Polsko-białoruskie powinowactwo wyborcze?

związku z informacjami przypominającymi o jubileuszu 30-lecia prezydentury Aleksandra Łukaszenki niniejszym wklejam moją notkę sprzed 4 lat.

W pierwszej mojej notce na Salonie24 pt. „Prawo a prawo zgłaszania w wyborach” dowodziłem ciągłości systemu wyborczego III RP z analogicznym funkcjonującym w PRL.
W następstwie opublikowanych niedawno na Salonie dwóch notek dotyczących demokracji i autokracji przyjrzałem się systemowi wyborczemu funkcjonującemu u naszego wschodniego sąsiada, czyli w Republice Białoruś.

Co prawda Republika Białoruś została zaklasyfikowana do czwartej, najniższej grupy państw określanych mianem „reżimy totalitarne”, ale III RP, ze swoją 30-letnią bohaterską walką o demokrację, znalazła się na końcu drugiej grupy pn. demokracje wadliwe i już za niedługo może spaść do trzeciej ligi zwanej systemy hybrydowe.

Zatem moje porównanie ma jakiś sens tym bardziej, że naukowcy opracowujący wskaźnik demokracji (Democracy Index) biorą pod uwagę różne kryteria, w tym m.in. proces wyborczy funkcjonujący w analizowanym państwie.

Oto kilka danych porównawczych dotyczących prawa wyborczego do organu ustawodawczego, czyli do Izby Reprezentantów RB i Sejmu RP:

1.
a) W Konstytucji RB mamy następujący zapis:
„Artykuł 69. Prawo do zgłaszania kandydatów na posłów należy do stowarzyszeń publicznych, kolektywów pracy i obywateli zgodnie z prawem”.
Przyznam się, że nie zgłębiałem tego zapisu zawężonego do treści „Prawo do zgłaszania kandydatów na posłów należy do (…) obywateli” w białoruskim Kodeksie Wyborczym, który ma 156 artykułów i 130 stron.
Ile głosów poparcia musi uzyskać kandydat, aby znaleźć się na ballot – karcie? A może funkcjonuje zasada depozytu? Oto jest pytanie.
Formalnie – dla obywatela – wygląda to nieźle, choć w warunkach białoruskiej autokracji domniemany zapis może być martwy.
b) W polskiej Konstytucji czegoś podobnego nie ma. Za to ustawa niższej rangi – czyli Kodeks wyborczy z 2011 roku – nie pozostawia złudzeń:
„Art. 84.§ 1. Prawo zgłaszania kandydatów w wyborach przysługuje komitetom wyborczym”.
Wyłączność prawa kandydowania na posła ograniczonego do prawa zgłaszania mają zatem niekonstytucyjne organizmy zwane komitetami. W III RP suweren, czyli obywatel jest „zerem”.
Na marginesie przypomnę tylko, że ordynacja wyborcza z 1952 roku mówiła, iż: „Prawo zgłaszania kandydatów na posłów przysługuje organizacjom politycznym, zawodowym i spółdzielczym, Związkowi Samopomocy Chłopskiej, Związkowi Młodzieży Polskiej, jak również innym masowym organizacjom społecznym ludu pracującego”.

2.
a) W Konstytucji RB jest zapis, że wybory deputowanych są:
powszechne, wolne, równe, bezpośrednie i tajne.
Wyżej wymienione pięć zasad jest zgodne z wytycznymi dla państwa demokratycznego ujętymi w Kodeksie dobrej praktyki w sprawach wyborczych Rady Europy z 2003 roku.
b) Paradoksalnie Republika Białoruś, jako jedyne państwo w Europie, nie należy do Rady Europy, a Polsce, która jest członkiem Rady, nie chce się nawet urzędowo przetłumaczyć wspomnianego dokumentu – Kodeksu.
Być może dlatego Konstytucja III RP uznaje tylko 4 zasady kodeksowe Rady pomijając bezceremonialnie zasadę wyborów wolnych. Widocznie jej autorzy mieli – po przejściach lat 1980 i 1981 – mocną awersję do nazwy „wolny”, która jest synonimem takich przymiotników jak „samorządny” czy „niezależny”.

3.
Systemy wyborcze obu naszych państw są – z punktu widzenia teorii i praktyki wyborczej – diametralnie różne:
a) w RB mamy system większościowy:
Izba Reprezentantów ma 110 deputowanych wybieranych w 110 okręgach wyborczych; z tego wynika, że 1 okręg liczy ok. 82 tys. mieszkańców. System ten jest stosowany w mateczniku nowożytnej demokracji, czyli w Zjednoczonym Królestwie i zwany jest popularnie JOW.
b) w III RP mamy system proporcjonalny:
Sejm ma 460 posłów, którzy wybierani są w 41 okręgach wyborczych, gdzie 1 okręg liczy prawie milion mieszkańców. Praojcem tego systemu jest ludowa demokracja PRL.

4.
W związku z ww. pkt.3 wymaga pewnego wyjaśnienia obserwacja o treści: jak funkcjonuje system JOW do najniższej Izby Parlamentu w warunkach państwa zaliczonego do tzw. reżimu autorytarnego.
Formalnie Białoruś jest państwem demokratycznym, o czym świadczy zapis w artykule 1 białoruskiej konstytucji: „Republika Białoruś jest jednolitym demokratycznym socjalnym państwem prawa”.

W warunkach ordynacji JOW – dla przeciętnego obywatela Białorusi – liczy się kandydat na deputowanego, a nie lista partyjna jak w III RP. W wolnych wyborach wygrywa najlepszy. To od wyborców zależy, czy zwycięskim kandydatem będzie osoba nominowana przez partię wodzowską, czy ktoś inny.

W 2016 roku posłanką do Izby Reprezentantów została Anna Kanapacka ze Zjednoczonej Partii Obywatelskiej. Ledwo co została deputowaną, a już zamanifestowała konieczność zmiany systemu większościowego, dzięki któremu dostała się do Izby zamiast wzmacniać „demokrację”, a osłabiać „autokrację” – jeśli oczywiście większość wyborców tego by sobie życzyła. Pani Kanapacka w następnych wyborach do Izby w 2019 roku odpadła w swoim jednomandatowym okręgu.

Z tego pobieżnego oglądu białoruskiej demokracji „autokratycznej” można wysnuć wniosek oto taki, że na odcinku praw wyborczych Białoruś jest przed Murzynami, czyli Polską. Indeksy indeksami, ale wirus JOW stoi u wschodnich bram Rzeczpospolitej.
I to pomimo tego, iż ten jowowirus pasożytuje na społeczeństwie innej cywilizacji (vide: Feliks Koneczny).

Walne Zgromadzenie Stowarzyszenia JOW – 29.06.2024

W sobotę, 29 czerwca 2024 r. o godzinie 16.00 w Krajowym Biurze Ruchu JOW we Wrocławiu, przy ul. Białoskórniczej 3/1, odbędzie się Walne Zgromadzenie Członków Stowarzyszenia na rzecz Zmiany Systemu Wyborczego „Jednomandatowe Okręgi Wyborcze” im. prof. Jerzego Przystawy.

W przypadku nieuzyskania w pierwszym terminie przewidywanego w Statucie kworum, drugi termin wyznaczono tego samego dnia na godz. 17.

Link do spotkania on-line: https://meet.google.com/wfh-rrmw-kkd

 

Program obrad

1. Wybór Przewodniczącego Zgromadzenia i protokolanta.
2. Przyjęcie porządku obrad.
3. Wybór Komisji Mandatowej, Komisji Skrutacyjnej i Komisji Wnioskowej.
4. Sprawozdanie Zarządu.
5. Wniosek Komisji Rewizyjnej w sprawie absolutorium dla Zarządu.
6. Głosowanie w sprawie absolutorium dla Zarządu.
7. Wybory do władz Stowarzyszenia.
8. Propozycje programowe na najbliższy rok.
9. Wolne wnioski.
10. Zamknięcie obrad.

Spotkanie ma charakter zamknięty.
W głosowaniu mogą uczestniczyć tylko członkowie Stowarzyszenia JOW, którzy regularnie opłacają składki członkowskie.
Przypominamy i prosimy o uregulowanie zaległych składek.

30-lecie Ruchu JOW. Relacja video

30-lecie Ruchu JOW.

18 listopada 2023 w Sali Sesyjnej Rady Miasta Wrocławia odbyła się IX Konferencja Ruchu JOW, poświęcona jubileuszowi 30-lecia Ruchu. Zamieszczamy relację z debaty, którą poprowadził Artur Heliak (Wspólna Perspektywa).

