Wolne wybory

Zaskakuje, że w reżimowej propagandzie dotyczącej wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych w wyborach do Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej hasło „wolnych wyborów” w ogóle nie występuje. Nasze polityczne tuzy, ich nadworni komentatorzy z akademickim cenzusem i gwiazdy żurnalistyki zgodnie ignorują ten oczywisty fakt, że wolne wybory do parlamentu stanowią fundament nowoczesnej demokracji.

Godzi się przypomnieć, zwłaszcza domorosłym demokratom „świeżego chowu”, że na przykład już w 1979 roku Komitet Porozumienia na rzecz Samostanowienia Narodu zbierał podpisy pod, nadal aktualnym, apelem o przeprowadzenie wolnych wyborów. Ta problematyka, której opozycyjna metryka sięga czasów Peerelu, jak i wiele innych kwestii, nie znalazły miejsca w obowiązującym narzeczu medialnym. Dominują prostackie, powierzchowne wywody pod adresem JOW-ów o „betonowaniu” sceny politycznej, „upartyjnieniu” Senatu, „marnowaniu” głosów czy ironicznie o „najlepszym” systemie wyborczym, zwykle wieńczone dramatycznym zawołaniem, że „i tak nikt nic nie wie”. Jednak to oczywiście nieprawda, gdyż doskonale wiadomo, o co chodzi – o wolność, o wolne wybory, które tak niepokoją nasze demokratycznopodobne elity władzy.

W tym kontekście pouczającym będzie przywołanie intrygujących losów głównego postulatu robotniczego protestu Sierpnia’80 powołania „wolnych związków zawodowych”, który dopiero wtedy doczekał się akceptacji władz, gdy nieprzypadkowo przybrał osobliwą postać „niezależnych, samorządnych związków zawodowych”, co w ostatecznym rozrachunku zakończyło się po latach zaduszeniem ruchu związkowego siłami panującego reżimu.

To doświadczenie ułatwia zrozumienie operacji uporania się z niebezpiecznym dla aparatów politycznych żądaniem „wolnych wyborów” do Sejmu poprzez wprowadzenie „proporcjonalnej ordynacji”. Dla pewności została ona przemyślnie wpisana do konstytucji, czego nie praktykuje się w światowym prawodawstwie, poza absolutnie rzadkimi wyjątkami. W efekcie, starannie wyselekcjonowanych przez przywódcze elity kandydatów lokuje się na „wybieralnych” miejscach wielomandatowych list komitetów wyborczych (sławetne „jedynki” czy „ostatnie” miejsca), by zapewnić stosowne warunki dla prowadzenia w parlamencie „jedynie słusznej” polityki kadrowej i przyjmowania „właściwego” ustawodawstwa.

Media kontra JOW-y

Medialna gildia szeroko upowszechnia opinię o totalnej niewiedzy społeczeństwa w kwestii JOW-ów, czyli większościowych wyborów w jednomandatowych okręgach wyborczych. Brzmi to co najmniej dwuznacznie, jeśli zważyć, że zawiązany w 1993 roku, jako autorski program polityczny Jerzego Przystawy, masowy Ruch na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych bezpośrednio prowadził przez ponad dwa dziesięciolecia ogólnopolską kampanię informacyjną, także w internecie, połączoną z wydawaniem stosownego biuletynu oraz licznych publikacji zarówno książkowych, jak i broszurowych.

Dla przykładu, tylko w latach 1996-2004 odbyło się czterdzieści sześć Ogólnopolskich Konferencji JOW w Warszawie, Wrocławiu, Nysie, Opolu, Kłodzku, Poznaniu, Szczecinie, Krakowie, Tarnowie, Gdańsku, Toruniu, Białymstoku, Kościerzynie, Ciechocinku, Bielsku-Białej, Siedlcach, Kielcach, Piastowie, Włocławku z udziałem uznanych, kompetentnych badaczy, polityków, działaczy, często z zagranicy. Jeśli dodać setki spotkań z mieszkańcami, uczniami i nauczycielami, studentami i naukowcami, radnymi, posłami i senatorami, związkowcami i przedsiębiorcami, nie pomijając przedstawicieli miłościwie nam panującego Kościoła, to bez wydłużania tej listy można zasadnie stwierdzić, że zwolennicy JOW-ów nie ustawali w wysiłkach na rzecz upowszechniania wiedzy o większościowej ordynacji (J. Sanocki, Wojownicy, Nysa 2005).

