Demokracja walcząca jako anachroniczna następczyni socjalistycznej poprzedniczki

Paradoksalnie dzięki Panu Premierowi, Donaldowi Tuskowi, poznaliśmy definicję tej wersji odmiany polskiej demokracji, jaka zapanowała po transformacji 1989 roku. Wbrew pozorom cezurą wcale nie jest 2024, ale 1989 rok.

W PRL mieliśmy demokrację socjalistyczną. Z ówczesnych pozycji ideowych demokracja na Zachodzie zwana była burżuazyjną. A po 1989 roku zapanowała pustka nazewnicza. Dopiero Pan Premier nareszcie odważył się ją zdefiniować jako demokracja walcząca.

Demokracja – wbrew pozorom – musi mieć jakiś swój orzecznik dla oznaczenia swojego podmiotu.

W starożytnych Atenach owym podmiotem byli obywatele z prawem głosu, których było ok. 1/3 ogółu ludności. Była to demokracja ateńska.

W czasach nowożytnych, w takiej np. demokracji angielskiej, dzisiaj, podmiotem są wszyscy obywatele. Ich prawo stanowi, że każdy uprawniony wyborca może zgłosić swoją kandydaturę do Izby Gmin, pod 2 warunkami: zebrać 10 podpisów oraz wpłacić depozyt 500 £, który jest zwracany po uzyskaniu 5% głosów.

Natomiast w polskiej demokracji socjalistycznej uprawnienia „podmiotu” posiadały różne organizacje (vide art.33 ustawy Ordynacja wyborcza PRL)*, mające prawo wyłączności do zgłaszania kandydatów na posłów.

W demokracji post socjalistycznej – nazwanej niedawno walczącą – nadal mamy prawo wyłączności w zgłaszaniu kandydatów na posłów przez komitety wyborcze (vide art.84 Kodeks wyborcy)*.

Nie może być inaczej ponieważ Ojcowie Założyciele III RP skopiowali z poprzedniej formacji ustrojowej dogmat o bezpodmiotowości obywatela na odcinku prawa wyborczego do organu, gdzie ustanawia się prawo. Dowodem na to jest brak biernego prawa wyborczego do Sejmu przez ogół wyborców.

Czy to w ogóle jest „demokracja”?
Nie znamy standardów państwa demokratycznego, które są zapisane w Kodeksie dobrej praktyki w sprawach wyborczych (Opinia nr 190/2002 Rady Europy), bowiem „władza” nie jest zainteresowana, abyśmy je znali. Stąd brak urzędowego tłumaczenia tego dokumentu.

Na szczęście istnieje kraj byłych demoludów, który Konstytucją z 2011 roku wprowadził upodmiotowienie obywatela. Są nimi Węgry i ich demokracja węgierska.

*) https://jow.pl/prawo-kandydowania-a-prawo-zglaszania-w-wyborach/
lub
*) https://www.salon24.pl/u/wbs/868625,prawo-kandydowania-a-prawo-zglaszania-w-wyborach

Komunistyczna kontrrewolucja

 

W nocy z soboty 12 na niedzielę 13 grudnia 1981 roku rząd Wojciecha Jaruzelskiego, przy zaskoczeniu działaczy, aktywistów i członków ruchu „Solidarności” oraz ogółu polskiego społeczeństwa, wprowadził stan wojenny dla likwidacji ruchu i rozbicia trwającej rewolucji ustrojowej. Stan wojenny był w istocie komunistyczną kontrrewolucją w formie policyjno-wojskowej pacyfikacji robotniczej rewolucji społecznej „Solidarności”.

Komunistyczny zamach stanu

Dekretem Rady Państwa o stanie wojennym zawieszono działalność wszystkich związków zawodowych i organizacji społecznych, zakazano wszelkich zebrań, zgromadzeń i manifestacji oraz zmilitaryzowano część administracji państwowej, komunikacji, telekomunikacji, energetyki, górnictwa, portów morskich i 130 kluczowych przedsiębiorstw przemysłowych, wprowadzając drastyczne kary za udział w strajku, do kary 25 lat więzienia lub kary śmierci włącznie, acz nie mniej niż 3 lata więzienia.

„Wyłączono komunikację telefoniczną – opisywał sytuację Andrzej Paczkowski – zamknięto stacje benzynowe, wprowadzono godzinę milicyjną (od 22. do 6.), na wyjazdy poza miejsce zamieszkania trzeba było uzyskać zezwolenie władz (przepustki), dworce były kontrolowane, a na wylotach z miast ustawiono rogatki”.

Około północy rozpoczęły się masowe aresztowania i doprowadzanie do więzień tysięcy internowanych działaczy „Solidarności”, od członków Komisji Koordynacyjnej poczynając, a na przewodniczących i członkach zarządów komisji zakładowych związku kończąc, ale także osób współpracujących ze związkiem. Łącznie internowano w ten sposób 9736 osób.

W bezpośrednich działaniach policyjno-wojskowych przeciw „Solidarności” uczestniczyło około 70 tys. żołnierzy i około 30 tys. funkcjonariuszy sił specjalnych ZOMO (Zmotoryzowane Oddziały Milicji Obywatelskiej), a użyto w nich 1750 czołgów, 1400 pojazdów opancerzonych, 500 bojowych wozów piechoty, 9 tys. samochodów oraz kilka eskadr helikopterów i samolotów transportowych.

Izolowany opór strajkowy

Mimo emocji szokowej dezorientacji i demotywacji oraz mobilizacji emocji strachu wobec zagrożenia nawet karą śmierci, a w sytuacji braku przywództwa po uwięzieniu przywódców i całkowitej blokady informacyjnej i komunikacyjnej, w około stu największych przedsiębiorstwach przemysłowych robotnicy podjęli, poczynając od niedzieli 13 grudnia i poniedziałku, strajki okupacyjne.

Zastrajkowały robotnicze załogi wszystkich stoczni, portów morskich, kopalń, hut i większość wielkich fabryk przemysłu metalowego i lekkiego. Strajk nie miał wszakże zasięgu powszechnego, a enklawowy, z głównymi obszarami strajkowymi na Wybrzeżu i Śląsku. Strajkom towarzyszyły w wielu miastach demonstracje uliczne, z zamieszkami i starciami z oddziałami ZOMO włącznie.

Strajkujące w okupowanych przez siebie przedsiębiorstwach załogi pozostawały w całkowitej izolacji komunikacyjnej w związku z wyłączeniem rządowych środków telekomunikacji, a braku własnych. „Gdy w regionach <<Solidarności>> – opisywał sytuację telekomunikacyjną sprzed 13. grudnia Jerzy Łojek – dalekopisy wyrzucały codziennie setki metrów zapisu telekomunikacyjnego, gdy działacze związku upajali się potęgą swego ruchu, nikt nie pomyślał, że oto zasadnicze narzędzie działania politycznego pozostaje nadal w rękach reżimu”.

Policyjno-wojskowa pacyfikacja strajków

Ta sytuacja pozwalała siłom policyjno-wojskowym na izolowane pacyfikowanie poszczególnych strajkujących załóg, a następnie przemieszczanie się z użyciem pojazdów wojskowych i milicyjnych oraz helikopterów i samolotów transportowych do kolejnych ośrodków strajkowych. Mimo bowiem tego, iż strajki nie miały charakteru powszechnego, były jednak na tyle liczne, że władze komunistyczne nie dysponowały wystarczającymi siłami, aby w nie jednocześnie uderzyć i je rozbić.

Strajkujące przedsiębiorstwa były otaczane przez wojsko z udziałem pojazdów pancernych i czołgów, używanych do taranowania bram i murów dla utorowania drogi milicyjnym oddziałom ZOMO, uzbrojonym w pałki i tarcze, gaz łzawiący, petardy hukowe oraz broń maszynową. „W większości przypadków – opisuje te wydarzenia Andrzej Paczkowski – w akcji uczestniczyły specjalnie przeszkolone grupy – także jednostek antyterrorystycznych i oddziałów dywersyjnych – które z niezwykłą brutalnością uderzały na zgromadzonych. Wiele z takich akcji przeprowadzono w nocy (głównie z 14 na 15 XII) z użyciem petard, granatów łzawiących i reflektorów”.

Brutalne, aż po bestialskie, bicie pałkami strajkujących robotników było normą, a w kilku poszczególnych przypadkach użyto broni palnej. ZOMO miało łatwe zadanie, gdyż strajkujący stosowali absurdalną w tej sytuacji taktykę biernego oporu.

Dali się bić i rozpraszać bez stawiania fizycznego oporu. W istocie więc strajki te były bezsensowne, a wręcz szkodliwe dla ruchu „Solidarności”.

Brak czynnego oporu strajkujących

„Solidarność” nie była technicznie przygotowana do stawiania fizycznego czynnego oporu. „A były ku temu możliwości – jak twierdził Łojek – wyposażenia około 200 najważniejszych zakładów przemysłowych w Polsce w radiostacje krótkofalowe, zdolne zapewnić łączność ogólnokrajową nawet w sytuacji wyłączenia telekomunikacji, sporządzenia kilkunastu tysięcy prostych w konstrukcji miotaczy ognia i granatników miotających pociski wybuchowe do użytku formacji obronnej czynnej <<Solidarności>> – wszelkie pomysły tego rodzaju były uważane za <<prowokacje Bezpieki>>”.

Ale nade wszystko „Solidarność” nie była przygotowana mentalnie i koncepcyjnie do ataku wojskowo-policyjnego i jego fizycznego odparcia.

„Wynikało to z faktu, iż nie dawano wiary w możliwość masowego użycia sił wojskowych przeciwko „Solidarności”. W świadomości i wyobraźni symbolicznej uczestników solidarnościowej rewolucji funkcjonował silny mit patriotycznego wojska i jego najwyższych oficerów. Skala i głębokość wynarodowienia i zsowietyzowania najwyższej kadry dowódczej i kontroli LWP przez Kreml, były poza zasięgiem doświadczenia i wiedzy uczestników ruchu. Mógł to zmienić tylko szeroki i głęboki solidarnościowy dyskurs zmieniający wyobraźnię symboliczną ruchu. Ale takiej zmiany mogło dokonać tylko kreatywne i pozytywne przywództwo związku, wspierane kreatywnym intelektualnie doradztwem. Tymczasem przywództwo i doradztwo ruchu „Solidarności” było negatywne, co przesądziło nie tylko o zaskoczeniu stanem wojennym, ale przesądziło o zaprzepaszczeniu całej solidarnościowej rewolucji”.

