Biuletyn nr 35
Demokracja walcząca jako anachroniczna następczyni socjalistycznej poprzedniczki
Paradoksalnie dzięki Panu Premierowi, Donaldowi Tuskowi, poznaliśmy definicję tej wersji odmiany polskiej demokracji, jaka zapanowała po transformacji 1989 roku. Wbrew pozorom cezurą wcale nie jest 2024, ale 1989 rok.
W PRL mieliśmy demokrację socjalistyczną. Z ówczesnych pozycji ideowych demokracja na Zachodzie zwana była burżuazyjną. A po 1989 roku zapanowała pustka nazewnicza. Dopiero Pan Premier nareszcie odważył się ją zdefiniować jako demokracja walcząca.
Demokracja – wbrew pozorom – musi mieć jakiś swój orzecznik dla oznaczenia swojego podmiotu.
W starożytnych Atenach owym podmiotem byli obywatele z prawem głosu, których było ok. 1/3 ogółu ludności. Była to demokracja ateńska.
W czasach nowożytnych, w takiej np. demokracji angielskiej, dzisiaj, podmiotem są wszyscy obywatele. Ich prawo stanowi, że każdy uprawniony wyborca może zgłosić swoją kandydaturę do Izby Gmin, pod 2 warunkami: zebrać 10 podpisów oraz wpłacić depozyt 500 £, który jest zwracany po uzyskaniu 5% głosów.
Natomiast w polskiej demokracji socjalistycznej uprawnienia „podmiotu” posiadały różne organizacje (vide art.33 ustawy Ordynacja wyborcza PRL)*, mające prawo wyłączności do zgłaszania kandydatów na posłów.
W demokracji post socjalistycznej – nazwanej niedawno walczącą – nadal mamy prawo wyłączności w zgłaszaniu kandydatów na posłów przez komitety wyborcze (vide art.84 Kodeks wyborcy)*.
Nie może być inaczej ponieważ Ojcowie Założyciele III RP skopiowali z poprzedniej formacji ustrojowej dogmat o bezpodmiotowości obywatela na odcinku prawa wyborczego do organu, gdzie ustanawia się prawo. Dowodem na to jest brak biernego prawa wyborczego do Sejmu przez ogół wyborców.
Czy to w ogóle jest „demokracja”?
Nie znamy standardów państwa demokratycznego, które są zapisane w Kodeksie dobrej praktyki w sprawach wyborczych (Opinia nr 190/2002 Rady Europy), bowiem „władza” nie jest zainteresowana, abyśmy je znali. Stąd brak urzędowego tłumaczenia tego dokumentu.
Na szczęście istnieje kraj byłych demoludów, który Konstytucją z 2011 roku wprowadził upodmiotowienie obywatela. Są nimi Węgry i ich demokracja węgierska.
*) https://jow.pl/prawo-kandydowania-a-prawo-zglaszania-w-wyborach/
lub
*) https://www.salon24.pl/u/wbs/868625,prawo-kandydowania-a-prawo-zglaszania-w-wyborach
Komunistyczna kontrrewolucja
W nocy z soboty 12 na niedzielę 13 grudnia 1981 roku rząd Wojciecha Jaruzelskiego, przy zaskoczeniu działaczy, aktywistów i członków ruchu „Solidarności” oraz ogółu polskiego społeczeństwa, wprowadził stan wojenny dla likwidacji ruchu i rozbicia trwającej rewolucji ustrojowej. Stan wojenny był w istocie komunistyczną kontrrewolucją w formie policyjno-wojskowej pacyfikacji robotniczej rewolucji społecznej „Solidarności”.
Komunistyczny zamach stanu
Dekretem Rady Państwa o stanie wojennym zawieszono działalność wszystkich związków zawodowych i organizacji społecznych, zakazano wszelkich zebrań, zgromadzeń i manifestacji oraz zmilitaryzowano część administracji państwowej, komunikacji, telekomunikacji, energetyki, górnictwa, portów morskich i 130 kluczowych przedsiębiorstw przemysłowych, wprowadzając drastyczne kary za udział w strajku, do kary 25 lat więzienia lub kary śmierci włącznie, acz nie mniej niż 3 lata więzienia.
„Wyłączono komunikację telefoniczną – opisywał sytuację Andrzej Paczkowski – zamknięto stacje benzynowe, wprowadzono godzinę milicyjną (od 22. do 6.), na wyjazdy poza miejsce zamieszkania trzeba było uzyskać zezwolenie władz (przepustki), dworce były kontrolowane, a na wylotach z miast ustawiono rogatki”.
Około północy rozpoczęły się masowe aresztowania i doprowadzanie do więzień tysięcy internowanych działaczy „Solidarności”, od członków Komisji Koordynacyjnej poczynając, a na przewodniczących i członkach zarządów komisji zakładowych związku kończąc, ale także osób współpracujących ze związkiem. Łącznie internowano w ten sposób 9736 osób.
W bezpośrednich działaniach policyjno-wojskowych przeciw „Solidarności” uczestniczyło około 70 tys. żołnierzy i około 30 tys. funkcjonariuszy sił specjalnych ZOMO (Zmotoryzowane Oddziały Milicji Obywatelskiej), a użyto w nich 1750 czołgów, 1400 pojazdów opancerzonych, 500 bojowych wozów piechoty, 9 tys. samochodów oraz kilka eskadr helikopterów i samolotów transportowych.
Izolowany opór strajkowy
Mimo emocji szokowej dezorientacji i demotywacji oraz mobilizacji emocji strachu wobec zagrożenia nawet karą śmierci, a w sytuacji braku przywództwa po uwięzieniu przywódców i całkowitej blokady informacyjnej i komunikacyjnej, w około stu największych przedsiębiorstwach przemysłowych robotnicy podjęli, poczynając od niedzieli 13 grudnia i poniedziałku, strajki okupacyjne.
Zastrajkowały robotnicze załogi wszystkich stoczni, portów morskich, kopalń, hut i większość wielkich fabryk przemysłu metalowego i lekkiego. Strajk nie miał wszakże zasięgu powszechnego, a enklawowy, z głównymi obszarami strajkowymi na Wybrzeżu i Śląsku. Strajkom towarzyszyły w wielu miastach demonstracje uliczne, z zamieszkami i starciami z oddziałami ZOMO włącznie.