Znamienne, że zarówno na konferencjach o naukowo-badawczym nachyleniu, jak i wielu innych JOW-owych przedsięwzięciach, a zwłaszcza na prasowych konferencjach niejednokrotnie dziennikarze pracowicie włączali kamery, mikrofony czy magnetofony, ale wysiłki te jakby nie znajdywały u ich dysponentów uznania, skoro w mediach „głównego nurtu” próżno było szukać stosownych przekazów. Także powołanie Zespołu Parlamentarnego do Spraw Zmiany Systemu Wyborczego pod przewodnictwem posła Wojciecha Błasiaka w kadencji lat 1993-1997 zostało faktycznie schowane przed opinią publiczną, jeśli zważyć, że w czasie antenowym „centralnych” stacji telewizyjnych i radiowych oraz na łamach wiodących tytułów prasowych nie znalazło się miejsce na informację o jego działalności.

Podobnie, mimo poparcia senatora Zbigniewa Romaszewskiego, przemilczano wystąpienie Błasiaka z 25 lutego 1997 roku w debacie konstytucyjnej przed Zgromadzeniem Narodowym, w którym ocenił wprowadzenie do art. 91 projektu konstytucji słowa „proporcjonalność” w odniesieniu do wyborów do Sejmu, jako groźne „dla przyszłości Polski, jej suwerenności i niepodległości, jej rozwoju i siły”. Jego zdaniem, właściwym rozwiązaniem powinno być wprowadzenie jednomandatowej ordynacji, która w naturalny sposób wymusza demokratyzację procesu wyborczego, „gdyż odbiera zasadniczą część przewagi partiom i elitom o potężnym zapleczu finansowym i poparciu środków masowego przekazu. 460 małych okręgów wyborczych o 60 tysiącach wyborców zamiast 52 dużych – o kilkuset tysiącach wyborców, uniezależnia w dużym stopniu od poparcia środków masowego przekazu i zasadniczo potania kampanię wyborczą. Umożliwia partiom politycznym skuteczną akcję wyborczą bez wielkich pieniędzy i wpływów centralnych. W ordynacji większościowej liczą się przede wszystkim ludzie, a nie partie. Tu nie wystarczy parę twarzy nachalnie lansowanych przez telewizję publiczną i duże pieniądze, często niewiadomego pochodzenia” (W. Błasiak, Wystąpienie przed Zgromadzeniem Narodowym 25 lutego 1997 r., w: R. Lazarowicz, J. Przystawa, (red.), Otwarta księga. O jednomandatowe okręgi wyborcze, Wrocław 1999, s. 236, 239).

Jak widać, pseudodemokratyczne struktury władzy działają wedle „reguły 3 P – Pieniądze, Polityka, Propaganda”, z którą konsekwentnie praktykowana jednomandatowa ordynacja wyborcza nie daje się pogodzić. Konkretnie, pod rządami proporcjonalnej ordynacji na konta „centralnych” mediów komitety wyborcze przelewają znaczące kwoty za ich telewizyjne, radiowe i prasowe reklamy. Wyborcza agitacja sprowadza się w istocie do przeprowadzenia rutynowej „promocji” partii jako „marki”, a kandydata na posła (to zaledwie pół setki „jedynek”) czy samego polityka jako „towaru”, które podlegają mechanizmom masowej „sprzedaży” na liczącym miliony „rynku” wyborców. Ta swoista „hodowla” partii, polityków, programów, haseł, koncepcji czy wręcz stanowisk politycznych, a nawet określonych rozwiązań ustawowych i decyzji kadrowych tkwi, jak widać, korzeniami w proporcjonalnej ordynacji, a same media wchodzą w rolę swego rodzaju pseudopartii politycznej narzucającej społeczeństwu obcą mu, ale korzystną dla elit biznesu i władzy politykę.