Zasada niestosowania przemocy w trakcie solidarnościowej rewolucji została bezrefleksyjnie zastosowana w przypadku pacyfikacji wojskowo-policyjnej, O niestosowanie fizycznego oporu zaapelował przy tym jeszcze wieczorem 13. grudnia w transmitowanej radiowo mszy świętej prymas Polski, arcybiskup Józef Glemp, słowami – „Nie podejmujcie walki Polak przeciwko Polakowi. Nie oddajcie waszych głów, bracia robotnicy (…)”. Na taki sam apel w stosunku do władz komunistycznych arcybiskup już się jednak nie zdobył.

Odwetowa egzekucja w kopalni „Wujek”

Jedyną załogą w Polsce, która stawiła żywiołowy, acz zorganizowany i czynny opór fizyczny, byli górnicy Kopalni „Wujek” w Katowicach. „Dochodziły wieści o bestialskim pobiciu przez ZOMO strajkujących górników sąsiednich kopalń – opisywał to J. Łojek – górnicy <<Wujka>>  zaczęli więc przygotowywać prostą broń do czynnej samoobrony; był to jedyny zakład przemysłowy w Polsce, który nie dał się bezkarnie zmasakrować. W budynkach kopalni trwało ponad 2 tysiące górników, w części z innych,  <<spacyfikowanych>>  już kopalni”.

Uzbrojeni głównie w stalowe pręty i łańcuchy, ale też zaostrzone celowo wiertła górnicze, górnicy kilkakrotnie odparli atak sił ZOMO, zatrzymując trzech zomowców jako zakładników. Po raz pierwszy i jedyny w stanie wojennym oddziały wojska i ZOMO nie były w stanie siłą rozbić strajku okupacyjnego.

Po raz pierwszy i jedyny w stanie wojennym to robotnicy kilkakrotnie rozbili oddziały ZOMO i ciężko fizycznie pobili jego funkcjonariuszy szturmujących kopalnię. Górnicy ranili czterdziestu jeden milicjantów i żołnierzy, w tym jedenastu ciężko.

W tym czasie wprowadzony na teren kopalni pluton specjalny ZOMO wyposażony jedynie w broń maszynową, oddał, w sytuacji braku bezpośrednich starć i zupełnie niespodziewanie, pojedyncze wybiórcze strzały w kierunku zgromadzonych górników, zabijając na miejscu sześciu z nic i śmiertelnie raniąc trzech następnych. Dwudziestu czterech górników zostało rannych postrzałowo.

Okoliczności zbrodniczej masakry w kopalni „Wujek” i wybiórczego użycia broni maszynowej oraz roli plutonu specjalnego ZOMO nigdy nie zostały wyjaśnione, a ślady prowadzące do bezpośrednich sprawców i zleceniodawców zatarto. Wszystko wskazuje, iż przybycie plutonu specjalnego i niespodziewane wybiórcze strzały z broni maszynowej, czyli mierzone strzały oddawane pojedynczo w tłum górników, były odwetową egzekucją za ciężkie pobicie zomowców, która miała zastraszyć pozostałe strajkujące załogi.

A na taką odwetową egzekucję musieli wydać zgodę, czyli rozkaz, dowodzący stanem wojennym gen. Ludowego Wojska Polskiego Wojciech Jaruzelski i główny operator stanu wojennego gen. tegoż wojska Czesław Kiszczak.

Odwetowy charakter tej egzekucji potwierdzałaby informacja J. Łojka, który napisał w 1984 roku, iż w trakcie walk zostało zabitych czterech funkcjonariuszy ZOMO, która to informacja nie była nigdy oficjalnie potwierdzona. Jest ona wszakże wysoce prawdopodobna, gdyż taką samą informację autor otrzymał kanałami „Solidarności” Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, jako pracownik tej uczelni, w dniu 16 grudnia 1981 roku i to jeszcze przed informacją o użyciu broni wobec górników. W informacji przekazanej autorowi podano, iż górnicy broniący się przed natarciem oddziałów ZOMO łańcuchami i zaostrzonym celowo wiertłami górniczymi, zabili czterech funkcjonariuszy ZOMO – „Nabijali ich jak chrabąszcze”.

Ukrycie tej informacji leżało w żywotnym interesie władz komunistycznych, gdyż osłaniało informacyjnie tezę o odwetowej egzekucji oraz identyfikację personalną jej rozkazodawców – W. Jaruzelskiego i Cz. Kiszczaka.

Ofiary stanu wojennego

W ciągu pierwszego tygodnia stanu wojennego większość strajków została spacyfikowana oddziałami ZOMO i wojska, przerzucanymi z miejsca na miejsce. „Wielkie akcje pacyfikacyjne– pisze Paczkowski – przeprowadzono m.in. w Stoczni Szczecińskiej, w Hucie im. Lenina, Kopalni <>, zespole fabryk na wrocławskim Grabiszynie. 20 grudnia rozbito ostatecznie strajk w Porcie Gdańskim, 23 grudnia w Hucie Katowice, 24 grudnia zakończył się prowadzony pod ziemią strajk okupacyjny w Kopalni <>, a cztery dni później opuścili kopalnię strajkujący górnicy <>”.

W wyniku pacyfikacji strajków w przedsiębiorstwach oraz demonstracji ulicznych według oficjalnych danych miało zginąć piętnaście osób. Setki osób zostały ranne. Aresztowano, a następnie osądzono w trybie doraźnym około 4 tys. przywódców i uczestników strajków. Dziesiątki tysięcy zostało zwolnionych z pracy. Bezpośrednią władzę w przedsiębiorstwach i instytucjach państwowych w kraju przejęli oficerowie LWP, jako tak zwani komisarze wojskowi.

Największą ilość ofiar śmiertelnych wywołało wyłączenie na obszarze całego kraju cywilnej telekomunikacji, a także blokada transportu, co uniemożliwiło ciężko chorym i umierającym wzywanie karetek pogotowia i szybką pomoc medyczną. „Wyłączenie telekomunikacji w całym kraju na 30 dni – pisał J. Łojek – było nie pierwszą (pierwszą w ogóle było wyłączenie telekomunikacji na 24 godziny w czasie zamachu Pinocheta w Chile), ale w historii świata pierwszą tak długą przerwą w jakimś kraju we wszelkiej łączności cywilnej”. Liczbę śmiertelnych ofiar z tego tytułu należy szacować na co najmniej kilkaset, a najprawdopodobniej kilka tysięcy.

(…) Komunistyczna kontrrewolucja w formie wojskowo-policyjnej pacyfikacji ruchu związkowego rozbiła skutecznie struktury organizacyjne „Solidarności” i sparaliżowała jej działalność. W 43. ośrodkach internowania oraz więzieniach przebywało kilkanaście tysięcy przywódców, działaczy i aktywistów ruchu. Opór milionów członków związku został sparaliżowany emocjami strachu, jak i poczuciem bezsilności wobec drakońskich kar i brutalności działania władz.

Bezskuteczna „normalizacja”

Władze komunistyczne, na czele z nieformalnym ich dyrektoriatem [(…) z generałem Jaruzelskim jako premierem w roli głównej oraz ministrem spraw wewnętrznych Kiszczakiem , szefem sztabu generalnego LWP Florianem Siwickim i wicepremierem Mieczysławem Rakowskim (…)] uwierzyły w swoją potęgę siły wojskowo-policyjnej i w swój pełny sukces polityczny, oparty na zastosowaniu bezpośredniej przemocy na masową skalę. „Po 13 grudnia – pisał J. Łojek – władze PRL łudziły się, że zdołają <<znormalizować>> sytuację w kraju na zasadzie całkowitej likwidacji ruchu odrodzenia narodowego i sprowadzenia NSZZ <<Solidarność>> do roli nowego CRZZ”.

Liczono na „normalizację”, czyli ponowne podporządkowanie ogółu społeczeństwa, na czele z klasą robotniczą, totalitarnej dyspozycji klasy komunistycznej biurokracji. Ta „normalizacja” miała się dokonać poprzez konsekwentne stosowanie polityki „porozumienia i walki”, czyli polityk zachęt dla już podporządkowanych, a terroru i zastraszania dla jeszcze niepodporządkowanych. W istocie była to w następnych latach tylko polityka nasilania oraz łagodzenia terroru i zastraszania, gdyż komunistyczna biurokracja nie dysponowała już żadnymi zachętami, od ideologicznych poczynając, a na ekonomicznych kończąc.

Odpowiedzią działaczy, aktywistów i członków zawieszonej stanem wojennym, a następnie zlikwidowanej na mocy ustawy sejmowej „Solidarności”, było przejście do nielegalnej i tajnej działalności związkowej oraz powszechny bierny opór, a także stopniowo gasnący od końca 1982 roku opór czynny w postaci manifestacji ulicznych brutalnie rozpędzanych i jednostkowych strajków. Powstały podziemne struktury związkowe w większości przedsiębiorstw przemysłowych oraz w części regionów, a także powołano na poziomie krajowym podziemną Tymczasową Komisję Koordynacyjną, do której weszło kilku znanych a ukrywających się działaczy regionalnych. W silnie ograniczonej formule odtworzony został dyskurs związkowy w postaci nielegalnych druków ulotnych, czasopism i książek oraz nagrań magnetofonowych. Masowy zasięg tego dyskursu zapewniały polskojęzyczne stacje radiowe jak radio Wolna Europa, Głos Ameryki i radio BBC, informujące o bieżącej sytuacji w Polsce i działalności podziemnych struktur „Solidarności”. Kościół katolicki stał się instytucja ochraniającą i udzielającą różnorodnej pomocy oporowi społecznemu.

„Zimna wojna” domowa

Choć podziemna aktywność zdelegalizowanego ruchu „Solidarności” w latach 1982-1985 powoli wygasała… konsekwentny bierny opór większości społeczeństwa wobec komunistycznej władzy stał się w latach 80. normą. Polegał on na odmowie wszelkiej współpracy i uczestnictwa w tworzonych przez władze organizacjach i podejmowanych przedsięwzięciach, aż po bojkot rządowych mediów i wydawnictw. Była to sytuacja „zimnej wojny” domowej.

