Konferencja Ruchu JOW – 20.11.2021

Serdecznie zapraszamy na naszą coroczną listopadową konferencję Ruchu JOW. W tym roku porozmawiamy o współpracy samorządów z władzami centralnymi w kontekście systemów wyborczych.

Konferencja będzie się składać z dwóch części: wystąpień prelegentów i  debaty samorządowej.
W pierwszej części referaty wygłoszą:
– prof. dr inż. Tomasz J. Kaźmierski – „Ordynacje wyborcze w wyborach samorządowych w Wielkiej Brytanii”;
– prof. dr hab. Antoni Z. Kamiński – „Słabość polskiego państwa: rządy chore na centralizację”.

W drugiej części na temat współpracy samorządów z władzami centralnymi oraz wyzwań przed nimi stojących wypowiedzą się praktycy, samorządowcy:
– Julian Żygadło, burmistrz Kątów Wrocławskich;
– Filip Chodkiewicz, zastępca burmistrza Augustowa;
– Konrad Rytel, radny Sejmiku Województwa Mazowieckiego.

Debatę poprowadzi Patryk Hałaczkiewicz, zastępca burmistrza Kąty Wrocławskie.

Spotykamy się w sobotę 20 listopada 2021 o godz. 11. na platformie Zoom (link:https://us06web.zoom.us/j/86851755782).

Link do wydarzenia na fb: https://www.facebook.com/events/624178541950541

Debata ustrojowa – Finansowanie partii politycznych

Po okresie przerwy wakacyjnej wracamy do naszych cyklicznych debat. Stowarzyszenie na rzecz Zmiany Systemu Wyborczego „Jednomandatowe Okręgi Wyborcze” im. prof. Jerzego Przystawy zaprasza na kolejną debatę ustrojową.

Podczas najbliższego spotkania w czwartek 21 października 2021 r. o godzinie 16. porozmawiamy o finansowaniu partii politycznych w Polsce.

Spotkanie odbędzie się na platformie zoom: https://us06web.zoom.us/j/82414034509

Naszymi gośćmi będą:
prof. dr hab. Antoni Dudek – politolog, historyk, komentator polityczny. Profesor nauk humanistycznych. W latach 1989–2014 pracownik Uniwersytetu Jagiellońskiego kolejno na stanowiskach asystenta, adiunkta i profesora nadzwyczajnego. W latach 2006-2010 doradca prezesa IPN Janusza Kurtyki. W latach 2010-2016 członek Rady IPN, a od 2015 do 2016 r. jej przewodniczący. Obecnie profesor zwyczajny Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Autor wielu prac z zakresu historii politycznej Polski, m.in. „Reglamentowana rewolucja. Rozkład dyktatury komunistycznej w Polsce 1988–1990” czy „Od Mazowieckiego do Suchockiej. Pierwsze rządy wolnej Polski”.

dr hab. Artur Ławniczak
, prof. Uniwersytetu Wrocławskiego – prawnik, konstytucjonalista zatrudniony na Wydziale Prawa, Administracji i Ekonomii w Katedrze Prawa Konstytucyjnego. Autor monografii i artykułów naukowych z zakresu finansowania partii politycznych, podstaw demokracji, konstytucjonalizmu i legitymizacji władzy. Członek Kapituły Instytutu Wymiaru Sprawiedliwości.

Debatę poprowadzi Krzysztof Łagojda.

Link do wydarzenia na fb: https://www.facebook.com/events/670005557303203?ref=newsfeed

Debata ustrojowa – system prezydencki czy parlamentarno-gabinetowy

Stowarzyszenie na rzecz Zmiany Systemu Wyborczego „Jednomandatowe Okręgi Wyborcze” im. prof. Jerzego Przystawy zaprasza na kolejną debatę ustrojową.

Podczas najbliższego spotkania, które odbędzie się we wtorek 29 czerwca br. o godz. 17.00 porozmawiamy o zaletach i wadach systemu prezydenckiego oraz parlamentarno-gabinetowego.

Spotkanie odbędzie się na platformie zoom: https://zoom.us/j/92203513628

Naszymi gośćmi będą:

Prof. dr hab. Antoni Dudek – politolog, historyk, komentator polityczny. Profesor nauk humanistycznych. W latach 1989–2014 pracownik Uniwersytetu Jagiellońskiego kolejno na stanowiskach asystenta, adiunkta i profesora nadzwyczajnego. W latach 2006-2010 doradca prezesa IPN Janusza Kurtyki. W latach 2010-2016 członek Rady IPN, a od 2015 do 2016 r. jej przewodniczący. Obecnie profesor zwyczajny Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Autor wielu prac z zakresu historii politycznej Polski, m.in. „Reglamentowana rewolucja. Rozkład dyktatury komunistycznej w Polsce 1988–1990” czy „Od Mazowieckiego do Suchockiej. Pierwsze rządy wolnej Polski”.

Dr hab. Zdzisław Ilski, prof. Politechniki Wrocławskiej – politolog, kierownik Zespołu Politologii i Komunikacji Społecznej Studium Nauk Humanistycznych i Społecznych PWr. Autor licznych prac z zakresu systemów politycznych i wyborczych, myśli społecznej i politycznej, historii politycznej Polski.

Dr hab. Artur Ławniczak, prof. Uniwersytetu Wrocławskiego – prawnik, konstytucjonalista zatrudniony na Wydziale Prawa, Administracji i Ekonomii w Katedrze Prawa Konstytucyjnego. Autor monografii i artykułów naukowych z zakresu finansowania partii politycznych, podstaw demokracji, konstytucjonalizmu i legitymizacji władzy. Członek Kapituły Instytutu Wymiaru Sprawiedliwości.

Link do wydarzenia na fb: https://www.facebook.com/events/286970953160739?ref=newsfeed

Rządowa pożyczka z Funduszu Odbudowy

Zadłużenie zagraniczne państwa to dług denominowany w walutach obcych. Zaciąganie długu za granicą ma sens jedynie w wypadku, gdy istnieje potrzeba wydatków państwa w takich właśnie walutach. Paradoksalnie są to jednak rzadkie przypadki. W zdecydowanej większości długi zagraniczne wynikają z potrzeb wydatków wewnętrznych państwa. Jest to jeden z największych absurdów ekonomicznych współczesnego świata.

Absurdalność ekonomiczna zadłużenia zagranicznego powodowanego wydatkami wewnętrznymi, wynika z faktu, iż zagraniczna waluta jest zbędna przy krajowych wydatkach. Rząd musi wymienić w banku centralnym zagraniczną walutę na krajową, którą dopiero może opłacać swoje wydatki. W tym opłacaniu zagraniczna waluta jest niepotrzebna. Wydatki są bowiem konieczne w walucie krajowej.

Cała więc operacja zagranicznej pożyczki na potrzeby krajowych wydatków jest absurdalna. Rząd powinien pożyczyć pieniądze w kraju w walucie krajowej, gdyż w takiej będzie pokrywał swoje wydatki. Najlepiej gdyby pożyczał w swoim banku centralnym. Tam gdzie wymienia zagraniczną pożyczkę na krajowe pieniądze. Zadłużenie państwa w krajowej walucie nie jest przy tym w niczym groźne ekonomicznie. Rząd może zawsze dodrukować własne pieniądze krajowe via swój bank centralny. Ale zagranicznej pożyczki już tak nie spłaci.

Pożyczone za granicą pieniądze trzeba jednak będzie zwrócić w walutach zagranicznych. Aby je posiadać, trzeba mieć nadwyżki w handlu zagranicznym, a szerzej w bilansie płatniczym państwa. Te waluty trzeba powiem uzyskiwać w wymianie handlowej, a szerzej płatniczej. I tu zaczyna się problem spłaty zagranicznego zadłużenia, by przypomnieć choćby długi zagraniczne Polski Ludowej epoki Edwarda Gierka.

Zadłużenie zagraniczne państw półperyferyjnych i peryferyjnych to kluczowy mechanizm ich podporządkowania, aż do całkowitej utraty suwerenności i okupacji ekonomicznej, jak w europejskim przypadku Grecji. Zagraniczna zależność finansowa w postaci trudnych lub niemożliwych do spłacenia długów jest we współczesnym świecie podstawowym środkiem wojny ekonomicznej. A celem tej wojny, tak jak i wszelkich wojen militarnych, jest ekonomiczna eksploatacja okupowanego terytorium. „Greccy pożyczkodawcy (MFW, EBC i Komisja Europejska, a w istocie Niemcy – WB) – opisywał przypadek takiej współczesnej wojny ekonomicznej w Europie amerykański ekonomista i historyk Michael Hudson – używają finansów jako nowego środka wojny. W Europie trwa wojna, ale nie jest to wojna militarna. Teraz używają finansów zamiast wojny, by powiedzieć, że mogą przejąć twój kraj. Mogą cię pozbawić pracy. Mogą cię kontrolować i nie muszą cię zabijać, mogą po prostu zmusić cię do emigracji, odbierając twoją emeryturę i zabierając wszystkie twoje pieniądze. Jest też grabież ziemi, tak jakby to była inwazja w celu przejęcia greckich portów, przejęcia greckich kolei i wszystkiego innego. To jest wojna”.

Zadłużenie zagraniczne państwa to wyjątkowo niebezpieczna zależność zwłaszcza w związku z nieprzewidywalnymi relacjami kursu waluty krajowej do walut obcych. Wahania kursów tworzą nieprzewidywalność wielkości zagranicznego zadłużenia, które stałe jest tylko nominalnie, zaś realnie w przeliczeniu na walutę krajową jest płynne. Szczególnie groźna jest występująca w sytuacji depresji i recesji gospodarczej na świecie tzw. deflacja długów. Jest to zjawisko polegające na realnym wzroście obciążenia spłatą odsetek i kapitałów nominalnie stałego długu w wypadku spowolnienia i spadku gospodarczego. Jest to sytuacja, gdy przyrost zadłużenia dzięki procentowi składanemu jest szybszy od przyrostu PKB, i to coraz szybszy, aż w końcu prowadzi do zwielokrotniania długu.

Rząd premiera Mateusza Morawickiego zaciąga właśnie w ramach Funduszu Odbudowy Unii Europejskiej dług zagraniczny w wysokości 34,2 mld ero, obok 23,9 mld euro z tytułu grantowej dotacji. Jak zaś wynika z projektu Krajowego Planu Odbudowy wydatki będą zasadniczo krajowe. Jest to więc absurd ekonomiczny. Ta pożyczka zagraniczna jest nie tylko zbędna, ale i szkodliwa gospodarczo dla Polski. Tym bardziej, że zadłużenie zagraniczne państwa to około 100 mld euro, przy blisko 293 mld euro podmiotów w całym kraju, a więc 60% PKB. To jest już długofalowo groźne. A jeszcze zobaczymy, co kryje się w rządowym Krajowym Planie Odbudowy. I w PiS-owskim Nowym Ładzie. Może być dużo groźniej.

Ta zagraniczna pożyczka rządu M. Morawickiego jest ekonomicznie absurdalna. I nie można tego zrzucić na szczególną głupotę ekonomiczną naszego premiera i jego rządu. Tę pożyczkę popiera bowiem de facto większość parlamentarnych partii politycznych. Jej negacja wśród części opozycji jest bowiem tylko efektem partyjnego amoku anty-PiSowskiego. Taki mamy powszechny stan wiedzy ekonomicznej wśród partyjnych grup parlamentarnych. To jest efekt ponad 30. lat negatywnej selekcji polskich polityków. To efekt proporcjonalnej ordynacji wyborczej do Sejmu. Myślę, że bez głębokiego wstrząsu ekonomicznego Polacy nie pójdą po rozum do głowy i nie zmienią tej ordynacji. Acz wstrząs może być już blisko.

1 maja 2021

Czas rozpocząć przygotowywania do Polexitu

Choć to jeszcze nie czas na opuszczenie przez Polskę Unii Europejskiej, to już czas zacząć przygotowania do przeprowadzenia Polexitu. Te przygotowania to przede wszystkim rozpoczęcie publicznej i w pełni otwartej debaty merytorycznej na ten temat. Tę debatę trzeba będzie wymusić na ocenzurowanych ideologicznie i politycznie mediach, tak rządowych, jak i pozarządowych. Choć bowiem Polexit nie musi stać się koniecznością, to trzeba się przygotować na najgorsze scenariusze wydarzeń międzynarodowych. Takim scenariuszem jest narastająca hegemonia polityczna Niemiec, z ich dążeniem to stworzenia sfederalizowanej Unii, przy pozbawieniu państw narodowych ich kluczowej suwerenności, a dla ich ekonomicznej eksploatacji. Forsowanie neutralności klimatycznej i transformacji energetycznej Unii przy wykorzystaniu szoku pandemii koronowirusa w postaci Funduszu Odbudowy, to kolejny dowód na wciąganie narodowych państw w pułapkę federalizacji.

