Prezentowane przez wysokonakładowe media symulacje pokazujące, jaki będzie rozkład mandatów w Sejmie, gdy dzisiejszą ordynację zastąpimy jednomandatowymi okręgami wyborczymi, są wróżeniem z fusów i opierają się na błędnej metodologii. Gdyby prezentował je wróżbita Maciej, można by przejść obok nich obojętnie. Gdy prezentowane są z pozycji eksperckich, wymagają rzeczowego wyjaśnienia.

Jak się okazuje do ich szybkiej dezaktualizacji nie potrzeba zmiany systemowej. Zaprezentowane na przykład w „Gazecie Wyborczej” 14 maja br. wyliczenia przestają przystawać do rzeczywistości już dwa tygodnie później, gdy sondaże pokazały, iż Platforma Obywatelska nie może liczyć na takie poparcie, jak jeszcze kilkanaście dni wcześniej. Artykuł autorstwa Wiktorii Beczek i Michała Fala, oparty na wynikach z I tury wyborów prezydenckich pokazuje, że gdyby wprowadzono ordynację większościową, Platforma Obywatelska zdobyłaby 269 mandatów, Prawo i Sprawiedliwość 190, a skład Sejmu uzupełniłby jednoosobowo Paweł Kukiz. Nic bardziej mylnego. Już dzisiaj w świetle ostatnich sondaży wiemy, że te wyliczenia można śmiało wyrzucić do kosza. Skoro są one aż tak chybione po 2 tygodniach, to co mogą być warte w przypadku kompleksowej reformy ordynacji wyborczej? Zapewne jeszcze mniej.

Jak we Włoszech?

Podobne symulacje były publikowane we Włoszech. Tam w wyniku długoletniej akcji obywatelskiej w 1993 roku wprowadzono wybory w oparciu o JOW-y. Zanim do tego doszło, publikowane symulacje jawiły się jako gorsze lub lepsze, jednak żadne z nich nie przewidziały jednej rzeczy – po zmianie sposobu wybierania parlamentarzystów z areny politycznej walki zniknęła znakomita większość włoskich partii. Publikowane dziś w Polsce wyliczenia, infografiki i symulacje zupełnie abstrahują od tych doświadczeń.

Nie mniej dziwi wysnuwana na ich podstawie teza, że grozi nam zabetonowanie sceny politycznej pomiędzy dwie partie. Zupełnie tak, jakby trawiący od ponad dekady nasze życie publiczne spór PO-PiS był jedynie złym snem, a nie codziennością i nieocenionym paliwem dla politycznych macherów z obu stron, którzy na nim właśnie, a nie na merytorycznej debacie i rozwiązywaniu faktycznych problemów Polaków, budują swój kapitał polityczny. Ruch na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych od dawna postuluje wprowadzenie systemu na wzór brytyjski. W tamtejszym parlamencie swoich przedstawicieli ma aż 11 partii, czyli znacznie więcej niż u nas. Skąd pomysł, że w Polsce miałoby być inaczej? To dzisiaj małym ugrupowaniom jest niezwykle trudno dostać się do Sejmu, przez co dzielą i rządzą ci duzi. Próg 5 procent, finansowanie dużych, już istniejących podmiotów setkami milionów złotych z publicznych pieniędzy, przymus zebrania ponad 100 tys. podpisów oraz konieczność wystawienia list w przynajmniej połowie okręgów doskonale tłamszą w zarodku wszelkie inicjatywy i grupy obywatelskie, które mają ambicje i potencjał na to, by posiadać w polskim Sejmie swojego przedstawiciela. To właśnie jest betonowanie sceny politycznej. W przywoływanym już systemie brytyjskim wystarczy, że grupa mieszkańców wystawi kandydaturę swojego przedstawiciela zbierając 10 (sic!) podpisów, a następnie wygra w jednym okręgu, do czego wystarczyć może nawet tylko 20 tys. głosów. Tym samym można osiągnąć coś, co w naszych warunkach może być niemożliwe nawet po zdobyciu poparcia u 700 tys. obywateli. A wszystko bez rozdrobnienia w parlamencie i trudności w powołaniu i rządu – zgodnie z prawem Duvergera ordynacja większościowa nieporównywalnie lepiej realizuje tę potrzebę, zapewniając zaplecze rządowi bez konieczności tak typowego u nas targowania i handlowania stanowiskami pomiędzy koalicjantami.

