczerpały już swoje zasoby węgla kamiennego, spalając je przez ponad 100 lat w swoich elektrowniach węglowych i zapewniając tym szybki rozwój swojego przemysłu i pełną konkurencyjność ekonomiczną w skali światowej. Obecnie więc najtańsza na świecie energetyczna konkurencja węglowa jest dla nich zagrożeniem ekonomicznym. I trzeba się jej pozbyć. To dlatego na przełomie kwietnia i maja tego roku Federalny Trybunał Konstytucyjny podporządkowany politykom CDU, wręcz konstytucyjnie zobowiązał rząd Niemiec „do narzucania tej polityki (klimatycznej – WB) sąsiadom, wszelkimi środkami…”, jak to ujął belgijski naukowiec prof. Davis Engels.

Aby minister J. Sasin trafił za kraty, musiałby się zmienić ustrój polityczny polskiego państwa. W miejsce obecnego ustroju partyjnej oligarchii wyborczej z fasadową demokracją i głęboko skorumpowanym państwem, musiałby powstać ustrój republikańskiej demokracji parlamentarnej. Posłowie, a szerzej polscy politycy musieliby zostać podporządkowani bezpośrednio swoim wyborcom, zamiast, tak jak teraz, swoim partyjnym oligarchiom. Musieliby być wybierani nie z partyjnych list wyborczych, lecz bezpośrednio w jednomandatowych okręgach wyborczych. Wtedy nie mieliby poczucia politycznej bezkarności i nie dałoby się utrzymać oligarchicznego konsensusu niekaralności.

Ale wtedy nigdy nie doszłoby do węglowej zdrady narodowej, jaką jest rozpoczęcie obecnej transformacji energetycznej w wydaniu rządu M. Morawickiego. A minister J. Sasin ostatecznie nie trafiłby za kraty, gdyż polscy politycy nigdy nie odważyliby się podjąć decyzji o przerwaniu budowy elektrowni węglowej w Ostrołęce. Nie odważyliby się, gdyż po następnych wyborach nie byłoby ich już w polskiej polityce. I jeszcze pewnie mogliby trafić za kraty.

12 czerwca 2021

Votum separatum do notki @Konrad Rękas „Kukiz-PiS – bo tutaj jest jak jest…”

oje uzasadnienie do notki Szanownego Autora – jako votum separatum do tej jej części, która traktuje o JOW – jest następujące:

1. Przywołana w notce osoba posła Pawła Kukiza – jako bieżącego rzecznika idei zmiany panującego proporcjonalnego systemu wyborczego na rozwiązanie zwane JOW – może wprowadzać czytelnika w błąd.

2. Za życia prof. Jerzego Przystawy, który zmarł 3 listopada 2012 roku – żarliwie zaangażowanego w organizację Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW – Poseł nigdy nie był autentycznym orędownikiem tego angielskiego rozwiązania. W dokumentach archiwalnych Ruchu (strona jow.pl) jest pustka co do jego osoby. Natomiast prowadził niezależnie od Ruchu szum medialny wokół własnej osoby. Hasło JOW służyło mu prawdopodobnie jako potrzeba w samorealizacji swojego aktorskiego „ja”, podobnie jak w owych latach postępowała partia PO (akcja 3 x tak oraz brak zainteresowania w operacji „przemiału” ponad 700 tys. podpisów zebranych w tej akcji). Mój serdeczny, nieżyjący już Kolega z otoczenia Profesora nazywał to krótko: „krętacz, człowiek, który rozbił Ruch JOW i zniszczył pracę Profesora i wielu innych ofiarnych ludzi, którzy całe lata budowali nasz Ruch”.

3. Z ww. powodu – zdefiniowanego jako „JOW a la Paweł Kukiz” – notka generuje chaos w pojęciu Jednomandatowe Okręgi Wyborcze. A przecież ordynacja na wzór brytyjski, popularyzowana przez jej zwolenników dla Polski jest prosta:
a/ równa dla każdego pełnoprawnego obywatela Polski swoboda kandydowania na posła;
b/ podział Polski na 460 jednomandatowych okręgów wyborczych;
c/ jedna tura głosowania. Posłem zostaje kandydat, który uzyskał zwykłą większość głosów;
d/ obywatelski i medialny monitoring głosowania w obwodach oraz publicznego liczenia głosów, przeprowadzanego w okręgach.

To wszystko. Wszelkie głosy krytyki dotyczące opłakanych skutków dla Polski, jakie mogłoby przynieść zastosowanie ordynacji większościowej w ogóle, a jej angielskiej odmiany w szczególności, mają swoje źródło w głowach niewielkiej liczby oligarchów partyjnych i ich akolitów. To ONI nie są zainteresowani upodmiotowieniem społeczeństwa i odcięciem się od wyborczego dziedzictwa peerelu, które gwarantuje IM samo wybieranie się do sejmu.

4. Czy system wyborczy jednomandatowy jest lepszy lub gorszy od obecnego „wielomandatowego”? O tym notka nie mówi. A przecież nie da się ocenić zalet lub wad hipotetycznego rozwiązania dla Polski bez przyrównywania go do stosowanego dzisiaj proporcjonalnego wzorca. Inne postawienie sprawy jest po prostu nieuczciwe.

5. W notce jest kilka nieweryfikowalnych hipotez (dla Polski), jak np.:
a/ „skutecznie UTRUDNI (w domyśle: JOW) zwykłym, acz zainteresowanym ludziom dostanie się do Sejmu”,
b/ „obywatel w JOW-ie nie pokona kandydata partii, chyba, że jest…”.

6. Mamy za to opis nagannego istniejącego stanu rzeczy, jak np. budżetowaniu partii (u Anglików, którzy mają JOW ten proceder nie występuje) czy walce z korupcją.

7. Już prawie 2 dekady interesuję się – w ramach hobby – westminsterskim systemem wyborczym. Im jestem starszym człowiekiem, tym samo moje uzasadnienie, o jego lepszych zaletach nad obecnym post peerelowskim odpowiednikiem polskim, uzupełniam o dodatkową przesłankę. Oto mianowicie taką (używając słów G.K. Chestertona o Polsce*): „Moja instynktowna sympatia do JOW wzrasta pod wpływem ciągłych oskarżeń, miotanych przeciwko niemu — i rzec mogę — wyrobiłem sobie sąd o JOW na podstawie jego nieprzyjaciół”.

8. Postscriptum: dnia 31 lipca 2020 roku Sąd Okręgowy w Warszawie wydał Postanowienie o wpisaniu do ewidencji partii politycznych partii „K’15” – nr EwP413. W Internecie brak bliższych danych o „K’15”, np. o statucie itp.

 

*) https://www.salon24.pl/u/wbs/974103,anglik-o-polsce-sto-lat-temu

https://www.salon24.pl/u/myslec/1141696,kukiz-pis-bo-tutaj-jest-jak-jest

zdjęcie: archiwum jow

Co to jest konstytucja?

Okrągła, 230. rocznica Konstytucji 3 maja jest dobrą okazją do próby odpowiedzi na rzadko w dzisiaj zadawane pytania. Co to w ogóle jest konstytucja? Po co jest konstytucja? Jak ona powstaje? Anglosaskie słowniki definiują to pojęcie, jak zbiór zasad stanowiących o sposobie organizacji państwa politycznego i niezmiennie zwracają przy okazji uwagę, że nawet w państwach, które posiadają specjalną ustawę o nazwie konstytucja, istnieje zbiór historycznych praktyk, które mogą być uważane za mające status konstytucyjny.

Arystoteles używał greckiego słowa oznaczającego konstytucję (politeia) na określenie sposobu organizacji urzędów w polis (państwie). W tym czysto opisowym znaczeniu tego słowa, każde państwo ma konstytucję, niezależnie od tego, jak źle, niekonsekwentnie i chaotycznie się rządzi.

Osiemnastowieczni twórcy dwóch pierwszych w świecie spisanych konstytucji, Amerykanie i Polacy, nie mieli wątpliwości, po co im jest potrzebne wyliczenie praw konstytucyjnych w formie jednego dokumentu: do artykulacji podstawowych zasad ochrony wolności.

Do dzisiaj w USA używa się nazwy Karty Wolności (Charters of Freedom) na kolektywne określenie trzech dokumentów: Deklaracji Niepodległości, oryginalnego tekstu Konstytucji USA przed dodaniem poprawek i Karty Praw. Deklaracja Niepodległości wyraża ideały, które przyświecały mieszkańcom amerykańskich kolonii i powody separacji od Wielkiej Brytanii. Konstytucja opisuje sposób organizacji rządu federalnego Stanów Zjednoczonych. A Karta Praw (Bill of Rights) to pierwsze dziesięć poprawek do konstytucji, które precyzują prawa obywatelskie w relacji do instytucji państwa.