Strajkujące w okupowanych przez siebie przedsiębiorstwach załogi pozostawały w całkowitej izolacji komunikacyjnej w związku z wyłączeniem rządowych środków telekomunikacji, a braku własnych. „Gdy w regionach <<Solidarności>> – opisywał sytuację telekomunikacyjną sprzed 13. grudnia Jerzy Łojek – dalekopisy wyrzucały codziennie setki metrów zapisu telekomunikacyjnego, gdy działacze związku upajali się potęgą swego ruchu, nikt nie pomyślał, że oto zasadnicze narzędzie działania politycznego pozostaje nadal w rękach reżimu”.
Policyjno-wojskowa pacyfikacja strajków
Ta sytuacja pozwalała siłom policyjno-wojskowym na izolowane pacyfikowanie poszczególnych strajkujących załóg, a następnie przemieszczanie się z użyciem pojazdów wojskowych i milicyjnych oraz helikopterów i samolotów transportowych do kolejnych ośrodków strajkowych. Mimo bowiem tego, iż strajki nie miały charakteru powszechnego, były jednak na tyle liczne, że władze komunistyczne nie dysponowały wystarczającymi siłami, aby w nie jednocześnie uderzyć i je rozbić.
Strajkujące przedsiębiorstwa były otaczane przez wojsko z udziałem pojazdów pancernych i czołgów, używanych do taranowania bram i murów dla utorowania drogi milicyjnym oddziałom ZOMO, uzbrojonym w pałki i tarcze, gaz łzawiący, petardy hukowe oraz broń maszynową. „W większości przypadków – opisuje te wydarzenia Andrzej Paczkowski – w akcji uczestniczyły specjalnie przeszkolone grupy – także jednostek antyterrorystycznych i oddziałów dywersyjnych – które z niezwykłą brutalnością uderzały na zgromadzonych. Wiele z takich akcji przeprowadzono w nocy (głównie z 14 na 15 XII) z użyciem petard, granatów łzawiących i reflektorów”.
Brutalne, aż po bestialskie, bicie pałkami strajkujących robotników było normą, a w kilku poszczególnych przypadkach użyto broni palnej. ZOMO miało łatwe zadanie, gdyż strajkujący stosowali absurdalną w tej sytuacji taktykę biernego oporu.
Dali się bić i rozpraszać bez stawiania fizycznego oporu. W istocie więc strajki te były bezsensowne, a wręcz szkodliwe dla ruchu „Solidarności”.
Brak czynnego oporu strajkujących
„Solidarność” nie była technicznie przygotowana do stawiania fizycznego czynnego oporu. „A były ku temu możliwości – jak twierdził Łojek – wyposażenia około 200 najważniejszych zakładów przemysłowych w Polsce w radiostacje krótkofalowe, zdolne zapewnić łączność ogólnokrajową nawet w sytuacji wyłączenia telekomunikacji, sporządzenia kilkunastu tysięcy prostych w konstrukcji miotaczy ognia i granatników miotających pociski wybuchowe do użytku formacji obronnej czynnej <<Solidarności>> – wszelkie pomysły tego rodzaju były uważane za <<prowokacje Bezpieki>>”.
Ale nade wszystko „Solidarność” nie była przygotowana mentalnie i koncepcyjnie do ataku wojskowo-policyjnego i jego fizycznego odparcia.
„Wynikało to z faktu, iż nie dawano wiary w możliwość masowego użycia sił wojskowych przeciwko „Solidarności”. W świadomości i wyobraźni symbolicznej uczestników solidarnościowej rewolucji funkcjonował silny mit patriotycznego wojska i jego najwyższych oficerów. Skala i głębokość wynarodowienia i zsowietyzowania najwyższej kadry dowódczej i kontroli LWP przez Kreml, były poza zasięgiem doświadczenia i wiedzy uczestników ruchu. Mógł to zmienić tylko szeroki i głęboki solidarnościowy dyskurs zmieniający wyobraźnię symboliczną ruchu. Ale takiej zmiany mogło dokonać tylko kreatywne i pozytywne przywództwo związku, wspierane kreatywnym intelektualnie doradztwem. Tymczasem przywództwo i doradztwo ruchu „Solidarności” było negatywne, co przesądziło nie tylko o zaskoczeniu stanem wojennym, ale przesądziło o zaprzepaszczeniu całej solidarnościowej rewolucji”.
Zasada niestosowania przemocy w trakcie solidarnościowej rewolucji została bezrefleksyjnie zastosowana w przypadku pacyfikacji wojskowo-policyjnej, O niestosowanie fizycznego oporu zaapelował przy tym jeszcze wieczorem 13. grudnia w transmitowanej radiowo mszy świętej prymas Polski, arcybiskup Józef Glemp, słowami – „Nie podejmujcie walki Polak przeciwko Polakowi. Nie oddajcie waszych głów, bracia robotnicy (…)”. Na taki sam apel w stosunku do władz komunistycznych arcybiskup już się jednak nie zdobył.
Odwetowa egzekucja w kopalni „Wujek”
Jedyną załogą w Polsce, która stawiła żywiołowy, acz zorganizowany i czynny opór fizyczny, byli górnicy Kopalni „Wujek” w Katowicach. „Dochodziły wieści o bestialskim pobiciu przez ZOMO strajkujących górników sąsiednich kopalń – opisywał to J. Łojek – górnicy <<Wujka>> zaczęli więc przygotowywać prostą broń do czynnej samoobrony; był to jedyny zakład przemysłowy w Polsce, który nie dał się bezkarnie zmasakrować. W budynkach kopalni trwało ponad 2 tysiące górników, w części z innych, <<spacyfikowanych>> już kopalni”.
Uzbrojeni głównie w stalowe pręty i łańcuchy, ale też zaostrzone celowo wiertła górnicze, górnicy kilkakrotnie odparli atak sił ZOMO, zatrzymując trzech zomowców jako zakładników. Po raz pierwszy i jedyny w stanie wojennym oddziały wojska i ZOMO nie były w stanie siłą rozbić strajku okupacyjnego.
Po raz pierwszy i jedyny w stanie wojennym to robotnicy kilkakrotnie rozbili oddziały ZOMO i ciężko fizycznie pobili jego funkcjonariuszy szturmujących kopalnię. Górnicy ranili czterdziestu jeden milicjantów i żołnierzy, w tym jedenastu ciężko.