Na tym tle kampania wyborcza na bazie JOW odróżnia się zgoła odmiennym charakterem, ponieważ jej podstawę stanowi bezpośredni, osobisty kontakt wyborcy z kandydatem na posła. W niezbyt wielkim okręgu wyborczym na jedną listę ułożonych w porządku alfabetycznym kandydatów może głosować 60-80 tysięcy obywateli przy nierealnej stuprocentowej frekwencji. Osoby aspirujące do Sejmu muszą być nie tylko rozpoznawalne, ale i dobrze znane w swoim najbliższym otoczeniu, lokalnym środowisku. Jeśli kandydat nie jest znany i akceptowany na „swoim terenie”, to nikt na niego, poza rodziną, nie odda głosu i nie pomoże mu żadna „centralnie” prowadzona kampania reklamowa. W tym przypadku trudną barierą do pokonania jest aż 460 niewielkich okręgów wyborczych, w których liczące się partie polityczne muszą i są w stanie centralnie regulować wystawienie po jednym kandydacie, ale już skuteczne prowadzenie niemal pół tysiąca lokalnych akcji wyborczych, na rzecz konkretnych osób, możliwe jest jedynie siłami miejscowych działaczy.

Konkluzywnie, w tej sytuacji lokalne media stają się naturalnym sojusznikiem JOW-ów pod warunkiem posiadania przez nie pewnej dozy niezależności od medialnego „biura politycznego”, które faktycznie zarządza większością głównych środków masowego przekazu. Podobnie jak dotychczas, co prawda nader oszczędnie, ale właśnie lokalne media znacznie częściej niż ogólnopolskie informowały o działalności Ruchu na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych i Jerzego Przystawy osobiście. W kampanii wyborczej stosunkowo mniejsze środki za ogłoszenia kandydatów mogą w większym zakresie zasilić szczupłe zasoby lokalnych gazet, stacji radiowych i telewizyjnych, a także zwiększyć ilość czytelników, słuchaczy i widzów, za czym pójdą i biznesowe reklamy. „Reguła 3 P – Pieniądze, Polityka, Propaganda”, która opisuje ścisłe związki elit biznesu, wierzchołków władzy i właścicieli mediów funkcjonuje także na lokalnym poziomie, co prawda w łagodniejszej, chociaż nie bez trudu, postaci i w warunkach nieco większej jawności.

Zasadniczo w naszym życiu politycznym krajowa żurnalistyka jawi się jako naturalny przeciwnik JOW i „zabiegając o przeżycie” pełni rolę swego rodzaju awangardy w walce przeciwko ordynacji większościowej. Rzecz nie tylko w osłabieniu przez gwiazdozbiór naszej publicystyki pozycji „mędrka” ze stołecznym cenzusem, ale i w wymiernej utracie konkretnych źródeł dochodów. „Zdrowie demokracji, każdego typu i każdego stopnia” – stwierdził José Ortega y Gasset – „zależy od jednego drobnego szczegółu technicznego, a mianowicie: procedury wyborczej. Cała reszta, to sprawy drugorzędne. Jeśli system wyborów działa skutecznie, jeśli dostosowuje się do wymogów rzeczywistości, to wszystko jest w porządku, natomiast jeśli tego nie robi, to demokracja zaczyna się walić, chociażby cała reszta działała bez zarzutu” (J. Ortega y Gasset, Bunt mas i inne pisma socjologiczne, przeł. P. Niklewicz i H. Woźniakowski, Warszawa 1982, s. 192). Innymi słowy, żądanie wprowadzenia większościowych JOW-ów mające, wedle modnego dziś narzecza, charakter antysystemowy nie może być zredukowane do prostej zmiany procedury wyborczej, ponieważ faktycznie jest masowym wyrazem protestu społecznego i sprzeciwu wobec ograniczania wolnościowych praw obywateli demokratycznego państwa.

Wolnościowe JOW-y

Wolność niejedno ma imię, ale w każdym z możliwych jego znaczeń współcześnie stanowi dla ludzi fundamentalną wartość i podstawę organizacji życia społecznego. Wszak główne hasło Wielkiej Burżuazyjnej Rewolucji Francuskiej – „Wolność, Równość, Braterstwo” – należy do skarbnicy demokratycznej tradycji. W naszym kraju wolnościowa retoryka trafnie koncentruje się z jednej strony wokół kwestii niepodległości i z drugiej wolnego rynku czy szerzej wolności gospodarczych. Od czasu do czasu wybucha dyskusja dotycząca wolności słowa i przekonań, w szczególności religijnych, swobód twórczych czy wolności zgromadzeń. Na tym tle kluczowa kwestia „wolnych wyborów” jawi się jako swego rodzaju „biała plama”, co w społeczeństwie żyjącym w demokratycznym ustroju musi budzić co najmniej zdziwienie.

