Usłyszałem w radiowej Trójce, że Rzecznik Praw Obywatelskich wraz z tą popularną stacją prowadzą akcję Wybory dla wszystkich. Zadaniem akcji jest, aby każdy obywatel – jak twierdzą – nawet niepełnosprawny mógł skutecznie wziąć uczestniczyć w wyborach. Ale czy nazwa akcji jest właściwa?


Wybory, które w powszechnym odbiorze kojarzymy z głosowaniem, odbywają się pomiędzy dwoma ogłoszeniami, Prezydenta RP o ich rozpoczęciu i Państwowej Komisji Wyborczej stwierdzającej jej wyniki. W środku są dwie fazy: pierwsza, nie mająca wiele wspólnego z demokracją, to ustanawianie list i zgłaszania kandydatów i druga już demokratyczna, trwająca dokładnie 40 dni, kończąca się głosowaniem w lokalach wyborczych.


RPO wraz z Trójką wprowadzają ludzi w błąd, mówiąc, że chodzi o to, aby każdy obywatel mógł uczestniczyć w wyborach. Im chodzi tylko o to, aby każdy mógł zagłosować. O pierwszej części wyborów, czyli możliwości stanięcia do nich łatwo i skutecznie przez każdego chętnego obywatela pełna dyskrecja i cisza.


W tej drugiej części, demokratycznej, RPO jest aktywny i chwała mu za to. A co z częścią pierwszą, niedemokratyczną? Nie tylko niepełnosprawni są tam wykluczeni, ale wielu innych obywateli. Oto jeden z obywateli zwrócił się do Rzecznika (RPO-666284-I/11/KJ) o zajęcie się tą na wskroś obywatelską sprawą: Obywatel Rzeczypospolitej Polskiej, który nie należy do lub nie utożsamia się z żadną z istniejących partii politycznych lub innej grupy obywateli o charakterze politycznym, jest przez ustawodawcę w sposób zasadniczy pozbawiony biernego prawa wyborczego. W odpowiedzi pisemnej dowiedział się, że RPO się tym nie zajmie bo: (…) urząd rzecznika jest urzędem apolitycznym, a określenie zasad i trybu wyborów jest zagadnieniem całkowicie politycznym. Innymi słowy część pierwsza wyborów jest polityczna i RPO prawa obywateli ma gdzieś, a część druga, samo głosowanie już mieści się w obszarze zainteresowań Rzecznika Praw Obywatelskich. To oryginalne rozumienie hasła Wybory dla wszystkich.

 

Podobnie dzieje się z inną akcją Kobiety na wybory, zainaugurowaną 31 sierpnia przez Fundację Batorego, już po zatwierdzeniu list wyborczych (termin minął 30 sierpnia). Abstrahując od tego, że kobiety chodzą średnio do urn wyborczych tylko 4,5% rzadziej niż mężczyźni, czyli tak naprawdę problemu nie ma, to twórców tej, jak i innych akcji interesują nie wybory w całości, tylko głosowanie.

 

Zmieńcie czym prędzej w tytule Wybory dla wszystkich na Głosowanie dla wszystkich, bo wybory na pewno nie są dla wszystkich.

 

Abym w Warszawie mógł być branym pod uwagę przy rozdziale mandatów muszę otrzymać 5% głosów w skali kraju. Przy założeniu, że 50% wyborców pójdzie na głosowanie, muszę uzyskać ok. 750 000 głosów czyli wszystkich głosujących w Warszawie. Już na starcie jestem pokonany przez prawo wyborcze. To nie są wybory dla wszystkich. Pytam, czy aby na pewno polskie wybory są równe skoro inne prawa ma obywatel partyjny, a inne indywidualny, niezwiązany z żadnym ugrupowaniem? A tak przy okazji, skoro tak się de facto dzieje, skoro taka jest ordynacja wyborcza, to chyba zawodzą mechanizmy naszej demokracji?

 

Jan Kowalski

 

* Artykuł opublikowała warszawska gazeta "Południe"

 

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.