Hegemonia polityczna Niemiec a strefa euro

Narastająca hegemonia polityczna Niemiec, to zasadniczo pochodna wprowadzenia wspólnej waluty euro. Niemcy dzięki wspólnej walucie euro uzyskały od 2000 roku corocznie stale rosnącą i olbrzymią nadwyżkę w bilansie płatniczym, która w 2011 roku wyniosła 164,6 mld euro, w 2012 roku 193,6 mld euro, w 2013 roku 190 mld euro, w 2014 roku 212,9 mld euro a w 2015 roku aż 257 mld euro. Rola wspólnej waluty polega tu na tym, iż przewaga gospodarczo-technologiczna Niemiec, czyni niemiecki eksport przemysłowy, do krajów strefy euro niezwykle konkurencyjnym. Towary niemieckie są tam ekonomicznie bezkonkurencyjne. Kraje te bowiem nie mogą bronić swego bilansu handlu zagranicznego i bilansu płatniczego potanieniem własnej waluty, a więc i potanieniem swoich produktów, gdyż tej waluty nie posiadają, zaś siła euro oparta jest o siłę niemieckiej gospodarki. Niemcy to największy na świecie eksporter finalnych produktów przemysłowych. Niemiecki eksport, którego ponad 40% trafia na rynki unijne, mógł więc uzyskać niezwykle silną przewagę konkurencyjną na rynkach wewnętrznych krajów strefy euro.

Zgodnie zaś z prawem tożsamości finansów narodowych brytyjskiego ekonomisty Wynne Godley’a, pokazującym ścisłą zależność matematyczną pomiędzy bilansem płatniczym państwa, a zadłużeniem sektora publicznego i prywatnego sektora krajowego, bilans krajowego sektora publicznego + bilans krajowego sektora prywatnego + bilans sektora zagranicznego = 0. To oznacza, że jeśli kraje takie jak Grecja, Portugalia,
Hiszpania czy Włochy, acz od kilku lat również Francja, mają tak ogromne deficyty bilansów krajowych sektorów publicznych, to muszą być one równoważone ogromnymi nadwyżkami bilansowymi sektora zagranicznego lub/i krajowego sektora prywatnego. Ponieważ krajowe sektory prywatne nie mają tak wielkich nadwyżek i są często również mniej lub bardziej zadłużone, to nadwyżki muszą mieć sektory zagraniczne. A nadwyżka dla sektora zagranicznego oznacza deficyt bilansu handlowego i płatniczego we własnym kraju. I to one są głównym źródłem olbrzymich deficytów sektorów publicznych. Zatem tym głównym źródłem jest deficyt bilansu płatniczego państwa i stojący za nim deficyt handlu zagranicznego.

Niemcy pustoszą ekonomicznie państwa strefy euro

Mówiąc w uproszczeniu, to olbrzymie nadwyżki eksportowe Niemiec są dzięki wspólnej walucie euro głównym powodem olbrzymich deficytów rządowych i długów publicznych Grecji, Portugalii, Hiszpanii czy Włoch, acz w przyszłości również i Francji. A mówiąc jeszcze inaczej, to nie zła polityka fiskalna, a szerzej finansowa ich rządów jest przyczyną góry długów publicznych. Tą przyczyną są ich deficyty w handlu zagranicznym, a ich źródłem jest wspólna waluta euro.

Równolegle Traktat Lizboński, odebrał wszystkim państwom Unii Europejskiej wewnętrzną suwerenność walutową. Artykuł 123 tego Traktatu, zakazuje rządom zaciągania kredytów w swoich własnych bankach centralnych, co zmusza je do zaciągania kredytów w bankach prywatnych. Prywatny sektor bankowy zapewnił sobie dzięki zapisowi tego artykułu stałe i bezpieczne źródło olbrzymich dochodów rentierskich.

W konsekwencji większość państw Unii Europejska znalazła się w pułapce, z której nie ma racjonalnego wyjścia w ramach unijnego systemu finansowego. Coraz szybciej narastające zadłużenie słabszych gospodarczo państw strefy euro, tworzy konieczność coraz większych kredytów z prywatnego sektora bankowego, zwykle krajów silniejszych gospodarczo. A niewypłacalność tych słabszych państw, oznaczałaby masowe bankructwa w sektorze bankowym krajów najsilniejszych. Jest to główną przyczyną narastania coraz większego chaosu w Unii Europejskiej, która w obecnej postaci również politycznej, jest w dłuższym okresie czasu nie do utrzymania, a przynajmniej wyjątkowo trudna do utrzymania.

Jedynie bowiem państwa dysponujące nadwyżkami w bilansie płatniczym, a nade wszystko i przede wszystkim Niemcy, zapewniają sobie dzięki tym nadwyżkom bezpieczeństwo finansowe zarówno sektora prywatnego, jak i publicznego. Nadwyżka w bilansie płatniczym jest bowiem w swej finansowej istocie formą międzynarodowej bezzwrotnej dotacji do finansów narodowych.

I dopiero w tym kontekście staje się jasne, iż Niemcy stały się beneficjentem wyniszczającym gospodarczo i finansowo większość unijnych krajów strefy euro. Niemcy wyniszczają te słabsze gospodarczo i technologicznie kraje, przechwytując dzięki wspólnej walucie euro ich potencjalne nadwyżki ekonomiczne w postaci ich ujemnych bilansów płatniczych, co ostatecznie prowadzi do narastania ich deficytów w bilansach przede wszystkim publicznych. Te deficyty są pokrywane kredytami prywatnych banków europejskich, co tworzy sytuację narastającej spirali zadłużenia publicznego, coraz trudniejszego do spłacania. Dzięki tym prawidłowościom Unia będzie się stawać coraz bardziej strefą zamierającej gospodarki.

Strefa euro jako podstawa niemieckiej supermocarstwowości

Nie dotyczy to wszakże Niemiec, które dzięki olbrzymiej i stałej corocznej nadwyżce w bilansie płatniczym, mogą mieć zarówno zrównoważony bilans sektora publicznego, jak i silnie rosnący dodatni bilans sektora prywatnego, w postaci rosnących nadwyżek finansowych swych przedsiębiorstw, acz również gospodarstw domowych. Niemcy stały się pasożytniczym hegemonem gospodarczym i finansowym strefy euro, drenującym nadwyżki płatnicze słabszych krajów tej strefy i przekształcających je w swoją ogromną nadwyżkę w bilansie płatniczym. Ta nadwyżka pozwala na olbrzymie inwestycje w sektorze publicznym bez jego deficytu, przy równoczesnych inwestycjach w sektorze prywatnym i znaczących nadwyżkach finansowych gospodarstw domowych. Dzięki temu Niemcy uzyskały możliwość zbudowania w ciągu najbliższej dekady pozycji światowego supermocarstwa gospodarczego i jednego z trzech równorzędnych centrów światowej gospodarki, obok USA i Chin. Tym samym to Unia Europejska i strefa euro umożliwia Niemcom pretendowanie do tej roli światowego supermocarstwa.

Dla zagwarantowania swej rosnącej hegemonii gospodarczej i możliwości eksploatacji ekonomicznej krajów europejskich, Niemcy rozpoczęły budowę swej hegemonii politycznej w Unii Europejskiej. Ich coraz bardziej jasno deklarowanym celem politycznym jest przekształcenie Unii Europejskiej w unię polityczną sfederalizowanych państw pod niemieckim zwierzchnictwem politycznym, w formie politycznego nadzoru unijnych struktur Brukseli. „Potrzebujemy więcej Europy – mówiła nieopatrznie w 2012 roku niemiecka kanclerz Angela Merkel – Nie tylko unii walutowej, ale także fiskalnej. A przede wszystkim potrzebujemy unii politycznej. Krok po kroku musimy przekazywać więcej kompetencji Europie i dawać jej więcej narzędzi kontroli.” Jest to jasna wizja ścisłego podporządkowania unijnych państw narodowych strukturom instytucjonalnym Unii, które już w chwili obecnej są tylko narzędziami w rękach Berlina.

Niemcy będą więc tworzyć sytuację stale kryzysową politycznie w samej Unii, dążąc wbrew narodowym interesom suwerennych państw do zasadniczego ograniczania ich suwerenności, aż po ograniczanie niepodległości ich narodowych społeczeństw. Jest to warunek konieczny dla budowy ich statusu mocarstwowego, a przynajmniej wzmocnienia hegemonii geopolitycznej. Polska znalazła się obiektywnie w strategicznym konflikcie swych narodowych i państwowych interesów z Niemcami.

Należy więc budować koalicję państw opowiadających się przeciwko rozszerzaniu niemieckiej hegemonii politycznej. Natomiast w przypadku, gdyby ta walka polityczna została przegrana i Unia Europejska została przekształcona unię polityczną pod przewodnictwem Niemiec, należy podjąć decyzję o opuszczeniu przez Polskę Unii. Należy podjąć decyzję o Polexicie.

Niemiecka taktyka federalizacji Unii

Niemiecka polityka przekształcania Unii w sfederalizowaną unię polityczną państw pod zwierzchnictwem Niemiec za pośrednictwem struktur Brukseli, jest polityką małych kroków; czyli „krok po kroku”, jak to ujęła kanclerz A. Merkel. I obecna pandemia koronawirusa stała się okazją do kolejnego kroku. Jak słusznie zauważyli politycy Solidarnej Polski, powołanie wspólnego po-pandemicznego Funduszu Odbudowy, to federalizacyjna pułapka.

Jest to pułapka podwójna. Po pierwsze dojdzie, dzięki wspólnemu Funduszowi, do uwspólnotowienia, czyli federalizacji długu, w którym uczestniczą wszystkie kraje. Z tych dłużniczych zobowiązań nie sposób się jest potem wyplatać, podlegając de iure kontroli Brukseli, a de facto Niemiec. Zadłużenie finansowe jest bowiem instrumentem współczesnej agresji ekonomicznej, której zawsze ostatecznym celem jest eksploatacja ekonomiczna kraju zadłużonego. Przykład zadłużonej Grecji, którą pozbawiono wręcz całkowicie suwerenności państwowej na rzecz de facto Niemiec, choć formalnie Komisji Europejskiej, Europejskiego Banku Centralnego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego, jest drastycznym na to dowodem. Grecja jest zmuszana przez Niemcy do wyprzedaży swej infrastruktury portów, lotnisk i wodociągów, obniżki emerytur, a nawet sprzedaży swych wysp. Tak wygląda współczesna niemiecka okupacja.

Po drugie zaś, Fundusz powiązano, nie wiadomo dlaczego, choć tak naprawdę wiadomo, z finansowaniem tzw. transformacji energetycznej, w postaci likwidacji wytwarzania taniej energii elektrycznej nade wszystko z węgla, na rzecz drogich odnawialnych źródeł energii czyli głównie Słońca i wiatru. Oznacza to kilkakrotny wzrost cen energii elektrycznej w perspektywie zaledwie 10 lat.. Będzie to oznaczać pozbawienie takich krajów jak Polska całkowitej gospodarczej konkurencyjności, a nade wszystko ich przemysłów w stosunku do przemysłu niemieckiego. Ta konkurencyjność bowiem, przy niższej wydajności pracy, była i jest gwarantowana taniością energii elektrycznej produkowanej z węgla dla gospodarki i gospodarstw domowych. To po to wprowadzono unijne opłaty za uprawnienia do emisji CO2, aby tę konkurencyjność stopniowo likwidować.

Polska zadłuży się więc po to, aby ostatecznie zlikwidować swoją konkurencyjność gospodarczą, a długofalowo pozbawić się całkowicie bezpieczeństwa energetycznego w postaci likwidacji górnictwa węglowego, co zapowiedział rząd Mateusza Morawieckiego. Sam zaś premier M. Morawiecki podpisał w grudniu 2020 roku na unijnym szczycie zgodę na redukcję do 2030 roku emisji CO2 o 55% w stosunku do roku 1990, zamiast pierwotnych 45%. To, że było to zrobione wręcz ukradkiem wobec polskiej opinii publicznej świadczy, że premier, a przynajmniej jego otoczenie mieli świadomość działania na szkodę Polski. A to w Kodeksie Karnym w art. 129 nazywa się „zdradą dyplomatyczną”. Rząd PiS i jego premier okazali się więc co najmniej równie kompradorscy, jak i wszystkie postsolidarnościowe oraz postkomunistyczne rządy po 1989 roku.