W dyskusji uczestniczyli:
dr Małgorzata Burnecka, przewodnicząca Zarządu Osiedla Karłowice-Różanka
Patryk Hałaczkiewicz, koordynator krajowy Koalicji Samorządowej, Ruch na rzecz JOW
Jerzy Karwelis, dziennikarz, publicysta
prof. Tomasz J. Kaźmierski, Uniwersytet Southampton, prezes Stowarzyszenia JOW
Patryk Wild, radny Sejmiku Województwa Dolnośląskiego

Projekt Programu Odzyskania Polski – vox ex parte

(do artykułu blogera Wawel pod tym samym tytułem*)

1. Polska przynależy do cywilizacji łacińskiej, której istnienie powoli sobie uświadamiamy, chociaż bloger Krzysztof J. Wojtas dopowie, że do cywilizacji polskiej.

Ponadto, dzięki naszym post peerelowskim elitom jesteśmy elementem Unii Europejskiej, która podejmuje próby tworzenia jednolitego państwa sama będąc mieszanką państw zorganizowanych według różnych metod ustroju życia zbiorowego.
Ta próba stworzenia homogenicznego europejskiego imperium wiedzie ku stanowi acywilizacyjnemu (F. Koneczny), które nie wróży nic dobrego w przyszłości.
Bez opuszczenia tego, obcego cywilizacji łacińskiej, związku gospodarczo-politycznego każdy oddolny polski program naprawczy jest skazany na niepowodzenie.

2. Wielka Brytania – jako pierwsza – skutecznie poradziła sobie z wyjściem z UE poprzez operację zwaną Brexitem.
Hasłem przewodnim Brexitu (za Nigel Farage’em) była teza, że UE jest związkiem niedemokratycznym, co jest oczywiście prawdą.

3. Feliks Koneczny uważał Anglię za jedną z najmocniejszych twierdz cywilizacji łacińskiej, mimo działań protestantyzmu, zwłaszcza w jego odmianie kalwińskiej oraz poprzez pojęcia i metody kapitalistyczne. Anglia jest wybitnie łacińska, co się wyraża w niezależności i aktywności jej społeczeństwa, w jej praworządności, w jej duchu wolności.

4. Jeśli teza F. Konecznego, ujęta w ww. pkt.3 jest prawdziwa to nasuwa się pytanie, co jest takiego specjalnego u Wyspiarzy, że dali sobie radę z opuszczeniem UE?

5. Odpowiedź jest prosta dlatego tak niewidoczna.

Podmiotem w państwie Wielka Brytania jest obywatel, który w niewyobrażalnym dla Polaków demokratycznym mechanizmie wyborczym może kandydować do organu ustawodawczego, czyli do Izby Gmin. I to od niego – jako Suwerena – zależy los własnego państwa, w tym m.in. istnienie w strukturach UE.
Pozycja brytyjskiego Suwerena jest mocna, co potwierdziło referendum z 2011 roku w sprawie zmiany sposobu wyboru deputowanych do Izby Gmin. Dotyczyło ono zmiany sposobu głosowania w ramach ordynacji większościowej i również w jednomandatowych okręgach wyborczych z jedną turą głosowania, gdzie elekcję uzyskiwał kandydat z największą liczbą głosów (First Past The Post) na rzecz sposobu – bardziej skomplikowanego (kilka tur liczenia), a zatem mniej transparentnego dla wyborcy – zwanego AV (alternatywny głos). Wynik był czytelny: tak dla FPTP, nie dla AV.

6. Jak wygląda bierne prawo wyborcze w Wlk. Brytanii:
Każdy, czy to nominowany przez partię, czy niezależny tzw. independent, może stawać do wyborów do Izby Gmin pod 2 warunkami: musi zdobyć 10 podpisów oraz wpłacić depozyt 500 £, który przepada jeśli nie uzyska 5% głosów. Ponadto państwo nie finansuje partii.
Wnioskując z powyższego możemy uznać, że demokracja angielska jest jak wzorzec z Sevres wśród wszystkich odmian europejskich demokracji.

7. W przeciwieństwie do Brytyjczyków Polacy nadal – dokładnie jak w czasach PRL – nie są podmiotem prawa wyborczego tj. mają prawo czynne, ale nie mają biernego.
Ta wadliwa praktyka wyborcza jest sprzeczna m.in. z dokumentem Rady Europy tj. z Opinią no. 190/2002 pn. „Code of good practice in electoral matters”.
Polska jest członkiem Rady, a mimo to nie ma urzędowego tłumaczenia jego tekstu.
Opinia RE jest konsekwencją innych międzynarodowych dokumentów, jak np. Międzynarodowej Konwencji Praw Obywatelskich i Politycznych.

8. Kodeks wprowadził do obiegu pojęcie Europejskie Dziedzictwo Wyborcze (EDW).
EDW zostało zdefiniowane poprzez podanie pięciu zasad, które to dziedzictwo stanowi. Zasadami tymi są: powszechność, równość, wolność, tajność i bezpośredniość wyborów.
Autorzy dokumentu stwierdzają, iż demokracja jest nie do przyjęcia bez wyborów przeprowadzanych zgodnie z ww. zasadami.
Wobec powyższego treść artykułu 96.2 polskiej Konstytucji winna brzmieć:
„Wybory do Sejmu są powszechne, równe, bezpośrednie i wolne oraz odbywają się w głosowaniu tajnym”.

9. W świetle praktyki demokracji angielskiej (pkt.6) ordynacja proporcjonalna z d’Hondtem wygląda na igrzyska urządzane dla gminu i na jego koszt przez „grupę trzymających władzę” po 1989 roku, tak aby nic się nie zmieniło w stosunku do okresu peerelu na odcinku systemu wyborczego.
Co do zasady „proporcje” są destrukcyjne dla wspólnoty bowiem dotyczą wyłącznie proporcji między organizacjami zwanymi partiami a nie między kandydatami, którzy mogą, a nie muszą być nominowani przez partie.
W III RP partie zagwarantowały sobie prawnie monopol na proces wyboru posłów poprzez pozbawienie obywatela biernego prawa wyborczego.

10. W 2011 roku Węgry uchwaliły nową Konstytucję i wprowadziły do niej ordynację większościowo-proporcjonalną, z przewagą angielskiego JOW. Skutkiem tego węgierski naród ma gwarancję, że jest Suwerenem w swoim kraju.

11. Reasumując: warunkiem niezbędnym realizacji jakiegokolwiek narodowego sanacyjnego programu jest opuszczenie Unii Europejskiej. Z kolei działania nakierowane na to opuszczenie są uwarunkowane uprzednim upodmiotowieniem polskiego obywatela co do pełni praw wyborczych.

12. Roztropnym ruchem ku upodmiotowieniu obywatela byłaby droga węgierska, czyli pośrednia ku demokracji prawie wzorcowej jaką mają Anglicy. To oznacza zaadoptowanie węgierskiego mechanizmu wyborczego do polskich warunków.

13. Ponieważ tylko czynem można potwierdzić to, czy głoszona idea jest dobra czy nie dlatego – co do zasady popieram hasło Sz. Kolegi Wawela nt. przedstawionego Programu, nawet nie wgłębiając się w jego szczegóły.
Sugeruję jednak – na początek – ograniczenie tego Programu do jednego celu, który to cel jest zapisany w art.1 polskiej Konstytucji. Jego treść to: „Rzeczpospolita Polska jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli”. Uzasadnienie dla tego ograniczenia podaję w pkt. 16.

14. W kwestii organizacyjnej uważam, że „Program” skutecznie może realizować nie żaden Ruch a Partia, która ujmie ww. cel w swoim statucie. Bowiem Ruchy po śmierci założyciela same zamierają a Partie normalne – demokratyczne (nie wodzowskie) – już nie powinny.

15. Nadal jednak pozostają dwie niewiadome:
a/ czy i kiedy polski gmin, po swoim upodmiotowieniu będzie skłaniał się w większości ku opuszczeniu UE?
b/ czy Autorzy idei ewangelizacji Europy nadal będą upierać się przy swoim pomyśle kładąc kłody temu „opuszczeniu”? Sam byłem w owym czasie pod urokiem tej idei dając krzyżyk za przystąpieniem do UE, co dzisiaj wydaje mi się ruchem błędnym.