W tym czasie wprowadzony na teren kopalni pluton specjalny ZOMO wyposażony jedynie w broń maszynową, oddał, w sytuacji braku bezpośrednich starć i zupełnie niespodziewanie, pojedyncze wybiórcze strzały w kierunku zgromadzonych górników, zabijając na miejscu sześciu z nic i śmiertelnie raniąc trzech następnych. Dwudziestu czterech górników zostało rannych postrzałowo.
Okoliczności zbrodniczej masakry w kopalni „Wujek” i wybiórczego użycia broni maszynowej oraz roli plutonu specjalnego ZOMO nigdy nie zostały wyjaśnione, a ślady prowadzące do bezpośrednich sprawców i zleceniodawców zatarto. Wszystko wskazuje, iż przybycie plutonu specjalnego i niespodziewane wybiórcze strzały z broni maszynowej, czyli mierzone strzały oddawane pojedynczo w tłum górników, były odwetową egzekucją za ciężkie pobicie zomowców, która miała zastraszyć pozostałe strajkujące załogi.
A na taką odwetową egzekucję musieli wydać zgodę, czyli rozkaz, dowodzący stanem wojennym gen. Ludowego Wojska Polskiego Wojciech Jaruzelski i główny operator stanu wojennego gen. tegoż wojska Czesław Kiszczak.
Odwetowy charakter tej egzekucji potwierdzałaby informacja J. Łojka, który napisał w 1984 roku, iż w trakcie walk zostało zabitych czterech funkcjonariuszy ZOMO, która to informacja nie była nigdy oficjalnie potwierdzona. Jest ona wszakże wysoce prawdopodobna, gdyż taką samą informację autor otrzymał kanałami „Solidarności” Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, jako pracownik tej uczelni, w dniu 16 grudnia 1981 roku i to jeszcze przed informacją o użyciu broni wobec górników. W informacji przekazanej autorowi podano, iż górnicy broniący się przed natarciem oddziałów ZOMO łańcuchami i zaostrzonym celowo wiertłami górniczymi, zabili czterech funkcjonariuszy ZOMO – „Nabijali ich jak chrabąszcze”.
Ukrycie tej informacji leżało w żywotnym interesie władz komunistycznych, gdyż osłaniało informacyjnie tezę o odwetowej egzekucji oraz identyfikację personalną jej rozkazodawców – W. Jaruzelskiego i Cz. Kiszczaka.
Ofiary stanu wojennego
W ciągu pierwszego tygodnia stanu wojennego większość strajków została spacyfikowana oddziałami ZOMO i wojska, przerzucanymi z miejsca na miejsce. „Wielkie akcje pacyfikacyjne– pisze Paczkowski – przeprowadzono m.in. w Stoczni Szczecińskiej, w Hucie im. Lenina, Kopalni <>, zespole fabryk na wrocławskim Grabiszynie. 20 grudnia rozbito ostatecznie strajk w Porcie Gdańskim, 23 grudnia w Hucie Katowice, 24 grudnia zakończył się prowadzony pod ziemią strajk okupacyjny w Kopalni <>, a cztery dni później opuścili kopalnię strajkujący górnicy <>”.
W wyniku pacyfikacji strajków w przedsiębiorstwach oraz demonstracji ulicznych według oficjalnych danych miało zginąć piętnaście osób. Setki osób zostały ranne. Aresztowano, a następnie osądzono w trybie doraźnym około 4 tys. przywódców i uczestników strajków. Dziesiątki tysięcy zostało zwolnionych z pracy. Bezpośrednią władzę w przedsiębiorstwach i instytucjach państwowych w kraju przejęli oficerowie LWP, jako tak zwani komisarze wojskowi.
Największą ilość ofiar śmiertelnych wywołało wyłączenie na obszarze całego kraju cywilnej telekomunikacji, a także blokada transportu, co uniemożliwiło ciężko chorym i umierającym wzywanie karetek pogotowia i szybką pomoc medyczną. „Wyłączenie telekomunikacji w całym kraju na 30 dni – pisał J. Łojek – było nie pierwszą (pierwszą w ogóle było wyłączenie telekomunikacji na 24 godziny w czasie zamachu Pinocheta w Chile), ale w historii świata pierwszą tak długą przerwą w jakimś kraju we wszelkiej łączności cywilnej”. Liczbę śmiertelnych ofiar z tego tytułu należy szacować na co najmniej kilkaset, a najprawdopodobniej kilka tysięcy.
(…) Komunistyczna kontrrewolucja w formie wojskowo-policyjnej pacyfikacji ruchu związkowego rozbiła skutecznie struktury organizacyjne „Solidarności” i sparaliżowała jej działalność. W 43. ośrodkach internowania oraz więzieniach przebywało kilkanaście tysięcy przywódców, działaczy i aktywistów ruchu. Opór milionów członków związku został sparaliżowany emocjami strachu, jak i poczuciem bezsilności wobec drakońskich kar i brutalności działania władz.
Bezskuteczna „normalizacja”
Władze komunistyczne, na czele z nieformalnym ich dyrektoriatem [(…) z generałem Jaruzelskim jako premierem w roli głównej oraz ministrem spraw wewnętrznych Kiszczakiem , szefem sztabu generalnego LWP Florianem Siwickim i wicepremierem Mieczysławem Rakowskim (…)] uwierzyły w swoją potęgę siły wojskowo-policyjnej i w swój pełny sukces polityczny, oparty na zastosowaniu bezpośredniej przemocy na masową skalę. „Po 13 grudnia – pisał J. Łojek – władze PRL łudziły się, że zdołają <<znormalizować>> sytuację w kraju na zasadzie całkowitej likwidacji ruchu odrodzenia narodowego i sprowadzenia NSZZ <<Solidarność>> do roli nowego CRZZ”.
Liczono na „normalizację”, czyli ponowne podporządkowanie ogółu społeczeństwa, na czele z klasą robotniczą, totalitarnej dyspozycji klasy komunistycznej biurokracji. Ta „normalizacja” miała się dokonać poprzez konsekwentne stosowanie polityki „porozumienia i walki”, czyli polityk zachęt dla już podporządkowanych, a terroru i zastraszania dla jeszcze niepodporządkowanych. W istocie była to w następnych latach tylko polityka nasilania oraz łagodzenia terroru i zastraszania, gdyż komunistyczna biurokracja nie dysponowała już żadnymi zachętami, od ideologicznych poczynając, a na ekonomicznych kończąc.