Niemcy chcą budować swoją mocarstwowość gospodarczą i polityczną na eksploatacji ekonomicznej gospodarek słabszych, takich jak Polska. Aż po ich ruinę. Forsowanie więc przez Unię, a de facto Niemcy, tzw. neutralności klimatycznej jest wystarczającym powodem do Polexitu. A co najmniej rozpoczęciem do tego pełnych przygotowań.
Likwidacja dominacji politycznej rodzimych kompradorów politycznych

Warunkiem niezbędnym przygotowań do Polexitu jest wszakże rozpoczęcie usuwania dominacji kompradorskich grup politycznych, które są wewnętrznymi sojusznikami niemieckiej polityki federalizacji. Są wręcz agresorem wewnętrznym.

Kompradorami, od portugalskiego słowa „compradore”, nazywano pierwotnie kupców tubylczych na terenach Azji Południowo-Wschodniej, które podlegały ukrytej i jawnej kolonizacji gospodarczej i politycznej. Byli oni pośrednikami w kolonizującym handlu pomiędzy tymi terenami a zachodnimi metropoliami, które kolonizację prowadziły. Faktycznie pełnili oni rolę agentów handlowych tych metropolii. W naukach społecznych przyjęła się nazwa „burżuazja kompradorska” na określenie tubylczej burżuazji handlowej krajów kolonizowanych, która pośredniczyła w eksploatacji gospodarczej kolonii przez metropolie. Współcześnie określam tak te rodzime grupy i środowiska społeczne, które pośredniczą w eksploatacji ekonomicznej i politycznym podporządkowywaniu własnego kraju przez zagraniczne centra polityczne i gospodarcze, działając na ich rzecz.

Taką właśnie kompradorską rolę pełniły i pełnią grupy władzy politycznej III RP, od jej okrągłostołowych narodzin. Zarówno te postsolidarnościowe, jak i te postpeerelowskie. Te kompradorskie grupy polityczne, czy też kompradorzy polityczni, pełniły i pełnią faktyczną rolę przedstawicieli na Polskę zagranicznych centrów politycznych i gospodarczych, od Berlina i Waszyngtonu poczynając, a na Brukseli kończąc. Pośredniczą one, choć w różnym stopniu i zakresie, w eksploatacji ekonomicznej i podporządkowywaniu politycznemu własnego kraju zagranicznym centrom politycznym i gospodarczym. Dla rodzimych kompradorów politycznych stopniowe ograniczanie suwerenności Polski na rzecz Niemiec nie jest żadnym zagrożeniem. Wynika to nie tylko z politycznych interesów i politycznych zależności, lecz i z faktu postkolonialnego braku ideowej tożsamości narodowej, co jest historycznym spadkiem po komunizmie.

Warunkiem pełnego odsunięcia od władzy w państwie kompradorskich grup politycznych, jest likwidacja ustroju politycznego partyjnej oligarchii wyborczej opartego na proporcjonalnej ordynacji wyborczej do Sejmu. To dzięki głosowaniu na wyborcze listy partyjne tworzone przez partyjne oligarchie, następuje samoreprodukcja kompradorskich grup władzy, wyniesionych pierwotnie na scenę polityczną tzw. okrągłym stołem. Likwidacja tej samoreprodukcji to wprowadzenie systemu wyborczego, w którym wszyscy uprawnieni obywatele mają pełną swobodę kandydowania, tak jak w wyborach w systemach opartych o jednomandatowe okręgi wyborcze w Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych, Kanadzie czy Francji.

Ale tu trzeba czekać na sprzyjający splot okoliczności politycznych, których nie sposób przewidzieć. Kompradorskie grupy polityczne, podobnie jak i zdecydowana większość kompradorskiego establishmentu medialnego, kulturalnego i naukowego, mają pełną świadomość faktu, iż dzięki zmianie ordynacji wyborczej do Sejmu skończą na polskim śmietniku historii. I robią wszystko oraz zrobią wszystko, aby tam się nie znaleźć. Przy całkowitej zmowie milczenia na ten temat i całkowitej eliminacji z życia publicznego tych, którzy do tego dążą.

Przygotowaniom do Polexitu, acz również piętrzeniu się trudności w niemieckiej federalizacji Unii i jej kryzysowi politycznemu, sprzyjać będzie narastający światowy chaos gospodarczy, polityczny i kulturowy. Coraz więcej bowiem wskazuje, iż śmiała hipoteza nieżyjącego już Immanuela Wallersteina sprzed ponad 20. lat o strukturalnym kryzysie systemu światowego, czyli „końcu świata jaki znamy”, urzeczywistnia się. A w tym narastającym chaosie wystarczy niewielka siła machnięcia skrzydełkami motyla, aby z upływem czasu wywołać huragan na drugiej półkuli. Trzeba się więc nie tylko liczyć z „efektem motyla”, ale i w roli politycznego motyla stale świadomie występować,

28 marca 2021

Groteska z udziałem prezydenta i premiera Polski oraz z ponurymi wnioskami ogólnymi

Jak podała Polska Agencja Prasowa, 19 marca br. prezydent Andrzej Duda i premier Mateusz Morawicki uczestniczyli w obchodach „40. rocznicy bydgoskiego marca”. Prezydent i premier Polski uczcili „użycie siły wobec protestujących związkowców”. Chodzi o rocznicę prowokacji zorganizowanej 19 marca 1981 roku przez ówczesnego premiera PRL gen. Ludowego Wojska Polskiego Wojciecha Jaruzelskiego, w której funkcjonariusze komunistycznej Służby Bezpieczeństwa ciężko pobili w Bydgoszczy trzech działaczy „Solidarności” i „Solidarności Chłopskiej”. Była to celowa prowokacja, która miała być testem nastrojów społecznych, przed planowym wprowadzeniem stanu wojennego w kwietniu 1981 roku. Czyż czczenie politycznej prowokacji, przy całym szacunku dla pobitych, nie jest może połączeniem komizmu z tragizmem, zwanym popularnie groteską?

Prowokacja bydgoska premiera W. Jaruzelskiego

Od lutego 1981 roku komunistyczne władze Polski Ludowej rozpoczęły ostateczne przygotowania do wprowadzenia na wiosnę stanu wojennego w celu policyjno-wojskowego rozbicia ruchu „Solidarności”. 11 lutego nowym premierem rządu zostaje minister obrony narodowej, gen. LWP W. Jaruzelski, który występuje z apelem do społeczeństwa o „90 dni spokoju”. Niemal równocześnie z powołaniem gen. W. Jaruzelskiego na funkcję premiera, przeprowadzono pod jego kierownictwem „grę decyzyjną” wprowadzenia stanu wojennego z udziałem 45 wtajemniczonych generałów wojska i policji. Jednym z jej kluczowych ustaleń był wniosek, iż zniszczenie „Solidarności” będzie możliwe tylko przy jej pełnym zaskoczeniu. Na początku zaś lutego zapadła decyzja o przeprowadzeniu w Polsce wielkich ćwiczeń wojskowych Układu Warszawskiego z udziałem wojsk sowieckich „Sojuz 81”. 3 marca Jaruzelski przedstawił na Kremlu stan przygotowań do wprowadzenia stanu wojennego, a 16 marca rozpoczęły się wielkie manewry wojskowe. 27 marca premier Jaruzelski i I sekretarz KC partii komunistycznej Stanisław Kania podpisali podstawowe dokumenty, regulujące zasady i tryb wprowadzenia stanu wojennego, w tym dokument „Myśl przewodnia wprowadzenia stanu wojennego”.

Stan wojenny był planowany najpóźniej na kwiecień 1981 roku, a najprawdopodobniej na pierwszy dzień Świąt Wielkanocnych czyli 19 kwietnia. Świadczy o tym nie tylko logika wydarzeń, ale nade wszystko listy osób do internowania z 13 grudnia 1981 roku. Znaleźli się na niej bowiem działacze , którzy opuścili Polskę najpóźniej w kwietniu, acz również działacze, którzy przestali po kwietniu pełnić swoje funkcje w związku.

W założeniach wprowadzenia stanu wojennego znalazła się teza, iż stan wojenny będzie można wprowadzić wtedy, gdy co najmniej 60% społeczeństwa nie poprze „Solidarności”. Testem sprawdzającym siłę „Solidarności” i jej poparcie społeczne przed planowanym wprowadzeniem stanu wojennego, była rządowa prowokacja w Bydgoszczy. Prowokację przeprowadzono 19 marca pod bezpośrednią kontrolą premiera Jaruzelskiego, który był na bieżąco informowany telefonicznie o jej przebiegu, i przy obecności na jej miejscu wicepremiera rządu Stanisława Macha.

Fala rewolucyjnej mobilizacji „Solidarności”

Prowokacja polegała na ciężkim i brutalnym pobiciu przez funkcjonariuszy SB regionalnych działaczy „Solidarności” i chłopskich związków zawodowych, zaproszonych oficjalnie na sesję wojewódzkiej rady narodowej w Bydgoszczy. Brutalność i bezczelność tej prowokacji wywołała natychmiast ogromną falę emocji oburzenia w całym kraju. Krajowa Komisja Porozumiewawcza „Solidarności”, jako naczelna władza związku, po bardzo ostrym i dramatycznym konflikcie z jej przewodniczącym Lechem Wałęsą, uchwaliła strajk ostrzegawczy na 27 marca, a strajk generalny na 31 marca. Powołano Krajowy Komitet Strajkowy, który otrzymał z ramienia KKP pełnię władzy w związku, jednak bez możliwości zmiany żądań strajkowych, a także odwołania samego strajku.

W ciągu tygodnia dokonał się proces niespotykanej wcześniej i później rewolucyjnej już mobilizacji politycznej ruchu związkowego „Solidarności”, i to przy pełnym i zdecydowanym poparciu większości oburzonego brutalnością prowokacji społeczeństwa. Powszechne przygotowania do powszechnego strajku generalnego w przedsiębiorstwach i kopalniach, prowadzone z pełną świadomością możliwości użycia siły przez komunistyczne władze, wyzwoliły mobilizację emocji buntu i determinacji, przy zredukowaniu emocji strachu. To zaś prowadziło do iście rewolucyjnej masowej aktywizacji ruchu. Przygotowywano się organizacyjnie do czynnej obrony przedsiębiorstw przed uderzeniem sił szturmowych milicji. Pokazem pełnej mobilizacji i sprawności organizacyjnej „Solidarności” był czterogodzinny strajk ostrzegawczy w dniu 27 marca. Wszystko to działo się przy pełnym i zdeterminowanym poparciu większości społeczeństwa.

W tej sytuacji władze komunistyczne, przygotowujące się do wprowadzenia stanu wojennego, nie tylko musiały uznać go za niemożliwy do przeprowadzenia w kwietniu, ale musiały się silnie obawiać powszechnego strajku generalnego i pełnej konfrontacji politycznej ze związkiem. I były żywotnie zainteresowane jego odwołaniem. Rezygnacja zaś z wprowadzenia stanu wojennego w kwietniu 1981 roku, była dowodem, iż władze komunistyczne ustępują jedynie przed siłą zorganizowanej i zmobilizowanej „Solidarności”. Tylko siła związku i masowy oraz aktywny opór strajkowy łącznie z możliwością użycia siły fizycznej, mógł go uratować przed policyjno-wojskowym rozbiciem stanem wojennym, a tym samym nie dopuścić do zaprzepaszczenia solidarnościowej rewolucji.

Doszło wszakże do niespodziewanego przez miliony członków związku rozstrzygnięcia. W wyniku pertraktacji pomiędzy przewodniczącym związku L. Wałęsą, z pominięciem wszakże Krajowego Komitetu Strajkowego, a wicepremierem Mieczysławem Rakowskim, w dniu poprzedzającym strajk generalny w godzinach wieczornych podpisano porozumienie i odwołano strajk bez spełnienia postulatów strajkowych KKP.

Sposób zawarcia tej „ugody warszawskiej”, jak ją potem często pogardliwie nazywano, był ze strony Wałęsy i części liderów „Solidarności” oraz ich doradców politycznych na czele z Bronisławem Geremkiem, faktycznym puczem związkowym. Zawieszono bowiem strajk i zrezygnowano z żądań strajkowych, bez zgody KKS, a przy fizycznym uniemożliwieniu zwołania KKP. Co gorsza doszło do faktycznego zaakceptowania przez KKP tego puczu, gdyż nie odwołano L. Wałęsy z funkcji przewodniczącego oraz nie rozwiązano zespołu doradców.