Atmosfera towarzysząca sporom wokół referendum wywołuje wrażenie, że mamy oto znakomicie działającą demokrację parlamentarną właśnie dzięki panowaniu proporcjonalnej ordynacji jako naturalnej, oczywistej i jedynie poprawnej procedury wyborczej do Sejmu, a garstka nieodpowiedzialnych manipulantów bezkarnie wmawia niezorientowanemu społeczeństwu konieczność wprowadzenia bliżej nieznanych JOW-ów. W konsekwencji takiego podejścia należałoby przyjąć, że miliony pozbawionych rozumu mieszkańców Wysp Brytyjskich, przynajmniej od końca XVI wieku, praktykują wybory z udziałem partii politycznych (w tamtym czasie stronnictw wigów i torysów) na bazie bezsensownej ordynacji większościowej, dzięki czemu przez stulecia żyją pod parlamentarnymi rządami zwycięskiej partii z jej liderem w roli premiera.

W rzeczywistości, cała ta sytuacja przedstawia się zgoła odwrotnie, ponieważ jak widać, to większościowa ordynacja oparta na jednomandatowych okręgach wyborczych ma klasyczny, pierwotny i uniwersalny w sensie wolnych wyborów charakter. W tej perspektywie, wprowadzona bez publicznej dyskusji ordynacja proporcjonalna jest swego rodzaju świadomym i celowym wypaczeniem wyborczej logiki, której klasykiem jest ordynacja JOW.

Konkretnie, istota brytyjskiego systemu wyborczego First-Past-The-Post (pierwszy na mecie) zawiera się w tym, że każdy obywatel może kandydować do Izby Gmin. Jego zgłoszenie musi być poparte podpisami dziesięciu wyborców z na ogół niezbyt dużego okręgu, w którym zamierza kandydować, zamieszkującego zwykle około 80 tysięcy uprawnionych do głosowania. Ponadto kandydat wpłaca 500 funtów swego rodzaju kaucji, które zostaną mu zwrócone po uzyskaniu minimum 5% oddanych głosów. Lista kandydatów ułożona jest w porządku alfabetycznym bez ukazywania partyjnego członkostwa, a zwycięża ten kandydat, który otrzymał najwięcej głosów (nie ma drugiej tury). Urny wyborcze otwierane są publicznie w halach, aulach, czy salach gimnastycznych, gdzie po przeliczeniu kart z oddanymi głosami, pod okiem widzów i dziennikarzy, rezultaty wyborów zwykle jeszcze przed północą trafiają do mediów. Jeśli nie ma konieczności powoływania rządu koalicyjnego, co zdarza się wyjątkowo, noc wyborcza w Zjednoczonym Królestwie kończy się ogłoszeniem składu nowego rządu i tradycyjną wizytą przyszłego premiera u królowej brytyjskiej.

Nietrudno zauważyć, że ten klasyczny system ordynacji większościowej zapewnia społeczeństwu wolne wybory swoich przedstawicieli do parlamentu. Wolność wyborów do najwyższego organu władzy państwowej daje się opisać przy pomocy zasady „każdy wybiera każdego”, ponieważ w istocie każdy obywatel może wybrać każdego obywatela, który zdecyduje się kandydować, a okręgi wyborcze o stosunkowo niewielkiej liczbie mieszkańców umożliwiają bezpośredni kontakt wyborców z kandydatami i bliższe poznanie ich walorów osobowych.