16. Uzasadnienie do pkt. 11.
Rządząca w Wlk. Brytanii Partia Konserwatywna ma w swoim 17-stronicowym statucie tylko jednozdaniowy zapis na temat swojego celu, o treści:
„2. Its purpose is to sustain and promote within the Nation the objects and values of the Conservative Party”.
Bowiem im ogólniej zdefiniowany cel w statucie tym szersza jego popularność wśród obywateli. Taktyczne szczegóły w realizacji tego celu zawiera się w bieżącej polityce partii – w formie programu na czas kadencji – na którą wpływ winni mieć wszyscy jej członkowie.

*/https://www.salon24.pl/u/wawel24/1331727,projekt-programu-odzyskania-polski

Walka o JOW-y

OCHWAŁA LOGIKI

W 10. rocznicę śmierci śp. Jerzego Przystawy

Walka o JOW-y była ostatnią (a może jedyną), podjętą po transformacji ustrojowej, próbą stworzenia mechanizmu wyłaniania patriotycznej elity politycznej, kierującej się interesem państwa i dobrem wspólnym jego obywateli.

„Mirek Dakowski i Staszek Sauć przywieźli z Bonn miłe informacje o Panu, m.in. o tym, że wyrażał Pan chęć nawiązania ze mną kontaktu. Bardzo mnie ta wiadomość ucieszyła, gdyż znając z „Kultury” Pańską publicystykę miałem cichą nadzieję, że może istotnie uda nam się kiedyś spotkać i połączyć nasze skromne siły”.

Tak zaczynał się pierwszy list Jerzego Przystawy do mnie, datowany „2.10.92”. Owszem, wyrażona w liście nadzieja spełniła się. Odwiedził mnie w Monachium, w towarzystwie Krystyny Chmieleńskiej, mniej więcej rok później. Trudności w kontaktach osobistych były m.in. wynikiem faktu, że nie akceptując sytuacji powstałej na skutek ustaleń z „Magdalenki” i umów „okrągłostołowych”, do 1996 roku utrzymywałem status uchodźcy politycznego. Posługiwałem się titre de voyage, wydanym w oparciu o Konwencję Genewską, który ważny był na wszystkie kraje świata, z wyjątkiem Polski.

Nietaktem byłoby jednak zajmowanie się tutaj samym sobą. Również pisząc o Jurku, będę się starał uniknąć wątków, którymi zajmowały się już osoby bardziej ode mnie kompetentne i których głos ma większą wagę od mego.

We wspomnianym liście autor pisał, że przyszły kształt stosunków polsko-niemieckich uważa za podstawowy dla naszej narodowej egzystencji i w związku z tym założył we Wrocławiu Stowarzyszenie Inicjatyw Polsko-Niemieckich. W jednym z kolejnych listów podkreślał, że szuka kontaktów poza establishmentem (niemieckim). A to niespodzianka! – pomyślałem. Fizyk z Polski, nieznający – jak sam pisał – ani Niemiec, ani języka niemieckiego – szuka kontaktów, aby sprawy stosunków z naszym zachodnim sąsiadem nie pozostały „w rękach facetów, którzy na tę kwestię patrzą przez pryzmat interesów indywidualnych bądź grupowych”. Przez dziesięciolecia zachowaniem Polaków wobec Niemiec – także na emigracji, czyli w Wolnym Świecie – rządził „kompleks niemiecki” (by użyć określenia, jakim posłużył się Józef Mackiewicz w „Zwycięstwie prowokacji”). Kontaktów z konserwatywnymi siłami politycznymi w RFN unikano niczym diabeł święconej wody. Jeszcze w latach 80., gdy w Niemczech uczestniczyłem w spotkaniach lub konferencjach o jednoznacznie antykomunistycznym i antysowieckim charakterze, byłem z reguły ich jedynym polskim uczestnikiem. Lewica imprez tego typu nie organizowała, zaś zdecydowana większość niemieckich intelektualistów co najmniej sympatyzowała z zaangażowaną w Ostpolitik SPD, o ile nie była członkami tej partii, zaś „zieloni” byli wyraźnie zainfekowani marksizmem.

Nie trzeba było zatem przekonywać mnie do SIPN; starałem się z Monachium wesprzeć Stowarzyszenie. Ostrzegałem jednak równocześnie jego twórcę, że niemiecki establishment polityczny nie będzie zainteresowany współpracą z grupami czy strukturami niezależnymi, nawet jeśli proponują one dyskusję na tematy podstawowe dla stosunków między obu państwami i społeczeństwami. Niemcy już wówczas wybierali polskich partnerów według własnych interesów politycznych. „Obraz polski w RFN tworzą głównie pp. Bartoszewski i Szczypiorski” – pisałem – (mogłem był dorzucić jeszcze 2 lub trzy nazwiska osób o poglądach zbliżonych do obu wymienionych prominentów, ale nie więcej); to oni są obecni w najbardziej prestiżowych mediach, utrzymują kontakty z niemiecką elitą kulturalną, są bywalcami salonów politycznych w Berlinie i – co również nie bez znaczenia – często mogą się cieszyć z różnych nagród i apanaży. Okazało się jednak, że moje ostrzeżenia były zbyteczne. Konsulat RFN we Wrocławiu traktował SIPN z „ostentacyjnym lekceważeniem” – pisał Przystawa.

W 1993 roku związana z SPD Fundacja Friedricha Eberta zobowiązała się do sponsorowania organizowanej przez SIPN w Książu konferencji, poświęconej problemom ekologicznym. Przygotowania trwały już pół roku, gdy fundacja nagle – trzy tygodnie przed rozpoczęciem konferencji! – poinformowała organizatorów, że wycofuje się ze sponsorowania imprezy. Ta wiadomość nie oburzyła mnie tylko dlatego, że po 10 latach pobytu w Niemczech znałem już podobne sytuacje: niepodziewane wycofanie obiecanych funduszów, wstrzymanie publikacji przyjętego już do druku materiału, ba, zdarzały się przypadki zablokowania nominacji profesorskich (najczęściej na wydziałach historycznych), gdy nagle okazywało się, że kandydat w jakimś wcześniejszym artykule naruszył zasadę ideologicznej poprawności.

Takie były początki.

Berlin już od lat 90. tworzył w Polsce swoich „partnerów” i dysponuje obecnie potężnym ugrupowaniem, gotowym przejąć „ster rządów”. Jak sądzę, nastąpi to prędzej czy później; prędzej – jeśli Niemcy zdecydują się zastąpić Tuska bardziej popularnym kandydatem, np. Trzaskowskim. Prezydent Warszawy był w tym roku gościem Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium, a to o czymś świadczy.

Pomiędzy początkiem lat 90. a chwilą obecną zaistniało jeszcze jedno wydarzenie, istotne dla periodyzacji najnowszej historii politycznej, lecz ważne również w kontekście mojej współpracy z Jerzym Przystawą. Otóż w Roku Pańskim 2000 Unia Europejska obłożyła sankcjami Austrię, ponieważ utworzony tam w wyniku demokratycznych wyborów rząd z udziałem Freiheitliche Partei Österreich FPÖ (czyli Wolnościowej Partii Austrii) nie odpowiadał ideologicznym preferencjom Berlina-Brukseli. Sankcje wprowadzono z naruszeniem tzw. „prawa europejskiego”, ale dla niniejszych uwag jest to sprawa drugorzędna.

Ważniejszy jest fakt, że ta decyzja zapoczątkowała nowy etap niemieckiej polityki: współdecydowania o tym, które siły polityczne mogę wchodzić do rządów w państwach członkowskich UE (ten wątek powinien nas obecnie żywo interesować).

Szwajcarskie Stowarzyszenie Mut zur Ethik (Mut – to po niemiecku odwaga, zaś słowa Ethik tłumaczyć nie trzeba) zareagowało na ogłoszenie sankcji przeciwko Austrii zwołaniem dwóch niejako ponadplanowych konferencji, poświęconych temu zagadnieniu. Współorganizatorem były francuskie Les états généraux de la souveraineté nationale, a wśród referentów – ich przewodniczący profesor Jean-Paul Bled, którego niedługo potem przeniesiono z paryskiej Sorbony na prowincjonalny uniwersytet w Strasburgu. Oprócz niego m.in. Władimir Bukowski – mówił o sowietyzacji Unii Europejskiej, niemiecki prawnik profesor Karl-Albrecht Schachtschneider o erozji demokracji i praw podstawowych w UE, zaś francuski historyk Christophe Réveillard o mniej znanych aspektach działalności Jeana Monneta, jako rzekomego „ojca” integracji europejskiej. Referat wygłosił również Karmenu Mifsud Bonnici – były socjaldemokratyczny premier Malty, która długo opierała się włączeniu do UE i dzięki temu uzyskała najwięcej derogacji w zakresie przymusu stosowania prawa unijnego. Przedstawiłem kilka uwag dotyczących dezinformacji, rozpowszechnianej przez media w związku z sytuacją w Austrii, ale na tym „polski udział” w konferencji się skończył.

