/Zaprzepaszczone szanse historyczne III Rzeczpospolitej

Zaprzepaszczone szanse historyczne III Rzeczpospolitej

(w odpowiedzi red. Łukaszowi Perzynie).
W swej polemice z moim tekstem „Skąd się bierze nędza polskich polityków?”, red. Łukasz Perzyna w artykule pt. „Bez końca, czyli nędza wiecznej transformacji” (www:pnp24.pl), wysunął i rozwinął tezę, że mimo wszelkich ułomności i porażek transformacja Polski Ludowej w III Rzeczpospolitą Polską i 30 lat funkcjonowania tej ostatniej, było jednak sukcesem. Ta teza, przy wszelakich zróżnicowaniach co do oceny skali ułomności i porażek, jest powszechnie wyznawana w polskiej publicystyce i dziennikarstwie, a jeszcze wyraźniej w polskich naukach społecznych i ekonomicznych. Całkowicie się z nią nie zgadzam, a szczegółowy dowód na zmarnowanie olbrzymich szans historycznych Polski, przeprowadziłem w mojej ostatniej książce „Zaprzepaszczona rewolucja. Robotnicza rewolucja społeczna <<Solidarności>>: podłoże, przyczyny, przebieg, skutki i konsekwencje (w trzech studiach)” (Wyd. Naukowe „Śląsk”, 2018). I nie sposób mi jej tu streszczać.

Pokojowy rozpad imperium radzieckiego i historyczna szansa Polski

Rozpad imperium radzieckiego i wycofanie się Związku Radzieckiego w Europy Środkowo-Wschodniej, otwierał przed Polską, po 1988 roku, niepowtarzalną szansę historyczną na suwerenny rozwój i przełom społeczny oraz gospodarczy, a w konsekwencji w nieodległej przyszłości również i skok cywilizacyjny. Ta niepowtarzalna szansa historyczna została bezpowrotnie zaprzepaszczona, najpierw zdradą i puczem związkowym Lecha Wałęsy i jego grupy związkowej w latach 1986-1990, a w konsekwencji ostatecznym rozbiciem ruchu „Solidarności” i masową demobilizacją społeczną, zwłaszcza nowego młodego pokolenia, które weszło na scenę polityczną strajkami 1988 roku.

Ich miejsce na trwale zajęły natomiast postsolidarnościowe elity polityczne, wytworzone, przy współudziale tajnej policji komunistycznej, pierwotnie na potrzeby „okrągłego stołu”, które zrealizowały latynoamerykański scenariusz rozwoju niedorozwoju Polski, przygotowany przez Georga Sorosa i Jeffreya Sachsa dla komunistycznego rządu Mieczysława Rakowskiego, zwany „planem Balcerowicza”. Było to postsolidarnościowe epitafium dla historycznych szans Polski.

Rozbiór gospodarczy Polski i nowa Targowica

Zamiast suwerennego rozwoju i przełomu społeczno-gospodarczego, mieliśmy upadek i zniszczenie ekonomiczne 1/3 gospodarki i rozbiór gospodarczy polskiego przemysłu i bankowości, a nasze elity polityczne wystąpiły w roli nowej Targowicy. Tym razem gospodarczej. Wszystkie kolejne rządy III RP prowadziły mniej lub bardziej kompradorską politykę. Politykę pośredniczenia wobec politycznych i gospodarczych centrów Zachodu w realizacji ich interesów w Polsce. Ideowe politycznie formacje niepodległościowe i ideowi niepodległościowi politycy kończyli w III RP, tak jak Konfederacja Polski Niepodległej i jej przywódca Leszek Moczulski, który przez 20 (słownie: dwadzieścia) lat toczył bezskutecznie przed polskim sądem proces autolustracyjny, mający oczyścić go z zarzutu o agenturalną współpracę z tajną policją komunistyczną.

Byliśmy obiektem neokolonialnego rabunku ekonomicznego przez szeroko rozumiany Zachód. W latach 1989-2005 zlikwidowaliśmy 5 mln miejsc pracy. Ściślej mówiąc wyeksortowaliśmy je na Zachód, głównie do Niemiec. Sprzedaliśmy do 2008 roku blisko 50 proc. polskiego przemysłu i 75 proc. polskiej bankowości w ręce zachodniego kapitału, za 4,5 proc. wartości odtworzeniowej i blisko 500 mln dolarów łapówek dla około 1000 osób. Staliśmy się w sposób strukturalny krajem semiperyferyjnego kapitalizmu zależnego i gospodarczym dodatkiem do produktu finalnego Zachodu, a głównie niemieckiej gospodarki. Nie mamy żadnych liczących się w świecie produktów finalnych polskiego przemysłu. Sprzedaliśmy nawet helikopter sokół. Nasza nauka, literatura i sztuka nie istnieje w Europie i na świecie. I aby mieć historyczny dystans w ocenie, wystarczy porównać dorobek 20 lat II Rzeczpospolitej, z dorobkiem 30 lat III Rzeczpospolitej w dziedzinie finalnej produkcji przemysłowej, nauki, literatury i sztuki, by o edukacji i wychowaniu zapomnieć.

A że jakoś się nam żyje i to coraz lepiej? Pomijając skalę zadłużenia zagranicznego, jakoś żyje się nam, gdyż codziennie 30 mln Polaków ciężko pracuje i to od 30 lat. I trudno, aby już nic z tego nie było. Ale i tak stale ten wysiłek podlega gigantycznemu drenażowi ekonomicznemu zagranicy na poziomie 120 mld zł rocznie.