W niewoli proporcjonalnej ordynacji

Proporcjonalna ordynacja w wielomandatowych okręgach wyborczych jest przeciwstawna wolnym wyborom, a jej istota daje się zawrzeć w formule „niewielu wybiera nielicznych, spośród już wybranych”, ponieważ starannie podebrani przez partyjną kastę przywódczą kandydaci są „odgórnie” umieszczani na listach komitetów wyborczych w ściśle określonym porządku hierarchicznym. Mimo wpisania nawet kilkunastu osób na poszczególne listy wyborcze do Sejmu, w praktyce wybory proporcjonalne tracą swój wolnościowy charakter, ponieważ ograniczają się do zaledwie 2-3 uprzednio wytypowanych osób, które przez polityczne elity zostały „posadzone” na tak zwanych miejscach mandatowych, obejmujących trzy pierwsze pozycje, czasem ostatnią, na konkretnej liście kandydatów. W efekcie tej manipulacji wybory proporcjonalne faktycznie dotyczą nielicznej i przed właściwym głosowaniem już „wybranej” wąskiej grupy kandydatów, co przesądza o rażąco niskiej frekwencji wyborczej, ponieważ „nie ma na kogo głosować”. Na dodatek, kandydaci zmuszeni są konkurować między sobą z osobami znajdującymi się na tej samej liście partyjnej.

Karl Rajmund Popper we wpływowym „The Economist” z lipca 1988 pomieścił gruntowną krytykę ograniczeń politycznych wolności właściwych systemowi wyborczemu opartemu na proporcjonalnej reprezentacji, który powoduje, że „kandydat zabiega o wybór wyłącznie jako przedstawiciel partii, niezależnie od sformułowań konstytucji. Jego wybór jest wyborem głównie, jeśli nie wyłącznie, pewnej partii, do której kandydat należy. Jego zatem podstawowa lojalność dotyczy partii i ideologii partyjnej, nie zaś ludzi (z wyjątkiem może przywódców partyjnych)”. W efekcie poseł jest „moralnie związany z partią, gdyż został wybrany do parlamentu jako jej reprezentant”, a gdy jego sumienie nie pozwala mu zaakceptować polityki jego partii powinien nie tylko z niej wystąpić, ale także opuścić parlament. Wadą dyskwalifikującą, wedle Poppera, systemu wyborczej reprezentacji proporcjonalnej jest to, że „odziera posła z odpowiedzialności osobistej. Czyni zeń maszynę do głosowania, a nie myślącego i czującego człowieka”. Jego zdaniem, w polityce nie ma ważniejszej kwestii od tego, aby uprawiały ją „jednostki zdolne do własnego sądu i przygotowane do ponoszenia osobistej odpowiedzialności”, co całkowicie uniemożliwia ordynacja proporcjonalna (cyt za: K. Popper, O demokracji, w: R. Lazarowicz, J. Przystawa, (red.), Otwarta księga. O jednomandatowe okręgi wyborcze, Wrocław 1999, s. 18).

I last but not least, proporcjonalna ordynacja wyborcza jest tak skomplikowana, że pozbawia obywateli możliwości zrozumienia zasad jej funkcjonowania. Tym samym ogranicza ich udział w wyborach do samego aktu głosowania w postaci rytualnego zachowania przy urnie wyborczej. Jest to zapewne zgodne z zamysłami elit rządzących, dla których uformowanie społeczeństwa na kształt „stada posłusznych baranów” stanowi niedościgły ideał jego funkcjonowania. Cała ta sytuacja wyraźnie lokuje nasze życie polityczne na antypodach wolnych wyborów demokratycznego społeczeństwa i jest znakiem jego politycznego ubezwłasnowolnienia.

Senackie kłamstwo

Stałym elementem polityczno-medialnej gry przeciwko JOW-om jest powoływanie się na wyniki wyborów do Senatu. Faktycznie 9 października 2011 roku po raz pierwszy w naszym kraju odbyły się wybory do Senatu według większościowej ordynacji w okręgach jednomandatowych, przy zachowaniu w wyborach do Sejmu biegunowo przeciwstawnej ordynacji proporcjonalnej. Od razu trzeba wyjaśnić, że Ruch Obywatelski na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych od początku swego istnienia, czyli od ponad dwudziestu lat, domagał się konsekwentnie wprowadzenia większościowej ordynacji jedynie w wyborach do Sejmu, a już w żadnym razie nie zabiegał o JOW-y w wyborach do Senatu czy samorządów terytorialnych. Także z tego powodu należy te posunięcia kasty rządzącej traktować jako świadomą manipulację mającą na celu wprowadzenie w błąd społeczeństwa.

