Trzeciego dnia po pierwszej turze wyborów prezydenckich, 13 maja br. ówczesny Prezydent RP Bronisław Komorowski skierował do Senatu postanowienie o zarządzeniu referendum, gdzie między innymi Naród miał zostać zapytany, czy wybory do Sejmu mają się odbywać w jednomandatowych okręgach wyborczych. Postanowienie Prezydenta zawierało trzy pytania referendalne, które sformułowano w ciągu 2 dwóch dni, bez żadnych konsultacji społecznych. Również żadnych konsultacji nie przeprowadził Senat RP, który zaakceptował postanowienie Prezydenta 21 maja br., po zaledwie kilkudniowej debacie, i ogłosił datę referendum na 6 września 2015 r. Na debaty i przygotowania było więc tylko nieco więcej niż 3 miesiące, a dodatkowo termin referendum musiał kolidować z kampanią wyborczą, gdyż obecna kadencja Sejmu i Senatu upływa w listopadzie br. W tych działaniach polskie władze pokazały niskie standardy, nie licujące z powagą demokratycznego państwa, które szanuje swoich obywateli.

Nie lepiej zachowały się ogólnopolskie media. Telewizja Polska nadawała tzw. spoty referendalne w porze najmniejszej oglądalności, o szóstej rano i trzeciej po południu, oraz nie przeprowadzała debat, gdzie dwie strony mogłyby dyskutować na równych zasadach. Wydawało się, że opłacana z przymusowych abonamentów Telewizja Polska jest na usługach partii politycznych, które wszystkie, jak jeden mąż, występowały przeciw JOW, czyli za utrzymaniem swych obecnych przywilejów. W telewizji nie odbyła się ani jedna prawdziwa debata. Raz pozwolono przedstawić argumenty za 460 JOW w ogólnopolskiej telewizji. TVP1 nadała 2 września br. program pt. „Debata. Wszystko o referendum”. W tym programie stanąłem, jako zwolennik JOW, przeciw profesorowi Radosławowi Markowskiemu, przeciwnikowi JOW. Nie była to debata, tylko pseudo-debata, gdyż oprócz profesora Markowskiego przeciw postulatowi 460 JOW wypowiadali się także trzej zaproszeni eksperci „neutralni”. Nowością dla mnie było także to, że moderator też uczestniczył w debacie i zadawał pytania. A pytania zadawane przez prowadzącą program Małgorzatę Serafin były stronnicze, pomagające stronie przeciwnej JOW. Nawet pytania zadawane przez publiczność w studiu robiły wrażenie uprzednio przygotowanych i przećwiczonych. Od telewizji publicznej w demokratycznym państwie należałoby chyba oczekiwać trochę wyższych standardów.

W Wielkiej Brytanii też było kilka lat temu referendum na temat zmiany prawa wyborczego i też była publiczna debata. Media brytyjskie, parlament i rząd zachowały się jednak zupełnie inaczej niż ich polskie odpowiedniki.

W maju 2010 roku rząd koalicyjny Dawida Camerona i Neila Clegga ogłosił zamiar przeprowadzenia referendum w sprawie utrzymania, bądź odrzucenia brytyjskiego system First Past The Post. Kampania rozpoczęła się natychmiast. Już w czasie trwającej przez 5 miesięcy ścieżki legislacyjnej, prowadzącej do uchwalenia ustawy o referendum, partie polityczne Zjednoczonego Królestwa głośno wyrażały swoje stanowisko, a w mediach odbywały się regularne debaty pomiędzy zwolennikami obu stron.

Ustawa o referendum określiła, po długich dyskusjach, następujące pytanie referendalne: „Aktualnie UK używa systemu pierwszy na mecie w wyborach posłów do Izby Gmin. Czy należy zmienić ten system na głos alternatywny?”. Ustawa stanowiła, że referendum ma być obligujące niezależnie od frekwencji. Oznaczało to, że ewentualne zwycięstwo stronnictwa TAK (czyli za zmianą) wprowadzi natychmiast nowe prawo wyborcze, którego szczegóły zostały w ustawie zapisane.

O odrzucenie FPTP apelowali członkowie następujących, obecnych w Izbie Gmin partii: Partii Liberalnych Demokratów, Szkockiej Partii Narodowej, północno-irlandzkiej partii Sinn Fein, walijskiej partii Plaid Cymru, Socjaldemokratycznej Partii Pracy, Partii Zielonych Anglii i Walii oraz małej Alliance Party of Northern Ireland. Za zachowaniem FPTP optowała inna, obecna w Izbie Gmin mała partia północno-irlandzka Democratic Unionist Party i większość posłów Partii Konserwatywnej. Pozostająca w opozycji Partia Pracy nie zajęła oficjalnego stanowiska, ale jej ówczesny lider, Ed Miliband, napisał dla gazety „The Guardian” artykuł gorąco apelujący o odrzucenie FPTP. Partia Konserwatywna podzieliła się na dwie grupy, choć większość jej posłów była za FPTP. W BBC często jednak pojawiali się znani posłowie Konserwatywni przeciwni FPTP, np. Andrew Boff, były poseł do Zgromadzenia Londynu i Andrew Marshall, były szef Grupy Konserwatystów rady dzielnicy Camden w Londynie. Wśród członków Partii Konserwatywnej popierających FPTP wyróżniał się poseł polskiego pochodzenia Daniel Kawczyński, przewodniczący Wszechpartyjnej Grupy Parlamentarnej na rzecz Promocji FPTP. Grupie Konserwatystów działających na rzecz odrzucenia FPTP przewodniczył John Strafford, były członek egzekutywy Partii Konserwatywnej.