Komunistyczna kontrrewolucja, trwająca nieprzerwanie do końca lat 80., oparta była stale na masowym zastraszaniu i wybiórczym terrorze w postaci aresztowań i skazywania na wieloletnie więzienie, zmuszania do emigracji bez prawa powrotu, brutalnego rozpędzania wszelkich zgromadzeń i manifestacji, konfiskat osobistego mienia, zwalniania z pracy, ciężkich pobić do zabójstw i morderstw politycznych włącznie. Tylko do 1983 roku zabito i zamordowano co najmniej 59. działaczy związkowych i opozycyjnych… aż po porwanie, torturowanie i zamordowanie w 1984 roku kapelana „Solidarności” ks. Jerzego Popiełuszki, w do dziś niewyjaśnionych okolicznościach przez nieznanych zleceniodawców, a nawet wątpliwych bezpośrednich wykonawców tego wyjątkowo bestialskiego mordu (…).

Po zawieszeniu, a następnie zniesieniu stanu wojennego w 1983 roku, wprowadzono zmiany prawne, umożliwiające stosowanie regulacji prawnych stanu wojennego w normalnej praktyce prawno-politycznej Polski Ludowej. (…) System policyjny „otrzymał uprawnienia – pisał J. Łojek – jakich nie ma żadna policja na świecie, nawet ZSRR”. (…) Stan liczebny tajnej policji politycznej Służby Bezpieczeństwa przekroczył wielkość z lat stalinowskiego masowego terroru lat 50., osiągając 40 tys. funkcjonariuszy, a liczba tajnych agentów SB osiągnęła z końcem lat 80. wielkość 90 tys. osób. W ramach komunistycznej kontrrewolucji zbudowano ponownie totalitarne państwo stricte policyjne (…).

 

* Fragmenty monografii naukowej autora: Wojciech Błasiak, „Zaprzepaszczona rewolucja. Robotnicza rewolucja społeczna <<Solidarności>>: podłoże, przyczyny, przebieg, skutki i konsekwencje [w trzech studiach]”, „Śląsk” Wydawnictwo Naukowe, Katowice 2018

Kandydaci na prezydenta

Dzisiaj niektórzy pisowcy przyznają, że PiS popełnił ogrom błędów, PiS nie słuchał swoich dołów; warto by było, żeby ci pisowcy sami sobie odpowiedzieli na pytanie: kto to jest PiS?

Znam jedną wersję odpowiedzi, między wierszami, z wypowiedzi prezesa Kaczyńskiego. On mówi, między wierszami, PiS to ja!

Niektórzy pisowcy twierdzą, że PiS się zmienił, jest wielu nowych, młodych pełnomocników! To trzeba napisać wielkimi literami. PiS, czytaj Kaczyński MA, tak jak miał zawsze, SWOICH PEŁNOMOCNIKÓW. Nic się nie zmieniło! W PiS jest dokładnie tak samo, jak jest w PO!

Dowodem na to jest kwestia wyboru kandydata na prezydenta.

Zarówno w PO, jak i w PIS (w obu tych wodzowskich partiach typu leninowskiego, czyli zorganizowanych na wzór partii komunistycznych), kandydatów na prezydenta wskaże palcem wódz partyjny! I tylko chyba dla jaj w PIS mówiono trochę o prawyborach, a w PO odbędą się „prawybory” spośród dwóch kandydatów wskazanych przez wodza partyjnego.

Prezes Kaczyński długo się zastanawia i waha, i wszystko wskazuje na to, że najważniejszym kryterium wyboru kandydata będzie to, czy kandydat będzie lojalny i posłuszny w stosunku do niego!

Tusk się nie waha. Kandydaci, których wskazał do prawyborów gwarantują lojalność w stosunku niego i, co ważniejsze, gwarantują lojalność w stosunku do mocodawców Tuska!

Wodzowie partyjni wskazują kandydatów na prezydenta i tym samym udowadniają, że w partyjniackim ustroju ich władza, władza „szeregowego” posła (ale zarazem wodza partyjnego) jest większa niż władza prezydenta!

Wodzowie partyjni mają rzeczywistą władzę, ale rezygnują z osobistego kandydowania, bo jednak wyborcy pamiętają ich manipulacje, bezwzględność, cynizm, zdrady, błędne decyzje i oszustwa! Z tego powodu są niewybieralni!

Ten fakt może trochę cieszyć, bo przecież dowodzi tego, że jednak znaczna część zwykłych ludzi swoje wie i swoje pamięta!

W rocznicę śmierci prof. Jerzego Przystawy

Mija właśnie dwanaście lat od śmierci profesora Jerzego Przystawy. Zmarł 3 listopada 2012 r. we Wrocławiu. Nie sposób nie wspomnieć profesora Przystawy szczególnie teraz, kiedy Polską targa kolejny destrukcyjny kryzys.

Już na samym początku tzw. transformacji ustrojowej, którą rozpoczęły w czerwcu 1989 roku częściowo wolne wybory do Sejmu, Jerzy Przystawa jako pierwszy zwrócił uwagę na dwa błędy założycielskie III Rzeczypospolitej. Po pierwsze, w książce „Via bank i FOZZ” (1992), wraz z profesorem Mirosławem Dakowskim, pokazali dowody na to, że nowa Polska rozpoczęła swoje istnienie od gigantycznego rabunku finansów publicznych w skali nieznanej wcześniej na całym globie. „Pierwszy milion trzeba ukraść” powiedział w tamtym czasie jeden z pierwszych premierów rządu III RP. No i kradziono, nie miliony, ale miliardy i to bezkarnie. O aferze FOZZ słusznie dzisiaj mówi się, że jest to jedna z „afer założycielskich” III Rzeczypospolitej.

Drugim błędem założycielskim III RP, jeszcze bardziej brzemiennym w skutkach, jest drastycznie ograniczająca prawa obywateli ordynacja wyborcza. Profesor Przystawa niezmordowanie pokazywał, że wybory parlamentarne w III RP nie są wolne. Na ten temat napisał przez ponad 30 lat setki artykułów, wygłosił dziesiątki audycji radiowych i wystąpień na konferencjach. Przede wszystkim, III RP odbiera Polakom równość w realizacji biernego prawa wyborczego. Bierne prawo wyborcze każdy ma niby zagwarantowane w Konstytucji, ale w rzeczywistości ogół Polaków go nie posiada. Odziedziczony po PRL sposób głosowania na układane w wąskich gronach listy partyjne wyłącza obywateli z prawa kandydowania, a tym samym pozbawia ich kontroli nad składem Sejmu i alienuje z życia publicznego. Sposób wybierania posłów w III RP cementuje władzę rządzących państwem grup interesu, uniemożliwia jakąkolwiek poprawę i czyni z Polski państwo słabe.

Stworzony w 1993 roku przez profesora Przystawę Ruch na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych jest teraz jedynym w Polsce ruchem społecznym, domagającym się prawa kontrolowania elit przez obywateli, a przede wszystkim prawa usuwania każdego posła i Senatora indywidualnie, w jednomandatowych okręgach wyborczych, w drodze wyborów. Inaczej mówiąc jest to jedyny w Polsce ruch reformatorski, domagający się poprawnej realizacji treści słowa „demokracja”, a bardziej formalnie, realizacji Artykułu 4. Konstytucji, który stanowi, że „Władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu”.

Trzydzieści z górą lat to długo. Ale w tym długim marszu o odzyskanie przez Naród należnej mu władzy zwierzchniej w Rzeczypospolitej, a więc o odzyskanie prawdziwej wolności, nikt z nas nie ma prawa ustawać. Umiłowanie wolności to czynnik definiujący naszą kulturę. Powstańcy styczniowi śpiewali: „Bo taka natura jest w każdym Polaku, że bez wolności trudno mu żyć”. Jeszcze wcześniej, nasi przodkowie przez stulecia nazywali wolność „złotą”.

Bierzmy przykład z profesora Przystawy, który w tym marszu o prawdziwą wolność nigdy nie ustawał. Trzy miesiące przed śmiercią, 28 lipca 2012 r. tak pisał:

Ale kiedy porównamy ten nasz „marsz” z działaniami naszych przodków, z tymi którzy walczyli o niepodległość Polski, o nasz suwerenny byt narodowy, to wcale nie jest tak długo. Przypomnijmy chociażby Józefa Piłsudskiego, który w połowie lat 80 XIX wieku szedł na zesłanie. Policzmy te lata do Niepodległej Polski: to prawie 40! I w o ile trudniejszych, beznadziejnych, zdawałoby się, warunkach. A przecież chodziło mu o to samo, co nam: o wolną, suwerenną Polskę! Której tak wtedy, jak i dzisiaj, nikt w świecie, poza nami, do niczego nie potrzebuje.

Southampton, 2 listopada 2024 r.

Poseł z każdego powiatu’24

listopada 2012 roku, w wieku 73 lat, zmarł prof. Jerzy Przystawa. To On zapoczątkował w III RP walkę o przywrócenie obywatelom pełni praw wyborczych do Sejmu. Składa się na nie nie tylko prawo czynne, istniejące przecież i w PRL-u, ale i prawo bierne, którego nowa „solidarnościowa” władza zapomniała obywatelom zwrócić.

Pan Profesor uporczywie przypominał rządzącym, wespół z wieloma osobami zatroskanymi, tak jak i On, o losy demokracji w Polsce, że bez biernego prawa wyborczego demokracja w Polsce jest wadliwa.

W swoim działaniu rozpoznał i wyartykułował myśl o następującej treści „Poseł z każdego powiatu”.

Powyższe rozwiązanie, aby jedna osoba wybrana przez obywateli określonego terytorium była posyłana do centralnego gremium, zarządzającego krajem, to nic nowego. Jest nadal stosowane w najstarszej nowożytnej demokracji – czyli w Wielkiej Brytanii – niezwykle skutecznie i z pożytkiem dla dobra wspólnego.

Brytyjska ordynacja wyborcza do Izby Gmin jest – z punktu widzenia obywatela – niezmiernie prosta i zrozumiała:

Kandydat do Izby musi spełnić 2 warunki:
1 – zdobyć 10 podpisów wyborców oraz
2 – wpłacić depozyt &500, który jest zwracany, gdy kandydat uzyska 5% głosów.

W związku z powyższym przeciętny Polak łatwo może wyobrazić sobie zaadoptowanie brytyjskiej ordynacji do warunków polskich.
Ponadto jej wady i zalety można rozpatrywać w porównaniu z już istniejącą ordynacją proporcjonalną i to uwzględniając tylko i wyłącznie interes wszystkich Polaków.

Zakładamy, że w III RP są sprzyjające warunki na zmianę ordynacji wyborczej do Sejmu na angielskie JOW.