Ze stowarzyszeniem współpracowałem już od kilku lat. Jego siedzibą był Zurych, a działaczami – oprócz Szwajcarów – Niemcy (po części emigranci, którzy opuścili RFN z powodu systematycznego ograniczania wolności obywatelskich i ideologicznej presji, wywieranej na nauczycieli, naukowców czy też niezależnych dziennikarzy) i Austriacy. Mut zur Ethik było organizacją o profilu konserwatywnym, występując w obronie suwerenności narodowej, prawa międzynarodowego, wolności słowa a przeciwko eutanazji, ułatwianiu dostępu do narkotyków, liberalizacji przepisów zezwalających na spędzanie płodu. Po roku 2000 stowarzyszenie otworzyło się na współpracę z przedstawicielami lewicy, tymi, którzy w europeizmie, globalizmie, neoliberalnym modelu gospodarczym i w militarnym interwencjonizmie dostrzegli zagrożenie dla socjalnej gospodarki rynkowej, czy też zasady pokojowego rozwiązywania konfliktów międzynarodowych.

Coroczne kongresy Mut zur Ethik odbywały się we wrześniu w Feldkirchu w austriackim Voralbergu, korzystając z życzliwości lokalnego wikariusza generalnego dra Elmara Fischera (w 2005 roku został biskupem diecezji Feldkirch). Miały one charakter międzynarodowy, uczestniczyli w nich naukowcy, publicyści i działacze polityczni z Europy, ze Stanów Zjednoczonych, z Izraela, Palestyny, a nawet z kilku krajów afrykańskich.

Chociaż stowarzyszenia Mut zur Ethik w żadnym wypadku nie można uznać za organizację niemieckiej prawicy, nawet wśród słuchaczy wykładów brakowało Polaków. Stąd też mój pomysł, aby doprowadzić do kontaktu pomiędzy zuryskim stowarzyszeniem a Ruchem na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych, którego twórcą i spiritus movens był Jerzy Przystawa. Na dorocznym kongresie, we wrześniu pamiętnego 2000 roku, Jurek wygłosił w Feldkirchu referat „How a Post-Communist Society Can Contribute to the Future”. Materiały konferencji ukazywały się później drukiem.

Na następne kongresy organizowane przez Mut zur Ethik przyjeżdżała już większa reprezentacja Ruchu JOW. Spośród nich odeszli tymczasem ks. Jan Kurdybelski („kapelan JOW-u”), zasłużony „woJOWnik” Jerzy Gieysztor z Wrocławia, czy Janusz Sanocki, były burmistrz Nysy; jako publicysta obdarzony – podobnie jak Jerzy Przystawa – zdolnością logicznej argumentacji i zdrowym sceptycyzmem wobec treści propagowanych przez mass-madia. Przyjeżdżała do Feldkirchu też młoda generacja: córka Jurka – Agnieszka, zaś Januszowi Sanockiemu towarzyszyły córki. Z kontaktów, które tam nawiązano, warto wspomnieć współpracę z Peterem Bachmaierem (dziś professor emeritus), który w St. Pölten kierował filią austriackiego Instytutu Europy Wschodniej. Ten kontakt zaowocował opublikowaniem artykułu Krystyny Chmieleńskiej i Jerzego Przystawy na temat wpływu „europeizmu” na system szkolnictwa w Polsce. Tekst ten ukazał się w 2005 roku w tomie Der kulturelle Umbruch in Ostmitteleuropa, którego redaktorami byli Peter Bachmaier i jego słowacka współpracowniczka Beata Blehova.

Problemom edukacji w Polsce, a zwłaszcza trudnej sytuacji nauczycieli szkolnych i akademickich, profesor Przystawa poświęcił osobną publikację – „Nauka jak niepodległość” (Wrocław 1999). Uprzednio trzykrotnie odmówił przyjęcia nominacji profesorskiej, aby zwrócić w ten sposób uwagę na katastrofalną sytuację nauki w Polsce oraz położenie nauczycieli szkolnych i akademickich.

Jednak – z perspektywy historycznej – najważniejszym obszarem działalności Jurka był bez wątpienia Ruch Obywatelski na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych – JOW. Swego czasu sprawa systemu wyborczego istniała w przestrzeni publicznej, była tematem debat, a na temat ordynacji większościowej wypowiadali się czołowi aktorzy polskiej sceny politycznej (co ciekawe – pozytywnie; jako zwolennicy JOW deklarowali się przecież zarówno Jarosław Kaczyński, jak i Donald Tusk). Owa popularność tematu była zasługą Jerzego Przystawy, który wkładając ogromne kwantum energii, czasu, pracy a nierzadko również własne pieniądze, forsował kampanię na rzecz JOW, w zmianie ordynacji wyborczej widząc warunek konieczny uzdrowienia sytuacji politycznej w Polsce; tylko brytyjski model wyborów prowadzi do odpowiedzialności posła wobec wyborców, a nie wobec przewodniczącego czy sekretarza generalnego partii.

Chodziło więc o nic innego jak o demokratyzację systemu wyborczego. Prawo wyborcze tylko formalnie jest częścią prawa powszechnego, materialnie – ma rangę prawa konstytucyjnego. To ono decyduje o kształcie państwa i stosunku pomiędzy rządzącymi a rządzonymi. Jurek odszedł zbyt wcześniej, aby doczekać orzeczenia włoskiego trybunału konstytucyjnego z grudnia 2013 roku. Corte Costituzionale zdefiniował wówczas warunki, które muszą być spełnione, aby wybory uznać za demokratyczne: głos oddany przez wyborcę na konkretnego kandydata musi być bezpośrednio zaliczony na korzyść tego ostatniego i decydujący o tym, kto wejdzie do parlamentu (orzeczenie to przemilczały mass media poza Włochami). W wypadku głosowania na listy partyjne warunek ten spełniony nie jest.

Nie będę tutaj zachwalał większościowej ordynacji wyborczej, bowiem najlepsze argumenty na rzecz jej wprowadzenia można znaleźć w tekstach Jerzego Przystawy. Wskażę tylko na pragmatyczny wymiar zagadnienia: Gdyby nie system JOW Zjednoczone Królestwo nie opuściłoby Unii Europejskiej, czyli nie zdołałoby odzyskać suwerenności państwowej, ponieważ nie doszłoby do referendum w sprawie Brexitu. Posłowie – niezależnie od przynależności partyjnej – w tej sprawie musieli reprezentować opinię wyborców. Partia konserwatywna sama z siebie doprowadziła niedawno do ustąpienia Borisa Johnsona, gdyż stracił poparcie wyborców.

Dokładnym odwróceniem tych demokratycznych mechanizmów jest sytuacja w Niemczech: (pseudo)proporcjonalna ordynacja, w połączeniu z 5-procentowym progiem wyborczym i z (sprzeczną z ustawą zasadniczą) dyscypliną partyjną, prowadzą do tego, że wpływ obywateli na polityczne decyzje rządu jest w efekcie teoretyczny. Minister spraw zagranicznych RFN Kinkel, tak komentował kiedyś niekorzystny dla własnej partii wynik wyborów: „Musimy lepiej wytłumaczyć naszą politykę wyborcom”. W leninizmie partia potrzebowała „pasów transmisyjnych”, aby przekazać swą wolę masom.

Argumenty, które Przystawa formułował dla poparcia zmiany ordynacji wyborczej, odznaczają się żelazną logiką. „Tym, co w tej sprawie zaskakuje, jest praktycznie brak jakiegokolwiek odzewu na wysiłki Jerzego” – pisał jego kolega po fachu, doktor fizyki Krzysztof J. Rapcewicz, we wstępie do wydanej w 1999 roku książki „transATLANTIC” (jest zbiór tekstów Jurka, publikowanych w 1998 roku w „Tygodniku Nowojorskim”). Równocześnie Rapcewicz wyjaśniał przyczyny tego stanu rzeczy, pisząc o „oczywistej logice” wywodów Przystawy:

„Inteligencja polska nie wypełniła swego obowiązku analizy wydarzeń, ponieważ logika tych wywodów prowadziła ją tam, dokąd nie chciała iść”.

I dalej:

Źródło tych postaw jest to samo: niechęć do przemyślenia wysuwanych argumentów jest wynikiem konfliktu pomiędzy oczekiwaniami i konkluzją, jaka z tych argumentów wynika.