Sukces transformacyjnego zniszczenie górnictwa węglowego

Argumentując jeszcze inaczej, powołam się na „transformację” polskiego górnictwa węgla kamiennego, jako że kończę na ten temat swoją nową książkę – „Niszczenie polskiego węgla. Likwidacyjna restrukturyzacja polskiego górnictwa węgla w latach 1989-2004 – przyczyny, przebieg i konsekwencje”. Otóż w latach 1989-2004 górnictwo węglowe zostało celowo fizycznie niszczone, po to aby Polska przestała być wielkim światowym eksporterem węgla na poziomie 1,5 mld dolarów rocznie. Zrobiono to zgodnie z zaleceniami będącego pod kontrolą USA Banku Światowego, w interesie głównych konkurentów polskiego eksportu węgla, czyli USA, Australii, Kanady i RPA. Propagandowym chwytem uzasadniającym likwidację kopalń, były ich długi, tyle że powstające dzięki celowo ustalanym państwowo cenom poniżej kosztów wydobycia, mimo opłacalnego eksportu, a wysoce kosztownego, i to po o wiele wyższych cenach, ewentualnego importu.

Gdyby nie ten planowy proces, górnictwo węglowe w Polsce okresu 1989-2004 i lat następnych, byłoby wysoce rentowną i przynoszącą stałe zyski branżą, z kilkudziesięciomiliardową akumulacją finansową. Jak szacował śp. doc. dr Gabriel Kraus, po niezbędnej racjonalizacji wydobycia i zatrudnienia, zapewniałoby opłacalne wydobycie węgla w tym okresie na poziomie średnio co najmniej około 140 mln ton rocznie i przy spadającym, ze względu na postęp techniczny wydobycia i transportu węgla, średnim zatrudnieniu około 200 tys. pracowników, z tendencją spadkową. Przy odejściu od neokolonialnej polityki aprecjacji złotego i jego realnym kursie walutowym, opłacalny eksport węgla mógł osiągać w tym okresie poziom 35-40 mln ton rocznie.

Dysponując wielomiliardowymi rezerwami finansowymi rządu 40-50 mld zł, górnictwo byłoby też w latach następnych odporne na wahania koniunktury światowej i spadki światowych cen i popytu na węgiel. Miałoby znaczne możliwości okresowego przystosowywania się i produkcyjnego reagowania na wahania koniunktury.

W efekcie zaś „transformacji” górnictwa węglowego, Polska, dysponująca 80 proc. zasobów węgla kamiennego całej Unii Europejskiej i posiadająca elektroenergetykę opartą na węglu, jest od 2008 roku importerem węgla na poziomie 10 mln ton rocznie, a dzisiaj już kilkunastu milionów ton. Oczywiście, są sukcesy, gdyż jednak wydobywamy jeszcze 50 proc. tego, co 30 lat temu, i część kopalń stale fedruje, dając zatrudnienie, zarobek rodzinom górniczym i dochody budżetu. Są jakieś sukcesy, mimo porażek. I takie mniej więcej co do jakości, jak w skali całej „transformacji”.

Płytkie sukcesy gospodarcze i konieczność głębokich przemian politycznych

A obecny wzrost gospodarczy mamy tylko dlatego, że wreszcie odblokowano neoliberalne hamulce popytu wewnętrznego i zablokowano gigantyczne złodziejstwo krajowe, choć już nie zagraniczne. Ale toczymy się na razie względnie szybko gospodarczo wyłącznie w starych koleinach i strukturach peryferyjności gospodarczej, z głęboko zacofaną strukturą przemysłu i dramatycznie niską finalizacją własnej produkcji. I bez zmiany tych kolein i struktur ten wzrost będzie wygasał i zanikał. A złotouste opowieści premiera Mateusza Morawieckiego o rozwijaniu innowacyjności polskiej gospodarki, są tyle warte, co jego fikcyjny program gospodarczy, którego nie było, nie ma i nie będzie. I nie będzie, dopóki nie wyrzucimy tych samoreprodukujących się obecnych żałosnych elit partyjnych na śmietnik polskiej historii. Zmieniając ordynację wyborczą do Sejmu.

Niestety mój polemista nie odniósł się do mojej głównej tezy o konieczności zmiany obecnej proporcjonalnej ordynacji wyborczej do Sejmu i wprowadzenia ordynacji większościowej, opartej na regule jednomandatowych okręgów wyborczych.

Myślę, że nie był to przypadek. Przy takim widzeniu historii i współczesności III RP, ulega zamazaniu głęboka struktura przyczyn i skutków trwania naszej rzeczywistości. Mój apel – zacznijmy strukturyzować, czyli myślowo ujmować rzeczywistość w dynamiczną strukturę przyczynowo-skutkową, z rozróżnieniem na to, co fundamentalne, istotne, ważne, ważkie, mniej istotne, mało ważne, nieważne, przypadkowe i to we wzajemnym powiązaniu. A wtedy dopiero da się pojąć pierwszoplanową rolę JOW dla zmian w Polsce. I to, że wszystko inne jest mniej istotne, choć z pewnością ważne i ważkie.

30 stycznia 2019

227 wyświetlen