Konstytucja 3 maja, która miała charakter podobny do Konstytucji USA, od samego początku uzyskała status aktu niezwykłego. Dobrze nagłośnione są dzisiaj spory jej zwolenników i przeciwników, a na forach elektronicznych powtarzane są zarzuty o rzekomym zamachu stanu, który jakoby miał miejsce w Warszawie 3 maja 1791 roku. Mniej jest wiadomo o tym, że rozpoczynające swoje zjazdy w lutym 1792 roku sejmiki ziemskie na całym obszarze rozległej, choć już okrojonej przez pierwszy rozbiór wielonarodowej Rzeczypospolitej, masowo odniosły się do nowej ustawy rządowej. Z prawnego punktu widzenia nie musiały tego robić, ale Konstytucja 3 maja była ustawą zbyt rewolucyjną, żeby wolna brać szlachecka mogła ją pominąć. Ogólnonarodowa debata nad nią na sejmikach przekształciła się w coś w rodzaju referendum. Ponad 70% sejmików wypowiedziało się o niej pozytywnie, niektóre nie zajęły żadnego stanowiska. Sprzeciwu nie wyraził żaden sejmik, co zgodnie ze starą polską zasadą nemine contradicente, należy uznać za zgodę. To masowe poparcie prowincji dla Konstytucji 3 maja czyni dzisiejsze zarzuty o rzekomym zamachu stanu śmiesznymi.

Niestety, żadna z polskich konstytucji uchwalonych po odzyskaniu niepodległości, nawet w przybliżeniu nie spotkała się z takim zainteresowaniem jak ustawa majowa, nie mówiąc już o poparciu. Konstytucja marcowa, której setną rocznicę niedawno bardzo skromnie obchodziliśmy, odwoływała się wprawdzie do konstytucji majowej, ale od początku owiana była odium uległości wobec krótkoterminowych interesów politycznych zwalczających się wtedy stronnictw. O ile Konstytucja 3 maja głównie potwierdza istniejące od setek lat w Rzeczypospolitej prawa chroniące wolność i wymienia expresis verbis ich katalog poczynając od praw, statutów i przywilejów Kazimierza Wielkiego, a kończąc na reformach Zygmunta Augusta, to późniejsze konstytucje niczego takiego nie czyniły. Również i głośna dzisiaj zasada trójpodziału władz nie była w 1791 roku w Polsce niczym nowym. Władza wykonawcza, czyli administracja królewska, została w 1505 roku całkowicie oddzielona od władzy ustawodawczej, którą na mocy konstytucji Nihil Novi sprawował niepodzielnie Sejm. Władza sądownicza została oddzielona od administracji królewskiej pod koniec XVI wieku, poprzez powołanie w 1578 roku Trybunału Głównego Koronnego (Iudicium Ordinarium Generale Tribunalis Regni) w Lublinie, a 3 lata później – jego litewskiego odpowiednika Trybunału Głównego Wielkiego Księstwa Litewskiego z siedzibą w Wilnie. Monteskiusz spisywał swoją krótką rozprawę „O duchu praw” prawie 200 lat później.

W odróżnieniu od tej, pierwszej w Europie spisanej konstytucji, późniejsze polskie konstytucje miały i mają, łącznie z obecnie obowiązującą konstytucją III RP, charakter regulaminów, które wyskoczyły z głów mędrców, podobnie jak Atena wyskoczyła w pełnej, lśniącej zbroi z głowy Zeusa.

Podobny charakter mają pojawiające się tu i ówdzie nowe pomysły na reformy konstytucyjne. Szczególnie bezwartościowe są projekty konstytucji tworzone dziś przez polityków. Dają się one dobrze podsumować lapidarnym powiedzeniem z południa Polski: „Kozdy górol pise jako fce”.

W pracach nad nową konstytucją obecny musi być duch wolności, refleksja nad historią naszej kultury i dorobkiem stuleci. Debata powinna mieć charakter ogólnonarodowy. Taki cel przyświeca stowarzyszeniom i środowiskom już działającym na rzecz reform ustrojowych i szukającym dróg i form do działania wspólnego, np. Stowarzyszeniu JOW, Stowarzyszeniu Potomków Sejmu Wielkiego, Klubu Jagiellońskiego , Instytutu Staszica, licznym środowiskom samorządowym, Polskiemu Stowarzyszeniu Prawa Konstytucyjnego przy INP PAN, Fundacji Warsaw Enterprise Institute i innym.

3 maja 2021

Czas rozpocząć przygotowywania do Polexitu

Choć to jeszcze nie czas na opuszczenie przez Polskę Unii Europejskiej, to już czas zacząć przygotowania do przeprowadzenia Polexitu. Te przygotowania to przede wszystkim rozpoczęcie publicznej i w pełni otwartej debaty merytorycznej na ten temat. Tę debatę trzeba będzie wymusić na ocenzurowanych ideologicznie i politycznie mediach, tak rządowych, jak i pozarządowych. Choć bowiem Polexit nie musi stać się koniecznością, to trzeba się przygotować na najgorsze scenariusze wydarzeń międzynarodowych. Takim scenariuszem jest narastająca hegemonia polityczna Niemiec, z ich dążeniem to stworzenia sfederalizowanej Unii, przy pozbawieniu państw narodowych ich kluczowej suwerenności, a dla ich ekonomicznej eksploatacji. Forsowanie neutralności klimatycznej i transformacji energetycznej Unii przy wykorzystaniu szoku pandemii koronowirusa w postaci Funduszu Odbudowy, to kolejny dowód na wciąganie narodowych państw w pułapkę federalizacji.

Hegemonia polityczna Niemiec a strefa euro

Narastająca hegemonia polityczna Niemiec, to zasadniczo pochodna wprowadzenia wspólnej waluty euro. Niemcy dzięki wspólnej walucie euro uzyskały od 2000 roku corocznie stale rosnącą i olbrzymią nadwyżkę w bilansie płatniczym, która w 2011 roku wyniosła 164,6 mld euro, w 2012 roku 193,6 mld euro, w 2013 roku 190 mld euro, w 2014 roku 212,9 mld euro a w 2015 roku aż 257 mld euro. Rola wspólnej waluty polega tu na tym, iż przewaga gospodarczo-technologiczna Niemiec, czyni niemiecki eksport przemysłowy, do krajów strefy euro niezwykle konkurencyjnym. Towary niemieckie są tam ekonomicznie bezkonkurencyjne. Kraje te bowiem nie mogą bronić swego bilansu handlu zagranicznego i bilansu płatniczego potanieniem własnej waluty, a więc i potanieniem swoich produktów, gdyż tej waluty nie posiadają, zaś siła euro oparta jest o siłę niemieckiej gospodarki. Niemcy to największy na świecie eksporter finalnych produktów przemysłowych. Niemiecki eksport, którego ponad 40% trafia na rynki unijne, mógł więc uzyskać niezwykle silną przewagę konkurencyjną na rynkach wewnętrznych krajów strefy euro.

Zgodnie zaś z prawem tożsamości finansów narodowych brytyjskiego ekonomisty Wynne Godley’a, pokazującym ścisłą zależność matematyczną pomiędzy bilansem płatniczym państwa, a zadłużeniem sektora publicznego i prywatnego sektora krajowego, bilans krajowego sektora publicznego + bilans krajowego sektora prywatnego + bilans sektora zagranicznego = 0. To oznacza, że jeśli kraje takie jak Grecja, Portugalia,
Hiszpania czy Włochy, acz od kilku lat również Francja, mają tak ogromne deficyty bilansów krajowych sektorów publicznych, to muszą być one równoważone ogromnymi nadwyżkami bilansowymi sektora zagranicznego lub/i krajowego sektora prywatnego. Ponieważ krajowe sektory prywatne nie mają tak wielkich nadwyżek i są często również mniej lub bardziej zadłużone, to nadwyżki muszą mieć sektory zagraniczne. A nadwyżka dla sektora zagranicznego oznacza deficyt bilansu handlowego i płatniczego we własnym kraju. I to one są głównym źródłem olbrzymich deficytów sektorów publicznych. Zatem tym głównym źródłem jest deficyt bilansu płatniczego państwa i stojący za nim deficyt handlu zagranicznego.

Niemcy pustoszą ekonomicznie państwa strefy euro

Mówiąc w uproszczeniu, to olbrzymie nadwyżki eksportowe Niemiec są dzięki wspólnej walucie euro głównym powodem olbrzymich deficytów rządowych i długów publicznych Grecji, Portugalii, Hiszpanii czy Włoch, acz w przyszłości również i Francji. A mówiąc jeszcze inaczej, to nie zła polityka fiskalna, a szerzej finansowa ich rządów jest przyczyną góry długów publicznych. Tą przyczyną są ich deficyty w handlu zagranicznym, a ich źródłem jest wspólna waluta euro.

Równolegle Traktat Lizboński, odebrał wszystkim państwom Unii Europejskiej wewnętrzną suwerenność walutową. Artykuł 123 tego Traktatu, zakazuje rządom zaciągania kredytów w swoich własnych bankach centralnych, co zmusza je do zaciągania kredytów w bankach prywatnych. Prywatny sektor bankowy zapewnił sobie dzięki zapisowi tego artykułu stałe i bezpieczne źródło olbrzymich dochodów rentierskich.

