Forrest Gump powiedziałby, że polska ordynacja jest jak pudełko czekoladek – nigdy nie wiesz, co dostaniesz.

Posłowie Gowin, Żalek i Godson znaleźli się na wylocie z partii za obronę nie tak dawnych jej pryncypiów. Jak celnie zauważył Piotr Gabryel, za głoszone przez trzech dżentelmenów poglądy można było wylecieć z partii już kilka lat temu – ale nie z PO, a z Samoobrony!

Jeżeli nowe wybory odbędą się na starych zasadach, to po raz kolejny głosując na sympatyczną lekarkę, znaną i lubianą zarówno przez rodziców i dzieci za uczciwość, empatię i pracę po godzinach bez dodatkowego wynagrodzenia, możemy przyczynić się do zdobycia mandatu przez gburowatego wąsacza, który jako spadochroniarz nie jest w stanie podać nawet nazwy jednego klubu sportowego właściwego dla danego okręgu. Bez zmiany ordynacji czeka nas powtórka z rozrywki. Przecież głosowanie na PiS, to w opinii tak komentatorów, jak i większości samych głosujących, było wsparciem państwa opiekuńczego, socjalnego. Praktyka pokazała, że Jarosław Kaczyński wolał obniżać podatki i składki rentowe. Podobnie jak Leszek Miller, szef SLD, a więc partii kojarzonej z tendencją do podwyższania poziomu fiskalizmu. Daniny na rzecz państwa najbardziej wzrosły z kolei podczas rządów największych nadziei polskiego liberalizmu – Donalda Tuska i Jacka Rostowskiego. A Janusz Palikot, jeszcze nie tak dawno dołączający do przysięgi poselskiej fakultatywne: Tak mi dopomóż Bóg, twierdzący że krzyż jest w polskiej kulturze tyle symbolem religijnym, co narodowym, w końcu wydawca konserwatywnego tygodnika „Ozon” i obrońca przedsiębiorców – stał się absolutnym zaprzeczeniem wymienionych postaw. Kościół w Polsce był zawsze bowiem po stronie ludu i po stronie polskości – mówił jeszcze nie dawno. I jeszcze PSL, dobry gospodarz… Tak świetny, że przed gospodarskością umowy gazowej z Rosją, którą podpisał Waldemar Pawlak, musiała nas bronić Unia Europejska.

Konia z rzędem temu, kto zgadnie na jaki program ostatecznie głosuje. Biorąc pod uwagę dotychczasową praktykę trudno dzisiaj zarzucić brak logiki osobom, które głosować będą na PO, aby ostatecznie wyjaśnić katastrofę smoleńską, na Palikota, aby zwiększyć ilość religii w szkołach, na PSL aby zlikwidować KRUS czy SLD, aby przeprowadzić dekomunizację. Partia przed wyborami i po wyborach, jak pokazują ostatnie lata, to dwa różny byty.

Że jest coś nie tak z naszą demokracją zauważył ostatnio Władysław Frasyniuk. Wrocławska legenda Solidarności jako jeden z niewielu przedstawicieli salonuMarzyłaby mi się akcja, która zwiększa frekwencję w wyborach, ale oddane głosy są nieważne – tłumaczy. Byłby to bardziej słyszalny głos społeczeństwa niż niepójście na wybory. „Nie” dla słabego państwa Tuska, „nie” dla zaściankowości PiS – dodaje.

Aż nie chce się wierzyć, że osoba o takim politycznym doświadczeniu potrafi sobie wyobrazić w noc wyborczą skonfundowane miny liderów partyjnych na wieść o tym, że co prawda wygrali wybory i będą za chwilę tworzyć rząd, ale głosów nieważnych było zbyt wiele… Dobrze wiemy, że najważniejsza będzie jedna, jedyna wielkość – ilość zdobytych mandatów. I tylko to się będzie liczyć. Słuchając Frasyniuka można odnieść wrażenie, że przekreślone karty przełożą się na zmniejszenie liczby posłów, urzędników, deficytu budżetowego, obciążeń fiskalnych itp., itd. O tym, że tak nie będzie, wie nawet średnio rozgarnięty uczeń szkoły średniej. Nawet gdyby 90 proc. głosów nie spełniało kryterium ważności, to i tak w żaden sposób nie wpłynie to pozytywnie na aparat państwowy – ani ilościowo, ani jakościowo. A zaduma nad liczbą głosów nieważnych, o ile w ogóle taka będzie, potrwa nie dłużej niż 24 godziny. Taki sposób zmieniania rzeczywistości doprowadziłby jedynie do tego, że wybory przekształciłyby się w walkę na twarde elektoraty. A tych nie brakuje ani Platformie, ani SLD, ani PSL-owi, ani tym bardziej Prawu i Sprawiedliwości. W wyborach na szefa PO było aż 7 proc. głosów nieważnych. Przy żenującej frekwencji. Głosujący pozwalali sobie dopisywać do listy kandydatów nie tylko Grzegorza Schetynę, ale również… Majkę Jeżowską. Jedyną refleksja jaka dała się zauważyć, to pomysł na to, aby tę wstydliwą statystykę możliwie najlepiej ukryć przed opinią publiczną. Wiara, że następnym razem będzie inaczej jest śmieszna.

Jedynie wprowadzenie JOW-ów daje szansę na poprawę jakości naszej polityki. Ta musiałaby nastąpić w momencie, gdy posłami zostaną ludzie znani lokalnie, cieszący się uznaniem za pracę niekoniecznie związaną z działalnością polityczną. Tacy, którzy zasłużą na mandat wolą większości mieszkańców niewielkiego okręgu. Posłów nie będzie mniej, ale nastąpi zmiana ich jakości. Wiedząc, że stoją za nimi konkretni wyborcy z konkretnej lokalnej społeczności wybrańcy będą lojalni przede wszystkim im – a nie jak dotychczas partyjnemu liderowi. Bo ten jak już wiemy potrafi zmieniać swoje poglądy o wiele częściej, niż to jest przyzwoite. A przyzwoitości w polskim Sejmie chyba brakuje nam najbardziej.

*Artykuł ukazał się w „Uważam Rze” numer 30.09 z 30.09.2013

About Artur Heliak

wrocławianin, absolwent Uniwersytetu Wrocławskiego; jeden z liderów akcji zmieleni.pl, Koordynator ds. PR i Mediów Ruchu JOW; trzy lata spędził w Londynie, gdzie z bliska zapoznał się z tematyką polskiej emigracji i funkcjonowaniem państwa opartego o jednomandatowe okręgi wyborcze; publikował m.in. w tygodniku „Uważam Rze” oraz w „Rzeczpospolitej”

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.