Należy p odkreślić, że ta „hybrydowa” demokracja nie ma przejściowego charakteru, ponieważ zapewne należy ją traktować jako kolejny sygnał o przygotowaniach naszych elit do wprowadzenia „mieszanej”, a zatem na swój sposób „zgniłej” ordynacji wyborczej wedle niemieckiego wzoru. W tym miejscu należy ostrzec, że rzecz dotyczy nie tylko państwa okupowanego przez wojska amerykańskie, ale także do niedawna rządzonego przez wybieranego demokratycznie chadeckiego kanclerza, który po osiemnastu latach sprawowania władzy musiał ustąpić pod presją korupcyjnych zarzutów, na koniec jednak zapewniając sobie sądowy zakaz ujawniania przestępczych działań oraz uczestniczących w nich wspólników – ludzi biznesu i polityki.

Wybory do Senatu w 2011 roku ,zgodnie z przewidywaniami znawców problemu, zakończyły się „upartyjnieniem” izby wyższej, ponieważ PO uzyskało 63 senatorów, PiS – 31, a PSL – 2. Wybrano zaledwie czterech senatorów spośród kandydatów prowadzących kampanię wyborczą pod hasłem partyjnej „niezależności”. Nie ulega wątpliwości, że o wyniku wyborów zadecydował partyjny szyld, chociaż popularność kandydata w okręgu wyborczym, jego osobowość, wizerunek, opinia mieszkańców, a także ocena poglądów i dotychczasowej działalności politycznej miały, jak się okazało, pozytywne znaczenie w przypadku Józefa Piniora czy Marka Borowskiego, ale i negatywne w odniesieniu do Zbigniewa Romaszewskiego czy Kornela Morawieckiego. Jednak partyjni kandydaci na senatorów z dużych partii (PO i PiS), poza nielicznymi wyjątkami, odnieśli druzgocące zwycięstwo, znacznie większe niż w Sejmie.

Należy przyznać, że zrobiono wszystko, co się dało, aby w wyborach do Senatu oszukać zwolenników JOW-ów, i nie zajmowali się tym bynajmniej ludzie nieznający się na rzeczy. Sprawa była zbyt poważna, aby „puścić ją na żywioł”, ponieważ trzeba było skutecznie uderzyć w mechanizm wolnych wyborów. W tym celu złamano takie podstawowe zasady JOW, jak swoboda kandydowania i wielkość okręgów wyborczych.

Już na wstępie okazało się, że zgłoszenie kandydata do Senatu może odbywać się wyłącznie za pośrednictwem liczącego piętnaście osób komitetu wyborczego, który przedkłada listę z minimum 2 tysiącami podpisów osób udzielających poparcia przyszłemu senatorowi. Można tę procedurę ocenić jako prawny mechanizm ograniczający bierne prawo wyborcze, a zarazem wyraźny ukłon pod adresem partyjnych kandydatów, dla których stosowne aparaty są w stanie bez trudu sprawnie zorganizować komitet wyborczy, podpisy i całą akcję wyborczą. Tymczasem „niezależny” kandydat, zamiast prowadzić własną kampanię wyborczą, musi w tym czasie zabiegać o załatwienie wszelkich formalności, co stawia go w nierównej sytuacji w porównaniu z kandydatem partyjnym.

W efekcie powstało tu wiele kombinacji politycznych, ponieważ około dwudziestu bezpartyjnych zdecydowało się kandydować albo z partyjnego komitetu wyborczego albo, przy zachowaniu statusu „niezależności”, z partyjną rekomendacją (czasem nawet równocześnie PO i SLD). Jak zatem widać, kampania wyborcza do Senatu, podobnie jak do Sejmu, także toczy się praktycznie wokół partii i „partyjności”. Można sądzić, że z tego też względu aż w trzydziestu trzech okręgach wyborczych do Senatu, czyli w jednej trzeciej przypadków, nie został zgłoszony żaden kandydat z własnego komitetu wyborczego, co zdaje się być jedyną pewną gwarancją jego „niezależności”.