Ponieważ:
a/ prawodawcy PRL zostawili nam dobry spadek, co do ilościowego składu Sejmu. Mamy bowiem 460 posłów, co przy ok. 40 mln mieszkańcach daje ok. 90 tys. mieszkańców na 1 mandat.
Dla porównania: w Wlk. Brytanii jest 650 posłów i ok. 70 mln. mieszkańców, co daje ok. 100 tys. mieszkańców na 1 mandat.
b/ prawodawcy III RP przyjęli strukturę państwa wg. powiatów (vide zał.1 do Kodeksu Wyborczego), gdzie Polska ma:
– 314 powiatów i
– 66 miast na prawach powiatów.

Dla potrzeb wyborów do Sejmu powyższe 380 powiatów zostało rozparcelowanych na 41 okręgów wielomandatowych. Każdemu okręgowi przypisana jest – proporcjonalnie do liczby mieszkańców – określona liczba mandatów poselskich.

I tak:
okręg nr 1 Legnica, ma 12 mandatów. Okręg liczy 12 powiatów oraz 2 miasta na prawach powiatu: Jelenia Góra i Legnica. Oznacza to 12 JOW-ów: 2 miejskie i 10 „ziemskich” (występuje konieczność zgrupowania 12 powiatów w 10 JOW-ach).
I tak dalej… aż do okręgu nr 41 Szczecin, ma 12 mandatów. Okręg liczy 9 powiatów i 2 miasta na prawach powiatu: Szczecin i Świnoujście. Oznacza to 12 JOW-ów: 3 miejskie (w tym 2 dla Szczecina) i 9 „ziemskich”.

Etykieta pn. „Wykaz polskich JOW” zawiera listę okręgów JOW, uporządkowaną wg powiatów zgodnie z zał.1 do Ustawy Kodeks wyborczy.
Wynika z tego, że:
316 mandatów pochodzić będzie z 314 powiatów „ziemskich” oraz
144 mandatów z 66 miast na prawach powiatów.

Zatem droga do zrealizowania wspólnotowego celu pod hasłem „Poseł z każdego powiatu” jest otwarta.
Jedynymi hamulcowymi ordynacji większościowej są partyjne oligarchie utuczone na pieniądzach publicznych. Nadmienić trzeba, że w dużo bogatszej Wielkiej Brytanii nie ma finansowania partii politycznych z budżetu państwa.

Quo vadis, polskie JOW-y?

Pierwszą i fundamentalną sprawą na drodze do normalnej demokracji w III RP jest posiadanie przez obywatela pełni praw wyborczych do Sejmu. Nie mając biernego prawa wyborczego do organu ustawodawczego obywatel nie jest pełnoprawnym podmiotem w swoim kraju. Z tego powodu wszelkie rozważania obywateli o naprawie państwa są z góry skazane na niepowodzenie. Sytuacja jest podobna do tej z czasów PRL-u, na odcinku praw obywatelskich.

Co nie oznacza, abyśmy ich zaniechali. Bowiem nie znamy dnia ani godziny, kiedy nastaną sprzyjające warunki do realizacji dobra wspólnego, którego bardzo ważnym elementem składowym jest akceptowany przez ogół obywateli sposób wybierania swoich przedstawicieli do gremium zarządzającego wspólnotą.

Oznacza to baczne przyglądanie się tym państwom, gdzie funkcjonuje mechanizm wyborczy spolegliwy obywatelom. A jest nim, dla państwa jednonarodowego, ordynacja większościowa, JOW. W Europie mają ją: Wielka Brytania (w czystej postaci), Francja (wadliwe 2 tury), Węgry (53% Parlamentu wybierana jest w JOW) i Białoruś.

na zdjęciu: prof. Jerzy Przystawa

Źródło: https://poselzkazdegopowiatu.blogspot.com/

Kodeks dobrej praktyki w sprawach wyborczych

Streszczenie – projekt 15.9.2024

W 2003 roku Rada Europy opublikowała dokument: Opinia nr 190/2002, Strasburg dnia 23 maja 2003. Nie ma urzędowego tłumaczenia tego druku na język polski, mimo jego ratyfikowania przez RP.

Poniżej podaję jego streszczenie posiłkując się roboczym tłumaczeniem widniejącym na stronie PKW, które zniknęło w 2015 roku.
Nadmienię, że kodeks dobrej praktyki ma charakter normatywny zaś krajowe kodeksy wyborcze mają charakter opisowo-egzekucyjny.
Kodeks ma dwa działy: wytyczne oraz raport wyjaśniający. Ponadto każdy dział składa się z dwóch części, z których pierwsza obejmuje definicję i praktyczne implikacje zasad europejskiego dziedzictwa wyborczego, a druga warunki niezbędne do ich stosowania.
Szkieletem niniejszego streszczenia jest spis treści ww. Opinii. Wypełniają go ciekawsze wyimki dla polskiego czytelnika, pochodzące z oryginału, bez wtrąceń własnych.

WPROWADZENIE

A. WYTYCZNE DLA WYBORCÓW

I. Zasady europejskiego dziedzictwa wyborczego
Pięcioma zasadami stanowiącymi europejskie dziedzictwo wyborcze są: powszechność, równość, wolność, tajność i bezpośredniość wyborów. Ponadto wybory muszą być przeprowadzane w regularnych odstępach czasu.

1. Zasada powszechności wyborów
1.1. Reguła i wyjątki
Powszechne prawo wyborcze oznacza w zasadzie tyle, że wszyscy ludzie mają prawo wybierania i kandydowania w wyborach. Prawo to może, a nawet powinno być podporządkowane pewnym warunkom:
a) wiek,
b) narodowość,
c) zamieszkanie,
d) pozbawienie prawa wybierania i kandydowania.
1.2. Rejestry wyborców
1.3. Zgłaszanie kandydatów (i – vi)
i. Zgłoszenie indywidualnych kandydatów lub list kandydatów może być uwarunkowane zebraniem minimalnej liczby podpisów,
ii. Prawo nie powinno wymagać zebrania podpisów w liczbie większej niż 1% wyborców w danym okręgu wyborczym,
vi. Jeżeli istnieje wymóg depozytu, winien być on zwracany, gdy kandydat lub partia przekroczy pewien próg uzyskanych głosów; suma i wymagany próg nie powinny być nadmierne.

2. Zasada równości wyborów
2.1. Równość prawa głosu
2.2. Równość siły głosu
2.3. Równość szans
2.4. Równość a mniejszości narodowe
2.5. Równość a parytet płci

3. Zasada wolności wyborów
3.1. Wolność wyborców w kształtowaniu swojej woli
3.2. Wolność wyborców w wyrażaniu swojej woli i zwalczanie oszust wyborczych

4. Zasada tajności wyborów
5. Zasada bezpośredniości wyborów
6. Częstotliwość wyborów

II. Warunki wdrażania niniejszych zasad

1. Poszanowanie praw podstawowych
2. Poziomy regulacji i stabilność prawa wyborczego
3. Zabezpieczenia proceduralne
3.1. Organizacja wyborów przez bezpartyjny organ
3.2. Obserwacja wyborów
3.3. Skuteczny system odwoławczy
4. System wyborczy
Każdy system wyborczy respektujący wyżej wymienione zasady może być stosowany.

B. RAPORT WYJAŚNIAJĄCY

Obok praw człowieka i rządów prawa, demokracja jest jednym z trzech filarów europejskiego dziedzictwa ustrojowego, jak również Rady Europy. Demokracja jest nie do pomyślenia bez wyborów przeprowadzanych zgodnie z określonymi zasadami, które nadają im demokratyczny charakter (…).

I. Podstawowe zasady europejskiego dziedzictwa wyborczego
Wprowadzenie: zasady i ich podstawa prawna
1. Powszechne prawo wyborcze
2. Równe prawo wyborcze
3. Wolne prawo wyborcze
4. Tajne prawo wyborcze
5. Bezpośrednie prawo wyborcze
6. Częstotliwość wyborów

II. Warunki wdrożenia niniejszych zasad
1. Poszanowanie praw podstawowych
2. Poziomy regulacyjne i stabilność prawa wyborczego
3. Gwarancje proceduralne

Wnioski (pkt 114)
114. Przestrzeganie pięciu fundamentalnych zasad leżących u podstaw europejskiego dziedzictwa wyborczego (powszechność, równość, wolność, tajność i bezpośredniość wyboru) stanowi esencję demokracji. Zasady te pozwalają urzeczywistniać demokrację w różny sposób, lecz w określonych ramach. Ramy te wynikają przede wszystkim z interpretacji wymienionych zasad; niniejszy tekst zakreśla minimalne warunki, które muszą być spełnione dla ich zachowania. Z drugiej strony nie wystarczy, by prawo wyborcze (w wąskim ujęciu) zawierało przepisy współbrzmiące z zasadami dziedzictwa wyborczego Europy: te ostatnie muszą zostać wcielone w życie, a wiarygodność procesu wyborczego musi być gwarantowana. Po pierwsze, prawa fundamentalne muszą być respektowane, po drugie, stabilność reguł musi wykluczać jakiekolwiek podejrzenie manipulacji. I na koniec, ramy proceduralne muszą pozwalać, by przyjęte zasady zostały skutecznie wdrożone.

PS. Polski Kodeks wyborczy z 2011 roku traktuje po macoszemu obywatelskie prawa wyborcze, które zostały w 2003 roku opublikowane przez Radę Europy w ww. dokumencie Kodeks dobrej praktyki w sprawach wyborczych.
Już pierwszy jego artykuł mówi:
„Kodeks wyborczy określa zasady i tryb zgłaszania kandydatów, przeprowadzania oraz warunki ważności wyborów”.
Tylko „zgłaszanie” – jak za czasów PRL – to za mało, a gdzie reszta.

Oryginał Opinii nr 190/2002 jest tutaj:
https://www.venice.coe.int/images/SITE%20IMAGES/Publications/Code_conduite_PREMS%20026115%20GBR.pdf

Ja Wyborca, My Wyborcy – koment

Bloger Oświat kilkanaście dni temu opublikował ciekawą notkę pod tym samym tytułem. Ponieważ notkę przeoczyłem, dlatego piszę do niej kilka słów komentarza.

1. Sama treść notki – aż do zdania „Co ja bym zaproponował w temacie” – idealnie wpisuje się w czasy minionego okresu zwanego demokracją socjalistyczną. A że dzisiejsza demokracja jest kopią poprzedniczki, dlatego jest jak jest. Bo – zgodnie z maksymą życiową – robienie ciągle to samo i oczekiwanie za każdym razem innego wyniku jest po prostu głupotą.