Dla mnie walka o JOW-y była ostatnią (a może jedyną), podjętą po transformacji ustrojowej próbą stworzenia mechanizmu wyłaniania patriotycznej elity politycznej, kierującej się interesem państwa i dobrem wspólnym jego obywateli. Nie sądzę, abym raz jeszcze mógł być świadkiem podobnych wysiłków. Obawiam się, że Polska znajduje się na drodze prowadzącej do kolejnej katastrofy narodowej (o ile stanu wieloletniej zimnej wojny domowej pomiędzy partiami walczącymi o władzę, już teraz nie należy uznać za katastrofę).

Kończę zatem tym smutnym akcentem, który jednak pasuje do nastroju dzisiejszego dnia. 10 lat temu odszedł Jerzy Przystawa.

Monachium, 3 listopada 2022 r.

Program VIII Listopadowej Konferencji Ruchu JOW

VIII Listopadowa Konferencja Ruchu JOW w 10. rocznicę śmierci prof. Jerzego Przystawy w Centrum Historii Zajezdnia we Wrocławiu
sobota, 5 listopada 2022, godz.11.

PROGRAM

11.00–11.15 Otwarcie konferencji: prof. dr inż. Tomasz Jerzy Kaźmierski

11.15–13.00 Panel wspomnieniowo-ekspercki
(czas referatu i dyskusji: 20 min.)
– prof. dr inż. Tomasz J. Kaźmierski, „Fenomen Ruchu JOW profesora Jerzego Przystawy”;
– dr Wojciech Kaźmierczak;
– dr Wojciech Błasiak, „Publicystyka profesora Jerzego Przystawy”;
– prof. dr hab. Antoni Z. Kamiński, „Ordynacja proporcjonalna po 30 latach: skutki”;
– Zuzanna Falzmann, „Michał Falzmann i prof. Jerzy Przystawa w sprawie FOZZ” (video).

Dyskusja kończąca panel

13.00–13.20 Przerwa kawowa (20 min.)

13.20–14.20 Panel samorządowy: prowadzenie Patryk Hałaczkiewicz
Temat: „Rola ordynacji wyborczej w wyborach samorządowych”

Paneliści:
Jarosław Obremski – samorządowiec i polityk, senator VIII i IX kadencji, od 2019 wojewoda dolnośląski. W latach 2001–2011 wiceprezydent Wrocławia.
Jerzy Karwelis, publicysta, felietonista „Do Rzeczy”
dr Małgorzata Burnecka – socjolog, prezes Fundacji Wroclife, pracownik dydaktyczny Wyżej Szkoły Handlowej.

14.20–14.35 Dyskusja podsumowująca

14.35 Zakończenie konferencji

VIII Listopadowa Konferencja Ruchu JOW – 5.11.2022

Zapraszamy na VIII Listopadową Konferencję Ruchu JOW im. profesora Jerzego Przystawy. Konferencja odbędzie się w sobotę 5 listopada 2022 r. w Centrum Historii Zajezdnia we Wrocławiu w godz. 11.00-14.30.

Tegoroczna Konferencja ma charakter szczególny, gdyż organizujemy ją w 10. rocznicę śmierci profesora Jerzego Przystawy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zapraszamy w sobotę 5 listopada 2022 r. do Centrum Historii Zajezdnia, przy ul. Grabiszyńskiej we Wrocławiu, na godz. 11.

W pierwszej części Konferencji wystąpią m.in. prof. Tomasz Kaźmierski, prezes Stowarzyszenia JOW, prof. Antoni Kamiński, prof. Grzegorz Górski, dr Wojciech Błasiak i dr Wojciech Kaźmierczak.

Druga część Konferencji będzie poświęcona ordynacji wyborczej w samorządach i zostanie przeprowadzona w formie dyskusji panelowej.

Msza za śp. Jerzego Przystawę, w 10 rocznicę śmierci, zostanie odprawiona w Parafii św. Mikołaja (Sanktuarium Jasnogórskiej Matki Kościoła), przy ul. Św. Antoniego 30 we Wrocławiu, w poniedziałek 14 listopada 2022 o godz. 18.

Inflacja, polityka i neoliberalna ekonomia

Inflacja, polityka i neoliberalna ekonomia

a wymiana grup władzy

Inflacja w Polsce przekroczyła już 16% w skali rocznej i rośnie dalej. W odniesieniu zaś do żywności osiąga prawdopodobnie nawet około 40%, sądząc po codziennej obserwacji cen. Jest dużo wyższa od inflacji w strefie unijnych krajów euro, która wyniosła w lipcu 8,9%. Jest to nade wszystko efekt polityki polskiego rządu. Na to nakłada się groteskowy sposób zwalczania inflacji przez Narodowy Bank Polski zgodnie z doktryną neoliberalnej ekonomii.

Przyczyny inflacji

Wyjściową przyczyną światowej, europejskiej i polskiej inflacji był absurdalny sposób zwalczania pandemii Covid-19 w postaci lockdownów. Skutki bezsensownych i nieskutecznych epidemicznie zakazów aktywności konsumenckiej i gospodarczej, w tym produkcyjnej, wzmacniane były międzynarodowymi konsekwencjami zrywania łańcuchów dostaw i zakłóceniami cyklów produkcyjnych. Tłumiło to aktywność gospodarczą i redukowało poziom produkcji i usług, a więc globalną, regionalną i krajową podaż towarowo-usługową. W przypadku Polski, acz w różny sposób również w skali międzynarodowej, mieliśmy do czynienia z osłoną finansową gospodarki, w postaci tzw. tarczy antycovidowej, czyli wpompowywania pieniędzy do podmiotów gospodarczych, aby uchronić je przed bankructwem. W Polsce wpompowano w ten sposób około 250 mld zł w ciągu dwóch lat. O tyle zwiększono więc wypłacalny popyt, bez jakiejkolwiek podaży produktów i usług. Był to potężny bodziec inflacyjny.

W naukach ekonomicznych rozróżnia się bowiem dwa rodzaje inflacji ze względu na jej przyczyny. Pierwszym rodzajem jest inflacja popytowa. Inflacja popytowa to ogólny wzrost cen wywołany nadwyżką ilości pieniądza na rynku, w stosunku do wartości produktów i usług oferowanych na tym rynku, czyli podaży rynkowej. W polskich warunkach poza rządową polityką tzw. tarczy antycovidowej, ten rodzaj inflacji jest stale wzmagany rządową polityką socjalnych wypłat oraz wszelakich dopłat, dotacji i subwencji, poczynając od programu „500 plus”. W pierwotnej wersji ten program wypłat na drugie i dalsze dzieci pobudził polską gospodarkę, po latach neoliberalnego osuszania z pieniędzy. Natomiast jego rozdmuchiwania, poczynając od tzw. piątki Kaczyńskiego z wypłatami na pierwsze już dziecko niezależnie od wysokości dochodów i zwolnienia od płacenia podatków dochodowych dla młodych ludzi do 25 roku życia, wzmaga inflację popytową. Jest ona pobudzana nieustannie rozszerzaną polityką dopłat, dotacji i subwencji, od dotacji do zakupu węgla kamiennego już poczynając. Dopłata do węgla to kompletna paranoja ekonomiczna, gdyż ceny węgla drastycznie wzrosły po wprowadzeniu embarga na import węgla rosyjskiego i konieczności jego importu z zamorskich kontynentów. Brakło bowiem nagle 10 mln ton tego importu. Paranoja zaś polega na tym, że Polska posiadając 85% zasobów węgla kamiennego Unii Europejskiej, likwidowała jego wydobycie uzależniając się przez lata od importu z Rosji. Braki węgla w Polsce, to tak jakby w Arabii Saudyjskiej brakło piasku. Polska ma bowiem zasoby węgla kamiennego wystarczające nam na 725 lat.

Rząd Mateusza Morawieckiego, przypomina przysłowiowy już helikopter latający i rozrzucający nad Polską stosy pieniędzy. Jest to w istocie krótkowzroczna i nieodpowiedzialna polityka przekupywania wyborców partii rządzącej Prawa i Sprawiedliwości. A że za rok będą wybory parlamentarne, więc przekupywanie wyborców poprzez szastanie publicznym groszem nie ustanie. To wszystko, w warunkach narastającej recesji, z zagrożeniem globalną depresją gospodarczą, bardzo źle wróży Polsce. W sytuacji zaś groźby narastania światowego i europejskiego chaosu, stworzy realne zagrożenie bezpieczeństwa ekonomicznego, energetycznego i biologicznego Polaków.