W konsekwencji większość państw Unii Europejska znalazła się w pułapce, z której nie ma racjonalnego wyjścia w ramach unijnego systemu finansowego. Coraz szybciej narastające zadłużenie słabszych gospodarczo państw strefy euro, tworzy konieczność coraz większych kredytów z prywatnego sektora bankowego, zwykle krajów silniejszych gospodarczo. A niewypłacalność tych słabszych państw, oznaczałaby masowe bankructwa w sektorze bankowym krajów najsilniejszych. Jest to główną przyczyną narastania coraz większego chaosu w Unii Europejskiej, która w obecnej postaci również politycznej, jest w dłuższym okresie czasu nie do utrzymania, a przynajmniej wyjątkowo trudna do utrzymania.

Jedynie bowiem państwa dysponujące nadwyżkami w bilansie płatniczym, a nade wszystko i przede wszystkim Niemcy, zapewniają sobie dzięki tym nadwyżkom bezpieczeństwo finansowe zarówno sektora prywatnego, jak i publicznego. Nadwyżka w bilansie płatniczym jest bowiem w swej finansowej istocie formą międzynarodowej bezzwrotnej dotacji do finansów narodowych.

I dopiero w tym kontekście staje się jasne, iż Niemcy stały się beneficjentem wyniszczającym gospodarczo i finansowo większość unijnych krajów strefy euro. Niemcy wyniszczają te słabsze gospodarczo i technologicznie kraje, przechwytując dzięki wspólnej walucie euro ich potencjalne nadwyżki ekonomiczne w postaci ich ujemnych bilansów płatniczych, co ostatecznie prowadzi do narastania ich deficytów w bilansach przede wszystkim publicznych. Te deficyty są pokrywane kredytami prywatnych banków europejskich, co tworzy sytuację narastającej spirali zadłużenia publicznego, coraz trudniejszego do spłacania. Dzięki tym prawidłowościom Unia będzie się stawać coraz bardziej strefą zamierającej gospodarki.

Strefa euro jako podstawa niemieckiej supermocarstwowości

Nie dotyczy to wszakże Niemiec, które dzięki olbrzymiej i stałej corocznej nadwyżce w bilansie płatniczym, mogą mieć zarówno zrównoważony bilans sektora publicznego, jak i silnie rosnący dodatni bilans sektora prywatnego, w postaci rosnących nadwyżek finansowych swych przedsiębiorstw, acz również gospodarstw domowych. Niemcy stały się pasożytniczym hegemonem gospodarczym i finansowym strefy euro, drenującym nadwyżki płatnicze słabszych krajów tej strefy i przekształcających je w swoją ogromną nadwyżkę w bilansie płatniczym. Ta nadwyżka pozwala na olbrzymie inwestycje w sektorze publicznym bez jego deficytu, przy równoczesnych inwestycjach w sektorze prywatnym i znaczących nadwyżkach finansowych gospodarstw domowych. Dzięki temu Niemcy uzyskały możliwość zbudowania w ciągu najbliższej dekady pozycji światowego supermocarstwa gospodarczego i jednego z trzech równorzędnych centrów światowej gospodarki, obok USA i Chin. Tym samym to Unia Europejska i strefa euro umożliwia Niemcom pretendowanie do tej roli światowego supermocarstwa.

Dla zagwarantowania swej rosnącej hegemonii gospodarczej i możliwości eksploatacji ekonomicznej krajów europejskich, Niemcy rozpoczęły budowę swej hegemonii politycznej w Unii Europejskiej. Ich coraz bardziej jasno deklarowanym celem politycznym jest przekształcenie Unii Europejskiej w unię polityczną sfederalizowanych państw pod niemieckim zwierzchnictwem politycznym, w formie politycznego nadzoru unijnych struktur Brukseli. „Potrzebujemy więcej Europy – mówiła nieopatrznie w 2012 roku niemiecka kanclerz Angela Merkel – Nie tylko unii walutowej, ale także fiskalnej. A przede wszystkim potrzebujemy unii politycznej. Krok po kroku musimy przekazywać więcej kompetencji Europie i dawać jej więcej narzędzi kontroli.” Jest to jasna wizja ścisłego podporządkowania unijnych państw narodowych strukturom instytucjonalnym Unii, które już w chwili obecnej są tylko narzędziami w rękach Berlina.

Niemcy będą więc tworzyć sytuację stale kryzysową politycznie w samej Unii, dążąc wbrew narodowym interesom suwerennych państw do zasadniczego ograniczania ich suwerenności, aż po ograniczanie niepodległości ich narodowych społeczeństw. Jest to warunek konieczny dla budowy ich statusu mocarstwowego, a przynajmniej wzmocnienia hegemonii geopolitycznej. Polska znalazła się obiektywnie w strategicznym konflikcie swych narodowych i państwowych interesów z Niemcami.

Należy więc budować koalicję państw opowiadających się przeciwko rozszerzaniu niemieckiej hegemonii politycznej. Natomiast w przypadku, gdyby ta walka polityczna została przegrana i Unia Europejska została przekształcona unię polityczną pod przewodnictwem Niemiec, należy podjąć decyzję o opuszczeniu przez Polskę Unii. Należy podjąć decyzję o Polexicie.

Niemiecka taktyka federalizacji Unii

Niemiecka polityka przekształcania Unii w sfederalizowaną unię polityczną państw pod zwierzchnictwem Niemiec za pośrednictwem struktur Brukseli, jest polityką małych kroków; czyli „krok po kroku”, jak to ujęła kanclerz A. Merkel. I obecna pandemia koronawirusa stała się okazją do kolejnego kroku. Jak słusznie zauważyli politycy Solidarnej Polski, powołanie wspólnego po-pandemicznego Funduszu Odbudowy, to federalizacyjna pułapka.

Jest to pułapka podwójna. Po pierwsze dojdzie, dzięki wspólnemu Funduszowi, do uwspólnotowienia, czyli federalizacji długu, w którym uczestniczą wszystkie kraje. Z tych dłużniczych zobowiązań nie sposób się jest potem wyplatać, podlegając de iure kontroli Brukseli, a de facto Niemiec. Zadłużenie finansowe jest bowiem instrumentem współczesnej agresji ekonomicznej, której zawsze ostatecznym celem jest eksploatacja ekonomiczna kraju zadłużonego. Przykład zadłużonej Grecji, którą pozbawiono wręcz całkowicie suwerenności państwowej na rzecz de facto Niemiec, choć formalnie Komisji Europejskiej, Europejskiego Banku Centralnego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego, jest drastycznym na to dowodem. Grecja jest zmuszana przez Niemcy do wyprzedaży swej infrastruktury portów, lotnisk i wodociągów, obniżki emerytur, a nawet sprzedaży swych wysp. Tak wygląda współczesna niemiecka okupacja.

Po drugie zaś, Fundusz powiązano, nie wiadomo dlaczego, choć tak naprawdę wiadomo, z finansowaniem tzw. transformacji energetycznej, w postaci likwidacji wytwarzania taniej energii elektrycznej nade wszystko z węgla, na rzecz drogich odnawialnych źródeł energii czyli głównie Słońca i wiatru. Oznacza to kilkakrotny wzrost cen energii elektrycznej w perspektywie zaledwie 10 lat.. Będzie to oznaczać pozbawienie takich krajów jak Polska całkowitej gospodarczej konkurencyjności, a nade wszystko ich przemysłów w stosunku do przemysłu niemieckiego. Ta konkurencyjność bowiem, przy niższej wydajności pracy, była i jest gwarantowana taniością energii elektrycznej produkowanej z węgla dla gospodarki i gospodarstw domowych. To po to wprowadzono unijne opłaty za uprawnienia do emisji CO2, aby tę konkurencyjność stopniowo likwidować.

Polska zadłuży się więc po to, aby ostatecznie zlikwidować swoją konkurencyjność gospodarczą, a długofalowo pozbawić się całkowicie bezpieczeństwa energetycznego w postaci likwidacji górnictwa węglowego, co zapowiedział rząd Mateusza Morawieckiego. Sam zaś premier M. Morawiecki podpisał w grudniu 2020 roku na unijnym szczycie zgodę na redukcję do 2030 roku emisji CO2 o 55% w stosunku do roku 1990, zamiast pierwotnych 45%. To, że było to zrobione wręcz ukradkiem wobec polskiej opinii publicznej świadczy, że premier, a przynajmniej jego otoczenie mieli świadomość działania na szkodę Polski. A to w Kodeksie Karnym w art. 129 nazywa się „zdradą dyplomatyczną”. Rząd PiS i jego premier okazali się więc co najmniej równie kompradorscy, jak i wszystkie postsolidarnościowe oraz postkomunistyczne rządy po 1989 roku.