No bo w PRL:
# była władza – była,
# byli wyborcy – byli,
# mogli wyborcy pisywać swoje żale do władzy – mogli, jako że sami wyborcy byli pozbawieni podmiotowości w swoim państwie tj. nie mogli kandydować do sejmu, gdzie ustanawia się prawo.
W III RP jest tak samo.

2. „To jest ich słabość, że wciąż muszą zabiegać o to byśmy ich wybrali”
– dokładnie tak jest, tak jak w PRL.
ONI mieli media, pieniądze i w ogóle władzę – a tą władzą był / jest spolegliwy IM system ICH wybierania.

3. „Nie chcesz do nich iść i z nimi porozmawiać?”
– i tu jest problem.

Pomijając Prezydenta (mógłby być wybrany przez obie Izby, jak mają mądrzejsi Niemcy) i Senat (mogło by go w ogóle nie być, jak u Węgrów czy Izraelczyków lub być mianowany ew. dziedziczny, jak Lordowie w Anglii), to ONI (posłowie) w zdecydowanej większości kierują się swoim prywatnym interesem wyborczym.

Interes ten jest jasno wyartykułowany w polskim systemie wyborczym: to nie ONI, czyli przyszli posłowie są podmiotem procesu wyborczego tj. kandydowania do sejmu, ale podmiotem są CI, co mają prawo ZGŁASZAĆ bloki (tzw. listy) kandydatów. Dokładnie jak w PRL.

Zatem sugerowana rozmowa z posłem, to jak rozmowa dziada z obrazem. Wg stanu na 6.9.2015 (referendum) tylko 7,8% (2 384 780 Polaków) rozumie ten problem „estetyczny” (dziad vs. obraz).

Reszta Polaków, jak spostrzega prawdziwie Oświat, jest „zadowolona z ich pracy, zadowolona z pracy premiera i ministra, których desygnowali na stanowiska”.

4. Gdzie zatem leży problem, którego Oświat szuka zasadniczo u Wyborcy, który nie ma wpływu na nic poza samym głosowaniem i późniejszym „pisaniem”?

a. Jak wiemy Rzeczpospolita jest państwem demokratycznym (art.2).

b. Definicję państwa demokratycznego podaje dokument Rady Europy Opinia Nr 190/2002, Strasburg, 23 maja 2003 roku pn. „Code of good practice in electoral matters”. Nie ma urzędowego tłumaczenia tego aktu, mimo jego ratyfikowania przez RP, która jest członkiem Rady.
Ten dokument jest bardzo ważny, bowiem jest jak wzorzec z Sevres, który podaje definicje.

c. Prawa Wyborcy są wyartykułowane w ww. Opinii RE i są one pełniejsze niż w Polskim Kodeksie Wyborczym, który np. pozbawia Wyborcę biernego prawa wyborczego do Sejmu. Tak było w PRL.

5. W związku z ww. pkt.4 powstaje pytanie:
Czy Rzeczpospolita Polska jest państwem demokratycznym jak głosi Konstytucja?

Źródło: https://dobrowspolne.neon24.net/post/177635,ja-wyborca-my-wyborcy-koment

Do Uczestników RucDo Uczestników Ruchu JOWhu JOW

Do Uczestników Ruchu JOW

Od 30 lat Ruch na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych zwraca uwagę na fundamentalną wadę założycielską ustroju konstytucyjnego III Rzeczypospolitej: patologiczną ordynację wyborczą do Sejmu, która odbiera Polakom podmiotowość, uniemożliwiając milionom obywateli indywidualne ubieganie się o mandat poselski. Tylko liderzy partii politycznych mają przywilej decydowania, kto ma większe, a kto mniejsze szanse zostania posłem. Jest to poważna wada ustrojowa, która niszczy Rzeczpospolitą, osłabia państwo, stanowiąc mechanizm negatywnej selekcji elit. Działanie tej negatywnej selekcji i ciągłe pogarszanie się kultury życia publicznego obserwujemy niezmiennie od czasu pierwszych wyborów do Sejmu III RP 27 października 1992 roku aż do ostatnich wyborów, które odbyły się 15 października 2023 roku. Było już tych wyborczych rund 10. Po każdej z tych rund następowała karuzela wymiany obsady tysiąca dobrze płatnych stanowisk, które po wyborach obsadzane są ludźmi lojalnymi wobec partii władzy, bez względu na ich umiejętności i kompetencje.

Polska stała się sienkiewiczowskim „postawem sukna”, które przykrawane jest według prywatnych interesów w sposób nieodpowiedzialny, bez obawy o konsekwencje.

A konsekwencji nie ma, bo Polacy nie posiadają możliwości rozliczenia każdego polityka indywidualnie i usuwania skompromitowanych osób z życia publicznego. Ordynacja wyborcza odbiera im to prawo.

Sytuacja po ostatnich wyborach skłania do bardzo głębokiej refleksji. Widać jak na dłoni skutki zaniku kultury debaty, braku wymiany myśli i braku spokojnej dyskusji nad kierunkami naprawy i rozwoju. W życiu publicznym głównie toczy się kłótnia o stanowiska. Zanika poczucie wspólnoty w stopniu, który staje się groźny dla dalszego funkcjonowania państwa.

Zmiana wymaga odwagi. Miejmy więc odwagę ciągłego, uporczywego dopominania się o realizację podstawowych praw Polaków, które zawarte są w postulatach Ruchu JOW. Wymaga tego szacunek choćby dla naszej własnej historii. Konstytucja 3 Maja oddaje hołd pamięci „przodków naszych jako fundatorów rządu wolnego” i odwołuje się do wielosetletniego dorobku Polaków w tworzeniu pionierskich i skutecznych instytucji parlamentarnych.

Im bardziej niestabilna staje się sytuacja polityczna w Polsce, tym mocniej trzeba domagać się zmiany sposobu wybierania posłów. Klasa polityczna będzie wymyślać tysiące powodów, dla których tego się nie da zrobić. Dlatego wykażmy się determinacją, bo innej drogi nie ma.

III Rzeczpospolita musi wreszcie wejść na drogę przestrzegania swobodnego prawa do kandydowania. Wybory muszą zostać zdecentralizowane, gdzie 460 posłów wybiera się w 460 okręgach wyborczych, gdzie sami, wskazani przez kandydatów, obywatele liczą głosy na dole w okręgach i to publicznie przy udziale kamer i gdzie zamiast absurdalnej liczby tysięcy podpisów, prawo kandydowania uzyskuje się przedstawiając tych podpisów 10.

Życzę wszystkim w Nowym Roku 2024 realizacji ich prawa do wolnego, nieskrępowanego, indywidualnego kandydowania w wyborach do Sejmu. Tak, jak było w Polsce przez wieki i jak jest teraz w wiodących demokracjach świata.

Tomasz J. Kaźmierski
Prezes Stowarzyszenia JOW
www.jow.pl

Walka o JOW-y

OCHWAŁA LOGIKI

W 10. rocznicę śmierci śp. Jerzego Przystawy

Walka o JOW-y była ostatnią (a może jedyną), podjętą po transformacji ustrojowej, próbą stworzenia mechanizmu wyłaniania patriotycznej elity politycznej, kierującej się interesem państwa i dobrem wspólnym jego obywateli.

„Mirek Dakowski i Staszek Sauć przywieźli z Bonn miłe informacje o Panu, m.in. o tym, że wyrażał Pan chęć nawiązania ze mną kontaktu. Bardzo mnie ta wiadomość ucieszyła, gdyż znając z „Kultury” Pańską publicystykę miałem cichą nadzieję, że może istotnie uda nam się kiedyś spotkać i połączyć nasze skromne siły”.

Tak zaczynał się pierwszy list Jerzego Przystawy do mnie, datowany „2.10.92”. Owszem, wyrażona w liście nadzieja spełniła się. Odwiedził mnie w Monachium, w towarzystwie Krystyny Chmieleńskiej, mniej więcej rok później. Trudności w kontaktach osobistych były m.in. wynikiem faktu, że nie akceptując sytuacji powstałej na skutek ustaleń z „Magdalenki” i umów „okrągłostołowych”, do 1996 roku utrzymywałem status uchodźcy politycznego. Posługiwałem się titre de voyage, wydanym w oparciu o Konwencję Genewską, który ważny był na wszystkie kraje świata, z wyjątkiem Polski.

Nietaktem byłoby jednak zajmowanie się tutaj samym sobą. Również pisząc o Jurku, będę się starał uniknąć wątków, którymi zajmowały się już osoby bardziej ode mnie kompetentne i których głos ma większą wagę od mego.

We wspomnianym liście autor pisał, że przyszły kształt stosunków polsko-niemieckich uważa za podstawowy dla naszej narodowej egzystencji i w związku z tym założył we Wrocławiu Stowarzyszenie Inicjatyw Polsko-Niemieckich. W jednym z kolejnych listów podkreślał, że szuka kontaktów poza establishmentem (niemieckim). A to niespodzianka! – pomyślałem. Fizyk z Polski, nieznający – jak sam pisał – ani Niemiec, ani języka niemieckiego – szuka kontaktów, aby sprawy stosunków z naszym zachodnim sąsiadem nie pozostały „w rękach facetów, którzy na tę kwestię patrzą przez pryzmat interesów indywidualnych bądź grupowych”. Przez dziesięciolecia zachowaniem Polaków wobec Niemiec – także na emigracji, czyli w Wolnym Świecie – rządził „kompleks niemiecki” (by użyć określenia, jakim posłużył się Józef Mackiewicz w „Zwycięstwie prowokacji”). Kontaktów z konserwatywnymi siłami politycznymi w RFN unikano niczym diabeł święconej wody. Jeszcze w latach 80., gdy w Niemczech uczestniczyłem w spotkaniach lub konferencjach o jednoznacznie antykomunistycznym i antysowieckim charakterze, byłem z reguły ich jedynym polskim uczestnikiem. Lewica imprez tego typu nie organizowała, zaś zdecydowana większość niemieckich intelektualistów co najmniej sympatyzowała z zaangażowaną w Ostpolitik SPD, o ile nie była członkami tej partii, zaś „zieloni” byli wyraźnie zainfekowani marksizmem.