Do tego dochodzą skutki wojny rosyjsko-ukraińskiej w postaci przybycia do Polski około 4 mln obywateli Ukrainy, którzy otrzymali prawo wymiany swych ukraińskich pieniędzy hrywien na polskie złotówki. I to nie w kantorach wymiany, tylko w bankomatach, jak to obserwuję w bankomacie PKO BP w swoim mieście. Na ten temat panuje oficjalna cisza, a wręcz rządowa zmowa milczenia, więc nie wiadomo jaka jest skala tej wymiany i na jakich warunkach wymiany walut. A jest to de facto import wojennej inflacji ukraińskiej.

Drugim rodzajem inflacji jest inflacja kosztowa, która wynika ze wzrostu kosztów wytwarzania produktów i usług. Ich ceny rosną by zrównoważyć rosnące koszty, a nie by zrównoważyć popyt z podażą. Acz nazywanie tego rodzaju inflacji, inflacją kosztową jest już mylące, gdyż wzrost cen jest wywołany nade wszystko nie wzrostem kosztów, ale światową spekulacją finansową. Ceny rosną, gdyż są poddane gigantycznym i to globalnym praktykom spekulacji cenowej. Dotyczy to tak surowców energetycznych, jak i surowców mineralnych oraz produktów rolnych. A spekulują poprzez ich zakupy i sprzedaż z użyciem tzw. pochodnych papierów wartościowych głównie wielkie banki i fundusze finansowe oraz wielkie koncerny.

Polski ekspert energetyczny, Andrzej Szczęśniak, opisał jeszcze w 2021 roku taką wielką gazową spekulację cenową, którą dzisiaj zrzuca się na karb rosyjskiej agresji na Ukrainę. Otóż w 2021 roku w ciągu jednego roku cena gazu w Polsce, w warunkach państwowego monopolu PGNiG, wzrosła ponad 6-ktrotnie, z 75 zł za MWh do 458 zł, przy tych samych kosztach i niewielkich zmianach popytu. Rząd udał, że tego nie widzi. Polscy zaś dziennikarze i publicyści jak zwykle stchórzyli przed niewygodną dla władzy prawdą. A dochody PGNiG z tytułu wydobycia gazu i ropy wzrosły 40-krotnie, z 210 mln zł do 8,1 mld zł. PGNiG poniósł sobie ceny monopolowe, gdyż tak podskoczyły ceny światowe. Tak się tworzy z niczego inflację spekulacyjną.

Ta inflacja spekulacyjna rośnie na znaczeniu w związku z agresją Rosji na Ukrainę. Ta wojna z jednej bowiem strony zakłóca strumienie popytu i podaży wszelkich surowców i produktów rolnych, a z drugiej jest znakomitym pretekstem do spekulacji ich cenami przez wielkie banki, fundusze finansowe i koncerny.

„Walka z inflacją” banku centralnego a emisja pieniądza

W odpowiedzi na narastającą inflację w Polsce Narodowy Bank Polski rozpoczął od 2021 roku podwyżki swoich stóp procentowych, które decydują o stopach procentowych kredytów banków komercyjnych. Stopy procentowe NBP podwyższał już 11 razy, a we wrześniu 2022 roku najważniejsza stopa referencyjna NBP wzrosła do 6,75%. Oznacza to wzrost oprocentowania wszystkich kredytów w bankach komercyjnych.

Powstaje pytanie, co to ma naprawdę wspólnego z ograniczaniem inflacji w Polsce? Otóż nic, a co najwyżej niewiele. Wzrost oprocentowania kredytów ogranicza bankową emisję pieniądza czyli tworzenie pieniądza kredytowego dla gospodarki i ludności. Banki tworzą bowiem pieniądze udzielając kredytów. Tworzą pieniądz w formie długu. Gospodarstwa domowe i przedsiębiorstwa ograniczają pożyczki bankowe, gdyż są one drogie, a więc następuje zmniejszenie emisji pieniądza. Wszystkie jednak już udzielone kredyty, które trzeba spłacać stają się droższe. W Polsce zdecydowana większość kredytów dla gospodarstw domowych to kredyty hipoteczne. Prawdopodobnie to około 70% udzielanych kredytów. Wzrost oprocentowania kredytów to oczywiście większe comiesięczne raty i zmniejszenie możliwości zakupów gospodarstw domowych. Obniża to bowiem ich wypłacalny popyt. I tylko w tym względzie ma to wpływ na inflację popytową, acz w obliczu groźby niewypłacalności właścicieli kredytów hipotecznych.

Problem w tym, że emisja pieniądza to zarówno emisja pieniądza kredytowego przez banki komercyjne w formie długu, jak i emisja pieniądza poprzez rządowy deficyt budżetowy, drogą emisji pieniędzy rządowych, czyli Skarbu Państwa. W Polsce zaś główny dotychczas strumień inflacji to inflacja popytowa, tworzona emisją pieniądza rządowego poprzez deficyt budżetowy. I wzrost stóp procentowych banku centralnego, a w konsekwencji stóp procentowych banków komercyjnych, prowadzący do obniżenia emisji pieniądza kredytowego banków, nie ma wpływu ani na wysokość inflacji popytowej, ani kosztowo-spekulacyjnej. A uderza nade wszystko w już zaciągnięte kredyty hipoteczne.

Neoliberalna ekonomia i jej panowanie

„Walka z inflacją” poprzez podwyżki stóp procentowych banku centralnego to klasyczny dogmat neoliberalnej ekonomii. Ten przykład pokazuje absurdalność naukową i szkodliwość gospodarczą tej ekonomii. I to wcale nie najgroźniejszą, gdyż jej dogmaty „wolnego rynku”, „deregulacji” czy „prywatyzacji” i „desocjalności”, są jeszcze groźniejsze gospodarczo i politycznie. Problem w tym, iż neoliberalne dogmaty są podstawą myślenia i podejmowania decyzji w kluczowych instytucjach państw, w tym Polski.

W Polsce ideologiczny wirus neoliberalizmu całkowicie sparaliżował kapitał państwowy i gospodarcze funkcje państwa. Zamrożenie państwowych inwestycji przemysłowych przez ostatnie 30 lat, do chwili obecnej włącznie, to wynik wyłącznie paraliżu mentalnego i decyzyjnego, powodowanego całkowitym panowaniem w dyskursie publicznym ideologii ekonomicznego neoliberalizmu. W polskich warunkach neokolonialnej struktury przemysłu zdominowanej podwykonawczym i montowniczym oraz surowcowym charakterem wobec głównie gospodarki Niemiec, tylko narodowa polityka przemysłowa oparta o kapitały państwowe, jest w stanie przełamać neokolonializm przemysłowy, a tym samym drenaż ekonomiczny polskiej gospodarki. Tymczasem przez ostatnie 7 lat rządów PiS, tak jak przez poprzednie 25 lat rządów postsolidarnościowych i postkomunistycznych, nawet nie sformułowano programu takiej polityki. Myślę, że to jest poza horyzontem wyobraźni premiera Mateusza Morawickiego, o prezesie Jarosławie Kaczyńskim już nie wspominając. I z tymi grupami władzy i opozycji politycznej inaczej nie będzie. To nie mieści im się w głowach. I nie tylko to.

W wydanej w tym roku książce „The New Economics. A Manifesto”, znakomity australijski ekonomista Steve Keen, jeden z 12 ekonomistów na świecie, którzy przewidzieli Globalny Kryzys Finansowy z 2007-2008 roku, tak podsumował swą krytykę neoliberalizmu: „Uważam neoklasyczną ekonomię nie tylko za złą metodologię analizy ekonomicznej, ale za egzystencjalne zagrożenie dla dalszego istnienia kapitalizmu – i ogólnie cywilizacji ludzkiej. Musi odejść”.

Problem w tym, że jak to sam oceniał 85% samodzielnej kadry w naukach ekonomicznych świata zachodniego to neoliberałowie. W półperyferyjnej Polsce, świecącej odbitym blaskiem zachodniej nauki, jest to prawdopodobnie nawet 95 do 99%. Globalny Kryzys Finansowy był jednak tak wielkim szokiem, że pojawiły się zasadnicze wyłomy w niektórych kluczowych instytucjach międzynarodowych, choć nie w ekonomii akademickiej.