Niemcy chcą budować swoją mocarstwowość gospodarczą i polityczną na eksploatacji ekonomicznej gospodarek słabszych, takich jak Polska. Aż po ich ruinę. Forsowanie więc przez Unię, a de facto Niemcy, tzw. neutralności klimatycznej jest wystarczającym powodem do Polexitu. A co najmniej rozpoczęciem do tego pełnych przygotowań.
Likwidacja dominacji politycznej rodzimych kompradorów politycznych

Warunkiem niezbędnym przygotowań do Polexitu jest wszakże rozpoczęcie usuwania dominacji kompradorskich grup politycznych, które są wewnętrznymi sojusznikami niemieckiej polityki federalizacji. Są wręcz agresorem wewnętrznym.

Kompradorami, od portugalskiego słowa „compradore”, nazywano pierwotnie kupców tubylczych na terenach Azji Południowo-Wschodniej, które podlegały ukrytej i jawnej kolonizacji gospodarczej i politycznej. Byli oni pośrednikami w kolonizującym handlu pomiędzy tymi terenami a zachodnimi metropoliami, które kolonizację prowadziły. Faktycznie pełnili oni rolę agentów handlowych tych metropolii. W naukach społecznych przyjęła się nazwa „burżuazja kompradorska” na określenie tubylczej burżuazji handlowej krajów kolonizowanych, która pośredniczyła w eksploatacji gospodarczej kolonii przez metropolie. Współcześnie określam tak te rodzime grupy i środowiska społeczne, które pośredniczą w eksploatacji ekonomicznej i politycznym podporządkowywaniu własnego kraju przez zagraniczne centra polityczne i gospodarcze, działając na ich rzecz.

Taką właśnie kompradorską rolę pełniły i pełnią grupy władzy politycznej III RP, od jej okrągłostołowych narodzin. Zarówno te postsolidarnościowe, jak i te postpeerelowskie. Te kompradorskie grupy polityczne, czy też kompradorzy polityczni, pełniły i pełnią faktyczną rolę przedstawicieli na Polskę zagranicznych centrów politycznych i gospodarczych, od Berlina i Waszyngtonu poczynając, a na Brukseli kończąc. Pośredniczą one, choć w różnym stopniu i zakresie, w eksploatacji ekonomicznej i podporządkowywaniu politycznemu własnego kraju zagranicznym centrom politycznym i gospodarczym. Dla rodzimych kompradorów politycznych stopniowe ograniczanie suwerenności Polski na rzecz Niemiec nie jest żadnym zagrożeniem. Wynika to nie tylko z politycznych interesów i politycznych zależności, lecz i z faktu postkolonialnego braku ideowej tożsamości narodowej, co jest historycznym spadkiem po komunizmie.

Warunkiem pełnego odsunięcia od władzy w państwie kompradorskich grup politycznych, jest likwidacja ustroju politycznego partyjnej oligarchii wyborczej opartego na proporcjonalnej ordynacji wyborczej do Sejmu. To dzięki głosowaniu na wyborcze listy partyjne tworzone przez partyjne oligarchie, następuje samoreprodukcja kompradorskich grup władzy, wyniesionych pierwotnie na scenę polityczną tzw. okrągłym stołem. Likwidacja tej samoreprodukcji to wprowadzenie systemu wyborczego, w którym wszyscy uprawnieni obywatele mają pełną swobodę kandydowania, tak jak w wyborach w systemach opartych o jednomandatowe okręgi wyborcze w Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych, Kanadzie czy Francji.

Ale tu trzeba czekać na sprzyjający splot okoliczności politycznych, których nie sposób przewidzieć. Kompradorskie grupy polityczne, podobnie jak i zdecydowana większość kompradorskiego establishmentu medialnego, kulturalnego i naukowego, mają pełną świadomość faktu, iż dzięki zmianie ordynacji wyborczej do Sejmu skończą na polskim śmietniku historii. I robią wszystko oraz zrobią wszystko, aby tam się nie znaleźć. Przy całkowitej zmowie milczenia na ten temat i całkowitej eliminacji z życia publicznego tych, którzy do tego dążą.

Przygotowaniom do Polexitu, acz również piętrzeniu się trudności w niemieckiej federalizacji Unii i jej kryzysowi politycznemu, sprzyjać będzie narastający światowy chaos gospodarczy, polityczny i kulturowy. Coraz więcej bowiem wskazuje, iż śmiała hipoteza nieżyjącego już Immanuela Wallersteina sprzed ponad 20. lat o strukturalnym kryzysie systemu światowego, czyli „końcu świata jaki znamy”, urzeczywistnia się. A w tym narastającym chaosie wystarczy niewielka siła machnięcia skrzydełkami motyla, aby z upływem czasu wywołać huragan na drugiej półkuli. Trzeba się więc nie tylko liczyć z „efektem motyla”, ale i w roli politycznego motyla stale świadomie występować,

28 marca 2021

Węglowy obłęd i jego alternatywa

Tezą wyjściową mojego artykułu jest twierdzenie, iż w latach 1989-2004 polskie górnictwo węgla kamiennego było celowo i w sposób zaplanowany systemowo niszczone ekonomicznie i technicznie, natomiast po 2004 roku trwa jego cicha samolikwidacja. Ten proces samozniszczenia był fragmentem większej całości. Tą całością była szokowa transformacja polskiej gospodarki i jej destrukcyjna peryferyzacja w formule neokolonialnej.

Aby te procesy samozniszczenia i drenażu ekonomicznego ostatecznie zatrzymać i odwrócić ich skutki, trzeba dokonać wszakże fundamentalnej zmiany całej polskiej polityki. Trzeba bowiem zatrzymać i odwrócić większą całość, od gospodarki i państwa poczynając. To jest teza wtórna.

Likwidacja eksportu polskiego węgla jako cel restrukturyzacji górnictwa

Celowe niszczenie polskiego węgla, realizowane oficjalną polityką kolejnych rządów, dokonywało się w ramach polityki tzw. restrukturyzacji górnictwa węgla kamiennego. Publicznie deklarowanym celem tej „restrukturyzacji” miało być dostosowanie górnictwa do warunków gospodarki rynkowej. Rzeczywistym zaś jej celem było zniszczenie ekonomiczne i techniczne zdolności wydobywczych górnictwa, tak aby
Polska z wielkiego światowego eksportera węgla, stała się jego importerem netto. Tym rzeczywistym bowiem, a ukrywanym celem było wyeliminowanie Polski, jako wielkiego eksportera węgla kamiennego, z rynków światowych, a nade wszystko z rynku europejskiego. Było to robione w interesie ówczesnych głównych konkurentów polskiego węgla na rynkach międzynarodowych, czyli przede wszystkim USA, Australii, Kanady i Republiki Południowej Afryki.

Był to program restrukturyzacji opracowany i kontrolowany w jego realizacji przez Bank Światowy w Waszyngtonie. Bank zaś realizował tu politykę rządów Stanów Zjednoczonych, starających się stale kontrolować podaż światowych surowców energetycznych. Program tej niszczącej restrukturyzacji był realizowany przez kolejne polskie rządy w latach 1989-2004, zarówno postsolidarnościowe, jak i postkomunistyczne.

Prawda o tej restrukturyzacji do tej pory była i jest bezwzględnie ukrywana przed polską opinią publiczną. Przez ponad 30 lat krajowy system medialny i polityczny bardzo skutecznie dezinformowały i manipulowały polską opinią publiczną w tej kwestii. Zamykanie kopalń węgla kamiennego, likwidacja wydobycia węgla i zwalnianie z pracy górników, było stale propagowanym celem w nieustannej i agresywnej przez te lata medialnej i politycznej kampanii propagandowej. To zamykanie, likwidacja i zwalnianie, było nieustannie uzasadnianie ekonomiczną nierentownością wydobycia węgla w Polsce. Ta nierentowność zaś miała wynikać ze strat finansowych kopalń i okresowo wręcz lawinowo narastającego zadłużenia tak całego górnictwa, jak i wyodrębnionych grup kopalń i poszczególnych kopalń węgla kamiennego. Przyczyny strat finansowych i długów nie podlegały wszakże jakiejkolwiek publicznej analizie i były utożsamiane z obiektywną ekonomicznie nierentownością kopalń. Co więcej, te przyczyny były świadomie ukrywane i zatajane przed opinia publiczną, a jako dezinformującego kłamstwa używano w kampanii propagandowej celowego określenia o „trwałej nierentowności kopalń”.