Odpowiedzią działaczy, aktywistów i członków zawieszonej stanem wojennym, a następnie zlikwidowanej na mocy ustawy sejmowej „Solidarności”, było przejście do nielegalnej i tajnej działalności związkowej oraz powszechny bierny opór, a także stopniowo gasnący od końca 1982 roku opór czynny w postaci manifestacji ulicznych brutalnie rozpędzanych i jednostkowych strajków. Powstały podziemne struktury związkowe w większości przedsiębiorstw przemysłowych oraz w części regionów, a także powołano na poziomie krajowym podziemną Tymczasową Komisję Koordynacyjną, do której weszło kilku znanych a ukrywających się działaczy regionalnych. W silnie ograniczonej formule odtworzony został dyskurs związkowy w postaci nielegalnych druków ulotnych, czasopism i książek oraz nagrań magnetofonowych. Masowy zasięg tego dyskursu zapewniały polskojęzyczne stacje radiowe jak radio Wolna Europa, Głos Ameryki i radio BBC, informujące o bieżącej sytuacji w Polsce i działalności podziemnych struktur „Solidarności”. Kościół katolicki stał się instytucja ochraniającą i udzielającą różnorodnej pomocy oporowi społecznemu.
„Zimna wojna” domowa
Choć podziemna aktywność zdelegalizowanego ruchu „Solidarności” w latach 1982-1985 powoli wygasała… konsekwentny bierny opór większości społeczeństwa wobec komunistycznej władzy stał się w latach 80. normą. Polegał on na odmowie wszelkiej współpracy i uczestnictwa w tworzonych przez władze organizacjach i podejmowanych przedsięwzięciach, aż po bojkot rządowych mediów i wydawnictw. Była to sytuacja „zimnej wojny” domowej.
Komunistyczna kontrrewolucja, trwająca nieprzerwanie do końca lat 80., oparta była stale na masowym zastraszaniu i wybiórczym terrorze w postaci aresztowań i skazywania na wieloletnie więzienie, zmuszania do emigracji bez prawa powrotu, brutalnego rozpędzania wszelkich zgromadzeń i manifestacji, konfiskat osobistego mienia, zwalniania z pracy, ciężkich pobić do zabójstw i morderstw politycznych włącznie. Tylko do 1983 roku zabito i zamordowano co najmniej 59. działaczy związkowych i opozycyjnych… aż po porwanie, torturowanie i zamordowanie w 1984 roku kapelana „Solidarności” ks. Jerzego Popiełuszki, w do dziś niewyjaśnionych okolicznościach przez nieznanych zleceniodawców, a nawet wątpliwych bezpośrednich wykonawców tego wyjątkowo bestialskiego mordu (…).
Po zawieszeniu, a następnie zniesieniu stanu wojennego w 1983 roku, wprowadzono zmiany prawne, umożliwiające stosowanie regulacji prawnych stanu wojennego w normalnej praktyce prawno-politycznej Polski Ludowej. (…) System policyjny „otrzymał uprawnienia – pisał J. Łojek – jakich nie ma żadna policja na świecie, nawet ZSRR”. (…) Stan liczebny tajnej policji politycznej Służby Bezpieczeństwa przekroczył wielkość z lat stalinowskiego masowego terroru lat 50., osiągając 40 tys. funkcjonariuszy, a liczba tajnych agentów SB osiągnęła z końcem lat 80. wielkość 90 tys. osób. W ramach komunistycznej kontrrewolucji zbudowano ponownie totalitarne państwo stricte policyjne (…).
* Fragmenty monografii naukowej autora: Wojciech Błasiak, „Zaprzepaszczona rewolucja. Robotnicza rewolucja społeczna <<Solidarności>>: podłoże, przyczyny, przebieg, skutki i konsekwencje [w trzech studiach]”, „Śląsk” Wydawnictwo Naukowe, Katowice 2018
Kandydaci na prezydenta
Dzisiaj niektórzy pisowcy przyznają, że PiS popełnił ogrom błędów, PiS nie słuchał swoich dołów; warto by było, żeby ci pisowcy sami sobie odpowiedzieli na pytanie: kto to jest PiS?
Znam jedną wersję odpowiedzi, między wierszami, z wypowiedzi prezesa Kaczyńskiego. On mówi, między wierszami, PiS to ja!
Niektórzy pisowcy twierdzą, że PiS się zmienił, jest wielu nowych, młodych pełnomocników! To trzeba napisać wielkimi literami. PiS, czytaj Kaczyński MA, tak jak miał zawsze, SWOICH PEŁNOMOCNIKÓW. Nic się nie zmieniło! W PiS jest dokładnie tak samo, jak jest w PO!
Dowodem na to jest kwestia wyboru kandydata na prezydenta.
Zarówno w PO, jak i w PIS (w obu tych wodzowskich partiach typu leninowskiego, czyli zorganizowanych na wzór partii komunistycznych), kandydatów na prezydenta wskaże palcem wódz partyjny! I tylko chyba dla jaj w PIS mówiono trochę o prawyborach, a w PO odbędą się „prawybory” spośród dwóch kandydatów wskazanych przez wodza partyjnego.
Prezes Kaczyński długo się zastanawia i waha, i wszystko wskazuje na to, że najważniejszym kryterium wyboru kandydata będzie to, czy kandydat będzie lojalny i posłuszny w stosunku do niego!
Tusk się nie waha. Kandydaci, których wskazał do prawyborów gwarantują lojalność w stosunku niego i, co ważniejsze, gwarantują lojalność w stosunku do mocodawców Tuska!
Wodzowie partyjni wskazują kandydatów na prezydenta i tym samym udowadniają, że w partyjniackim ustroju ich władza, władza „szeregowego” posła (ale zarazem wodza partyjnego) jest większa niż władza prezydenta!
Wodzowie partyjni mają rzeczywistą władzę, ale rezygnują z osobistego kandydowania, bo jednak wyborcy pamiętają ich manipulacje, bezwzględność, cynizm, zdrady, błędne decyzje i oszustwa! Z tego powodu są niewybieralni!
Ten fakt może trochę cieszyć, bo przecież dowodzi tego, że jednak znaczna część zwykłych ludzi swoje wie i swoje pamięta!
W rocznicę śmierci prof. Jerzego Przystawy
Mija właśnie dwanaście lat od śmierci profesora Jerzego Przystawy. Zmarł 3 listopada 2012 r. we Wrocławiu. Nie sposób nie wspomnieć profesora Przystawy szczególnie teraz, kiedy Polską targa kolejny destrukcyjny kryzys.