Kto wystartuje

Przedstawiane wyliczenia nie biorą pod uwagę jeszcze jednego aspektu – absolutnie nie są w stanie przewidzieć, kto w zupełnie innych realiach zdecyduje się kandydować. To zagadnienie ściśle związane z konstytucyjnie gwarantowanym biernym prawem wyborczym. Dzisiejsza, proporcjonalna ordynacja sprawia, że aby stanąć w szranki o fotel na Wiejskiej trzeba okazać się skutecznym graczem w wewnątrzpartyjnych rozrywkach, a więc w strukturze, która dla wielu z nas jest synonimem patologii i nieczystych praktyk. Dla wielu potencjalnych kandydatów, szczególnie tych, którzy cieszą się dorobkiem i w swoich środowiskach, niezwiązanych z polityką, to gra niewarta świeczki. Bardzo łatwo przecież cnotę stracić, a rubla nie zarobić. Dzisiejsze struktury partyjne zamiast przyciągać ludzi z dorobkiem skutecznie ich od siebie nie tylko odstraszają, ale wręcz systemowo zniechęcają do jakiegokolwiek zaangażowania obawiając się niepotrzebnej konkurencji. Nakręcanie spirali negatywnych emocji pomiędzy dwoma dziś dominującymi obozami jeszcze bardziej ten efekt potęguje. Wszystkie te szczegóły są trudne do zobrazowania jednym rysunkiem, prostym przeliczeniem.

Teoria i fakty

Pytań jest więcej. Ile mandatów zdobędzie PSL, który ma wielu lokalnie doskonale rozpoznawalnych i znanych wójtów, burmistrzów? Nawet zakładając, że po zmianie nie powstanie żadna nowa partia, to ile mandatów zdobędą bezpartyjni, a ile wspólnie wystawieni przez np. PO i SLD, SLD i PSL, PiS, SLD i PSL? Czy aby na pewno nigdzie nie pojawi się ktoś, kto uzyska poparcie zarówno PiS, jak i PO? I co z Ruchem Pawła Kukiza? Na to pytanie spuszcza się zasłonę milczenia, jakby w myśl zasady, że jeśli fakty nie pasują to teorii, to tym gorzej dla faktów. Zrozumienie czym są JOW-y wymaga nieco głębszego pochylenia się nad mechanizmami, które one wprowadzają. Skład wybranego parlamentu pozostaje zagadką i będzie tak dopóty, dopóki Polacy nie otrzymają realnej możliwości głosowania na ludzi, a nie partyjne komitety. Bo to oni mają mieć w Sejmie swoich przedstawicieli, a nie partie polityczne. Z publikowanych symulacji wynika coś zgoła odmiennego.

About Artur Heliak

wrocławianin, absolwent Uniwersytetu Wrocławskiego; jeden z liderów akcji zmieleni.pl, Koordynator ds. PR i Mediów Ruchu JOW; trzy lata spędził w Londynie, gdzie z bliska zapoznał się z tematyką polskiej emigracji i funkcjonowaniem państwa opartego o jednomandatowe okręgi wyborcze; publikował m.in. w tygodniku „Uważam Rze” oraz w „Rzeczpospolitej”

Dyskusja - 1 komentarz
  1. pannacotta

    02. Cze 2015,  godz. 22:39

    No właśnie, we Włoszech przekonanie obywateli do JOW trwało kilka lat. To dlaczego w Polsce ma to przynieść efekt przez 3 miesiące? Mając jeszcze na uwadze mentalność Polaków podobną do inżyniera Mamonia z Rejsu („Lubię te piosenki, które już raz słyszałem”) trudno będzie osiągnąć dobry wynik w wyborach, nawet gdyby referendum było skuteczne. I jeszcze jedno: nie każdy kto działa społecznie w swoim środowisku będzie lepszym posłem (a chętnych będzie naprawdę dużo). Do tego też trzeba mieć kwalifikacje, bo to nie jest to samo co np. zorganizowanie chóru kościelnego. I jeszcze: prawdziwych społeczników w Polsce można na palcach zliczyć. To będą przede wszystkim samorządowcy, którzy jakoś przez wiele lat nauczyli się zarządzać gminą i jakoś poukładali się z partiami i też niekoniecznie mogą sprawdzić się w posłowaniu. Takie mam wątpliwości.

    Odpowiedz

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.