Nie trzeba było zatem przekonywać mnie do SIPN; starałem się z Monachium wesprzeć Stowarzyszenie. Ostrzegałem jednak równocześnie jego twórcę, że niemiecki establishment polityczny nie będzie zainteresowany współpracą z grupami czy strukturami niezależnymi, nawet jeśli proponują one dyskusję na tematy podstawowe dla stosunków między obu państwami i społeczeństwami. Niemcy już wówczas wybierali polskich partnerów według własnych interesów politycznych. „Obraz polski w RFN tworzą głównie pp. Bartoszewski i Szczypiorski” – pisałem – (mogłem był dorzucić jeszcze 2 lub trzy nazwiska osób o poglądach zbliżonych do obu wymienionych prominentów, ale nie więcej); to oni są obecni w najbardziej prestiżowych mediach, utrzymują kontakty z niemiecką elitą kulturalną, są bywalcami salonów politycznych w Berlinie i – co również nie bez znaczenia – często mogą się cieszyć z różnych nagród i apanaży. Okazało się jednak, że moje ostrzeżenia były zbyteczne. Konsulat RFN we Wrocławiu traktował SIPN z „ostentacyjnym lekceważeniem” – pisał Przystawa.

W 1993 roku związana z SPD Fundacja Friedricha Eberta zobowiązała się do sponsorowania organizowanej przez SIPN w Książu konferencji, poświęconej problemom ekologicznym. Przygotowania trwały już pół roku, gdy fundacja nagle – trzy tygodnie przed rozpoczęciem konferencji! – poinformowała organizatorów, że wycofuje się ze sponsorowania imprezy. Ta wiadomość nie oburzyła mnie tylko dlatego, że po 10 latach pobytu w Niemczech znałem już podobne sytuacje: niepodziewane wycofanie obiecanych funduszów, wstrzymanie publikacji przyjętego już do druku materiału, ba, zdarzały się przypadki zablokowania nominacji profesorskich (najczęściej na wydziałach historycznych), gdy nagle okazywało się, że kandydat w jakimś wcześniejszym artykule naruszył zasadę ideologicznej poprawności.

Takie były początki.

Berlin już od lat 90. tworzył w Polsce swoich „partnerów” i dysponuje obecnie potężnym ugrupowaniem, gotowym przejąć „ster rządów”. Jak sądzę, nastąpi to prędzej czy później; prędzej – jeśli Niemcy zdecydują się zastąpić Tuska bardziej popularnym kandydatem, np. Trzaskowskim. Prezydent Warszawy był w tym roku gościem Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium, a to o czymś świadczy.

Pomiędzy początkiem lat 90. a chwilą obecną zaistniało jeszcze jedno wydarzenie, istotne dla periodyzacji najnowszej historii politycznej, lecz ważne również w kontekście mojej współpracy z Jerzym Przystawą. Otóż w Roku Pańskim 2000 Unia Europejska obłożyła sankcjami Austrię, ponieważ utworzony tam w wyniku demokratycznych wyborów rząd z udziałem Freiheitliche Partei Österreich FPÖ (czyli Wolnościowej Partii Austrii) nie odpowiadał ideologicznym preferencjom Berlina-Brukseli. Sankcje wprowadzono z naruszeniem tzw. „prawa europejskiego”, ale dla niniejszych uwag jest to sprawa drugorzędna.

Ważniejszy jest fakt, że ta decyzja zapoczątkowała nowy etap niemieckiej polityki: współdecydowania o tym, które siły polityczne mogę wchodzić do rządów w państwach członkowskich UE (ten wątek powinien nas obecnie żywo interesować).

Szwajcarskie Stowarzyszenie Mut zur Ethik (Mut – to po niemiecku odwaga, zaś słowa Ethik tłumaczyć nie trzeba) zareagowało na ogłoszenie sankcji przeciwko Austrii zwołaniem dwóch niejako ponadplanowych konferencji, poświęconych temu zagadnieniu. Współorganizatorem były francuskie Les états généraux de la souveraineté nationale, a wśród referentów – ich przewodniczący profesor Jean-Paul Bled, którego niedługo potem przeniesiono z paryskiej Sorbony na prowincjonalny uniwersytet w Strasburgu. Oprócz niego m.in. Władimir Bukowski – mówił o sowietyzacji Unii Europejskiej, niemiecki prawnik profesor Karl-Albrecht Schachtschneider o erozji demokracji i praw podstawowych w UE, zaś francuski historyk Christophe Réveillard o mniej znanych aspektach działalności Jeana Monneta, jako rzekomego „ojca” integracji europejskiej. Referat wygłosił również Karmenu Mifsud Bonnici – były socjaldemokratyczny premier Malty, która długo opierała się włączeniu do UE i dzięki temu uzyskała najwięcej derogacji w zakresie przymusu stosowania prawa unijnego. Przedstawiłem kilka uwag dotyczących dezinformacji, rozpowszechnianej przez media w związku z sytuacją w Austrii, ale na tym „polski udział” w konferencji się skończył.

Ze stowarzyszeniem współpracowałem już od kilku lat. Jego siedzibą był Zurych, a działaczami – oprócz Szwajcarów – Niemcy (po części emigranci, którzy opuścili RFN z powodu systematycznego ograniczania wolności obywatelskich i ideologicznej presji, wywieranej na nauczycieli, naukowców czy też niezależnych dziennikarzy) i Austriacy. Mut zur Ethik było organizacją o profilu konserwatywnym, występując w obronie suwerenności narodowej, prawa międzynarodowego, wolności słowa a przeciwko eutanazji, ułatwianiu dostępu do narkotyków, liberalizacji przepisów zezwalających na spędzanie płodu. Po roku 2000 stowarzyszenie otworzyło się na współpracę z przedstawicielami lewicy, tymi, którzy w europeizmie, globalizmie, neoliberalnym modelu gospodarczym i w militarnym interwencjonizmie dostrzegli zagrożenie dla socjalnej gospodarki rynkowej, czy też zasady pokojowego rozwiązywania konfliktów międzynarodowych.

Coroczne kongresy Mut zur Ethik odbywały się we wrześniu w Feldkirchu w austriackim Voralbergu, korzystając z życzliwości lokalnego wikariusza generalnego dra Elmara Fischera (w 2005 roku został biskupem diecezji Feldkirch). Miały one charakter międzynarodowy, uczestniczyli w nich naukowcy, publicyści i działacze polityczni z Europy, ze Stanów Zjednoczonych, z Izraela, Palestyny, a nawet z kilku krajów afrykańskich.

Chociaż stowarzyszenia Mut zur Ethik w żadnym wypadku nie można uznać za organizację niemieckiej prawicy, nawet wśród słuchaczy wykładów brakowało Polaków. Stąd też mój pomysł, aby doprowadzić do kontaktu pomiędzy zuryskim stowarzyszeniem a Ruchem na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych, którego twórcą i spiritus movens był Jerzy Przystawa. Na dorocznym kongresie, we wrześniu pamiętnego 2000 roku, Jurek wygłosił w Feldkirchu referat „How a Post-Communist Society Can Contribute to the Future”. Materiały konferencji ukazywały się później drukiem.

Na następne kongresy organizowane przez Mut zur Ethik przyjeżdżała już większa reprezentacja Ruchu JOW. Spośród nich odeszli tymczasem ks. Jan Kurdybelski („kapelan JOW-u”), zasłużony „woJOWnik” Jerzy Gieysztor z Wrocławia, czy Janusz Sanocki, były burmistrz Nysy; jako publicysta obdarzony – podobnie jak Jerzy Przystawa – zdolnością logicznej argumentacji i zdrowym sceptycyzmem wobec treści propagowanych przez mass-madia. Przyjeżdżała do Feldkirchu też młoda generacja: córka Jurka – Agnieszka, zaś Januszowi Sanockiemu towarzyszyły córki. Z kontaktów, które tam nawiązano, warto wspomnieć współpracę z Peterem Bachmaierem (dziś professor emeritus), który w St. Pölten kierował filią austriackiego Instytutu Europy Wschodniej. Ten kontakt zaowocował opublikowaniem artykułu Krystyny Chmieleńskiej i Jerzego Przystawy na temat wpływu „europeizmu” na system szkolnictwa w Polsce. Tekst ten ukazał się w 2005 roku w tomie Der kulturelle Umbruch in Ostmitteleuropa, którego redaktorami byli Peter Bachmaier i jego słowacka współpracowniczka Beata Blehova.

Problemom edukacji w Polsce, a zwłaszcza trudnej sytuacji nauczycieli szkolnych i akademickich, profesor Przystawa poświęcił osobną publikację – „Nauka jak niepodległość” (Wrocław 1999). Uprzednio trzykrotnie odmówił przyjęcia nominacji profesorskiej, aby zwrócić w ten sposób uwagę na katastrofalną sytuację nauki w Polsce oraz położenie nauczycieli szkolnych i akademickich.

Jednak – z perspektywy historycznej – najważniejszym obszarem działalności Jurka był bez wątpienia Ruch Obywatelski na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych – JOW. Swego czasu sprawa systemu wyborczego istniała w przestrzeni publicznej, była tematem debat, a na temat ordynacji większościowej wypowiadali się czołowi aktorzy polskiej sceny politycznej (co ciekawe – pozytywnie; jako zwolennicy JOW deklarowali się przecież zarówno Jarosław Kaczyński, jak i Donald Tusk). Owa popularność tematu była zasługą Jerzego Przystawy, który wkładając ogromne kwantum energii, czasu, pracy a nierzadko również własne pieniądze, forsował kampanię na rzecz JOW, w zmianie ordynacji wyborczej widząc warunek konieczny uzdrowienia sytuacji politycznej w Polsce; tylko brytyjski model wyborów prowadzi do odpowiedzialności posła wobec wyborców, a nie wobec przewodniczącego czy sekretarza generalnego partii.

Chodziło więc o nic innego jak o demokratyzację systemu wyborczego. Prawo wyborcze tylko formalnie jest częścią prawa powszechnego, materialnie – ma rangę prawa konstytucyjnego. To ono decyduje o kształcie państwa i stosunku pomiędzy rządzącymi a rządzonymi. Jurek odszedł zbyt wcześniej, aby doczekać orzeczenia włoskiego trybunału konstytucyjnego z grudnia 2013 roku. Corte Costituzionale zdefiniował wówczas warunki, które muszą być spełnione, aby wybory uznać za demokratyczne: głos oddany przez wyborcę na konkretnego kandydata musi być bezpośrednio zaliczony na korzyść tego ostatniego i decydujący o tym, kto wejdzie do parlamentu (orzeczenie to przemilczały mass media poza Włochami). W wypadku głosowania na listy partyjne warunek ten spełniony nie jest.