Już na samym początku tzw. transformacji ustrojowej, którą rozpoczęły w czerwcu 1989 roku częściowo wolne wybory do Sejmu, Jerzy Przystawa jako pierwszy zwrócił uwagę na dwa błędy założycielskie III Rzeczypospolitej. Po pierwsze, w książce „Via bank i FOZZ” (1992), wraz z profesorem Mirosławem Dakowskim, pokazali dowody na to, że nowa Polska rozpoczęła swoje istnienie od gigantycznego rabunku finansów publicznych w skali nieznanej wcześniej na całym globie. „Pierwszy milion trzeba ukraść” powiedział w tamtym czasie jeden z pierwszych premierów rządu III RP. No i kradziono, nie miliony, ale miliardy i to bezkarnie. O aferze FOZZ słusznie dzisiaj mówi się, że jest to jedna z „afer założycielskich” III Rzeczypospolitej.
Drugim błędem założycielskim III RP, jeszcze bardziej brzemiennym w skutkach, jest drastycznie ograniczająca prawa obywateli ordynacja wyborcza. Profesor Przystawa niezmordowanie pokazywał, że wybory parlamentarne w III RP nie są wolne. Na ten temat napisał przez ponad 30 lat setki artykułów, wygłosił dziesiątki audycji radiowych i wystąpień na konferencjach. Przede wszystkim, III RP odbiera Polakom równość w realizacji biernego prawa wyborczego. Bierne prawo wyborcze każdy ma niby zagwarantowane w Konstytucji, ale w rzeczywistości ogół Polaków go nie posiada. Odziedziczony po PRL sposób głosowania na układane w wąskich gronach listy partyjne wyłącza obywateli z prawa kandydowania, a tym samym pozbawia ich kontroli nad składem Sejmu i alienuje z życia publicznego. Sposób wybierania posłów w III RP cementuje władzę rządzących państwem grup interesu, uniemożliwia jakąkolwiek poprawę i czyni z Polski państwo słabe.
Stworzony w 1993 roku przez profesora Przystawę Ruch na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych jest teraz jedynym w Polsce ruchem społecznym, domagającym się prawa kontrolowania elit przez obywateli, a przede wszystkim prawa usuwania każdego posła i Senatora indywidualnie, w jednomandatowych okręgach wyborczych, w drodze wyborów. Inaczej mówiąc jest to jedyny w Polsce ruch reformatorski, domagający się poprawnej realizacji treści słowa „demokracja”, a bardziej formalnie, realizacji Artykułu 4. Konstytucji, który stanowi, że „Władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu”.
Trzydzieści z górą lat to długo. Ale w tym długim marszu o odzyskanie przez Naród należnej mu władzy zwierzchniej w Rzeczypospolitej, a więc o odzyskanie prawdziwej wolności, nikt z nas nie ma prawa ustawać. Umiłowanie wolności to czynnik definiujący naszą kulturę. Powstańcy styczniowi śpiewali: „Bo taka natura jest w każdym Polaku, że bez wolności trudno mu żyć”. Jeszcze wcześniej, nasi przodkowie przez stulecia nazywali wolność „złotą”.
Bierzmy przykład z profesora Przystawy, który w tym marszu o prawdziwą wolność nigdy nie ustawał. Trzy miesiące przed śmiercią, 28 lipca 2012 r. tak pisał:
Ale kiedy porównamy ten nasz „marsz” z działaniami naszych przodków, z tymi którzy walczyli o niepodległość Polski, o nasz suwerenny byt narodowy, to wcale nie jest tak długo. Przypomnijmy chociażby Józefa Piłsudskiego, który w połowie lat 80 XIX wieku szedł na zesłanie. Policzmy te lata do Niepodległej Polski: to prawie 40! I w o ile trudniejszych, beznadziejnych, zdawałoby się, warunkach. A przecież chodziło mu o to samo, co nam: o wolną, suwerenną Polskę! Której tak wtedy, jak i dzisiaj, nikt w świecie, poza nami, do niczego nie potrzebuje.
Southampton, 2 listopada 2024 r.
Poseł z każdego powiatu’24
listopada 2012 roku, w wieku 73 lat, zmarł prof. Jerzy Przystawa. To On zapoczątkował w III RP walkę o przywrócenie obywatelom pełni praw wyborczych do Sejmu. Składa się na nie nie tylko prawo czynne, istniejące przecież i w PRL-u, ale i prawo bierne, którego nowa „solidarnościowa” władza zapomniała obywatelom zwrócić.
Pan Profesor uporczywie przypominał rządzącym, wespół z wieloma osobami zatroskanymi, tak jak i On, o losy demokracji w Polsce, że bez biernego prawa wyborczego demokracja w Polsce jest wadliwa.
W swoim działaniu rozpoznał i wyartykułował myśl o następującej treści „Poseł z każdego powiatu”.
Powyższe rozwiązanie, aby jedna osoba wybrana przez obywateli określonego terytorium była posyłana do centralnego gremium, zarządzającego krajem, to nic nowego. Jest nadal stosowane w najstarszej nowożytnej demokracji – czyli w Wielkiej Brytanii – niezwykle skutecznie i z pożytkiem dla dobra wspólnego.
Brytyjska ordynacja wyborcza do Izby Gmin jest – z punktu widzenia obywatela – niezmiernie prosta i zrozumiała:
Kandydat do Izby musi spełnić 2 warunki:
1 – zdobyć 10 podpisów wyborców oraz
2 – wpłacić depozyt &500, który jest zwracany, gdy kandydat uzyska 5% głosów.
W związku z powyższym przeciętny Polak łatwo może wyobrazić sobie zaadoptowanie brytyjskiej ordynacji do warunków polskich.
Ponadto jej wady i zalety można rozpatrywać w porównaniu z już istniejącą ordynacją proporcjonalną i to uwzględniając tylko i wyłącznie interes wszystkich Polaków.
Zakładamy, że w III RP są sprzyjające warunki na zmianę ordynacji wyborczej do Sejmu na angielskie JOW.
Ponieważ:
a/ prawodawcy PRL zostawili nam dobry spadek, co do ilościowego składu Sejmu. Mamy bowiem 460 posłów, co przy ok. 40 mln mieszkańcach daje ok. 90 tys. mieszkańców na 1 mandat.