Zaprzepaszczona rewolucja „Solidarności”

„Ugoda warszawska” odsłoniła w pełni główną słabość solidarnościowego ruchu robotniczego, jaką było negatywne przywództwo, wsparte negatywnym doradztwem. Było to przywództwo negatywne, gdyż liderzy związkowi na czele z Wałęsą, nie tylko nie byli w stanie sformułować strategicznej wizji i wyartykułować misję związku oraz jej przewodzić, ale nie byli też w stanie wziąć na siebie odpowiedzialności za ruch związkowy, a ich poziom etyczny nie eliminował ich osobistych słabości w działalności związkowej.

A był to najważniejszy dla solidarnościowej rewolucji moment, w którym została zaprzepaszczona historyczna szansa jego sukcesu. Przeprowadzenie w dniu 31 marca 1981 roku bezterminowego strajku generalnego w formie okupacji tysięcy zakładów pracy przez kilka milionów ludzi, w tym w 200 największych przedsiębiorstwach przemysłowych i kopalniach, w których pracowało po kilka tysięcy robotników przygotowanych do czynnej obrony swoich zakładów, uniemożliwiało rozbicie strajku z użyciem sił policyjno-wojskowych. W przypadku przeprowadzenia nawet krótkotrwałego, kilkudniowego strajku, jego efektem byłoby unaocznienie i uprzytomnienie milionom ludzi skuteczności strajku generalnego i bezsilności władz dysponujących siłą policji i wojska. Miliony uczestników przekroczyłyby kolejne granicy swej podmiotowości, zmieniając swą potoczną świadomość i swe osobowości społeczne, rozbudowując emocje buntu i odwagi, a redukując emocje strachu i podległości.

Odwołanie strajku generalnego było jednak nie tylko zaprzepaszczeniem historycznej szansy uzyskania strategicznej przewagi siły politycznej w konflikcie z władzami komunistycznymi. To odwołanie załamało siłę polityczną ruchu do tego stopnia, że do końca swego istnienia już jej nie zdołał odbudować, a co ostatecznie stało się przesłanką do skutecznego wprowadzenia stanu wojennego w grudniu 1981 roku. Doszło bowiem do nagłego i masowego załamania wznoszącej się fali emocjonalnej mobilizacji. Nastąpiła gwałtowna i masowa demobilizacja emocjonalna ruchu, a w konsekwencji wielomiesięczna masowa dezaktywacja ruchu „Solidarności”.

Pokojowa rewolucja społeczna „Solidarności”, która była w swej treści demokratyczna, niepodległościowa i uspołeczniająca, została ostatecznie zaprzepaszczona. Odwołanie wprowadzenia stanu wojennego w kwietniu 1981 udowadnia, że zmobilizowany ruch robotniczy był w stanie, przy wykorzystaniu siły generalnego strajku okupacyjnego, skutecznie przeciwstawić się użyciu stanu wojennego przez władze komunistyczne. Równocześnie przez cały okres solidarnościowej rewolucji nigdy nie istniała realna groźba sowieckiej interwencji zbrojnej, co jest już dzisiaj wystarczająco udokumentowane. Ta rewolucja została zaprzepaszczona dzięki istnieniu negatywnego przywództwa i negatywnego doradztwa, co w pełni odsłoniły wydarzenia marca 1981 roku, a potwierdziły późniejsze miesiące.

Katastrofalny stan nauk społecznych

Można by nad groteskową sytuacją czczenia przez naszego prezydenta i premiera rocznicy prowokacji Jaruzelskiego, przejść do porządku dziennego, bo nie z taką skalą groteski politycznej mamy do czynienia współcześnie w Polsce. Ale nie można tego zrobić, gdyż jest to wierzchołek góry lodowej bardzo groźnego zjawiska w postaci katastrofalnego stanu nauk społecznych, acz i, jak przypuszczam, nauki polskiej w ogóle. To, że prezydent i premier uczestniczyli w grotesce, wynikało bowiem z faktu, iż obydwaj nie wiedzieli, czym była „prowokacja bydgoska” i na czym polegał jej historyczny kontekst. A nie wiedzieli, gdyż mimo upływu 40 lat, polskie nauki społeczne, od historii, przez socjologię, po politologię, by pominąć tu ekonomię, nie mają o tym pojęcia, podobnie jak czołowi polscy dziennikarze, publicyści, komentatorzy i medialni eksperci.

Polskie nauki społeczne nie mają o tym pojęcia, gdyż badania naukowe zarówno współczesnej historii, jak i współczesnej rzeczywistości społecznej i gospodarczej, są zdominowane koniunkturalizmem, poprawnością i powierzchownością. Są zdominowane łamaniem naczelnej zasady nauk społecznych sformułowanej przez wielkiego polskiego socjologa Stanisława Ossowskiego, iż podstawowym obowiązkiem pracownika naukowego jest brak lojalności w myśleniu. W domyśle – brak lojalności w myśleniu naukowo-badawczym wobec kogokolwiek i czegokolwiek.

Polskie nauki społeczne są zdominowane koniunkturalizmem, poprawnością i powierzchownością analiz, gdyż instytucjonalnie zorganizowana nauka w uczelniach wyższych, instytutach naukowo-badawczych, aż po Instytut Pamięci Naukowej, dochodzenia prawdy nie wymusza i nie wymaga. Jest się tam nagradzanym zawodowo za koniunkturalizm, poprawność i powierzchowność badań, a karanym zawodowo za bezkompromisowość, obiektywizm i dociekliwość badawczą. Jest jeszcze gorzej, gdyż ci bezkompromisowi, obiektywni i dociekliwi, od czasów komunistycznych czystek początku i końca lat 80. XX wieku, już tam zasadniczo nie pracują. A istniejące mechanizmy naboru i awansu w tym zawodzie tę sytuację reprodukują stale i na nowo. Nieliczne zaś wyjątki, potwierdzają tylko regułę.

Polskie społeczeństwo narodowe pozbawione własnej nauki czyli samowiedzy, poczynając od Wszechświata, a na swej własnej historii kończąc, jest niczym kolos o glinianej głowie. To uniemożliwia zasadniczą samoorientację w świecie, w którym się żyje. A groteskowe zachowania polskich przywódców politycznych, są tylko tego tragikomicznym, acz i dosadnym przejawem.

Nasz prezydent i premier są tu też ofiarami swej własnej polityki wobec nauki i szkolnictwa wyższego. Nie tylko, że nie zrobili nic, mając moc inicjatywy ustawodawczej i większość parlamentarną od 2015 roku, dla głębokiej reformy i uzdrowienia polskiej nauki, acz i studiów wyższych. Dopuścili wręcz do istotnego pogorszenia sytuacji, dzięki bezmyślnej reformie nauki byłego ministra Jarosława Gowina, której nie zablokowali, choć mogli.

Katastrofalny stan nauk społecznych, acz i szkolnictwa wyższego w ogóle, po raz kolejny potwierdza, iż stworzone negatywną selekcją, dzięki proporcjonalnej ordynacji wyborczej do Sejmu, partyjne grupy władzy politycznej, nie są zdolne do gruntownej naprawy czegokolwiek, acz do psucia i niszczenia zawsze i stale. Dotyczy to tak rządzącej koalicji, jak i jej opozycji. Tylko likwidacja obecnego ustroju partyjnej oligarchii wyborczej i wprowadzenie ordynacji opartej o możliwość swobodnego kandydowania wszystkich uprawnionych do tego obywateli, otworzy drogę pozytywnej selekcji polskich elit politycznych. I być może doczekamy się wtedy uzdrawiających polską naukę reform. Póki co, wnioski są ponure.

PS wszystkie tezy dotyczące okresu lat 1980-1981 są tezami naukowymi, których dowód przedstawiłem w swojej liczącej 646 stron monografii naukowej – Wojciech Błasiak „Zaprzepaszczona rewolucja. Robotnicza rewolucja społeczna Solidarności: podłoże, przyczyny, przebieg, skutki i konsekwencje (w trzech studiach)”, „Śląsk” Wydawnictwo Naukowe, Katowice 2018. Dodam, iż jej sponsorem nie była uczelnia wyższa czy instytut naukowo-badawczy, nie mówiąc o IPN, lecz nauczycielska pensja mojej żony, wspierana nieregularnie moimi dochodami jako dostawcy pizzy.

20 marca 2021

Węglowy obłęd i jego alternatywa

Tezą wyjściową mojego artykułu jest twierdzenie, iż w latach 1989-2004 polskie górnictwo węgla kamiennego było celowo i w sposób zaplanowany systemowo niszczone ekonomicznie i technicznie, natomiast po 2004 roku trwa jego cicha samolikwidacja. Ten proces samozniszczenia był fragmentem większej całości. Tą całością była szokowa transformacja polskiej gospodarki i jej destrukcyjna peryferyzacja w formule neokolonialnej.

Aby te procesy samozniszczenia i drenażu ekonomicznego ostatecznie zatrzymać i odwrócić ich skutki, trzeba dokonać wszakże fundamentalnej zmiany całej polskiej polityki. Trzeba bowiem zatrzymać i odwrócić większą całość, od gospodarki i państwa poczynając. To jest teza wtórna.

Likwidacja eksportu polskiego węgla jako cel restrukturyzacji górnictwa

Celowe niszczenie polskiego węgla, realizowane oficjalną polityką kolejnych rządów, dokonywało się w ramach polityki tzw. restrukturyzacji górnictwa węgla kamiennego. Publicznie deklarowanym celem tej „restrukturyzacji” miało być dostosowanie górnictwa do warunków gospodarki rynkowej. Rzeczywistym zaś jej celem było zniszczenie ekonomiczne i techniczne zdolności wydobywczych górnictwa, tak aby
Polska z wielkiego światowego eksportera węgla, stała się jego importerem netto. Tym rzeczywistym bowiem, a ukrywanym celem było wyeliminowanie Polski, jako wielkiego eksportera węgla kamiennego, z rynków światowych, a nade wszystko z rynku europejskiego. Było to robione w interesie ówczesnych głównych konkurentów polskiego węgla na rynkach międzynarodowych, czyli przede wszystkim USA, Australii, Kanady i Republiki Południowej Afryki.

Był to program restrukturyzacji opracowany i kontrolowany w jego realizacji przez Bank Światowy w Waszyngtonie. Bank zaś realizował tu politykę rządów Stanów Zjednoczonych, starających się stale kontrolować podaż światowych surowców energetycznych. Program tej niszczącej restrukturyzacji był realizowany przez kolejne polskie rządy w latach 1989-2004, zarówno postsolidarnościowe, jak i postkomunistyczne.

Prawda o tej restrukturyzacji do tej pory była i jest bezwzględnie ukrywana przed polską opinią publiczną. Przez ponad 30 lat krajowy system medialny i polityczny bardzo skutecznie dezinformowały i manipulowały polską opinią publiczną w tej kwestii. Zamykanie kopalń węgla kamiennego, likwidacja wydobycia węgla i zwalnianie z pracy górników, było stale propagowanym celem w nieustannej i agresywnej przez te lata medialnej i politycznej kampanii propagandowej. To zamykanie, likwidacja i zwalnianie, było nieustannie uzasadnianie ekonomiczną nierentownością wydobycia węgla w Polsce. Ta nierentowność zaś miała wynikać ze strat finansowych kopalń i okresowo wręcz lawinowo narastającego zadłużenia tak całego górnictwa, jak i wyodrębnionych grup kopalń i poszczególnych kopalń węgla kamiennego. Przyczyny strat finansowych i długów nie podlegały wszakże jakiejkolwiek publicznej analizie i były utożsamiane z obiektywną ekonomicznie nierentownością kopalń. Co więcej, te przyczyny były świadomie ukrywane i zatajane przed opinia publiczną, a jako dezinformującego kłamstwa używano w kampanii propagandowej celowego określenia o „trwałej nierentowności kopalń”.