Nie będę tutaj zachwalał większościowej ordynacji wyborczej, bowiem najlepsze argumenty na rzecz jej wprowadzenia można znaleźć w tekstach Jerzego Przystawy. Wskażę tylko na pragmatyczny wymiar zagadnienia: Gdyby nie system JOW Zjednoczone Królestwo nie opuściłoby Unii Europejskiej, czyli nie zdołałoby odzyskać suwerenności państwowej, ponieważ nie doszłoby do referendum w sprawie Brexitu. Posłowie – niezależnie od przynależności partyjnej – w tej sprawie musieli reprezentować opinię wyborców. Partia konserwatywna sama z siebie doprowadziła niedawno do ustąpienia Borisa Johnsona, gdyż stracił poparcie wyborców.

Dokładnym odwróceniem tych demokratycznych mechanizmów jest sytuacja w Niemczech: (pseudo)proporcjonalna ordynacja, w połączeniu z 5-procentowym progiem wyborczym i z (sprzeczną z ustawą zasadniczą) dyscypliną partyjną, prowadzą do tego, że wpływ obywateli na polityczne decyzje rządu jest w efekcie teoretyczny. Minister spraw zagranicznych RFN Kinkel, tak komentował kiedyś niekorzystny dla własnej partii wynik wyborów: „Musimy lepiej wytłumaczyć naszą politykę wyborcom”. W leninizmie partia potrzebowała „pasów transmisyjnych”, aby przekazać swą wolę masom.

Argumenty, które Przystawa formułował dla poparcia zmiany ordynacji wyborczej, odznaczają się żelazną logiką. „Tym, co w tej sprawie zaskakuje, jest praktycznie brak jakiegokolwiek odzewu na wysiłki Jerzego” – pisał jego kolega po fachu, doktor fizyki Krzysztof J. Rapcewicz, we wstępie do wydanej w 1999 roku książki „transATLANTIC” (jest zbiór tekstów Jurka, publikowanych w 1998 roku w „Tygodniku Nowojorskim”). Równocześnie Rapcewicz wyjaśniał przyczyny tego stanu rzeczy, pisząc o „oczywistej logice” wywodów Przystawy:

„Inteligencja polska nie wypełniła swego obowiązku analizy wydarzeń, ponieważ logika tych wywodów prowadziła ją tam, dokąd nie chciała iść”.

I dalej:

Źródło tych postaw jest to samo: niechęć do przemyślenia wysuwanych argumentów jest wynikiem konfliktu pomiędzy oczekiwaniami i konkluzją, jaka z tych argumentów wynika.

Dla mnie walka o JOW-y była ostatnią (a może jedyną), podjętą po transformacji ustrojowej próbą stworzenia mechanizmu wyłaniania patriotycznej elity politycznej, kierującej się interesem państwa i dobrem wspólnym jego obywateli. Nie sądzę, abym raz jeszcze mógł być świadkiem podobnych wysiłków. Obawiam się, że Polska znajduje się na drodze prowadzącej do kolejnej katastrofy narodowej (o ile stanu wieloletniej zimnej wojny domowej pomiędzy partiami walczącymi o władzę, już teraz nie należy uznać za katastrofę).

Kończę zatem tym smutnym akcentem, który jednak pasuje do nastroju dzisiejszego dnia. 10 lat temu odszedł Jerzy Przystawa.

Monachium, 3 listopada 2022 r.

Inflacja, polityka i neoliberalna ekonomia

Inflacja, polityka i neoliberalna ekonomia

a wymiana grup władzy

Inflacja w Polsce przekroczyła już 16% w skali rocznej i rośnie dalej. W odniesieniu zaś do żywności osiąga prawdopodobnie nawet około 40%, sądząc po codziennej obserwacji cen. Jest dużo wyższa od inflacji w strefie unijnych krajów euro, która wyniosła w lipcu 8,9%. Jest to nade wszystko efekt polityki polskiego rządu. Na to nakłada się groteskowy sposób zwalczania inflacji przez Narodowy Bank Polski zgodnie z doktryną neoliberalnej ekonomii.

Przyczyny inflacji

Wyjściową przyczyną światowej, europejskiej i polskiej inflacji był absurdalny sposób zwalczania pandemii Covid-19 w postaci lockdownów. Skutki bezsensownych i nieskutecznych epidemicznie zakazów aktywności konsumenckiej i gospodarczej, w tym produkcyjnej, wzmacniane były międzynarodowymi konsekwencjami zrywania łańcuchów dostaw i zakłóceniami cyklów produkcyjnych. Tłumiło to aktywność gospodarczą i redukowało poziom produkcji i usług, a więc globalną, regionalną i krajową podaż towarowo-usługową. W przypadku Polski, acz w różny sposób również w skali międzynarodowej, mieliśmy do czynienia z osłoną finansową gospodarki, w postaci tzw. tarczy antycovidowej, czyli wpompowywania pieniędzy do podmiotów gospodarczych, aby uchronić je przed bankructwem. W Polsce wpompowano w ten sposób około 250 mld zł w ciągu dwóch lat. O tyle zwiększono więc wypłacalny popyt, bez jakiejkolwiek podaży produktów i usług. Był to potężny bodziec inflacyjny.

W naukach ekonomicznych rozróżnia się bowiem dwa rodzaje inflacji ze względu na jej przyczyny. Pierwszym rodzajem jest inflacja popytowa. Inflacja popytowa to ogólny wzrost cen wywołany nadwyżką ilości pieniądza na rynku, w stosunku do wartości produktów i usług oferowanych na tym rynku, czyli podaży rynkowej. W polskich warunkach poza rządową polityką tzw. tarczy antycovidowej, ten rodzaj inflacji jest stale wzmagany rządową polityką socjalnych wypłat oraz wszelakich dopłat, dotacji i subwencji, poczynając od programu „500 plus”. W pierwotnej wersji ten program wypłat na drugie i dalsze dzieci pobudził polską gospodarkę, po latach neoliberalnego osuszania z pieniędzy. Natomiast jego rozdmuchiwania, poczynając od tzw. piątki Kaczyńskiego z wypłatami na pierwsze już dziecko niezależnie od wysokości dochodów i zwolnienia od płacenia podatków dochodowych dla młodych ludzi do 25 roku życia, wzmaga inflację popytową. Jest ona pobudzana nieustannie rozszerzaną polityką dopłat, dotacji i subwencji, od dotacji do zakupu węgla kamiennego już poczynając. Dopłata do węgla to kompletna paranoja ekonomiczna, gdyż ceny węgla drastycznie wzrosły po wprowadzeniu embarga na import węgla rosyjskiego i konieczności jego importu z zamorskich kontynentów. Brakło bowiem nagle 10 mln ton tego importu. Paranoja zaś polega na tym, że Polska posiadając 85% zasobów węgla kamiennego Unii Europejskiej, likwidowała jego wydobycie uzależniając się przez lata od importu z Rosji. Braki węgla w Polsce, to tak jakby w Arabii Saudyjskiej brakło piasku. Polska ma bowiem zasoby węgla kamiennego wystarczające nam na 725 lat.

Rząd Mateusza Morawieckiego, przypomina przysłowiowy już helikopter latający i rozrzucający nad Polską stosy pieniędzy. Jest to w istocie krótkowzroczna i nieodpowiedzialna polityka przekupywania wyborców partii rządzącej Prawa i Sprawiedliwości. A że za rok będą wybory parlamentarne, więc przekupywanie wyborców poprzez szastanie publicznym groszem nie ustanie. To wszystko, w warunkach narastającej recesji, z zagrożeniem globalną depresją gospodarczą, bardzo źle wróży Polsce. W sytuacji zaś groźby narastania światowego i europejskiego chaosu, stworzy realne zagrożenie bezpieczeństwa ekonomicznego, energetycznego i biologicznego Polaków.

Do tego dochodzą skutki wojny rosyjsko-ukraińskiej w postaci przybycia do Polski około 4 mln obywateli Ukrainy, którzy otrzymali prawo wymiany swych ukraińskich pieniędzy hrywien na polskie złotówki. I to nie w kantorach wymiany, tylko w bankomatach, jak to obserwuję w bankomacie PKO BP w swoim mieście. Na ten temat panuje oficjalna cisza, a wręcz rządowa zmowa milczenia, więc nie wiadomo jaka jest skala tej wymiany i na jakich warunkach wymiany walut. A jest to de facto import wojennej inflacji ukraińskiej.

Drugim rodzajem inflacji jest inflacja kosztowa, która wynika ze wzrostu kosztów wytwarzania produktów i usług. Ich ceny rosną by zrównoważyć rosnące koszty, a nie by zrównoważyć popyt z podażą. Acz nazywanie tego rodzaju inflacji, inflacją kosztową jest już mylące, gdyż wzrost cen jest wywołany nade wszystko nie wzrostem kosztów, ale światową spekulacją finansową. Ceny rosną, gdyż są poddane gigantycznym i to globalnym praktykom spekulacji cenowej. Dotyczy to tak surowców energetycznych, jak i surowców mineralnych oraz produktów rolnych. A spekulują poprzez ich zakupy i sprzedaż z użyciem tzw. pochodnych papierów wartościowych głównie wielkie banki i fundusze finansowe oraz wielkie koncerny.

Polski ekspert energetyczny, Andrzej Szczęśniak, opisał jeszcze w 2021 roku taką wielką gazową spekulację cenową, którą dzisiaj zrzuca się na karb rosyjskiej agresji na Ukrainę. Otóż w 2021 roku w ciągu jednego roku cena gazu w Polsce, w warunkach państwowego monopolu PGNiG, wzrosła ponad 6-ktrotnie, z 75 zł za MWh do 458 zł, przy tych samych kosztach i niewielkich zmianach popytu. Rząd udał, że tego nie widzi. Polscy zaś dziennikarze i publicyści jak zwykle stchórzyli przed niewygodną dla władzy prawdą. A dochody PGNiG z tytułu wydobycia gazu i ropy wzrosły 40-krotnie, z 210 mln zł do 8,1 mld zł. PGNiG poniósł sobie ceny monopolowe, gdyż tak podskoczyły ceny światowe. Tak się tworzy z niczego inflację spekulacyjną.

Ta inflacja spekulacyjna rośnie na znaczeniu w związku z agresją Rosji na Ukrainę. Ta wojna z jednej bowiem strony zakłóca strumienie popytu i podaży wszelkich surowców i produktów rolnych, a z drugiej jest znakomitym pretekstem do spekulacji ich cenami przez wielkie banki, fundusze finansowe i koncerny.

„Walka z inflacją” banku centralnego a emisja pieniądza

W odpowiedzi na narastającą inflację w Polsce Narodowy Bank Polski rozpoczął od 2021 roku podwyżki swoich stóp procentowych, które decydują o stopach procentowych kredytów banków komercyjnych. Stopy procentowe NBP podwyższał już 11 razy, a we wrześniu 2022 roku najważniejsza stopa referencyjna NBP wzrosła do 6,75%. Oznacza to wzrost oprocentowania wszystkich kredytów w bankach komercyjnych.