Dla porównania: w Wlk. Brytanii jest 650 posłów i ok. 70 mln. mieszkańców, co daje ok. 100 tys. mieszkańców na 1 mandat.
b/ prawodawcy III RP przyjęli strukturę państwa wg. powiatów (vide zał.1 do Kodeksu Wyborczego), gdzie Polska ma:
– 314 powiatów i
– 66 miast na prawach powiatów.
Dla potrzeb wyborów do Sejmu powyższe 380 powiatów zostało rozparcelowanych na 41 okręgów wielomandatowych. Każdemu okręgowi przypisana jest – proporcjonalnie do liczby mieszkańców – określona liczba mandatów poselskich.
I tak:
okręg nr 1 Legnica, ma 12 mandatów. Okręg liczy 12 powiatów oraz 2 miasta na prawach powiatu: Jelenia Góra i Legnica. Oznacza to 12 JOW-ów: 2 miejskie i 10 „ziemskich” (występuje konieczność zgrupowania 12 powiatów w 10 JOW-ach).
I tak dalej… aż do okręgu nr 41 Szczecin, ma 12 mandatów. Okręg liczy 9 powiatów i 2 miasta na prawach powiatu: Szczecin i Świnoujście. Oznacza to 12 JOW-ów: 3 miejskie (w tym 2 dla Szczecina) i 9 „ziemskich”.
Etykieta pn. „Wykaz polskich JOW” zawiera listę okręgów JOW, uporządkowaną wg powiatów zgodnie z zał.1 do Ustawy Kodeks wyborczy.
Wynika z tego, że:
316 mandatów pochodzić będzie z 314 powiatów „ziemskich” oraz
144 mandatów z 66 miast na prawach powiatów.
Zatem droga do zrealizowania wspólnotowego celu pod hasłem „Poseł z każdego powiatu” jest otwarta.
Jedynymi hamulcowymi ordynacji większościowej są partyjne oligarchie utuczone na pieniądzach publicznych. Nadmienić trzeba, że w dużo bogatszej Wielkiej Brytanii nie ma finansowania partii politycznych z budżetu państwa.
Quo vadis, polskie JOW-y?
Pierwszą i fundamentalną sprawą na drodze do normalnej demokracji w III RP jest posiadanie przez obywatela pełni praw wyborczych do Sejmu. Nie mając biernego prawa wyborczego do organu ustawodawczego obywatel nie jest pełnoprawnym podmiotem w swoim kraju. Z tego powodu wszelkie rozważania obywateli o naprawie państwa są z góry skazane na niepowodzenie. Sytuacja jest podobna do tej z czasów PRL-u, na odcinku praw obywatelskich.
Co nie oznacza, abyśmy ich zaniechali. Bowiem nie znamy dnia ani godziny, kiedy nastaną sprzyjające warunki do realizacji dobra wspólnego, którego bardzo ważnym elementem składowym jest akceptowany przez ogół obywateli sposób wybierania swoich przedstawicieli do gremium zarządzającego wspólnotą.
Oznacza to baczne przyglądanie się tym państwom, gdzie funkcjonuje mechanizm wyborczy spolegliwy obywatelom. A jest nim, dla państwa jednonarodowego, ordynacja większościowa, JOW. W Europie mają ją: Wielka Brytania (w czystej postaci), Francja (wadliwe 2 tury), Węgry (53% Parlamentu wybierana jest w JOW) i Białoruś.
* na zdjęciu: prof. Jerzy Przystawa
Demokracja węgierska vs. demokracja brukselska
W piątek 11 bm. na FB u Fidesza ukazała się notka o treści: „W środę w Brukseli został zawiązany sojusz”. Viktor Orbán mówi o tym, co faktycznie wydarzyło się w Parlamencie Europejskim. Przeczytajcie do końca!
„Stało się tak, że przewodnicząca Komisji Europejskiej i liderka Europejskiej Partii Ludowej Ursula von der Leyen i pan Manfred Weber ogłosili, że chcą obalić węgierski rząd. Wskazali także, kim będzie ten przyszły rząd, powiedzmy, rząd brukselski. I mówili to otwarcie.
Europejscy Socjaliści chcą oddelegować Klárę Dobrevę, również ją popchnęli, oklaskiwali, Partia Ludowa i Partia Tisza, z Péterem Magyarem. To koalicja, której małżeństwo odbyło się na naszych oczach. Uroczystość tę zorganizowała Ursula von der Leyen jako sekretarz, w obecności Manfreda Webera, a obie zaangażowane strony dały jasno do zrozumienia, że są gotowe spełnić żądania Brukseli.
Oznacza to cztery poważne rzeczy. I cała czwórka została przyjęta. Po pierwsze, przystępujemy do wojny z Ukrainą. Dostarczymy broń i przekażemy jej pieniądze z węgierskiego budżetu. Było jasne, że popierają politykę migracyjną Brukseli, migranci muszą zostać wpuszczeni. Należy znieść przepisy dotyczące ochrony rodziny i dzieci, a w końcu wejść w zimną wojnę gospodarczą i handlową. To porozumienie zostało zawarte na naszych oczach.
Cóż, my też tu jesteśmy. Nie tam, Buda. Może więc być tak, że chcą tego w Brukseli, ale nie tego chcą Węgrzy. I może chcą tu delegować rząd węgierskich socjalistów i partii Tisza, ale na ten temat Węgrzy też powiedzą parę słów.
I nie będziemy tego biernie oglądać”.
To tyle z fejsbukowej strony Fideszu. Ciekawa sprawa.
Wszyscy wiemy, że węgierski Parlament ma 199 posłów. Składa się z dwóch grup posłów, którzy otrzymali mandaty z dwóch różnych systemów wyborczych: większościowego (angielskiego JOW) i proporcjonalnego (metoda d’Hondta); odpowiednio: 106 i 93 (w tym 1 mniejszość niemiecka) posłów.
Grupa 106 posłów jest wybieranych w 106 okręgach i dywagacje o wpływie jakiś sił spoza Węgier (np. Brukseli) na wybieranie Węgrów w tych okręgach jest nieporozumieniem. Ponadto w tej grupie Fidesz + KDNP ma 87 mandatów, a reszta ma 19.