Rzeczywistymi przyczynami strat finansowych kopalń było celowe sterowanie cenami zbytu węgla poniżej kosztów jego wydobycia. Gdy w 1990 roku uwolniono większość cen, ceny węgla była ustalone administracyjnie na poziome poniżej kosztów wydobycia, jako tzw. kotwica inflacji. I tak w całym 1990 roku średni koszt wydobycia 1 tony węgla wynosił według ówczesnego kursu dolara 20 USD, a średnia cena węgla eksportowanego z Polski 50 USD. Kopalnie zaś zostały zmuszone do sprzedawania węgla po ustalanej administracyjnie średniej cenie 12 USD. Po zniesieniu urzędowych cen administracyjnych, wprowadzono ceny kontrolowane przez Izby Skarbowe. Następnie zaś od lipca 1992 roku ceny zbytu węgla dla potrzeb zawodowej energetyki były określane przez faktyczny dyktat monopolistyczny państwowego sektora energetycznego, a faktycznie ustalane przez Ministerstwo Przemysłu i Handlu. Były to ceny celowo zaniżone nawet w porównaniu z ceną parytetową węgla, po jakiej sprowadzano by go do Polski, gdyby zaprzestano krajowego wydobycia. Dla przykładu; w 1997 roku ustalono cenę 32 USD za tonę węgla energetycznego, mimo iż węgiel importowany musiałby kosztować minimum 35 USD, a i tak w ciągu roku zmuszono spółki węglowe do sprzedaży węgla po 27 USD. A parytet importowy węgla energetycznego na rok 1997 wyliczony został trzema różnymi metodami na 48,28 USD/t, 45,72 USD/t i 43/97 USD/t. Równocześnie od 1990 roku stale ograniczano administracyjnie wysoce opłacalny eksport węgla.

W 1990 roku uruchomiono proces spiralnego zadłużania kopalń, aż po stan katastrofy finansowej całego górnictwa od połowy lat 90. Polityka sterowania cenami zbytu węgla poniżej kosztów ich wydobycia doprowadziła do sytuacji, gdy obiektywnie wysoce rentowny ekonomicznie podsektor węgla kamiennego stał się formalnie nierentowny finansowo, stale powiększając wielkie zadłużenie. Ruszyła bowiem „kula śnieżna” zadłużenia górnictwa; od 450 mln zł (4,5 bln starych zł) w grudniu 1990 roku, po 13 mld nowych zł w 1998 i ponad 23 mld zł w 2002 roku.

Fizyczne niszczenie infrastruktury wydobywczej kopalń i jego konsekwencje

Kluczowy dla niszczenia górnictwa okazał się tzw. plan Karbownika-Steinhoffa, z okresu postsolidarnościowego rządu premiera Jerzego Buzka w latach 1997-2011. W ramach tego planu zlikwidowano ostatecznie 24 kopalnie węgla i zmniejszono wydobycie o 32 mln ton. Z górnictwa odeszło łącznie blisko 100 tys. pracowników, w tym około 37 tys. zwolniło się w zamian za odprawy w wysokości 44 tys. zł w 1998 roku i 50 tys. zł w 1999 roku. Mimo tego, zadłużenie górnictwa wzrosło między 1997 a 2001 rokiem blisko dwukrotnie, osiągając na koniec 2000 roku 22,9 mld zł.

Człowiekiem, który jako pierwszy publicznie sformułował twierdzenie i przez następne kilkanaście lat konsekwentnie je głosił, że rzeczywistym celem „reformy polskiego górnictwa” jest likwidacja jego zdolności wydobywczych, po to aby Polska przestała być światowym eksporterem węgla, był od 1989 roku doc. dr Gabriel Kraus, ówczesny pracownik naukowy Śląskiego Instytutu Naukowego w Katowicach. G. Kraus opracował przy tym kluczową argumentację naukową obalającą tezę o nierentowności polskich kopalń. Sformułował również pozytywny program alternatywny. Synteza jego analiz znalazła się w „Memoriale w sprawie uzdrowienia polskiego górnictwa węgla kamiennego”, przedstawionym w styczniu 1998 roku na Ogólnopolskim Forum Dyskusyjnym w Katowicach poświęconym przyszłości górnictwa, a zorganizowanym m.in. przez Polskie Lobby Przemysłowe.

Zamykanie kopalń było fizycznym niszczeniem ich technicznej infrastruktury wydobywczej, w postaci niszczenia szybów wydobywczych, chodników i przekopów przez ich zamulanie i zasypywanie, aż po wysadzanie materiałami wybuchowymi szybów, jak w przypadku kopalni „Morcinek” w Kaczycach. Istotą tego „ograniczanie wydobycia” było bowiem fizyczne likwidowanie dostępu do udostępnionych złóż. Chodziło o uniemożliwienie powrotu do wydobycia w późniejszym okresie.

To niszczenie było przy tym przedstawiane publicznie jako bezalternatywna oczywistość, bez dopuszczania do informowania opinii publicznej o istnieniu alternatywnej metody zamykania kopalń, w postaci ich okresowego „usypiania” wydobywczego, poprzez ich czasowe zatapianie. Tę metodę zastosowano przy zamykaniu kopalń brytyjskich w latach 80. i 90. XX wieku i w Polsce w latach 30. XX wieku, gdy w ten sposób okresowo zamknięto kopalnię „Mortimer” w Sosnowcu.

Niespodziewanie dla całego procesu likwidacyjnej restrukturyzacji polskiego górnictwa, w przeciągu zaledwie kilku miesięcy od końca 2003 roku, doszło ostatecznie do olbrzymiego skoku światowych cen węgla. I to światowo trwałego. W okresie od sierpnia 2003 roku do kwietnia 2004 roku światowe ceny węgla energetycznego wzrosły o 63 proc. do poziomu przedziału 61-71 USD za tonę, zaś węgiel koksowy osiągał cenę 110-120 dolarów za tonę, odnotowując najwyższy poziom od lat 80. Ówczesny rząd rozpoczął powoli i dyskretnie wycofywać się w 2004 roku z planów likwidacji wydobycia i zamykania kopalń.

W konsekwencji fizycznego niszczenia infrastruktury wydobywczej polskie górnictwo nie było w stanie zwiększyć wydobycia i eksportu węgla od jesieni 2003 roku, gdy ceny światowe skokowo wzrosły rzędu nawet stu kilkudziesięciu procent, tracąc bezpowrotnie olbrzymie możliwości akumulacji ekonomicznej, idące w setki milionów dolarów rocznie.

Drenaż akumulacji ekonomicznej górnictwa i jego straty finansowe

Bezpośredni drenaż akumulacji ekonomicznej górnictwa sięgnął do 2004 roku kwoty kilkudziesięciu miliardów złotych. Jak oszacowali eksperci Górniczej Izby Przemysłowo-Handlowej w Katowicach w latach 1990-1997 straty branży górniczej, tylko z powodu jednego czynnika w postaci ustalania cen węgla poniżej poziomu inflacji, przekroczyły 20 mld zł. Rząd wielkości zaś strat bezpośrednich i pośrednich należy szacować na kilkaset mld zł. Kwota kilkuset miliardów strat z tytułu likwidacyjnej restrukturyzacji nie jest kwotą przeszacowaną. W samej tylko jednej zlikwidowanej kopalni „Dębieńsko” pozostawiono udostępnione i możliwe do wydobycia 190 mln ton węgla koksującego. Przy cenie 300 zł i więcej za tonę tego węgla osiąganej w eksporcie od roku 2004, wartość pozostawionego w złożach tego węgla to kwota około 57 mld zł.

W roku 2008 Polska stała się ostatecznie importerem węgla netto, sprowadzając go głównie z Rosji. Było to wynikiem stałego ograniczania mocy wydobywczych polskiego górnictwa i spadku wydobycia węgla. Polska stała się ostatecznie importerem węgla netto w 2008 roku, ponieważ likwidacyjna restrukturyzacja w latach 1989-2004 pozbawiła polskie górnictwo wystarczających mocy wydobywczych, aby zaspokoić popyt krajowy. Od 2013 roku zaś polski węgiel był wypychany z rynków eksportowych ze względu na swe wysokie ceny. W 2014 roku sprzedaż węgla na eksport spadła z tego powodu o 30 proc., przy równoczesnym dużym napływie do Polski droższego węgla z importu, głównie z Rosji. Sprowadzanie droższego węgla z zagranicy, przy okresowych brakach możliwości zbytu węgla polskiego, świadczy o głębokiej korupcji w całym sektorze paliwowo-energetycznym.

Gdyby nie ten planowy proces niszczenia, górnictwo węglowe w Polsce okresu 1989-2004 i lat następnych, byłoby wysoce rentowną i przynoszącą stałe zyski branżą, z kilkudziesięciomiliardową akumulacją finansową. Od roku zaś 2004, po skokowym wzroście cen światowych węgla, istniałaby realna szansa zasadniczego zwiększania wydobycia i eksportu oraz uzyskiwania zwielokrotnionych zysków eksportowych. Dysponując wielomiliardowymi rezerwami finansowymi rządu 40-50 mld zł, górnictwo byłoby też w latach następnych odporne na wahania koniunktury światowej oraz spadki światowych cen i popytu na węgiel.

Likwidacyjna restrukturyzacja górnictwa węglowego w Polsce jest fenomenem na skalę światową. Ukazuje ona procesy sterowania światowymi procesami gospodarczymi przez światowe centra polityczne i kapitałowe na czele ze Stanami Zjednoczonymi, w relacjach z krajami speryferyzowanymi. Jest również fenomenem na skalę światową, gdyż odsłania ona możliwości ukrytego sterowania przez kompradorskie grupy władzy politycznej procesami społecznymi i ekonomicznymi w kraju takim jak Polska i to w perspektywie 30 lat. Odsłania skuteczność utrzymywaniem w nieświadomości co do celów tych procesów opinii publicznej i skuteczność publicznych kłamstw w długofalowym manipulowaniu opinią publiczną przez państwo i jego system medialny.

Zapowiedź całkowitej likwidacji wydobycia polskiego węgla

Po roku 2004 proces likwidacji polskiego górnictwa toczył się już przy bierności kolejnych rządów samoczynnie. Wydrenowane z akumulacji ekonomicznej i wyniszczone technicznie górnictwo kontynuowało samoczynnie swój upadek, ograniczając corocznie wydobycie, przy stałym zwiększaniu importu węgla. Kolejne rządy nie były w stanie sformułować, a ni tym bardziej zrealizować programu odbudowy mocy wydobywczych polskiego górnictwa węglowego.

We wrześniu zaś 2020 roku rząd polski niespodziewanie oficjalnie zapowiedział zaprzestanie wydobycia węgla i zamknięcie wszystkich polskich kopalń w perspektywie góra 30 lat. Rząd Mateusza Morawickiego ujawnił rzeczywiste, a skrzętnie ukrywane przez 5 lat cele i intencje swej polityki energetycznej. Jej długofalowym celem jest całkowita likwidacja polskiego górnictwa węglowego. Co przy tym istotne, decyzja ta spotkała się z milczącą akceptacją wszystkich parlamentarnych ugrupowań politycznych oraz środowisk naukowych i opiniotwórczych, tak na Śląsku, jak i w kraju.

Rząd M. Morawieckiego zaakceptował bowiem w pełni politykę klimatyczną Unii Europejskiej, która zakłada całkowitą likwidację wydobycia polskiego węgla. Ta decyzja polskiego rządu jest rzeczą bez precedensu w historii gospodarczej świata, gdyż jest zamachem na bezpieczeństwo energetyczne Polski, ponieważ pozbawia ją własnych źródeł energii i niszczy jej samowystarczalność energetyczną. Podważa jej zasadnicze bezpieczeństwo energetyczne. To perspektywiczne bezpieczeństwo energetyczne jest równie ważne jak bezpieczeństwo militarne. Gwarantuje bowiem podstawy bezpieczeństwa ekonomicznego rodzimej produkcji przemysłowej i rolniczej. Jest gwarancją biologicznego bezpieczeństwa polskiego narodu.

Z perspektywy zaś możliwości podziemnej gazyfikacji węgla i to w ciągu góra dwóch dekad, ta decyzja jest samobójcza wręcz historycznie, gdyż może przekreślić historyczne i cywilizacyjne szanse Polski i polskiego społeczeństwa narodowego na gigantyczny skok w ekonomicznym poziomie życia i pracy. A intensywne prace nad podziemnym zgazowaniem węgla na skalę przemysłową trwają w Australii, Chinach, Anglii i USA.

Aby uświadomić sobie znaczenie obecne i przyszłe węgla kamiennego w polskiej gospodarce, trzeba nade wszystko wyciągnąć wnioski z podstawowych faktów. Te podstawowe fakty są bowiem celowo ukrywane w dyskursie publicznym o polskim górnictwie węglowym.

Pierwszym faktem o fundamentalnym znaczeniu jest to, iż Polska ma 85% zasobów węgla kamiennego krajów Unii Europejskiej. Węgiel kamienny jest naszym najcenniejszym bogactwem mineralnym i posiadamy go w ilości zapewniającej nam, przy obecnej technologii, stabilne bezpieczeństwo energetyczne i konkurencyjność energetyczną przemysłu na co najmniej pół wieku.