Powstaje pytanie, co to ma naprawdę wspólnego z ograniczaniem inflacji w Polsce? Otóż nic, a co najwyżej niewiele. Wzrost oprocentowania kredytów ogranicza bankową emisję pieniądza czyli tworzenie pieniądza kredytowego dla gospodarki i ludności. Banki tworzą bowiem pieniądze udzielając kredytów. Tworzą pieniądz w formie długu. Gospodarstwa domowe i przedsiębiorstwa ograniczają pożyczki bankowe, gdyż są one drogie, a więc następuje zmniejszenie emisji pieniądza. Wszystkie jednak już udzielone kredyty, które trzeba spłacać stają się droższe. W Polsce zdecydowana większość kredytów dla gospodarstw domowych to kredyty hipoteczne. Prawdopodobnie to około 70% udzielanych kredytów. Wzrost oprocentowania kredytów to oczywiście większe comiesięczne raty i zmniejszenie możliwości zakupów gospodarstw domowych. Obniża to bowiem ich wypłacalny popyt. I tylko w tym względzie ma to wpływ na inflację popytową, acz w obliczu groźby niewypłacalności właścicieli kredytów hipotecznych.

Problem w tym, że emisja pieniądza to zarówno emisja pieniądza kredytowego przez banki komercyjne w formie długu, jak i emisja pieniądza poprzez rządowy deficyt budżetowy, drogą emisji pieniędzy rządowych, czyli Skarbu Państwa. W Polsce zaś główny dotychczas strumień inflacji to inflacja popytowa, tworzona emisją pieniądza rządowego poprzez deficyt budżetowy. I wzrost stóp procentowych banku centralnego, a w konsekwencji stóp procentowych banków komercyjnych, prowadzący do obniżenia emisji pieniądza kredytowego banków, nie ma wpływu ani na wysokość inflacji popytowej, ani kosztowo-spekulacyjnej. A uderza nade wszystko w już zaciągnięte kredyty hipoteczne.

Neoliberalna ekonomia i jej panowanie

„Walka z inflacją” poprzez podwyżki stóp procentowych banku centralnego to klasyczny dogmat neoliberalnej ekonomii. Ten przykład pokazuje absurdalność naukową i szkodliwość gospodarczą tej ekonomii. I to wcale nie najgroźniejszą, gdyż jej dogmaty „wolnego rynku”, „deregulacji” czy „prywatyzacji” i „desocjalności”, są jeszcze groźniejsze gospodarczo i politycznie. Problem w tym, iż neoliberalne dogmaty są podstawą myślenia i podejmowania decyzji w kluczowych instytucjach państw, w tym Polski.

W Polsce ideologiczny wirus neoliberalizmu całkowicie sparaliżował kapitał państwowy i gospodarcze funkcje państwa. Zamrożenie państwowych inwestycji przemysłowych przez ostatnie 30 lat, do chwili obecnej włącznie, to wynik wyłącznie paraliżu mentalnego i decyzyjnego, powodowanego całkowitym panowaniem w dyskursie publicznym ideologii ekonomicznego neoliberalizmu. W polskich warunkach neokolonialnej struktury przemysłu zdominowanej podwykonawczym i montowniczym oraz surowcowym charakterem wobec głównie gospodarki Niemiec, tylko narodowa polityka przemysłowa oparta o kapitały państwowe, jest w stanie przełamać neokolonializm przemysłowy, a tym samym drenaż ekonomiczny polskiej gospodarki. Tymczasem przez ostatnie 7 lat rządów PiS, tak jak przez poprzednie 25 lat rządów postsolidarnościowych i postkomunistycznych, nawet nie sformułowano programu takiej polityki. Myślę, że to jest poza horyzontem wyobraźni premiera Mateusza Morawickiego, o prezesie Jarosławie Kaczyńskim już nie wspominając. I z tymi grupami władzy i opozycji politycznej inaczej nie będzie. To nie mieści im się w głowach. I nie tylko to.

W wydanej w tym roku książce „The New Economics. A Manifesto”, znakomity australijski ekonomista Steve Keen, jeden z 12 ekonomistów na świecie, którzy przewidzieli Globalny Kryzys Finansowy z 2007-2008 roku, tak podsumował swą krytykę neoliberalizmu: „Uważam neoklasyczną ekonomię nie tylko za złą metodologię analizy ekonomicznej, ale za egzystencjalne zagrożenie dla dalszego istnienia kapitalizmu – i ogólnie cywilizacji ludzkiej. Musi odejść”.

Problem w tym, że jak to sam oceniał 85% samodzielnej kadry w naukach ekonomicznych świata zachodniego to neoliberałowie. W półperyferyjnej Polsce, świecącej odbitym blaskiem zachodniej nauki, jest to prawdopodobnie nawet 95 do 99%. Globalny Kryzys Finansowy był jednak tak wielkim szokiem, że pojawiły się zasadnicze wyłomy w niektórych kluczowych instytucjach międzynarodowych, choć nie w ekonomii akademickiej.

Moje propozycje dla polskich nauk ekonomicznych, zawarte w książce „Zdrada węglowa i jej narodowa alternatywa” z 2021 roku, były i są następujące: „Odrzucenie ideologii neoliberalizmu musi rozpocząć się na poziomie instytucji centralnych państwa, gdzie trzeba dokonać wyjściowej koncentracji rozproszonych antyneoliberalnych sił intelektualnych i naukowych. Trzeba dokonać wyłomu w powszechnej dominacji neoliberalizmu ekonomicznego w naukowym i politycznym dyskursie publicznym. Należy rozważyć możliwość powołania nowej państwowej uczelni wyższej o charakterze nade wszystko politechnicznym, acz również z rozbudowanym wydziałem szeroko rozumianych nauk społecznych, z naukami ekonomicznymi w roli głównej”.

Tworzenie nowych grup przywództwa narodowego Polski

Budowa nauk społecznych, z naukami ekonomicznymi w roli głównej, obok odbudowy nauk politechnicznych, jest bowiem warunkiem stworzenia narodowej alternatywy rozwoju dla zatrzaśniętej współcześnie w neokolonialnej i peryferyzującej klatce historycznej Polski. Panowanie wirusa neoliberalizmu ekonomicznego, jest tylko jednym z tego przejawów. Ta neokolonialna klatka historycznej niemocy jest zbudowana na neokolonialnej mentalności politycznych, kulturowych i naukowych grup przywództwa narodowego. Przywództwa negatywnego, opartego na braku misyjności narodowej, braku poczucia odpowiedzialności narodowej i niskim poziomie ideowo-etycznym.

Jeśli bowiem rząd M. Morawickiego podejmuje z piątku na sobotę 25 września 2020 roku decyzję o całkowitej likwidacji polskiego górnictwa węgla kamiennego, to jakich słów użyć, aby go scharakteryzować? Użyłem wówczas określenia zdrada narodowa, ale nawet to nie oddaje skali wręcz szaleństwa tej decyzji dla obecnego i przyszłych pokoleń. Kim trzeba być, aby zdecydować w kilkudziesięcioosobowej, a prawdopodobnie kilkunastoosobowej rządowej grupie o likwidacji największego bogactwa naturalnego Polski, a w istocie narodu polskiego? Jaką trzeba mieć w sobie pychę i butę oraz arogancję, ale i pogardę dla własnego społeczeństwa, aby o czymś takim samemu zdecydować? Jak trzeba być zniewolonym umysłowo i podległym mentalnie i intelektualnie, aby wykonać polecenie elit brukselsko-niemieckich o likwidacji dostępu do 52 mld ton węgla kamiennego, który zapewnia bezpieczną i tanią samowystarczalność energetyczną na 725 lat? I jak nisko trzeba upaść jako społeczeństwo, aby przyzwalać choćby tylko na publiczne głoszenie takich pomysłów? Jak nisko upadła polska nauka, polskie media i ich dziennikarze oraz publicyści, nie mówiąc o polskiej kulturze, aby pogodzić się milcząco z tak haniebną decyzją?

A jak nisko upadliśmy jako społeczeństwo i państwo, gdy w zamachu pod Smoleńskiem Wadimir Putin zamordował nam prezydenta i wszystkich dowódców rodzajów broni Wojska Polskiego? Jak bowiem nisko trzeba upaść, aby oficjalnie i publicznie powtarzać za Kremlem, że był to wypadek, gdyż 40 centymetrowa brzoza urwała skrzydło 90. tonowemu samolotowi odrzutowemu i na wysokości 5,25 metra wywróciła go półbeczką do góry, przy kilkunastometrowej długości skrzydeł? Jak nisko trzeba upaść, żeby to USA wysyłało swoich naukowców polskiego pochodzenia, aby ci skierowali uwagę na możliwość zamachu, gdyż polskie uczelnie wyższe i polscy naukowcy bali się podjąć tego tematu? Jak nisko trzeba upaść jako państwo, aby przez 12 lat dać sobie bezkarnie kraść wrak polskiego samolotu i jego czarnych skrzynek?

Ale to tylko dwa z licznych przykładów konsekwencji negatywnego przywództwa narodowego. I nie wyrwiemy się z tej neokolonialnej klatki, jeśli nie rozpoczniemy od wymiany grup przywództwa politycznego. Bo choć jest to klatka li tylko mentalna, to jej istnienie gwarantuje instytucja wyborów proporcjonalnych opartych o partyjne listy wyborcze. Jest to współczesne „liberum veto” naszego ustroju partyjnej oligarchii wyborczej, który gwarantuje nieustanną wyborczą reprodukcję kompradorskiej miernoty politycznej w postaci partyjnych grup władzy politycznej, a nie pozwala na możliwość startu wyborczego polskim obywatelom. Jak obalić to współczesne liberum veto?

Osobiście liczę już tylko na niespodziewane zbiegi okoliczności, jaki być może utworzy narastający chaos światowy i europejski. A podtrzymuje mnie od lat na duchu znakomita konstatacja światowej sławy francuskiego historyka Fernanda Braudela, iż należy „nie myśleć tylko w kategoriach czasu krótkiego, nie sądzić, że najbardziej autentyczni są aktorzy czyniący wiele hałasu; bo są też inni aktorzy, skłonni do milczenia”, zaś „rzeczywistość społeczna to zwierzyna znacznie bardziej przebiegła niż zwykło się sądzić”.

8 września 2022