Rzeczywistymi przyczynami strat finansowych kopalń było celowe sterowanie cenami zbytu węgla poniżej kosztów jego wydobycia. Gdy w 1990 roku uwolniono większość cen, ceny węgla była ustalone administracyjnie na poziome poniżej kosztów wydobycia, jako tzw. kotwica inflacji. I tak w całym 1990 roku średni koszt wydobycia 1 tony węgla wynosił według ówczesnego kursu dolara 20 USD, a średnia cena węgla eksportowanego z Polski 50 USD. Kopalnie zaś zostały zmuszone do sprzedawania węgla po ustalanej administracyjnie średniej cenie 12 USD. Po zniesieniu urzędowych cen administracyjnych, wprowadzono ceny kontrolowane przez Izby Skarbowe. Następnie zaś od lipca 1992 roku ceny zbytu węgla dla potrzeb zawodowej energetyki były określane przez faktyczny dyktat monopolistyczny państwowego sektora energetycznego, a faktycznie ustalane przez Ministerstwo Przemysłu i Handlu. Były to ceny celowo zaniżone nawet w porównaniu z ceną parytetową węgla, po jakiej sprowadzano by go do Polski, gdyby zaprzestano krajowego wydobycia. Dla przykładu; w 1997 roku ustalono cenę 32 USD za tonę węgla energetycznego, mimo iż węgiel importowany musiałby kosztować minimum 35 USD, a i tak w ciągu roku zmuszono spółki węglowe do sprzedaży węgla po 27 USD. A parytet importowy węgla energetycznego na rok 1997 wyliczony został trzema różnymi metodami na 48,28 USD/t, 45,72 USD/t i 43/97 USD/t. Równocześnie od 1990 roku stale ograniczano administracyjnie wysoce opłacalny eksport węgla.

W 1990 roku uruchomiono proces spiralnego zadłużania kopalń, aż po stan katastrofy finansowej całego górnictwa od połowy lat 90. Polityka sterowania cenami zbytu węgla poniżej kosztów ich wydobycia doprowadziła do sytuacji, gdy obiektywnie wysoce rentowny ekonomicznie podsektor węgla kamiennego stał się formalnie nierentowny finansowo, stale powiększając wielkie zadłużenie. Ruszyła bowiem „kula śnieżna” zadłużenia górnictwa; od 450 mln zł (4,5 bln starych zł) w grudniu 1990 roku, po 13 mld nowych zł w 1998 i ponad 23 mld zł w 2002 roku.

Fizyczne niszczenie infrastruktury wydobywczej kopalń i jego konsekwencje

Kluczowy dla niszczenia górnictwa okazał się tzw. plan Karbownika-Steinhoffa, z okresu postsolidarnościowego rządu premiera Jerzego Buzka w latach 1997-2011. W ramach tego planu zlikwidowano ostatecznie 24 kopalnie węgla i zmniejszono wydobycie o 32 mln ton. Z górnictwa odeszło łącznie blisko 100 tys. pracowników, w tym około 37 tys. zwolniło się w zamian za odprawy w wysokości 44 tys. zł w 1998 roku i 50 tys. zł w 1999 roku. Mimo tego, zadłużenie górnictwa wzrosło między 1997 a 2001 rokiem blisko dwukrotnie, osiągając na koniec 2000 roku 22,9 mld zł.

Człowiekiem, który jako pierwszy publicznie sformułował twierdzenie i przez następne kilkanaście lat konsekwentnie je głosił, że rzeczywistym celem „reformy polskiego górnictwa” jest likwidacja jego zdolności wydobywczych, po to aby Polska przestała być światowym eksporterem węgla, był od 1989 roku doc. dr Gabriel Kraus, ówczesny pracownik naukowy Śląskiego Instytutu Naukowego w Katowicach. G. Kraus opracował przy tym kluczową argumentację naukową obalającą tezę o nierentowności polskich kopalń. Sformułował również pozytywny program alternatywny. Synteza jego analiz znalazła się w „Memoriale w sprawie uzdrowienia polskiego górnictwa węgla kamiennego”, przedstawionym w styczniu 1998 roku na Ogólnopolskim Forum Dyskusyjnym w Katowicach poświęconym przyszłości górnictwa, a zorganizowanym m.in. przez Polskie Lobby Przemysłowe.

Zamykanie kopalń było fizycznym niszczeniem ich technicznej infrastruktury wydobywczej, w postaci niszczenia szybów wydobywczych, chodników i przekopów przez ich zamulanie i zasypywanie, aż po wysadzanie materiałami wybuchowymi szybów, jak w przypadku kopalni „Morcinek” w Kaczycach. Istotą tego „ograniczanie wydobycia” było bowiem fizyczne likwidowanie dostępu do udostępnionych złóż. Chodziło o uniemożliwienie powrotu do wydobycia w późniejszym okresie.

To niszczenie było przy tym przedstawiane publicznie jako bezalternatywna oczywistość, bez dopuszczania do informowania opinii publicznej o istnieniu alternatywnej metody zamykania kopalń, w postaci ich okresowego „usypiania” wydobywczego, poprzez ich czasowe zatapianie. Tę metodę zastosowano przy zamykaniu kopalń brytyjskich w latach 80. i 90. XX wieku i w Polsce w latach 30. XX wieku, gdy w ten sposób okresowo zamknięto kopalnię „Mortimer” w Sosnowcu.

Niespodziewanie dla całego procesu likwidacyjnej restrukturyzacji polskiego górnictwa, w przeciągu zaledwie kilku miesięcy od końca 2003 roku, doszło ostatecznie do olbrzymiego skoku światowych cen węgla. I to światowo trwałego. W okresie od sierpnia 2003 roku do kwietnia 2004 roku światowe ceny węgla energetycznego wzrosły o 63 proc. do poziomu przedziału 61-71 USD za tonę, zaś węgiel koksowy osiągał cenę 110-120 dolarów za tonę, odnotowując najwyższy poziom od lat 80. Ówczesny rząd rozpoczął powoli i dyskretnie wycofywać się w 2004 roku z planów likwidacji wydobycia i zamykania kopalń.

W konsekwencji fizycznego niszczenia infrastruktury wydobywczej polskie górnictwo nie było w stanie zwiększyć wydobycia i eksportu węgla od jesieni 2003 roku, gdy ceny światowe skokowo wzrosły rzędu nawet stu kilkudziesięciu procent, tracąc bezpowrotnie olbrzymie możliwości akumulacji ekonomicznej, idące w setki milionów dolarów rocznie.

Drenaż akumulacji ekonomicznej górnictwa i jego straty finansowe

Bezpośredni drenaż akumulacji ekonomicznej górnictwa sięgnął do 2004 roku kwoty kilkudziesięciu miliardów złotych. Jak oszacowali eksperci Górniczej Izby Przemysłowo-Handlowej w Katowicach w latach 1990-1997 straty branży górniczej, tylko z powodu jednego czynnika w postaci ustalania cen węgla poniżej poziomu inflacji, przekroczyły 20 mld zł. Rząd wielkości zaś strat bezpośrednich i pośrednich należy szacować na kilkaset mld zł. Kwota kilkuset miliardów strat z tytułu likwidacyjnej restrukturyzacji nie jest kwotą przeszacowaną. W samej tylko jednej zlikwidowanej kopalni „Dębieńsko” pozostawiono udostępnione i możliwe do wydobycia 190 mln ton węgla koksującego. Przy cenie 300 zł i więcej za tonę tego węgla osiąganej w eksporcie od roku 2004, wartość pozostawionego w złożach tego węgla to kwota około 57 mld zł.

W roku 2008 Polska stała się ostatecznie importerem węgla netto, sprowadzając go głównie z Rosji. Było to wynikiem stałego ograniczania mocy wydobywczych polskiego górnictwa i spadku wydobycia węgla. Polska stała się ostatecznie importerem węgla netto w 2008 roku, ponieważ likwidacyjna restrukturyzacja w latach 1989-2004 pozbawiła polskie górnictwo wystarczających mocy wydobywczych, aby zaspokoić popyt krajowy. Od 2013 roku zaś polski węgiel był wypychany z rynków eksportowych ze względu na swe wysokie ceny. W 2014 roku sprzedaż węgla na eksport spadła z tego powodu o 30 proc., przy równoczesnym dużym napływie do Polski droższego węgla z importu, głównie z Rosji. Sprowadzanie droższego węgla z zagranicy, przy okresowych brakach możliwości zbytu węgla polskiego, świadczy o głębokiej korupcji w całym sektorze paliwowo-energetycznym.

Gdyby nie ten planowy proces niszczenia, górnictwo węglowe w Polsce okresu 1989-2004 i lat następnych, byłoby wysoce rentowną i przynoszącą stałe zyski branżą, z kilkudziesięciomiliardową akumulacją finansową. Od roku zaś 2004, po skokowym wzroście cen światowych węgla, istniałaby realna szansa zasadniczego zwiększania wydobycia i eksportu oraz uzyskiwania zwielokrotnionych zysków eksportowych. Dysponując wielomiliardowymi rezerwami finansowymi rządu 40-50 mld zł, górnictwo byłoby też w latach następnych odporne na wahania koniunktury światowej oraz spadki światowych cen i popytu na węgiel.

Likwidacyjna restrukturyzacja górnictwa węglowego w Polsce jest fenomenem na skalę światową. Ukazuje ona procesy sterowania światowymi procesami gospodarczymi przez światowe centra polityczne i kapitałowe na czele ze Stanami Zjednoczonymi, w relacjach z krajami speryferyzowanymi. Jest również fenomenem na skalę światową, gdyż odsłania ona możliwości ukrytego sterowania przez kompradorskie grupy władzy politycznej procesami społecznymi i ekonomicznymi w kraju takim jak Polska i to w perspektywie 30 lat. Odsłania skuteczność utrzymywaniem w nieświadomości co do celów tych procesów opinii publicznej i skuteczność publicznych kłamstw w długofalowym manipulowaniu opinią publiczną przez państwo i jego system medialny.