Drugim faktem o fundamentalnym znaczeniu jest to, iż energia elektryczna produkowana z węgla kamiennego (i brunatnego) jest najtańszą energią w skali światowej. I jest w swej taniości światowo bezkonkurencyjna, mimo administracyjnych i politycznych działań na rzecz jej podrożenia, a potanienia energii odnawialnej. Produkcja węgla na świecie wzrosła od lat 90. XX wieku z 4,7 mld do około 8 mld ton w 2018 roku. Stale rosła też do 2019 roku podaż energii elektrycznej produkowanej z węgla.

Trzecim zaś faktem o fundamentalnym znaczeniu jest to, że polityka klimatyczna zmierzająca do likwidacji spalania węgla, jako źródła energii, jest oparta na globalnym kłamstwie o wpływie człowieka na ocieplenie klimatu dzięki emisji dwutlenku węgla. Z zasadniczą argumentacją naukową przeciw tezom propagujących globalne oszustwo klimatyczne kolejnych raportów IPCC, powstałego w 1986 roku organu ONZ, wystąpił w 2007 roku Pozarządowy Międzynarodowy Zespół ds. Zmiany Klimatu (NIPCC), z międzynarodowym składem naukowców pod kierunkiem jednego z najbardziej wybitnych naukowców w USA, profesora nauk środowiskowych dr S. Freda Singera, który m.in. był w latach 80. wiceprzewodniczącym Narodowego Komitetu Doradczego ds. Oceanów i Atmosfery USA. Polskę reprezentował w nim zmarły już prof. Zbigniew Jaworowski. W 2008 roku NIPCC opublikował swój raport „Przyroda, a nie aktywność człowieka rządzi klimatem”. NIPCC zarzucił IPCC, iż jest zaprogramowane na celowe tworzenie raportów, by wspierać tezę o antropologicznym ociepleniu i kontroli gazów cieplarnianych. Główną zaś tezą raportu NIPCC jest natomiast opozycyjne twierdzenie, że to przyrodnicze przyczyny są najprawdopodobniej dominującą przyczyną współczesnego ocieplenia: „Nie mówimy, że antropogeniczne gazy cieplarniane (…) nie mogą wytwarzać jakiegoś ocieplenia. Nasza konkluzja brzmi, iż dowody wskazują, że nie grają one znaczącej roli.” Groteska zaś strategii neutralności klimatycznej UE tkwi choćby tylko w tym, że człowiek odpowiada zaledwie za emisję 4,7% CO2, zaś kraje UE łącznie za emisję 11% całej emisji człowieka, a więc w istocie chodzi o strategię ograniczenia emisji o pół procenta (0,517%) w skali świata. To nie może mieć jakiegokolwiek wpływu na światową emisję gazów cieplarnianych.

Odbudowa potencjału wydobywczego górnictwa i jego ekonomiczne perspektywy

Program alternatywny dla polskiego górnictwa może być sformułowany wyłącznie tylko jako fragment narodowej alternatywy rozwoju Polski. Tak też został przeze mnie sformułowany. Jest zbudowany w perspektywie oddolnej: od założeń odbudowy potencjału wydobywczego górnictwa, przez założenia nowej narodowej polityki przemysłowej i zmianę gospodarczej roli państwa, poprzez przebudowę polskiego systemu finansowego ze zmianą funkcji banku centralnego, aż po budowę narodowego państwa obywatelskiej demokracji wraz z wymianą grup przywódczych w Polsce.

Odbudowa potencjału wydobywczego polskiego górnictwa ma doprowadzić do stopniowej likwidacji importu węgla oraz rozbudowy jego eksportu. Rentowność wszakże górnictwa trzeba zbudować w skali całego podsektora. Nie da się stworzyć trwałej rentowności wydobycia węgla w skali poszczególnych kopalń, czy nawet grup kopalń. Kopalnie mają zróżnicowane cykle życia ekonomicznego i okresowo muszą być deficytowe, bo to wynika z logiki eksploatacji złóż węgla. Tak więc wyjściowym warunkiem jest maksymalna koncentracja własnościowa, kapitałowa i organizacyjna górnictwa węglowego. Koncentracja własnościowa to przywracanie w pełni polskiej własności państwowej w górnictwie.

Należy równolegle skonsolidować procesy gospodarcze w górnictwie w jeden łańcuch; od finansowania, przez wydobycie, przeróbkę, dystrybucję, aż po handel węglem. W tym celu niezbędne jest powołanie Banku Górniczego, który będzie wyłącznie finansował górnictwo i przejmie jego zadłużenie.

Niezbędna i pilna jest głęboka wymiana kadr zarządzających w górnictwie. Trzeba odsunąć od zarządzania wszystkich bez wyjątku menadżerów i naukowców, którzy brali udział w jego niszczeniu oraz obecnej samolikwidacji.

Przywrócenie górnictwu trwałej rentowności musi zostać oparte na rachunku ekonomicznym w skali ekonomii państwa. Cena płacona za węgiel przez elektroenergetykę zawodową będzie średniookresową ceną stałą. Jej wysokość uwzględni średniookresową cenę parytetową, po jakiej węgiel byłby sprowadzany do Polski. Biorąc wszakże pod uwagę olbrzymie zadłużenie zagraniczne polskiego państwa i konieczność jego zmniejszania, w cenie węgla będzie również uwzględniona cena pożyczenia 1 dolara na zagranicznych rynkach finansowych liczona w procencie składanym.

Ze względu na możliwe wprowadzenie, w ciągu dekady do dwóch, technologii podziemnego zgazowania węgla, prace nad tą technologią uzyskają bezwzględny priorytet badawczo-wdrożeniowy i finansowy w skali państwa.

Narodowa alternatywa rozwoju Polski

Odbudowa potencjału wydobywczego górnictwa wymaga nowej roli gospodarczej polskiego państwa i realizacji narodowej polityki przemysłowej. Ta zmiana gospodarczej roli to powołanie sztabu generalnego polskiej gospodarki w postaci Ministerstwa Gospodarki, który będzie kreatorem polityki gospodarczej, a nade wszystko przemysłowej. Ta zmiana to równolegle koncentracja uprawnień właścicielskich w rękach Ministerstwa Skarbu, jako instytucjonalizacji Skarbu Państwa i realizatora polityki gospodarczej.

Trzy główne cele polityki przemysłowej to (1) umacnianie i rozwijanie narodowej własności polskiego kapitału, tak prywatnego, jak i publicznego, (2) maksymalna finalizacja narodowej produkcji przemysłowej, dla ograniczenia jej poddostawczego i montażowego charakteru i (3) innowacyjna reindustrializacja. Ta reindustrializacja to selektywne wsparcie przez państwo tworzenia i rozwoju innowacyjnych przemysłów. Jej celem jest przełamanie strukturalnego zacofania polskiego przemysłu i jego peryferyjności. Chodzi o przełamanie nade wszystko głębokiego zacofania w czterech strategicznych dla przyszłości polskiej gospodarki przemysłach: komputerowego, elektronicznego, precyzyjnego i elektrotechnicznego. Równocześnie trzeba zbudować od podstaw przemysły, które zadecydują o sukcesie III rewolucji przemysłowej, opartej na cyfryzacji produkcji przemysłowej.

Kluczowym instrumentem tej narodowej polityki przemysłowej muszą być polskie kapitały państwowe i państwowe inwestycje przemysłowe. Wymaga to wszakże likwidacji w dyskursie publicznym paraliżującej roli intelektualnego wirusa ideologii neoliberalizmu ekonomicznego. Jest to neokolonialna ideologia, której celem jest paraliż kapitałów państwowych i gospodarczych funkcji państwa.

Warunkiem niezbywalnym dla narodowej alternatywy rozwoju jest odzyskanie przez polskie państwo wewnętrznej suwerenności walutowej. Oznacza to likwidację zakazu finansowania rządowych i publicznych wydatków przez Narodowy Bank Polski, czyli likwidacji art. 220 p.1 Konstytucji i zawieszenia wykonywania art. 123 Traktatu Lizbońskiego UE. Przywrócenie suwerenności walutowej państwa umożliwi państwową emisję pieniądza, dzięki monetyzacji co najmniej deficytów budżetowych rządu. Ta monetyzacja wydatków rządowych jest niezbędna dla pokrywania emisją nowego pieniądza przyrostów nowych wartości ekonomicznych mierzonych wzrostem PKB, bez zaciągania długów w prywatnych bankach i instytucjach. Zlikwiduje to finansową „pułapkę pułapki”, w postaci narastania rządowego długu publicznego w wyniku finansowania przez niego gospodarki i gospodarstw domowych corocznymi deficytami budżetowymi.

Narodowa alternatywa rozwoju dla współczesnej Polski, wymaga wszakże tak instytucjonalnego, jak i społecznego podmiotu, zdolnych do realizacji tych narodowych wyzwań. Tym instytucjonalnym podmiotem jest silne państwo narodowe, a podmiotem społecznym patriotyczne i kompetentne grupy przywództwa narodowego.

Poziom bowiem ideowy, merytoryczny i etyczny obecnych politycznych grup przywódczych, podobnie jak grup sfery kultury, mediów i nauki, ogranicza istotnie ich narodową misyjność, narodową odpowiedzialność i narodową bezkompromisowość moralną. Grupy te, i to na przestrzeni 30 lat były i są znacząco kompradorskie i silnie zorientowane kosmopolicentrycznie, co istotnie ogranicza możliwości samoorientacji i samomotywacji narodowej.

Warunkiem wyjściowym jest likwidacja obecnego ustroju partyjnej oligarchii wyborczej. W tym ustroju obywatelom odebrano bierne prawo wyborcze, gdyż nie mogą kandydować do Sejmu jako obywatele. Z czynnego zaś prawa wyborczego uczyniono demokratyczną fasadę, gdyż wyborcy głosują na kandydatów już wybranych przez partyjne oligarchie. Konieczne jest wprowadzenie większościowej ordynacji wyborczej w wyborach do Sejmu w 460 jednomandatowych okręgach wyborczych, z równą dla wszystkich uprawnionych obywateli swobodą kandydowania, gdzie posłem zostaje zdobywca największej liczby głosów w jednej turze wyborczej.

Równa dla wszystkich swoboda kandydowania otworzy w pełni demokratyczny proces wyłaniania nowych grup politycznych. Otworzy to w pełni polską scenę polityczną na nowe środowiska i ugrupowania oraz grupy polityczne i rozpocznie proces pozytywnej selekcji nowych liderów i przywódców politycznych. Umożliwi zasadniczą wymianę grup władzy politycznej i otworzy możliwości stopniowej wymiany narodowych grup przywódczych w sferze kultury, nauki i mediów.

Nota o autorze: Wojciech Błasiak jest ekonomistą i socjologiem, dr. nauk społecznych. Jest niezależnym naukowcem i publicystą. Jest autorem i współautorem siedmiu monografii naukowych, autorskiego reportażu i zbioru esejów.

Tekst został pierwotnie opublikowany w miesięczniku społeczno-kulturalnym „Śląsk” nr 2 (305), luty 2021.

Kukiz’15 – Demokracja Bezpośrednia

Tak będzie się nazywało nowe koło poselskie w Sejmie z jego przewodniczącym Pawłem Kukizem. Nie znamy jeszcze dokładnie programu nowo powstającego koła poselskiego i nie wiemy, jak zamierza promować i wdrażać instrumenty bezpośrednio-demokratyczne w Polsce.

Ale nie wątpimy, że jest to decyzja przemyślana – jak podaje sam Paweł Kukiz:

„To jest spójne z ideami, z którymi przyszliśmy w 2015 roku do Sejmu, czyli zwiększenia udziału obywateli we władzach, czy pozyskanie przez obywateli instrumentów do kontroli nad władzą poprzez zmianę ordynacji, referenda czy wprowadzenie do polskiego porządku prawnego instytucji sędziów pokoju”.

Tak więc, przygotowania trwały ponad 5 lat – to sporo, ale miejmy nadzieję, że te prace przygotowawcze zaowocują teraz w postaci szerokich reform na rzecz demokracji bezpośredniej.

Niemniej jednak, jest to dla mnie stosunkowo zaskakujące stwierdzenie. Z tego co wiem, Kukiz’15 wszedł w ostatnich wyborach do Sejmu dzięki koalicji z ludowcami, z list Polskiego Stronnictwa Ludowego. A Polskie Stronnictwo Ludowe nie zachłystuje się ideą demokracji bezpośredniej.

Kukiz’15 wprowadzał już w swoim czasie jednomandatowe okręgi wyborcze w Polsce i… zapomniał sobie o tym. Czy będzie teraz pamiętał o demokracji bezpośredniej?