Druga grupa 92 posłów (93 minus 1) reprezentuje koalicję różnych partii a sami posłowie uzyskali mandat z racji wpisania ich nazwiska przez gremium partyjne na jednej krajowej liście d’Hondta – no i oczywiście uzyskania odpowiedniej ilości węgierskich głosów. W tej grupie Fidesz ma 48 mandatów a reszta ma 44.
W tej reszcie: 38 posłów jest ze Zjednoczenia dla Węgier (DK, Jobbik, PM, MSZP, LPM, Ruch Momentum) a 6 posłów jest z Ruchu Naszej Ojczyzny (antykomunistyczna itp.).
Reasumując: „Siła” nie węgierskich interesów w Parlamencie jest niewielka, o czym zresztą przypomina Viktor Orban.
Klára Dobrev, socjalistka z DK, nie jest posłem a europosłem. Węgierscy socjaliści (MSZP) to raptem 29 posłów, a partia TISZA (szacunek i wolność) to całkiem nowe ugrupowanie, czyli bez posłów, z reklamowanym liderem Péter Magyar, który w czerwcu br. został europosłem.
———————————
Apel otwarty do Prezydenta RP Andrzeja Dudy
Apel otwarty do Prezydenta RP Andrzeja Dudy o włączenie się w proces wyłaniania ponadpartyjnego kandydata na prezydenta Polski
Panie Prezydencie,
zbliżające się wybory prezydenckie w 2025 roku, będą kluczowe dla przyszłości Polski. Rozstrzygną bowiem o możliwości prowadzenia przez rząd i parlament globalistycznej polityki cywilizacji śmierci i ograniczania suwerenności polskiego państwa na rzecz Berlina i Brukseli.
Obecny głęboki kryzys polityczny państwa III Rzeczpospolitej, z ostentacyjnym łamaniem Konstytucji i prawa przez rząd w roli głównej, odsłonił w pełni istotę jego ustroju politycznego, jako faktycznego ustroju partyjnej oligarchii wyborczej. Ustroju, w którym pełnię władzy politycznej w państwie przejęły wodzowskie oligarchie partyjne, niekontrolowalne i nieodpowiedzialne przed własnym społeczeństwem. Ustroju, w którym obywateli pozbawiono biernego prawa wyborczego, uniemożliwiając im kandydowanie do Sejmu, a z kandydowania do Senatu czyniąc fikcję. Ustroju, w którym czynne prawo wyborcze jest fasadową demokracją, gdyż wyborcy mogą wybierać tylko spośród kandydatów już wybranych przez partyjne oligarchie.
Decyduje o tym proporcjonalna ordynacja wyborcza do Sejmu, z głosowaniem na partyjne listy wyborcze. To ta proporcjonalna ordynacja wyborcza decyduje o tym, że polscy posłowie, a w konsekwencji polscy politycy, nie są bezpośrednio zależni od polskich wyborców, a w konsekwencji od polskiego społeczeństwa. Są bowiem bezpośrednio zależni od tych, którzy umieszczają ich nazwiska i ich kolejność na partyjnych listach wyborczych, czyli od partyjnych oligarchii politycznych. I to jest źródłem patologii władzy politycznej w Polsce od ponad już 30 lat. Patologii nieustannej reprodukcji układu sił politycznych z początku lat 90. XX wieku, czego dosłownymi symbolami personalnymi są dziś Donald Tusk i Jarosław Kaczyński. Patologii negatywnej selekcji polskich polityków z ich miałkością ideową, niekompetencją merytoryczną, aż po kompradorskość i serwilizm, a obecnie już coraz liczniejszymi przypadkami braku elementarnej kultury osobistej.
Panie Prezydencie,
w tym oligarchicznym ustroju politycznym również wyłanianie kandydatów na prezydenta oraz sama wyborcza kampania prezydencka będzie zasadniczo oparta na oligopolu politycznym, a w istocie duopolu oligarchii partyjnej Donalda Tuska i oligarchii partyjnej Jarosława Kaczyńskiego. To one wybiorą kandydatów i one sfinansują z publicznych budżetowych pieniędzy kampanie prezydenckie oraz zapewnią poprzez swoje i sprzyjające im media propagandowe nagłośnienie kandydatów. W tym oligarchicznym ustroju nie ma bowiem możliwości szerokich konsultacji demokratycznych dla wyłonienia najlepszych kandydatów i nie ma możliwości demokratycznych prawyborów. Tak jak nie ma możliwości porównywalnych szans finansowych i medialnych.
Zasadniczym zaś problemem dla polskich sił demokratycznych, niepodległościowych i patriotycznych jest zmonopolizowanie opcji pronarodowej przez oligarchię partyjną J. Kaczyńskiego. Negatywne zaś przywództwo partyjne J. Kaczyńskiego, z jego osobistymi ułomnościami politycznymi, przesądzi o wystawieniu stricte partyjnego kandydata, i to pewnie jeszcze bez misji politycznej i wizji przyszłości Polski. I nie będzie miał on szans na wygraną w II turze wyborów. A to oznacza wysokie prawdopodobieństwo wygranej przez opcję globalistyczną i kompradorską, z wszystkimi tego konsekwencjami dla przyszłości Polski.
Panie Prezydencie,
w tej sytuacji politycznej jest Pan, jako Prezydent RP, jedynym ośrodkiem władzy politycznej, który ma możliwość przełamania tej krytycznej sytuacji. Jest Pan Prezydent jedynym ośrodkiem władzy niepodlegającej nadzorowi i podporządkowaniu partyjnej oligarchii politycznej w Polsce. Ma Pan, jako Prezydent wybrany w demokratycznych wyborach powszechnych, najsilniejszy mandat społeczny wśród polskich polityków, a tak naprawdę jedyny mandat demokratyczny. Daje to Panu, Panie Prezydencie, polityczne prawo i możliwość kluczowego udziału w wyłonieniu ponadpartyjnego kandydata na prezydenta Polski. Kandydata, który mógłby reprezentować pełnię polskich sił patriotycznych i niepodległościowych, a nade wszystko demokratycznych.
Panie Prezydencie,
dlatego zwracam się z apelem o włączenie się osobiste i instytucjonalne przez Pana, jako Prezydenta RP, w proces wyłaniania ponadpartyjnego kandydata na prezydenta Polski wszystkich sił i ośrodków demokratycznych, patriotycznych i niepodległościowych.