Zapowiedź całkowitej likwidacji wydobycia polskiego węgla

Po roku 2004 proces likwidacji polskiego górnictwa toczył się już przy bierności kolejnych rządów samoczynnie. Wydrenowane z akumulacji ekonomicznej i wyniszczone technicznie górnictwo kontynuowało samoczynnie swój upadek, ograniczając corocznie wydobycie, przy stałym zwiększaniu importu węgla. Kolejne rządy nie były w stanie sformułować, a ni tym bardziej zrealizować programu odbudowy mocy wydobywczych polskiego górnictwa węglowego.

We wrześniu zaś 2020 roku rząd polski niespodziewanie oficjalnie zapowiedział zaprzestanie wydobycia węgla i zamknięcie wszystkich polskich kopalń w perspektywie góra 30 lat. Rząd Mateusza Morawickiego ujawnił rzeczywiste, a skrzętnie ukrywane przez 5 lat cele i intencje swej polityki energetycznej. Jej długofalowym celem jest całkowita likwidacja polskiego górnictwa węglowego. Co przy tym istotne, decyzja ta spotkała się z milczącą akceptacją wszystkich parlamentarnych ugrupowań politycznych oraz środowisk naukowych i opiniotwórczych, tak na Śląsku, jak i w kraju.

Rząd M. Morawieckiego zaakceptował bowiem w pełni politykę klimatyczną Unii Europejskiej, która zakłada całkowitą likwidację wydobycia polskiego węgla. Ta decyzja polskiego rządu jest rzeczą bez precedensu w historii gospodarczej świata, gdyż jest zamachem na bezpieczeństwo energetyczne Polski, ponieważ pozbawia ją własnych źródeł energii i niszczy jej samowystarczalność energetyczną. Podważa jej zasadnicze bezpieczeństwo energetyczne. To perspektywiczne bezpieczeństwo energetyczne jest równie ważne jak bezpieczeństwo militarne. Gwarantuje bowiem podstawy bezpieczeństwa ekonomicznego rodzimej produkcji przemysłowej i rolniczej. Jest gwarancją biologicznego bezpieczeństwa polskiego narodu.

Z perspektywy zaś możliwości podziemnej gazyfikacji węgla i to w ciągu góra dwóch dekad, ta decyzja jest samobójcza wręcz historycznie, gdyż może przekreślić historyczne i cywilizacyjne szanse Polski i polskiego społeczeństwa narodowego na gigantyczny skok w ekonomicznym poziomie życia i pracy. A intensywne prace nad podziemnym zgazowaniem węgla na skalę przemysłową trwają w Australii, Chinach, Anglii i USA.

Aby uświadomić sobie znaczenie obecne i przyszłe węgla kamiennego w polskiej gospodarce, trzeba nade wszystko wyciągnąć wnioski z podstawowych faktów. Te podstawowe fakty są bowiem celowo ukrywane w dyskursie publicznym o polskim górnictwie węglowym.

Pierwszym faktem o fundamentalnym znaczeniu jest to, iż Polska ma 85% zasobów węgla kamiennego krajów Unii Europejskiej. Węgiel kamienny jest naszym najcenniejszym bogactwem mineralnym i posiadamy go w ilości zapewniającej nam, przy obecnej technologii, stabilne bezpieczeństwo energetyczne i konkurencyjność energetyczną przemysłu na co najmniej pół wieku.

Drugim faktem o fundamentalnym znaczeniu jest to, iż energia elektryczna produkowana z węgla kamiennego (i brunatnego) jest najtańszą energią w skali światowej. I jest w swej taniości światowo bezkonkurencyjna, mimo administracyjnych i politycznych działań na rzecz jej podrożenia, a potanienia energii odnawialnej. Produkcja węgla na świecie wzrosła od lat 90. XX wieku z 4,7 mld do około 8 mld ton w 2018 roku. Stale rosła też do 2019 roku podaż energii elektrycznej produkowanej z węgla.

Trzecim zaś faktem o fundamentalnym znaczeniu jest to, że polityka klimatyczna zmierzająca do likwidacji spalania węgla, jako źródła energii, jest oparta na globalnym kłamstwie o wpływie człowieka na ocieplenie klimatu dzięki emisji dwutlenku węgla. Z zasadniczą argumentacją naukową przeciw tezom propagujących globalne oszustwo klimatyczne kolejnych raportów IPCC, powstałego w 1986 roku organu ONZ, wystąpił w 2007 roku Pozarządowy Międzynarodowy Zespół ds. Zmiany Klimatu (NIPCC), z międzynarodowym składem naukowców pod kierunkiem jednego z najbardziej wybitnych naukowców w USA, profesora nauk środowiskowych dr S. Freda Singera, który m.in. był w latach 80. wiceprzewodniczącym Narodowego Komitetu Doradczego ds. Oceanów i Atmosfery USA. Polskę reprezentował w nim zmarły już prof. Zbigniew Jaworowski. W 2008 roku NIPCC opublikował swój raport „Przyroda, a nie aktywność człowieka rządzi klimatem”. NIPCC zarzucił IPCC, iż jest zaprogramowane na celowe tworzenie raportów, by wspierać tezę o antropologicznym ociepleniu i kontroli gazów cieplarnianych. Główną zaś tezą raportu NIPCC jest natomiast opozycyjne twierdzenie, że to przyrodnicze przyczyny są najprawdopodobniej dominującą przyczyną współczesnego ocieplenia: „Nie mówimy, że antropogeniczne gazy cieplarniane (…) nie mogą wytwarzać jakiegoś ocieplenia. Nasza konkluzja brzmi, iż dowody wskazują, że nie grają one znaczącej roli.” Groteska zaś strategii neutralności klimatycznej UE tkwi choćby tylko w tym, że człowiek odpowiada zaledwie za emisję 4,7% CO2, zaś kraje UE łącznie za emisję 11% całej emisji człowieka, a więc w istocie chodzi o strategię ograniczenia emisji o pół procenta (0,517%) w skali świata. To nie może mieć jakiegokolwiek wpływu na światową emisję gazów cieplarnianych.

Odbudowa potencjału wydobywczego górnictwa i jego ekonomiczne perspektywy

Program alternatywny dla polskiego górnictwa może być sformułowany wyłącznie tylko jako fragment narodowej alternatywy rozwoju Polski. Tak też został przeze mnie sformułowany. Jest zbudowany w perspektywie oddolnej: od założeń odbudowy potencjału wydobywczego górnictwa, przez założenia nowej narodowej polityki przemysłowej i zmianę gospodarczej roli państwa, poprzez przebudowę polskiego systemu finansowego ze zmianą funkcji banku centralnego, aż po budowę narodowego państwa obywatelskiej demokracji wraz z wymianą grup przywódczych w Polsce.

Odbudowa potencjału wydobywczego polskiego górnictwa ma doprowadzić do stopniowej likwidacji importu węgla oraz rozbudowy jego eksportu. Rentowność wszakże górnictwa trzeba zbudować w skali całego podsektora. Nie da się stworzyć trwałej rentowności wydobycia węgla w skali poszczególnych kopalń, czy nawet grup kopalń. Kopalnie mają zróżnicowane cykle życia ekonomicznego i okresowo muszą być deficytowe, bo to wynika z logiki eksploatacji złóż węgla. Tak więc wyjściowym warunkiem jest maksymalna koncentracja własnościowa, kapitałowa i organizacyjna górnictwa węglowego. Koncentracja własnościowa to przywracanie w pełni polskiej własności państwowej w górnictwie.

Należy równolegle skonsolidować procesy gospodarcze w górnictwie w jeden łańcuch; od finansowania, przez wydobycie, przeróbkę, dystrybucję, aż po handel węglem. W tym celu niezbędne jest powołanie Banku Górniczego, który będzie wyłącznie finansował górnictwo i przejmie jego zadłużenie.

Niezbędna i pilna jest głęboka wymiana kadr zarządzających w górnictwie. Trzeba odsunąć od zarządzania wszystkich bez wyjątku menadżerów i naukowców, którzy brali udział w jego niszczeniu oraz obecnej samolikwidacji.

Przywrócenie górnictwu trwałej rentowności musi zostać oparte na rachunku ekonomicznym w skali ekonomii państwa. Cena płacona za węgiel przez elektroenergetykę zawodową będzie średniookresową ceną stałą. Jej wysokość uwzględni średniookresową cenę parytetową, po jakiej węgiel byłby sprowadzany do Polski. Biorąc wszakże pod uwagę olbrzymie zadłużenie zagraniczne polskiego państwa i konieczność jego zmniejszania, w cenie węgla będzie również uwzględniona cena pożyczenia 1 dolara na zagranicznych rynkach finansowych liczona w procencie składanym.