W publicznej debacie uczestniczyły znane think tanki. Compass poparł odrzucenie FPTP i wezwał Partię Pracy do przyjęcia takiego właśnie stanowiska oficjalnie. Z kolei inny think tank, Institute for Public Policy Research wydał w lipcu 2010r raport, w którym czytamy, że proponowana zmiana systemu wyborczego nie jest dobrym rozwiązaniem dla Zjednoczonego Królestwa.

Wśród rzesz debatujących na łamach mediów środowisk, nie zabrakło naukowców. Profesorowie Timothy Gowers z Cambridge, David Held i Patrick Dunleavy z London School of Economics (LSE) oraz Helen Margetts z Oxfordu wytaczali argumenty za australijskim systemem Alternative Vote. Z kolei profesor Dan Felsenthal (LSE), krytykował AV jako „pełen wad”. Również profesor David Moon z Sheffield twierdził, że AC byłoby gorsze niż FPTP. 11 marca 2011 r., 29 historyków z różnych uczelni napisało list do „Times’a” wyrażając sprzeciw wobec przyjęcia Alternative Vote.

Obszernie o referendum pisały wszystkie opiniotwórcze gazety. „The Guardian”, „The Independent”, „Daily Mirror” i „Financial Times” poparły zmianę systemu wyborczego na AV. Z kolei „The Sun”, „Daily Mail”, „The Times”, „Daily Express” i „The Daily Telegraph i Economist” namawiały do odrzucenia proponowanej zmiany i utrzymania FPTP.

Niemal każda występująca w mediach osoba miała coś do powiedzenia na temat referendum, szczególnie medialne gwiazdy. Za AV był muzyk Billy Bragg, aktorka Joanna Lumley; dziennikarz Tony Robinson; projektantka mody Amisha Ghadiali; feministka Annette Lawson. Za FPTP był znany komik David Mitchell, była prezenterka telewizyjna Esther Rantzen, komik i aktor Eddie Izzard, pisarka i absolwentka Oxfordu Naomi Alderman, dramaturg Bonnie Greer, komik Francesca Martinez, aktorka Helena Bonham Carter, laureat Oscara aktor Colin Firth, aktor John Cleese, komik Stephen Fry, aktorzy Art Malik, John O’Farrell i Richard Wilson, sportowiec i medalista olimpijski Kriss Akabusi, gwiazdy krykieta Dawid Gower i Darren Gough i wielu, wielu innych.

Intensywna kampania trwała równy rok. Referendum odbyło się 5 maja 2011 i uczestniczyło w nim 42,2 procent zarejestrowanych wyborców. Głosy liczono publicznie w 440 małych okręgach i wyniki podawano lokalnie. Nie używano żadnych serwerów ani też nie ukrywano frekwencji i nie opóźniano exit polls, jak w Polsce. Na drugi dzień rano wiadomo było, że 68 procent głosujących opowiedziało się za utrzymaniem obecnego systemu First Past The Post. Jedynie w 10 na 440 okręgów zwyciężyli przeciwnicy FPTP: w sześciu okręgach w Londynie, w Oxfordzie, Cambridge i w dwóch okręgach szkockich: Edinburgh Central oraz Glasgow Kelvin.

Polskie elity lubią mówić o rzekomej niedojrzałości politycznej polskiego społeczeństwa. Niech popatrzą na siebie.

FPTP

About Tomasz J. Kaźmierski

elektronik, nauczyciel akademicki, profesor Uniwersytetu Southampton w Wielkiej Brytanii, rektor Polskiego Uniwersytetu na Obczyźnie w Londynie; współpracownik Ruchu na rzecz JOW od 1994 r.; e-mail: polonus.uk@gmail.com

Dyskusja - 3 Komentarzy
  1. Andrzej Madej

    07. Wrz 2015,  godz. 17:29

    Ta nasza elita polityczna walczy o byt i nie uzna żadnych argumentów. Referendum
    było wypadkiem nadzwyczajnym.
    Kluczem jest umiejętność współpracy programowej dzięki cyfrowej sieci a nie prowadzenie debat na medialnych salonach …

    Odpowiedz

  2. Janusz

    07. Wrz 2015,  godz. 08:50

    Mafiokraci nie chcieli piłować gałęzi na której siedzą czyli nie chcą oddać swojej władzy narodowi. Ale ziarno demokracji już wpadło w narodową glebę, ono wykiełkuje. myślę że o wiele szybciej niż to się mafiokratom i ich ludziom: z mafij, protektorom (w tym służbom i mediom) wydaje.

    Odpowiedz

  3. Jerzy Gieysztor

    07. Wrz 2015,  godz. 07:55

    Dwie diametralnie różne kultury polityczne i medialne – polska i brytyjska to oczywiste następstwo dwóch diametralnie różnych sposobów zgłaszania kandydatów i wybierania spośród nich przedstawicieli narodu. I tego właśnie nie chcą przyjąć do wiadomości nadęte pychą polskie elity.

    Odpowiedz

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.