Z należnym szacunkiem,
Wojciech Błasiak
(ekonomista i socjolog, dr n. społecznych, niezależny naukowiec, uczestnik Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych, krajowy koordynator Ruchu JOW w latach 1996-2006)
20 października 2024
Kodeks dobrej praktyki w sprawach wyborczych
Streszczenie – projekt 15.9.2024
W 2003 roku Rada Europy opublikowała dokument: Opinia nr 190/2002, Strasburg dnia 23 maja 2003. Nie ma urzędowego tłumaczenia tego druku na język polski, mimo jego ratyfikowania przez RP.
Poniżej podaję jego streszczenie posiłkując się roboczym tłumaczeniem widniejącym na stronie PKW, które zniknęło w 2015 roku.
Nadmienię, że kodeks dobrej praktyki ma charakter normatywny zaś krajowe kodeksy wyborcze mają charakter opisowo-egzekucyjny.
Kodeks ma dwa działy: wytyczne oraz raport wyjaśniający. Ponadto każdy dział składa się z dwóch części, z których pierwsza obejmuje definicję i praktyczne implikacje zasad europejskiego dziedzictwa wyborczego, a druga warunki niezbędne do ich stosowania.
Szkieletem niniejszego streszczenia jest spis treści ww. Opinii. Wypełniają go ciekawsze wyimki dla polskiego czytelnika, pochodzące z oryginału, bez wtrąceń własnych.
WPROWADZENIE
A. WYTYCZNE DLA WYBORCÓW
I. Zasady europejskiego dziedzictwa wyborczego
Pięcioma zasadami stanowiącymi europejskie dziedzictwo wyborcze są: powszechność, równość, wolność, tajność i bezpośredniość wyborów. Ponadto wybory muszą być przeprowadzane w regularnych odstępach czasu.
1. Zasada powszechności wyborów
1.1. Reguła i wyjątki
Powszechne prawo wyborcze oznacza w zasadzie tyle, że wszyscy ludzie mają prawo wybierania i kandydowania w wyborach. Prawo to może, a nawet powinno być podporządkowane pewnym warunkom:
a) wiek,
b) narodowość,
c) zamieszkanie,
d) pozbawienie prawa wybierania i kandydowania.
1.2. Rejestry wyborców
1.3. Zgłaszanie kandydatów (i – vi)
i. Zgłoszenie indywidualnych kandydatów lub list kandydatów może być uwarunkowane zebraniem minimalnej liczby podpisów,
ii. Prawo nie powinno wymagać zebrania podpisów w liczbie większej niż 1% wyborców w danym okręgu wyborczym,
vi. Jeżeli istnieje wymóg depozytu, winien być on zwracany, gdy kandydat lub partia przekroczy pewien próg uzyskanych głosów; suma i wymagany próg nie powinny być nadmierne.
2. Zasada równości wyborów
2.1. Równość prawa głosu
2.2. Równość siły głosu
2.3. Równość szans
2.4. Równość a mniejszości narodowe
2.5. Równość a parytet płci
3. Zasada wolności wyborów
3.1. Wolność wyborców w kształtowaniu swojej woli
3.2. Wolność wyborców w wyrażaniu swojej woli i zwalczanie oszust wyborczych
4. Zasada tajności wyborów
5. Zasada bezpośredniości wyborów
6. Częstotliwość wyborów
II. Warunki wdrażania niniejszych zasad
1. Poszanowanie praw podstawowych
2. Poziomy regulacji i stabilność prawa wyborczego
3. Zabezpieczenia proceduralne
3.1. Organizacja wyborów przez bezpartyjny organ
3.2. Obserwacja wyborów
3.3. Skuteczny system odwoławczy
4. System wyborczy
Każdy system wyborczy respektujący wyżej wymienione zasady może być stosowany.
B. RAPORT WYJAŚNIAJĄCY
Obok praw człowieka i rządów prawa, demokracja jest jednym z trzech filarów europejskiego dziedzictwa ustrojowego, jak również Rady Europy. Demokracja jest nie do pomyślenia bez wyborów przeprowadzanych zgodnie z określonymi zasadami, które nadają im demokratyczny charakter (…).
I. Podstawowe zasady europejskiego dziedzictwa wyborczego
Wprowadzenie: zasady i ich podstawa prawna
1. Powszechne prawo wyborcze
2. Równe prawo wyborcze
3. Wolne prawo wyborcze
4. Tajne prawo wyborcze
5. Bezpośrednie prawo wyborcze
6. Częstotliwość wyborów
II. Warunki wdrożenia niniejszych zasad
1. Poszanowanie praw podstawowych
2. Poziomy regulacyjne i stabilność prawa wyborczego
3. Gwarancje proceduralne
Wnioski (pkt 114)
114. Przestrzeganie pięciu fundamentalnych zasad leżących u podstaw europejskiego dziedzictwa wyborczego (powszechność, równość, wolność, tajność i bezpośredniość wyboru) stanowi esencję demokracji. Zasady te pozwalają urzeczywistniać demokrację w różny sposób, lecz w określonych ramach. Ramy te wynikają przede wszystkim z interpretacji wymienionych zasad; niniejszy tekst zakreśla minimalne warunki, które muszą być spełnione dla ich zachowania. Z drugiej strony nie wystarczy, by prawo wyborcze (w wąskim ujęciu) zawierało przepisy współbrzmiące z zasadami dziedzictwa wyborczego Europy: te ostatnie muszą zostać wcielone w życie, a wiarygodność procesu wyborczego musi być gwarantowana. Po pierwsze, prawa fundamentalne muszą być respektowane, po drugie, stabilność reguł musi wykluczać jakiekolwiek podejrzenie manipulacji. I na koniec, ramy proceduralne muszą pozwalać, by przyjęte zasady zostały skutecznie wdrożone.
PS. Polski Kodeks wyborczy z 2011 roku traktuje po macoszemu obywatelskie prawa wyborcze, które zostały w 2003 roku opublikowane przez Radę Europy w ww. dokumencie Kodeks dobrej praktyki w sprawach wyborczych.
Już pierwszy jego artykuł mówi:
„Kodeks wyborczy określa zasady i tryb zgłaszania kandydatów, przeprowadzania oraz warunki ważności wyborów”.
Tylko „zgłaszanie” – jak za czasów PRL – to za mało, a gdzie reszta.
Oryginał Opinii nr 190/2002 jest tutaj:
https://www.venice.coe.int/images/SITE%20IMAGES/Publications/Code_conduite_PREMS%20026115%20GBR.pdf