Ze względu na możliwe wprowadzenie, w ciągu dekady do dwóch, technologii podziemnego zgazowania węgla, prace nad tą technologią uzyskają bezwzględny priorytet badawczo-wdrożeniowy i finansowy w skali państwa.

Narodowa alternatywa rozwoju Polski

Odbudowa potencjału wydobywczego górnictwa wymaga nowej roli gospodarczej polskiego państwa i realizacji narodowej polityki przemysłowej. Ta zmiana gospodarczej roli to powołanie sztabu generalnego polskiej gospodarki w postaci Ministerstwa Gospodarki, który będzie kreatorem polityki gospodarczej, a nade wszystko przemysłowej. Ta zmiana to równolegle koncentracja uprawnień właścicielskich w rękach Ministerstwa Skarbu, jako instytucjonalizacji Skarbu Państwa i realizatora polityki gospodarczej.

Trzy główne cele polityki przemysłowej to (1) umacnianie i rozwijanie narodowej własności polskiego kapitału, tak prywatnego, jak i publicznego, (2) maksymalna finalizacja narodowej produkcji przemysłowej, dla ograniczenia jej poddostawczego i montażowego charakteru i (3) innowacyjna reindustrializacja. Ta reindustrializacja to selektywne wsparcie przez państwo tworzenia i rozwoju innowacyjnych przemysłów. Jej celem jest przełamanie strukturalnego zacofania polskiego przemysłu i jego peryferyjności. Chodzi o przełamanie nade wszystko głębokiego zacofania w czterech strategicznych dla przyszłości polskiej gospodarki przemysłach: komputerowego, elektronicznego, precyzyjnego i elektrotechnicznego. Równocześnie trzeba zbudować od podstaw przemysły, które zadecydują o sukcesie III rewolucji przemysłowej, opartej na cyfryzacji produkcji przemysłowej.

Kluczowym instrumentem tej narodowej polityki przemysłowej muszą być polskie kapitały państwowe i państwowe inwestycje przemysłowe. Wymaga to wszakże likwidacji w dyskursie publicznym paraliżującej roli intelektualnego wirusa ideologii neoliberalizmu ekonomicznego. Jest to neokolonialna ideologia, której celem jest paraliż kapitałów państwowych i gospodarczych funkcji państwa.

Warunkiem niezbywalnym dla narodowej alternatywy rozwoju jest odzyskanie przez polskie państwo wewnętrznej suwerenności walutowej. Oznacza to likwidację zakazu finansowania rządowych i publicznych wydatków przez Narodowy Bank Polski, czyli likwidacji art. 220 p.1 Konstytucji i zawieszenia wykonywania art. 123 Traktatu Lizbońskiego UE. Przywrócenie suwerenności walutowej państwa umożliwi państwową emisję pieniądza, dzięki monetyzacji co najmniej deficytów budżetowych rządu. Ta monetyzacja wydatków rządowych jest niezbędna dla pokrywania emisją nowego pieniądza przyrostów nowych wartości ekonomicznych mierzonych wzrostem PKB, bez zaciągania długów w prywatnych bankach i instytucjach. Zlikwiduje to finansową „pułapkę pułapki”, w postaci narastania rządowego długu publicznego w wyniku finansowania przez niego gospodarki i gospodarstw domowych corocznymi deficytami budżetowymi.

Narodowa alternatywa rozwoju dla współczesnej Polski, wymaga wszakże tak instytucjonalnego, jak i społecznego podmiotu, zdolnych do realizacji tych narodowych wyzwań. Tym instytucjonalnym podmiotem jest silne państwo narodowe, a podmiotem społecznym patriotyczne i kompetentne grupy przywództwa narodowego.

Poziom bowiem ideowy, merytoryczny i etyczny obecnych politycznych grup przywódczych, podobnie jak grup sfery kultury, mediów i nauki, ogranicza istotnie ich narodową misyjność, narodową odpowiedzialność i narodową bezkompromisowość moralną. Grupy te, i to na przestrzeni 30 lat były i są znacząco kompradorskie i silnie zorientowane kosmopolicentrycznie, co istotnie ogranicza możliwości samoorientacji i samomotywacji narodowej.

Warunkiem wyjściowym jest likwidacja obecnego ustroju partyjnej oligarchii wyborczej. W tym ustroju obywatelom odebrano bierne prawo wyborcze, gdyż nie mogą kandydować do Sejmu jako obywatele. Z czynnego zaś prawa wyborczego uczyniono demokratyczną fasadę, gdyż wyborcy głosują na kandydatów już wybranych przez partyjne oligarchie. Konieczne jest wprowadzenie większościowej ordynacji wyborczej w wyborach do Sejmu w 460 jednomandatowych okręgach wyborczych, z równą dla wszystkich uprawnionych obywateli swobodą kandydowania, gdzie posłem zostaje zdobywca największej liczby głosów w jednej turze wyborczej.

Równa dla wszystkich swoboda kandydowania otworzy w pełni demokratyczny proces wyłaniania nowych grup politycznych. Otworzy to w pełni polską scenę polityczną na nowe środowiska i ugrupowania oraz grupy polityczne i rozpocznie proces pozytywnej selekcji nowych liderów i przywódców politycznych. Umożliwi zasadniczą wymianę grup władzy politycznej i otworzy możliwości stopniowej wymiany narodowych grup przywódczych w sferze kultury, nauki i mediów.

Nota o autorze: Wojciech Błasiak jest ekonomistą i socjologiem, dr. nauk społecznych. Jest niezależnym naukowcem i publicystą. Jest autorem i współautorem siedmiu monografii naukowych, autorskiego reportażu i zbioru esejów.

Tekst został pierwotnie opublikowany w miesięczniku społeczno-kulturalnym „Śląsk” nr 2 (305), luty 2021.

Kukiz’15 – Demokracja Bezpośrednia

Tak będzie się nazywało nowe koło poselskie w Sejmie z jego przewodniczącym Pawłem Kukizem. Nie znamy jeszcze dokładnie programu nowo powstającego koła poselskiego i nie wiemy, jak zamierza promować i wdrażać instrumenty bezpośrednio-demokratyczne w Polsce.

Ale nie wątpimy, że jest to decyzja przemyślana – jak podaje sam Paweł Kukiz:

„To jest spójne z ideami, z którymi przyszliśmy w 2015 roku do Sejmu, czyli zwiększenia udziału obywateli we władzach, czy pozyskanie przez obywateli instrumentów do kontroli nad władzą poprzez zmianę ordynacji, referenda czy wprowadzenie do polskiego porządku prawnego instytucji sędziów pokoju”.

Tak więc, przygotowania trwały ponad 5 lat – to sporo, ale miejmy nadzieję, że te prace przygotowawcze zaowocują teraz w postaci szerokich reform na rzecz demokracji bezpośredniej.

Niemniej jednak, jest to dla mnie stosunkowo zaskakujące stwierdzenie. Z tego co wiem, Kukiz’15 wszedł w ostatnich wyborach do Sejmu dzięki koalicji z ludowcami, z list Polskiego Stronnictwa Ludowego. A Polskie Stronnictwo Ludowe nie zachłystuje się ideą demokracji bezpośredniej.

Kukiz’15 wprowadzał już w swoim czasie jednomandatowe okręgi wyborcze w Polsce i… zapomniał sobie o tym. Czy będzie teraz pamiętał o demokracji bezpośredniej?

Wiemy też, co przekazał poseł Paweł Szramka, który w imieniu koła złożył dokumenty rejestrujące nowe ugrupowanie:

„W Polsce obecnie mamy demokrację, natomiast jeśli przyjrzymy jej się dokładnie, to ona z demokracją wiele wspólnego nie ma. My chcemy, żeby to obywatele przede wszystkim decydowali w Polsce, a posłowie, żeby byli wykonawcami tej woli”.

To dość proste sformułowanie – ale czasem takie proste sformułowania zawierają w sobie głębię wiedzy, której zwykły śmiertelnik nie posiada.

No nic, nie uprzedzajmy faktów i obserwujmy poczynania nowego koła poselskiego, albo – jak zwykli mówić polscy politycy: monitorujmy sytuację.

Źródło: https://poland.us/strona,25,39548,0.html

Panowie, nie tędy droga

iele osób zadaje mi pytanie, jaki są moje powiązania z koncepcją WIR (Weto – Inicjatywa – Referendum). Są nawet osoby, które informują mnie o istnieniu WIR, a także takie, które naiwnie chcą mnie skontaktować z WIR-owskimi liderami. Wreszcie pojawiają się od czasu do czasu „przywódcy” tychże organizacji, którzy proponują mi współpracę i próbują mi tłumaczyć, jak ta koncepcja funkcjonuje.

Aby przerwać to błędne koło, bardzo chętnie wyjaśnię tutaj, jak doszło do powstania koncepcji WIR, którą sam określam „teorią magicznego trójkąta”.

Jak to było?

W 2018 r. ukazała się na rynku księgarskim w Polsce moja książka pt. „Szwajcarska demokracja szansą dla Polski?”. Do napisania tej publikacji namówił mnie Wojtek Kuban z fundacji PAFERE.