Drugą kluczową kwestią jest wielkość jednomandatowych okręgów wyborczych, które powinny obejmować nie więcej niż 60-80 tysięcy mieszkańców, aby umożliwić bezpośredni kontakt wyborcy z kandydatem i na odwrót osobiste dotarcie, często wielokrotne, kandydata do każdego mieszkańca ze swojego terenu. Tymczasem, w ostatnich wyborach do Senatu ta zasada została całkowicie odrzucona – przyszłym senatorom przypisano okręgi liczące od ponad dwustu tysięcy do niemal sześciuset pięćdziesięciu tysięcy osób uprawnionych do głosowania. W tych warunkach jedyną szansą było posłużenie się medialną kampanią wyborczą, aby za pomocą szyldu partyjnego lub innego znaku firmowego o podobnym charakterze upowszechnić swego rodzaju identyfikator umożliwiający rozpoznanie kandydata. Tym samym, świadomie ustawowo złamano podstawową zasadę JOW, którą stanowi rzetelny osobisty kontakt kandydata z wyborcą, co podobnie jak regulacje dotyczące trybu zgłaszania kandydatur, oznacza faktyczne ograniczenie biernego prawa wyborczego, a co za tym idzie odrzucenie mechanizmu „wolnych wyborów”.

W konkluzji uznawanie naszych wyborów do Senatu jako zgodnych z ordynacją właściwą dla jednomandatowych okręgów wyborczych jest całkowicie nieuprawnione. Dziwnym trafem nie uważamy, że wybory prezydenta RP odbywają się w trybie JOW, chociaż formalnie można potraktować cały kraj jako jeden okręg wyborczy, czego oczywiście słusznie nikt nie czyni. A co robić z wyborami wójtów, burmistrzów i prezydentów, którzy od 2002 roku w tym samym trybie większościowej ordynacji, w bezpośrednich wyborach, obejmują swoje stanowiska?

Na tym właśnie polega istota senackiego kłamstwa w publicznym dyskursie, aby najpierw fałszywie wmawiać ludziom, że wybory do Senatu są przykładem funkcjonowania JOW-ów, a następnie trąbić od rana do wieczora, jakie to straszne nieszczęścia spotkają Polki i Polaków po wprowadzeniu ordynacji większościowej opartej na jednomandatowych okręgach wyborczych. Trzeba jeszcze raz kategorycznie podkreślić, że ostatnie wybory do Senatu są świadomym wypaczeniem istoty JOW jako z nim fundamentalnie sprzeczne. Krytyka procedury wyborów senatorów, jako przykładu zastosowania jednomandatowych okręgów wyborczych, jest zatem nieuzasadniona i bezpodstawna, ponieważ takowe w naszym prawie wyborczym istnieją tylko z nazwy.

Reżimowe manipulacje wyborcze

Polska polityka od lat znajduje się w permanentnym kryzysie, czego przejawem są głośne protesty społeczne, bunty, strajki, zgromadzenia czy przemarsze. Wyrażają one społeczne niezadowolenie ze sposobu rządzenia krajem i stałe dążenie ludzi do zwiększenia uczestnictwa w sprawowaniu władzy. Zasadniczym sposobem zmiany sytuacji może być wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych w wyborach do Sejmu. Elity władzy doskonale o tym wiedzą i podejmują wiele kroków, aby temu przeciwdziałać.

W takich sytuacjach klasyczną metodą postępowania rządzących jest polityka ustępstw na mało znaczących polach. Na początek skoncentrowano się na ordynacji większościowej i wyborach bezpośrednich do części władz samorządu terytorialnego na podstawowym poziomie. Na pierwszy ogień poszli wójtowie, burmistrzowie i prezydenci miast, których od 2002 roku mieszkańcy wybierają w bezpośrednim, większościowym trybie wyborczym.

Ponieważ struktury władzy się nie zachwiały, nasze elity zdecydowały się na wprowadzenie w 2011 roku większościowej ordynacji w wyborach do Senatu, zamiast do Sejmu, wedle zasady jeden mandat – jeden okręg, w miejsce dotychczasowej zasady dwa mandaty – jeden okręg. Ten klasyczny unik zastosowano zapewne w pełni świadomie, aby nie tylko zyskać na czasie, ale także poprzez poddanie wyborów swoistemu testowi, na drugorzędnym w hierarchii władzy państwowej senackim polu, doprowadzić do kompromitacji systemu JOW.