Moje propozycje dla polskich nauk ekonomicznych, zawarte w książce „Zdrada węglowa i jej narodowa alternatywa” z 2021 roku, były i są następujące: „Odrzucenie ideologii neoliberalizmu musi rozpocząć się na poziomie instytucji centralnych państwa, gdzie trzeba dokonać wyjściowej koncentracji rozproszonych antyneoliberalnych sił intelektualnych i naukowych. Trzeba dokonać wyłomu w powszechnej dominacji neoliberalizmu ekonomicznego w naukowym i politycznym dyskursie publicznym. Należy rozważyć możliwość powołania nowej państwowej uczelni wyższej o charakterze nade wszystko politechnicznym, acz również z rozbudowanym wydziałem szeroko rozumianych nauk społecznych, z naukami ekonomicznymi w roli głównej”.

Tworzenie nowych grup przywództwa narodowego Polski

Budowa nauk społecznych, z naukami ekonomicznymi w roli głównej, obok odbudowy nauk politechnicznych, jest bowiem warunkiem stworzenia narodowej alternatywy rozwoju dla zatrzaśniętej współcześnie w neokolonialnej i peryferyzującej klatce historycznej Polski. Panowanie wirusa neoliberalizmu ekonomicznego, jest tylko jednym z tego przejawów. Ta neokolonialna klatka historycznej niemocy jest zbudowana na neokolonialnej mentalności politycznych, kulturowych i naukowych grup przywództwa narodowego. Przywództwa negatywnego, opartego na braku misyjności narodowej, braku poczucia odpowiedzialności narodowej i niskim poziomie ideowo-etycznym.

Jeśli bowiem rząd M. Morawickiego podejmuje z piątku na sobotę 25 września 2020 roku decyzję o całkowitej likwidacji polskiego górnictwa węgla kamiennego, to jakich słów użyć, aby go scharakteryzować? Użyłem wówczas określenia zdrada narodowa, ale nawet to nie oddaje skali wręcz szaleństwa tej decyzji dla obecnego i przyszłych pokoleń. Kim trzeba być, aby zdecydować w kilkudziesięcioosobowej, a prawdopodobnie kilkunastoosobowej rządowej grupie o likwidacji największego bogactwa naturalnego Polski, a w istocie narodu polskiego? Jaką trzeba mieć w sobie pychę i butę oraz arogancję, ale i pogardę dla własnego społeczeństwa, aby o czymś takim samemu zdecydować? Jak trzeba być zniewolonym umysłowo i podległym mentalnie i intelektualnie, aby wykonać polecenie elit brukselsko-niemieckich o likwidacji dostępu do 52 mld ton węgla kamiennego, który zapewnia bezpieczną i tanią samowystarczalność energetyczną na 725 lat? I jak nisko trzeba upaść jako społeczeństwo, aby przyzwalać choćby tylko na publiczne głoszenie takich pomysłów? Jak nisko upadła polska nauka, polskie media i ich dziennikarze oraz publicyści, nie mówiąc o polskiej kulturze, aby pogodzić się milcząco z tak haniebną decyzją?

A jak nisko upadliśmy jako społeczeństwo i państwo, gdy w zamachu pod Smoleńskiem Wadimir Putin zamordował nam prezydenta i wszystkich dowódców rodzajów broni Wojska Polskiego? Jak bowiem nisko trzeba upaść, aby oficjalnie i publicznie powtarzać za Kremlem, że był to wypadek, gdyż 40 centymetrowa brzoza urwała skrzydło 90. tonowemu samolotowi odrzutowemu i na wysokości 5,25 metra wywróciła go półbeczką do góry, przy kilkunastometrowej długości skrzydeł? Jak nisko trzeba upaść, żeby to USA wysyłało swoich naukowców polskiego pochodzenia, aby ci skierowali uwagę na możliwość zamachu, gdyż polskie uczelnie wyższe i polscy naukowcy bali się podjąć tego tematu? Jak nisko trzeba upaść jako państwo, aby przez 12 lat dać sobie bezkarnie kraść wrak polskiego samolotu i jego czarnych skrzynek?

Ale to tylko dwa z licznych przykładów konsekwencji negatywnego przywództwa narodowego. I nie wyrwiemy się z tej neokolonialnej klatki, jeśli nie rozpoczniemy od wymiany grup przywództwa politycznego. Bo choć jest to klatka li tylko mentalna, to jej istnienie gwarantuje instytucja wyborów proporcjonalnych opartych o partyjne listy wyborcze. Jest to współczesne „liberum veto” naszego ustroju partyjnej oligarchii wyborczej, który gwarantuje nieustanną wyborczą reprodukcję kompradorskiej miernoty politycznej w postaci partyjnych grup władzy politycznej, a nie pozwala na możliwość startu wyborczego polskim obywatelom. Jak obalić to współczesne liberum veto?

Osobiście liczę już tylko na niespodziewane zbiegi okoliczności, jaki być może utworzy narastający chaos światowy i europejski. A podtrzymuje mnie od lat na duchu znakomita konstatacja światowej sławy francuskiego historyka Fernanda Braudela, iż należy „nie myśleć tylko w kategoriach czasu krótkiego, nie sądzić, że najbardziej autentyczni są aktorzy czyniący wiele hałasu; bo są też inni aktorzy, skłonni do milczenia”, zaś „rzeczywistość społeczna to zwierzyna znacznie bardziej przebiegła niż zwykło się sądzić”.

8 września 2022

Czy minister Jacek Sasin pójdzie za kraty?

Tytułowe pytanie jest w istocie pytaniem o to, czy polscy politycy, którzy podjęli niebywałą w historii gospodarczej świata decyzję o transformacji energetycznej, w postaci odejścia od wytwarzania energii drogą spalania węgla i docelowej likwidacji wydobycia węgla przez polskie państwo, poniosą za to odpowiedzialność karną.

Tytułowy minister Jacek Sasin, jako Minister Aktywów Państwowych jest kluczowym polskim politykiem odpowiedzialnym za energetykę i górnictwo węgla. Osobiście odpowiada za stratę 1,3 mld zł. Taką kwotę polskie państwo straciło w wyniku porzucenia w trakcie realizacji projektu budowy potężnego bloku energetycznego o mocy tysiąca megawatów na węgiel kamienny „Ostrołęka C”. Ten projekt porzucono w trakcie realizacji i rozpoczęto budowę bloku energetycznego na gaz ziemny. Jeszcze w styczniu 2020 roku minister J. Sasin publicznie zapewniał, iż „nie ma alternatywy dla bloku w Ostrołęce”, a już w maju zaakceptował przerwanie inwestycji. I 1 miliard 300 milionów złotych strat, jak to oszacował ekspert energetyczny Andrzej Szczęśniak, poszło w „bezdenne kufry skarbu państwa”, jakby to powiedział teoretyk biurokracji państwowej Max Weber. A dodam, iż w tym miesiącu w niemieckim Zagłębiu Ruhry rozpoczęła działalności wielka elektrownia węglowa Detteln 4. Nikt nie odważył się przerywać tej inwestycji i przestawiać ją na gaz. Takie rzeczy to w skolonizowanej Polsce i to rękami kompradorskich polskich polityków typu J. Sasin czy M. Morawiecki.

Czy z tego tytułu minister J. Sasin pójdzie za kraty? A czy Donald Tusk trafił za kraty z tytułu swojej zdrady dyplomatycznej przy rosyjskim zamachu pod Smoleńskiem? A czy Hanna Gronkiewicz-Waltz trafiła za kraty z tytułu braku nadzoru nad nielegalną prywatyzacją tysięcy mieszkań komunalnych w Warszawie? A czy dziesiątki polityków i urzędników trafiło za kraty z tytułu setek miliardów złotych strat w górnictwie węglowym przez 30 lat jego planowego niszczenia? A czy …? Itd., itp.

Minister J. Sasin nie trafi za kraty z tytułu straty dzięki jego decyzjom 1,3 mld zł. I minister dobrze o tym wie. Podobnie jak i pozostali politycy i urzędnicy rządu Mateusza Morawickiego, którzy uczestniczą w przygotowaniach do likwidacji polskiej energetyki węglowej i tzw. transformacji energetycznej. Mają pełne poczucie bezkarności politycznej. Wiedzą, że włos im z głowy nie spadnie nawet po klęsce wyborczej i odsunięciu ich od władzy. To niepisana umowa wśród partyjnych grup politycznych w Polsce. Ta bezkarność to polityczny konsensus polskiej oligarchii partyjnej.