Wiemy też, co przekazał poseł Paweł Szramka, który w imieniu koła złożył dokumenty rejestrujące nowe ugrupowanie:

„W Polsce obecnie mamy demokrację, natomiast jeśli przyjrzymy jej się dokładnie, to ona z demokracją wiele wspólnego nie ma. My chcemy, żeby to obywatele przede wszystkim decydowali w Polsce, a posłowie, żeby byli wykonawcami tej woli”.

To dość proste sformułowanie – ale czasem takie proste sformułowania zawierają w sobie głębię wiedzy, której zwykły śmiertelnik nie posiada.

No nic, nie uprzedzajmy faktów i obserwujmy poczynania nowego koła poselskiego, albo – jak zwykli mówić polscy politycy: monitorujmy sytuację.

Źródło: https://poland.us/strona,25,39548,0.html

Panowie, nie tędy droga

iele osób zadaje mi pytanie, jaki są moje powiązania z koncepcją WIR (Weto – Inicjatywa – Referendum). Są nawet osoby, które informują mnie o istnieniu WIR, a także takie, które naiwnie chcą mnie skontaktować z WIR-owskimi liderami. Wreszcie pojawiają się od czasu do czasu „przywódcy” tychże organizacji, którzy proponują mi współpracę i próbują mi tłumaczyć, jak ta koncepcja funkcjonuje.

Aby przerwać to błędne koło, bardzo chętnie wyjaśnię tutaj, jak doszło do powstania koncepcji WIR, którą sam określam „teorią magicznego trójkąta”.

Jak to było?

W 2018 r. ukazała się na rynku księgarskim w Polsce moja książka pt. „Szwajcarska demokracja szansą dla Polski?”. Do napisania tej publikacji namówił mnie Wojtek Kuban z fundacji PAFERE.

Książkę napisałem i z czasem zacząłem pisać artykuły, w których opisywałem semidemokratyczny styl rządzenia w Polsce.

Następnie zebrałem wszystkie te artykuły, które oczywiście zostały opublikowane w tzw. drugim obiegu medialnym i wydałem je w postaci książki pt. „Polska semidemokracja”. Tak powstał termin „polska semidemokracja”, którego używam dla określenia połowicznej, niepełnej demokracji, która się ukształtowała w Polsce w ciągu ostatnich 30 lat. Celem wydania książki było uzasadnienie potrzeby zmian ustrojowych w naszym państwie.

W międzyczasie nawiązał ze mną kontakt Jerzy Zięba, który bardzo się zainteresował modelem szwajcarskim i zaczął lansować książkę „Szwajcarska demokracja szansą dla Polski?”.

Anegdota podaje, że Jerzy Zięba czytał tę książkę całą noc, a rankiem zdecydował się na poparcie modelu szwajcarskiego dla Polski. Jako ciekawostkę przytaczam tutaj ostatnie zdanie wspomnianej publikacji: „Proces ten powinien mieć na celu zwiększenie uczestnictwa i współdecydowania obywateli w życiu politycznym i przyczynić się do zlikwidowania tzw. społeczeństwa równoległego (my i wy) w Polsce”.

Wówczas w Polsce nikt mnie nie znał (a i teraz niewiele ludzi wie, kim jestem i co robię). Natomiast Jerzy Zięba był i jest znany i cieszy się olbrzymią popularnością w społeczeństwie polskim.

Z Jerzym Zięba przeprowadziliśmy wiele rozmów na temat możliwości zastosowania niektórych elementów bezpośrednio-demokratycznych. Z czasem wymyślił on nazwę WIR i wylansował tę koncepcję w swoich mediach społecznościowych.

Czym miał być WIR?

Koncepcja Weto-Inicjatywa-Referendum (WIR) opiera się na rozwiązaniach szwajcarskich i ma na celu ograniczenie wszechmocnej władzy wodzowskich partii politycznych w Polsce i wszechwładnego partyjnego Sejmu. Daje ona obywatelowi możliwość współdecydowania w sprawach ważnych dla państwa i jednocześnie daje społeczeństwu do ręki element kontrolny w stosunku do tzw. władzy, która jak powszechnie wiadomo, nie liczy się z nikim i z niczym w Polsce.

W 2019 r. wydałem książkę pt. „Ewolucja zamiast rewolucji”, w której dokładnie opisałem zasady działania tej koncepcji, zaproponowałem nowe zapisy konstytucyjne i podałem przykłady funkcjonowania instrumentów weta, inicjatywy obywatelskiej i oczywiście referendum. Przeanalizowałem również korzyści tej koncepcji dla systemu politycznego w Polsce.

Czego WIR nie zawiera?

Koncepcja WIR / magicznego trójkąta, nie zawiera zasad rzeczywistej demokracji oddolnej na szczeblu lokalnym. Nie ma w niej analizy funkcjonowania gmin/samorządów w kontekście demokracji bezpośredniej.

Zakładam, że najpierw należy ograniczyć samowolną władzę partyjnego parlamentu w Polsce, aby następnie móc wprowadzać rzeczywistą demokrację oddolną na szczeblu lokalnym (samorządy). Oczywiście, cały czas miałem i mam na uwadze inny polski problem – mianowicie chorą i niedemokratyczną ordynację wyborczą w naszym kraju, funkcjonującą na bazie tzw. list partyjnych i progu wyborczym.

Dlatego nawiązałem kontakt że stowarzyszeniem Jednomandatowych Okręgów Wyborczych (JOW), które od lat walczy z bezprawną polską ordynacją wyborczą, odbierającą polskiemu obywatelowi bierne prawo wyborcze.

W listopadzie 2018 r. wygłosiłem na konferencji JOW we Wrocławiu referat na temat konieczności powiązania działań na rzecz demokracji bezpośredniej i nowej ordynacji wyborczej.

Konieczność tego skoordynowanego działania przedstawiona została w książce pt. „Kulisy polskiej demokracji. Obywatel wobec systemu” (Kuban, Matyja, Sanocki).

Polski Uniwersytet na Obczyźnie w Londynie razem z organizacją JOW w Polsce organizują w marcu br. konferencję na temat nowelizacji Konstytucji RP, która ma rozpocząć konstytucyjną debatę w skali ogólnopolskiej. Celem debaty jest oczywiście nowa Konstytucja, zawierająca zapisy efektywnej i funkcjonalnej demokracji oddolnej oraz demokratycznej ordynacji wyborczej. Wszystkie środowiska, zainteresowane rzeczywistą zmianą systemu politycznego w Polsce, będą mogły uczestniczyć w tej debacie. Jeśli będą chciały…

Ale jak było dalej?

W Polsce zaczęły powstawać różne stowarzyszenia o nazwie WIR, które przejęły koncepcje Weto – Inicjatywa – Referendum, nie spoglądając przy tym ani w prawo, ani w lewo. Ba, nawet nie patrząc przed siebie ani za siebie. Stowarzyszenia te zaczęły „sprzedawać” obywatelom wspomnianą koncepcję jako lekarstwo (a nawet szczepionkę) na wprowadzenie demokracji bezpośredniej/oddolnej w Polsce.

Nie muszę dodawać, że twórcy tych ruchów obywatelskich nie przestudiowali do końca idei, lansowanego przez J. Ziębę i przeze mnie, modelu i potraktowali go co najmniej bardzo powierzchownie. Niektórzy skoncentrowali się tylko na trzech słowach (weto, inicjatywa i referendum), inni ograniczyli się tylko do przekazywania skrótu WIR.

Rozpoczęły się nawet paradoksalne nawoływania do tworzenia szkół liderów i konieczności wylansowania wodza nowego ruchu, co jest z punktu widzenia demokracji bezpośredniej kompletnym bezsensem. O prawdziwej oddolnej demokracji na szczeblu samorządów nikt nie pomyślał.

Powstała nawet partia polityczna głosząca potrzebę „wprowadzenia WIR-u” w Polsce. Domniemany wódz tej partii sugerował mi nawet, że „moje pisanie” to stanowczo za mało i że potrzebna jest armia. Nie wiem jednak, czy miał na myśli armię zawodową czy z poboru.

Niemniej jednak, idea J. Zięby i moja stworzenia ruchu oddolnego w Polsce zaczęła się niebezpiecznie chwiać w swoich posadach.

Schemat się powtarza

Samozwańczy liderzy wszelkich ruchów WIR w Polsce są oczywiście przekonani, że to oni wylansowali tę koncepcję i że wprowadzają demokrację oddolną w nadwiślańskim państwie. Krzyż im na drogę!

Nie zrozumieli, że WIR to środek do celu, a nie cel sam w sobie. Popełniają przy tym – świadomie lub nieświadomie – trzy podstawowe błędy.

Po pierwsze, nie pojmują faktu, że teoria „magicznego trójkąta” / WIR nie obejmuje w pełni demokracji oddolnej, a już na pewno nie zawiera w sobie tego typu demokracji na szczeblu lokalnym.

Po drugie, nie traktują tej koncepcji jako ruchu oddolnego, lecz wchodzą w tryby systemowe. Przejęli hasła WIR, aby na tej bazie zaimponować wyborcom i wejść na plecach tej koncepcji do semidemokratycznego systemu (parlamentu).

Po trzecie, chcąc wepchnąć siebie lub swoich kolegów do Sejmu/Senatu, argumentują to bezsensownie potrzebą zmiany Konstytucji. Funkcjonuje to na zasadzie: musicie nas wybrać, bo jak zostaniemy posłami/senatorami, to zmienimy Konstytucje i wprowadzimy do niej WIR.

Nie muszę tu uzasadniać, że jest to schematyczne myślenie, wprowadzające zwykłego obywatela w totalny błąd. Skądinąd wiemy, że zmiana Konstytucji musi zostać poprzedzona szeroką ogólnopolską debatą. Jeden albo dwóch WIR-owskich posłów nie mają na to szans w aktualnym polskim parlamencie, zdominowanym przez partię rządzącą.

Podsumowanie

Stowarzyszenia i partie WIR-owskie w Polsce skręciły z oddolno-demokratycznej drogi masowego ruchu oddolnego – zakładając, że kiedykolwiek znajdowały się na tej drodze – w ślepy i systemowy zaułek.

Najgorsze jest przy tym to, że ich liderzy nie widzą albo nie chcą tego widzieć. Obiecują ludziom demokrację bezpośrednią, a sami pchają się do tzw. władzy w ramach aktualnego systemu.

Wojciech Jaruzelski też lansował odnowę polskiego systemu politycznego w 1982 r. w ramach istniejącego wówczas systemu komunistycznego i w okresie stanu wojennego. Jaki był tego efekt? Zmarnowana dekada 80. lat w Polsce.

Nie tędy droga, Panowie.

Reguła wyborcza JOW z szerszym komentarzem

Siedem kardynalnych zasad wybierania posłów do Sejmu RP, postulowanych przez Ruch Obywatelski na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych (JOW), utworzony przez śp. Jerzego Przystawę (wytyczne dla ducha i litery prawa wyborczego, regulującego tryb wyborów sejmowych).

1. Równa dla każdego pełnoprawnego obywatela Polski swoboda indywidualnego kandydowania na posła.
– Dla dokonania rejestracji, kandydujący stawia się osobiście w Okręgowej Komisji Wyborczej i składa:
pisemne poparcie co najmniej dziesięciu wyborców danego okręgu
oraz dowód wpłaty kaucji, ze środków własnych kandydata, która jest zwracana, jeśli kandydat uzyska minimum 5% ważnie oddanych głosów (taki sposób zgłaszania kandydatury respektuje gwarantowane polską Konstytucją prawo każdego obywatela do swobodnego ubiegania się o mandat posła, w przeciwieństwie do gwałcącej to prawo obecnej ordynacji partyjnych list wyborczych).
– Na karcie do głosowania nazwiska kandydatów umieszcza się w kolejności alfabetycznej, a w przypadku ich partyjnej przynależności, obowiązkowo o tym informuje przy nazwisku kandydata.