Kolejny krok znów dotyczył samorządów, w których w 2014 roku przeprowadzono wybory radnych gmin w okręgach jednomandatowych, ale ta zasada nie objęła wyborów do rad miasta na prawach powiatu.

Wolno zatem sądzić, że po zastosowaniu w latach ubiegłych większościowej ordynacji w wyborach do części władz samorządowych, a ostatnio także do Senatu, elitom władzy przed wprowadzeniem JOW-ów w wyborach do Sejmu, oprócz manewrów z wyborami samorządowymi, pozostaje w zapasie jeszcze tylko „mieszana” ordynacja wyborcza.

Można podejrzewać, że mamy do czynienia z długofalową polityką swego rodzaju manipulacji, polegającej na systematycznym odsuwaniu raz za razem obywateli od bezpośredniego udziału w demokratycznych mechanizmach sprawowania władzy, którzy jednak się nie poddają tym zabiegom i obejmują coraz większe połacie rządzenia krajem i swoimi losami. Jednak, przynajmniej dla części naszych elit politycznych, demokracja bez ludu jest stosunkowo atrakcyjnym ideałem sprawowania władzy.

Walka trwa.

31 sierpnia 2015

About Marek Zagajewski

dr filozofii, publicysta, uczestnik Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych

Dyskusja - 4 Komentarzy
  1. Robert

    07. Wrz 2015,  godz. 11:13

    W pełni zgadzam się z głoszonymi tu tezami ale media tzw. głównego nurtu są na usługach wodzów partyjnych i nie dopuszczą do upowszechniania prawdy o JOW-ach

    Odpowiedz

    • redakcja

      07. Wrz 2015,  godz. 11:18

      Media, tak jak i politycy pójdą tam, gdzie będzie siła, bo ten argument do nich przemawia. To my sami musimy nagłaśniać prawdę o JOW-ach. Wtedy i oni się przyłączą.

      Odpowiedz

  2. Freeman

    01. Wrz 2015,  godz. 17:44

    doskonała publicystyka. może jest szansa stworzenia serwisu internetowego swoistego tytułu prasowego ruchu JOW wg zasad prasowych, który byłby profesjonalnym źródłem wiedzy i być może cytowanym. a w przypadku porażki referendum (frekwencja) byłby instytucją opozycyjną. może właśnie ruch JOW byłby zdolny stać się w Polsce opozycją polityczną z prawdziwego zdarzenia.
    ja myślę, że praca wykonana przez wielu ludzi w ruchu kiedyś zaowocuje tym, że będą oni szanowanymi autorytetami politycznymi, wtedy kiedy ordynacja będzie już większościowa z JOWami.
    JOWy jak szlachectwo trzeba sobie wywalczyć, nikt dobrowolnie tego nie da. walczyć trzeba do skutku bo nie ma innego wyjścia. taki los ludzi wolnych. to los ale i przywilej.

    Odpowiedz

  3. bisnetus

    01. Wrz 2015,  godz. 15:19

    Osobiście uważam, że to właśnie „Wolne wybory do parlamentu” powinny być ideą fix w walce o demokratyzację w kraju. To niemal każdy po kilku wyjaśnieniach rozumie. JOW-y powinny być „sprzedawane” w drugim rzędzie jako najlepsze narzędzie urzeczywistnienia tej idei w warunkach polskich.

    W ramach tej kampanii zauważyłem, że same pojęcie JOW jest nadal zbyt abstrakcyjne. U starszych prostszych ludzi wywołuje czasem irytację na zasadzie „Co to jest właściwie te JOW-y o których tak wszyscy gadają”. Coś w rodzaju reakcji na inne dziwaczne słowo „gender”.

    Wolne, powszechne i równe wybory do parlamentu – to powinien być główny cel. Obecna procedura nie spełnia żadnego z tych przymiotników. Powszechne znaczy, że każdy obywatelem może w nich brać aktywny udział. Równe, że każdy bierze udział bez faworyzowania i dyskryminacji. Wolne to klamra dla obu pojęć. Poza tym wybory muszą być prawowite i legalne a więc spełniać elementarne zasady demokracji oraz zasady konstytucyjne. Obecna procedura nie spełnia tego warunku nawet uwzględniając to słówko „proporcjonalne”.

    Odpowiedz

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.