Polska posiadająca 85% zasobów węgla Unii Europejskiej, który to węgiel jest najtańszym na świecie źródłem energii elektrycznej, a którego zasoby wystarczają nam na co najmniej pół wieku, ma do 2050 roku całkowicie zlikwidować jego wydobycie. To znaczy dokładniej biorąc państwo polskie ma to zrobić, gdyż nie można wykluczyć, że będą wydawane koncesje na wydobycie prywatnym firmom, oczywiście nade wszystko zagranicznym. Możemy zostać w ten prosty sposób wywłaszczeni z największego polskiego bogactwa naturalnego jakim jest węgiel kamienny. Podejrzewam wręcz, iż taki jest cichy plan ukrywany przed polską opinią publiczną, a przynajmniej brany pod uwagę.

A bezpośrednim efektem tej transformacji będzie radykalny wzrost cen energii elektrycznej rzędu co najmniej 2-3 razy i wydatkowanie do 2030 roku 260 mld zł, a do 2040 dalszych minimum 1 300 mld. Będzie to pozbawienie Polski nie tylko samowystarczalności energetycznej, lecz zniszczeniem ekonomicznej konkurencyjności krajowej produkcji przemysłowej i rolnej.

Oficjalnym powodem jest walka z przemysłową emisją dwutlenku węgla, która ma prowadzić do ocieplania klimatu Ziemi. Jest to dość prymitywne globalne kłamstwo klimatyczne, choćby tylko z tego powodu, że człowiek emituje zaledwie 4,7 procent CO2, a Unia 11 procent tej emisji, czyli łącznie 0,5 procenta w skali globalnej.

Rzeczywistym powodem jest bezpośredni dyktat polityczny Niemiec i podległych im struktur unijnych w Brukseli. Chodzi o kontrolę źródeł energii przemysłowej dla kontroli wzrostu gospodarczego i konkurencyjności gospodarek unijnych. Niemcy jako hegemon UE chcą całkowicie kontrolować europejską gospodarkę. A Niemcy całkowicie wyczerpały już swoje zasoby węgla kamiennego, spalając je przez ponad 100 lat w swoich elektrowniach węglowych i zapewniając tym szybki rozwój swojego przemysłu i pełną konkurencyjność ekonomiczną w skali światowej. Obecnie więc najtańsza na świecie energetyczna konkurencja węglowa jest dla nich zagrożeniem ekonomicznym. I trzeba się jej pozbyć. To dlatego na przełomie kwietnia i maja tego roku Federalny Trybunał Konstytucyjny podporządkowany politykom CDU, wręcz konstytucyjnie zobowiązał rząd Niemiec „do narzucania tej polityki (klimatycznej – WB) sąsiadom, wszelkimi środkami…”, jak to ujął belgijski naukowiec prof. Davis Engels.

Aby minister J. Sasin trafił za kraty, musiałby się zmienić ustrój polityczny polskiego państwa. W miejsce obecnego ustroju partyjnej oligarchii wyborczej z fasadową demokracją i głęboko skorumpowanym państwem, musiałby powstać ustrój republikańskiej demokracji parlamentarnej. Posłowie, a szerzej polscy politycy musieliby zostać podporządkowani bezpośrednio swoim wyborcom, zamiast, tak jak teraz, swoim partyjnym oligarchiom. Musieliby być wybierani nie z partyjnych list wyborczych, lecz bezpośrednio w jednomandatowych okręgach wyborczych. Wtedy nie mieliby poczucia politycznej bezkarności i nie dałoby się utrzymać oligarchicznego konsensusu niekaralności.

Ale wtedy nigdy nie doszłoby do węglowej zdrady narodowej, jaką jest rozpoczęcie obecnej transformacji energetycznej w wydaniu rządu M. Morawickiego. A minister J. Sasin ostatecznie nie trafiłby za kraty, gdyż polscy politycy nigdy nie odważyliby się podjąć decyzji o przerwaniu budowy elektrowni węglowej w Ostrołęce. Nie odważyliby się, gdyż po następnych wyborach nie byłoby ich już w polskiej polityce. I jeszcze pewnie mogliby trafić za kraty.

12 czerwca 2021

Votum separatum do notki @Konrad Rękas „Kukiz-PiS – bo tutaj jest jak jest…”

oje uzasadnienie do notki Szanownego Autora – jako votum separatum do tej jej części, która traktuje o JOW – jest następujące:

1. Przywołana w notce osoba posła Pawła Kukiza – jako bieżącego rzecznika idei zmiany panującego proporcjonalnego systemu wyborczego na rozwiązanie zwane JOW – może wprowadzać czytelnika w błąd.

2. Za życia prof. Jerzego Przystawy, który zmarł 3 listopada 2012 roku – żarliwie zaangażowanego w organizację Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW – Poseł nigdy nie był autentycznym orędownikiem tego angielskiego rozwiązania. W dokumentach archiwalnych Ruchu (strona jow.pl) jest pustka co do jego osoby. Natomiast prowadził niezależnie od Ruchu szum medialny wokół własnej osoby. Hasło JOW służyło mu prawdopodobnie jako potrzeba w samorealizacji swojego aktorskiego „ja”, podobnie jak w owych latach postępowała partia PO (akcja 3 x tak oraz brak zainteresowania w operacji „przemiału” ponad 700 tys. podpisów zebranych w tej akcji). Mój serdeczny, nieżyjący już Kolega z otoczenia Profesora nazywał to krótko: „krętacz, człowiek, który rozbił Ruch JOW i zniszczył pracę Profesora i wielu innych ofiarnych ludzi, którzy całe lata budowali nasz Ruch”.

3. Z ww. powodu – zdefiniowanego jako „JOW a la Paweł Kukiz” – notka generuje chaos w pojęciu Jednomandatowe Okręgi Wyborcze. A przecież ordynacja na wzór brytyjski, popularyzowana przez jej zwolenników dla Polski jest prosta:
a/ równa dla każdego pełnoprawnego obywatela Polski swoboda kandydowania na posła;
b/ podział Polski na 460 jednomandatowych okręgów wyborczych;
c/ jedna tura głosowania. Posłem zostaje kandydat, który uzyskał zwykłą większość głosów;
d/ obywatelski i medialny monitoring głosowania w obwodach oraz publicznego liczenia głosów, przeprowadzanego w okręgach.

To wszystko. Wszelkie głosy krytyki dotyczące opłakanych skutków dla Polski, jakie mogłoby przynieść zastosowanie ordynacji większościowej w ogóle, a jej angielskiej odmiany w szczególności, mają swoje źródło w głowach niewielkiej liczby oligarchów partyjnych i ich akolitów. To ONI nie są zainteresowani upodmiotowieniem społeczeństwa i odcięciem się od wyborczego dziedzictwa peerelu, które gwarantuje IM samo wybieranie się do sejmu.

4. Czy system wyborczy jednomandatowy jest lepszy lub gorszy od obecnego „wielomandatowego”? O tym notka nie mówi. A przecież nie da się ocenić zalet lub wad hipotetycznego rozwiązania dla Polski bez przyrównywania go do stosowanego dzisiaj proporcjonalnego wzorca. Inne postawienie sprawy jest po prostu nieuczciwe.

5. W notce jest kilka nieweryfikowalnych hipotez (dla Polski), jak np.:
a/ „skutecznie UTRUDNI (w domyśle: JOW) zwykłym, acz zainteresowanym ludziom dostanie się do Sejmu”,
b/ „obywatel w JOW-ie nie pokona kandydata partii, chyba, że jest…”.

6. Mamy za to opis nagannego istniejącego stanu rzeczy, jak np. budżetowaniu partii (u Anglików, którzy mają JOW ten proceder nie występuje) czy walce z korupcją.

7. Już prawie 2 dekady interesuję się – w ramach hobby – westminsterskim systemem wyborczym. Im jestem starszym człowiekiem, tym samo moje uzasadnienie, o jego lepszych zaletach nad obecnym post peerelowskim odpowiednikiem polskim, uzupełniam o dodatkową przesłankę. Oto mianowicie taką (używając słów G.K. Chestertona o Polsce*): „Moja instynktowna sympatia do JOW wzrasta pod wpływem ciągłych oskarżeń, miotanych przeciwko niemu — i rzec mogę — wyrobiłem sobie sąd o JOW na podstawie jego nieprzyjaciół”.

8. Postscriptum: dnia 31 lipca 2020 roku Sąd Okręgowy w Warszawie wydał Postanowienie o wpisaniu do ewidencji partii politycznych partii „K’15” – nr EwP413. W Internecie brak bliższych danych o „K’15”, np. o statucie itp.

 

*) https://www.salon24.pl/u/wbs/974103,anglik-o-polsce-sto-lat-temu

https://www.salon24.pl/u/myslec/1141696,kukiz-pis-bo-tutaj-jest-jak-jest

zdjęcie: archiwum jow