Komentarz: Warunek niepodległości wewnętrznej narodu to wolne wybory, a wolność wyborów warunkuje równa dla wszystkich swoboda indywidualnego kandydowania. Zapisana w Konstytucji, jako bierne prawo wyborcze. Pogwałcone przez obecną ordynację list partyjnych, gdyż skuteczne kandydowanie dopuszcza ona tylko za zgodą partyjnych komitetów wyborczych.
– Wymagane przez postulat JOW osobiste stawiennictwo w Okręgowej Komisji Wyborczej dla dokonania rejestracji służy jednoznacznemu potwierdzeniu woli kandydowania i zapobiega wielu różnym nadużyciom np. ogranicza kandydowanie przez „przywożonych w teczkach”.
– Gdy celem wyborów jest wyłonienie posła z okręgu, to dla ułatwienia wyborcom orientacji, przy podejmowaniu decyzji, na kartę do głosowania powinni być wpisani kandydaci posiadający realne szanse na wybór. Temu służy wymaganie poparcia co najmniej dziesięciu wyborców danego okręgu, gdyż blokuje kandydowanie osobom całkowicie nieznanym. A umiarkowana liczba wymaganych podpisów, wystarcza dla poparcia kandydata przez osoby znające go rzeczywiście. Ich nazwiska mogą być upublicznione.
– Wymaganie wpłaty kaucji, niosące ryzyko jej utraty, służy zniechęceniu do kandydowania przez osoby bez realnych szans na wybór. Gdy, 5% ważnie oddanych głosów w okręgu liczącym 67 tys. wyborców, przy frekwencji 50% daje – 67000×0,5×0,05 = 1675 głosów, to taka ich liczba jest łatwa do osiągnięcia dla kandydatów znanych w okręgu i pozwala im na zwrot kaucji. Kandydaci, którzy nie uzyskują wymaganych 5% głosów tracą kaucję.
– Oba te warunki, nie naruszając swobody kandydowania, porządkują je. Co sprawia, że liczba nazwisk na karcie do głosowania w krajach posługujących się JOW nie przekracza kilkunastu, wśród których łatwiej odnaleźć wybranego.

2. Podział Polski na 460 jednomandatowych okręgów wyborczych, w celu wybrania takiej samej liczby posłów, zapisanej w Konstytucji. (Wtedy przy obecnej liczbie mieszkańców Polski ok. 67 tys. wyborców wybiera reprezentującego ich posła. Niewielkie rozmiary okręgów, wyrównują szanse wyborcze kandydatów, umożliwiają i niezależnym i partyjnym bezpośredni kontakt z wyborcami, a po wyborach umożliwiają realną więź posła z wyborcami i wymuszają jego przed nimi odpowiedzialność).

Komentarz: W takim małym okręgu kandydaci mogą się zaprezentować bezpośrednio, a wyborcy mogą kandydatów poznać i porównać, bez dominującej roli mediów. Dzięki czemu kampania wyborcza jest tania. A szanse wyborcze niezamożnych i bogatszych kandydatów stają się porównywalne.
Równoległą zaletą niewielkich okręgów jest realna możliwość bezpośredniego kontaktu posła z wyborcami w czasie całej kadencji. Taka relacja wymusza jego odpowiedzialność przed wyborcami. Gdyż i wyborcy i przegrani kandydaci, monitorują zachowanie posła, co mobilizuje go do pozytywnych zachowań, warunkujących poparcie w następnych wyborach.
Ewentualne powiększenie okręgu jednomandatowego (na skutek zmniejszenia liczby posłów, nieraz postulowanego dla oszczędności) redukowałoby bezpośrednie relacje kandydatów z wyborcami w czasie kampanii wyborczej. A to zwiększałoby znaczenie mediów i pieniędzy. A przez to pogarszałoby szanse wyborcze niezamożnych kandydatów. Redukowałoby bezpośrednią relację wyborców z posłem i przegranymi kandydatami, a przez to zmniejszałoby odpowiedzialność posłów przed wyborcami.
Zmniejszanie rozmiarów okręgu mogłoby prowadzić do zwiększenia wpływu lokalnych układów (mafii) na proces wyborczy. Odpowiednio mocny układ lokalny mógłby wtedy mieć większe możliwości zdominowania sytuacji tak, jak w niektórych gminach.
Liczba 460 zapisana w Konstytucji, okazała się szczęśliwą, gdyż skutkuje liczbą wyborców w polskim okręgu jednomandatowym (normą przedstawicielską) zbliżoną do jej odpowiednika w Wielkiej Brytanii, gdzie zalety okręgu tej wielkości potwierdzają kolejne wybory (w polskim JOW ok. 67 tys. wyborców, w brytyjskim JOW ok. 70 tys.). Zatem podział Polski na 460 jednomandatowych okręgów wyborczych, rokuje optymalne wykorzystanie swobody kandydowania dla dobra wspólnego.

3. Finansowanie kampanii wyborczej kandydatów wyłącznie ze środków niepublicznych, z limitem wydatków równym dla kandydatów niezależnych i partyjnych. (Odrębna ustawa reguluje finansowanie partii politycznych wyłącznie ze środków prywatnych, przez podmioty krajowe – o szczegółach limitowanych darowizn publicznie dostępna informacja.)

4. Jedna tura głosowania (daje jasne rozstrzygnięcie, ogranicza partyjne manipulacje, nieodłączne w przypadku wyborów dwu turowych i mobilizuje wyborców do poparcia konkretnego kandydata).

Komentarz: Powodem, przesądzającym o wyborze głosowania w jednej turze jest porównanie zysków i strat wybierania jedno i dwuturowego. Przede wszystkim świadomość, że ważniejszym celem wyborów jest wyłonienie reprezentanta okręgu, nawet gdy uzyska tylko niewielką przewagę, niż zastosowanie metody selekcji, pozbawionej zalet jednej tury.
Głosowanie w dwóch turach dyktowane jest chęcią wyłonienia reprezentanta posiadającego poparcie ponad 50% wyborców. Gdy żaden z kandydatów nie uzyska takiego wyniku w pierwszej turze głosowania (a tak zdarza się najczęściej), przeprowadzana jest druga tura głosowania. Wtedy wyborcy wybierają pomiędzy dwoma kandydatami, którzy uzyskali największą liczbę głosów w pierwszej turze. Ale ponieważ w drugiej turze, często bierze udział znacząco mniejsza liczba wyborców, niż w pierwszej, to zdarza się, że zwycięzca drugiej tury otrzymuje mniejszą liczbę głosów oddanych w drugiej turze, niż zwycięzca pierwszej tury. Co pokazuje niedoskonałość dwuturowej metody selekcji.

5. Obywatelski i medialny monitoring głosowania w obwodach oraz publicznego liczenia głosów, przeprowadzanego w okręgach:
– urny wyborcze o konstrukcji zabezpieczającej przed nieupoważnionym dostępem;
– przed rozpoczęciem głosowania obywatelski i medialny monitoring sprawdzenia urn wyborczych;
– monitoring (jw.) głosowania trwający permanentnie, od jego rozpoczęcia, aż do dostarczenia urn autami do przewozu gotówki, do miejsca liczenia głosów w Okręgowej Komisji Wyborczej;
– monitoring (jw.) publicznego liczenia głosów, z udziałem kandydatów, ich pełnomocników i członków komitetów wyborczych;
– Okręgowej Komisji Wyborczej przewodniczy osoba lokalnego zaufania publicznego;
– wynik liczenia ogłaszany natychmiast po jego zakończeniu.

Komentarz: Mężowie zaufania, przybywający z Obwodowej KW na krótko przed rozpoczęciem głosowania, otrzymują w Okręgowej KW solidną urnę wyborczą ze szczeliną do wkładania kart wyborczych zamykaną na klucz oraz z zamykaną na klucz klapą do wyjmowania tych kart, wraz z kluczem od szczeliny, i po dostarczeniu urny do Obwodu, bezpośrednio przed rozpoczęciem głosowania klucz od szczeliny wydają Przewodniczącemu Obwodowej KW Mężowie zaufania mogą dyżurować w lokalu wyborczym przez cały czas pracy Obwodowej KW Po zakończeniu głosowania Przewodniczący Obwodowej KW rygluje szczelinę i oddaje klucz mężom zaufania, którzy dostarczają urnę do Okręgowej KW Wszystkie urny z Obwodowych KW po dostarczeniu do Okręgowej KW zostają ustawione w sali przystosowanej do publicznego liczenia głosów. Kandydaci, ich mężowie zaufania, media i publiczność są obecni przy otwieraniu klap służących do wyjmowania kart do głosowania i w ich obecności następuje wyjęcie i liczenie głosów. Niezwłocznie po zakończeniu liczenia Przewodniczący Okręgowej KW ogłasza zwycięzcę, gdy jeden z kandydatów uzyskał liczbę głosów przynajmniej o jeden głos większą od pozostałych. Dla wyłonienia zwycięzcy w przypadku remisu, Przewodniczący przeprowadza proste losowanie.
(W/w rozwiązania, wzorowane na brytyjskich, chronią uczciwość przeprowadzenia wyborów).

6. Posłem zostaje zdobywca największej liczby głosów. Przy remisie, decyduje losowanie, gdy jest tylko jeden kandydat, posłem zostaje bez głosowania, brak kandydatów, oznacza brak posła w danym okręgu. Ta zasada jest nierozerwalnie związana z zasadą wyborów w jednej turze (oznaczoną numerem 4).

7. Pierwsze wybory według zasad Reguły JOW nie wcześniej, niż pół roku po urzędowym ogłoszeniu prawa wyborczego uwzględniającego te zasady. W tym czasie następujące działania przygotowawcze: szeroka edukacja obywatelska; prezentacja niniejszych zasad i ich pożytków, w porównaniu z ordynacją partyjnych list wyborczych. Zawieranie porozumień: w okręgach, dla wyłaniania kandydatów i między okręgami, dla tworzenia ugrupowań politycznych. Prezentowanie się wyborcom, przez kandydatów.

Komentarz: Ewentualne skrócanie okresu pierwszej kampanii wyborczej dla kandydujących według niniejszych zasad niweczyłoby większość zalet systemu JOW w pierwszych wyborach. W szczególności upośledzałoby skuteczne zaprezentowanie się wyborcom przez kandydatów nie uczestniczących wcześniej w życiu publicznym. Analogicznie do sytuacji w wyborach senackich 2011, kiedy bezpartyjni kandydaci byli dyskryminowani w zakresie czasu kampanii (przez kalendarz wyborczy) i pięciokrotnie mniejszego, niż kandydaci partyjni limitu wydatków na kampanię, co było przemilczane przez media głównego nurtu (zobacz www.jow.pl).
Półroczny okres pierwszej zdecentralizowanej kampanii wyborczej (w czterystu sześćdziesięciu jednomandatowych okręgach wyborczych) pozwoli na:
– szeroką akcję edukacyjną przybliżającą nowe, prostsze zasady wybierania, eksponującą ich pożytki, w porównaniu z zasadami ordynacji partyjnych list wyborczych;
– negocjacje środowisk o zbliżonych poglądach politycznych i zawieranie w ich konsekwencji porozumień wewnątrzokręgowych wyłaniających wspólnych kandydatów;
– negocjacje środowisk akceptujących wspólne programy i zawieranie w ich konsekwencji porozumień międzyokręgowych i ogólnokrajowych w celu utworzenia ugrupowań politycznych;
– bezpośrednie prezentowanie się wyborcom przez kandydatów: niezależnych, wyłonionych w wyniku w/w porozumień, reprezentujących partie istniejące wcześniej.

Bez spełnienia wszystkich siedmiu zasad Reguły wyborczej JOW nie jest możliwa pełna wolność i uczciwość wybierania posłów, którzy mają podjąć działanie dla dobra wspólnego.

Zasady Reguły JOW umożliwiają odwołanie posła w czasie trwania kadencji, co jest niemożliwe w systemie partyjnych list wyborczych. Jednak troska o stabilność sceny politycznej oraz doświadczenia korzystających z systemu JOW, skłaniają do ostrożnego korzystania z takiej możliwości.

Główne efekty wprowadzenia zasad Reguły wyborczej JOW w wyborach do Sejmu RP:
– odpowiedzialność posłów przed ich wyborcami (w okręgach);
– partnerstwo władzy z obywatelami, upowszechniające wśród obywateli poczucie odpowiedzialności za dobro wspólne, niezbędne w budowaniu społeczeństwa obywatelskiego;
– pozytywna selekcja kadr sprawujących władzę i stabilny rząd służący narodowi;
– w następstwie swobody kandydowania i podziału Polski na 460 JOW: decentralizacja życia politycznego, jego jawność i ożywienie, co sprzyja swobodnemu zawieraniu:
a) porozumień wewnątrzokręgowych, wyłaniających kandydatów, o największych szansach zdobycia mandatu, dla danej opcji politycznej,
b) porozumień międzyokręgowych, dla oddolnego tworzenia ugrupowań politycznych;
– zmiana charakteru partii politycznych, z wodzowskich na obywatelskie;
– utrudnienie dostępu do władzy dla ugrupowań skrajnych.

16 października 2013