Książkę napisałem i z czasem zacząłem pisać artykuły, w których opisywałem semidemokratyczny styl rządzenia w Polsce.

Następnie zebrałem wszystkie te artykuły, które oczywiście zostały opublikowane w tzw. drugim obiegu medialnym i wydałem je w postaci książki pt. „Polska semidemokracja”. Tak powstał termin „polska semidemokracja”, którego używam dla określenia połowicznej, niepełnej demokracji, która się ukształtowała w Polsce w ciągu ostatnich 30 lat. Celem wydania książki było uzasadnienie potrzeby zmian ustrojowych w naszym państwie.

W międzyczasie nawiązał ze mną kontakt Jerzy Zięba, który bardzo się zainteresował modelem szwajcarskim i zaczął lansować książkę „Szwajcarska demokracja szansą dla Polski?”.

Anegdota podaje, że Jerzy Zięba czytał tę książkę całą noc, a rankiem zdecydował się na poparcie modelu szwajcarskiego dla Polski. Jako ciekawostkę przytaczam tutaj ostatnie zdanie wspomnianej publikacji: „Proces ten powinien mieć na celu zwiększenie uczestnictwa i współdecydowania obywateli w życiu politycznym i przyczynić się do zlikwidowania tzw. społeczeństwa równoległego (my i wy) w Polsce”.

Wówczas w Polsce nikt mnie nie znał (a i teraz niewiele ludzi wie, kim jestem i co robię). Natomiast Jerzy Zięba był i jest znany i cieszy się olbrzymią popularnością w społeczeństwie polskim.

Z Jerzym Zięba przeprowadziliśmy wiele rozmów na temat możliwości zastosowania niektórych elementów bezpośrednio-demokratycznych. Z czasem wymyślił on nazwę WIR i wylansował tę koncepcję w swoich mediach społecznościowych.

Czym miał być WIR?

Koncepcja Weto-Inicjatywa-Referendum (WIR) opiera się na rozwiązaniach szwajcarskich i ma na celu ograniczenie wszechmocnej władzy wodzowskich partii politycznych w Polsce i wszechwładnego partyjnego Sejmu. Daje ona obywatelowi możliwość współdecydowania w sprawach ważnych dla państwa i jednocześnie daje społeczeństwu do ręki element kontrolny w stosunku do tzw. władzy, która jak powszechnie wiadomo, nie liczy się z nikim i z niczym w Polsce.

W 2019 r. wydałem książkę pt. „Ewolucja zamiast rewolucji”, w której dokładnie opisałem zasady działania tej koncepcji, zaproponowałem nowe zapisy konstytucyjne i podałem przykłady funkcjonowania instrumentów weta, inicjatywy obywatelskiej i oczywiście referendum. Przeanalizowałem również korzyści tej koncepcji dla systemu politycznego w Polsce.

Czego WIR nie zawiera?

Koncepcja WIR / magicznego trójkąta, nie zawiera zasad rzeczywistej demokracji oddolnej na szczeblu lokalnym. Nie ma w niej analizy funkcjonowania gmin/samorządów w kontekście demokracji bezpośredniej.

Zakładam, że najpierw należy ograniczyć samowolną władzę partyjnego parlamentu w Polsce, aby następnie móc wprowadzać rzeczywistą demokrację oddolną na szczeblu lokalnym (samorządy). Oczywiście, cały czas miałem i mam na uwadze inny polski problem – mianowicie chorą i niedemokratyczną ordynację wyborczą w naszym kraju, funkcjonującą na bazie tzw. list partyjnych i progu wyborczym.

Dlatego nawiązałem kontakt że stowarzyszeniem Jednomandatowych Okręgów Wyborczych (JOW), które od lat walczy z bezprawną polską ordynacją wyborczą, odbierającą polskiemu obywatelowi bierne prawo wyborcze.

W listopadzie 2018 r. wygłosiłem na konferencji JOW we Wrocławiu referat na temat konieczności powiązania działań na rzecz demokracji bezpośredniej i nowej ordynacji wyborczej.

Konieczność tego skoordynowanego działania przedstawiona została w książce pt. „Kulisy polskiej demokracji. Obywatel wobec systemu” (Kuban, Matyja, Sanocki).

Polski Uniwersytet na Obczyźnie w Londynie razem z organizacją JOW w Polsce organizują w marcu br. konferencję na temat nowelizacji Konstytucji RP, która ma rozpocząć konstytucyjną debatę w skali ogólnopolskiej. Celem debaty jest oczywiście nowa Konstytucja, zawierająca zapisy efektywnej i funkcjonalnej demokracji oddolnej oraz demokratycznej ordynacji wyborczej. Wszystkie środowiska, zainteresowane rzeczywistą zmianą systemu politycznego w Polsce, będą mogły uczestniczyć w tej debacie. Jeśli będą chciały…

Ale jak było dalej?

W Polsce zaczęły powstawać różne stowarzyszenia o nazwie WIR, które przejęły koncepcje Weto – Inicjatywa – Referendum, nie spoglądając przy tym ani w prawo, ani w lewo. Ba, nawet nie patrząc przed siebie ani za siebie. Stowarzyszenia te zaczęły „sprzedawać” obywatelom wspomnianą koncepcję jako lekarstwo (a nawet szczepionkę) na wprowadzenie demokracji bezpośredniej/oddolnej w Polsce.

Nie muszę dodawać, że twórcy tych ruchów obywatelskich nie przestudiowali do końca idei, lansowanego przez J. Ziębę i przeze mnie, modelu i potraktowali go co najmniej bardzo powierzchownie. Niektórzy skoncentrowali się tylko na trzech słowach (weto, inicjatywa i referendum), inni ograniczyli się tylko do przekazywania skrótu WIR.

Rozpoczęły się nawet paradoksalne nawoływania do tworzenia szkół liderów i konieczności wylansowania wodza nowego ruchu, co jest z punktu widzenia demokracji bezpośredniej kompletnym bezsensem. O prawdziwej oddolnej demokracji na szczeblu samorządów nikt nie pomyślał.

Powstała nawet partia polityczna głosząca potrzebę „wprowadzenia WIR-u” w Polsce. Domniemany wódz tej partii sugerował mi nawet, że „moje pisanie” to stanowczo za mało i że potrzebna jest armia. Nie wiem jednak, czy miał na myśli armię zawodową czy z poboru.

Niemniej jednak, idea J. Zięby i moja stworzenia ruchu oddolnego w Polsce zaczęła się niebezpiecznie chwiać w swoich posadach.

Schemat się powtarza

Samozwańczy liderzy wszelkich ruchów WIR w Polsce są oczywiście przekonani, że to oni wylansowali tę koncepcję i że wprowadzają demokrację oddolną w nadwiślańskim państwie. Krzyż im na drogę!

Nie zrozumieli, że WIR to środek do celu, a nie cel sam w sobie. Popełniają przy tym – świadomie lub nieświadomie – trzy podstawowe błędy.

Po pierwsze, nie pojmują faktu, że teoria „magicznego trójkąta” / WIR nie obejmuje w pełni demokracji oddolnej, a już na pewno nie zawiera w sobie tego typu demokracji na szczeblu lokalnym.

Po drugie, nie traktują tej koncepcji jako ruchu oddolnego, lecz wchodzą w tryby systemowe. Przejęli hasła WIR, aby na tej bazie zaimponować wyborcom i wejść na plecach tej koncepcji do semidemokratycznego systemu (parlamentu).

Po trzecie, chcąc wepchnąć siebie lub swoich kolegów do Sejmu/Senatu, argumentują to bezsensownie potrzebą zmiany Konstytucji. Funkcjonuje to na zasadzie: musicie nas wybrać, bo jak zostaniemy posłami/senatorami, to zmienimy Konstytucje i wprowadzimy do niej WIR.

Nie muszę tu uzasadniać, że jest to schematyczne myślenie, wprowadzające zwykłego obywatela w totalny błąd. Skądinąd wiemy, że zmiana Konstytucji musi zostać poprzedzona szeroką ogólnopolską debatą. Jeden albo dwóch WIR-owskich posłów nie mają na to szans w aktualnym polskim parlamencie, zdominowanym przez partię rządzącą.

Podsumowanie

Stowarzyszenia i partie WIR-owskie w Polsce skręciły z oddolno-demokratycznej drogi masowego ruchu oddolnego – zakładając, że kiedykolwiek znajdowały się na tej drodze – w ślepy i systemowy zaułek.

Najgorsze jest przy tym to, że ich liderzy nie widzą albo nie chcą tego widzieć. Obiecują ludziom demokrację bezpośrednią, a sami pchają się do tzw. władzy w ramach aktualnego systemu.

Wojciech Jaruzelski też lansował odnowę polskiego systemu politycznego w 1982 r. w ramach istniejącego wówczas systemu komunistycznego i w okresie stanu wojennego. Jaki był tego efekt? Zmarnowana dekada 80. lat w Polsce.

Nie tędy droga, Panowie.