Powszechnie wiadomo, że prawo wyborcze ma wpływ na politykę państwa umożliwiając sprawne utworzenie rządu, określając jego odpowiedzialność i pozwalając wyborcom rozliczyć polityków. Mniej informacji dostępnych jest jednak na temat zależności ordynacji wyborczej i gospodarki. Jednak są one bardzo ścisłe.

W 2002 r. profesor Ronald Rogowski z Uniwersytetu Kalifornijskiego i Mark Kayser z Uniwersytetu Rochester po serii testów empirycznych w oparciu o zmodyfikowany model Stiglera-Pelzmanna udowodnili, że rządy utworzone w systemach większościowych faworyzują konsumentów. Natomiast politycy wybrani w wyborach proporcjonalnych bardziej interesują się potrzebami producentów. Niskie ceny bowiem bardziej przemawiają do konsumenta.

Model regulacji Stiglera-Pelzmanna przedstawia wykres:

Pompowski_artykuł

Oś pozioma wykresu oznacza cenę produktu, a pionowa zysk. Najbardziej konkurencyjna cena ck oznacza, iż zysk wynosi zero. Jednak regulacje mogą doprowadzić do wzrostu ceny z poziomu ceny konkurencyjnej, a wtedy zysk firmy również zaczyna rosnąć dopóki nie osiągnie poziomu monopolu – cm. Jeśli regulacje wyśrubują cenę do nadmiernego poziomu, wyższego niż cena monopolowa, to wówczas zyski znów zaczną spadać. Producenci oczywiście zawsze zainteresowani są cm, a konsumenci ck. Polityków interesuje zwykle ile otrzymają poparcia w najbliższych wyborach – i w ten sposób patrzą na interes producenta i konsumenta.

Z modelu Stiglera-Pelzmanna wynika, że rząd ureguluje cenę cr (czyli zyski) do poziomu, którą obrazuje styczna S na tym wykresie.

Jeśli producenci stanowią większą siłę niż konsumenci, wówczas funkcja S będzie niemal płaska, a jeśli polityk chciałby uzyskać duże poparcie wyborców (konsumentów), wówczas musiałby dążyć do znaczącego obniżenia ceny. I odwrotnie, jeśli konsumenci mają przewagę nad producentami w danym sektorze, to funkcja S będzie przebiegać niemal pionowo. Polityk musi doprowadzić do tego, żeby zyski wzrosły bardzo znacząco, by ewentualnie zrekompensować utracone poparcie konsumentów. W ostatnim przypadku rząd dążył będzie do ustalenia ceny monopolowej, a w pierwszym tylko nieznacznie odejdzie od ceny konkurencyjnej. Ten model ukazuje zakres władzy, jaki konsument i producent posiadają w systemie politycznym.

Przekształcając ten model Rogowski i Kayser zauważyli, że władza konsumenta rośnie gdy:
• głosy konsumentów stają się reakcją na wahania cenowe,
• politycy bardziej doceniają głosy wyborców.

A zatem pozycja konsumenta umacnia się, gdy wzrasta elastyczność stosunku głosów do mandatów. Im większy wzrost procentowy mandatów spowodowanych przez 1 procent głosów, tym bardziej sprzyjająca polityka na rzecz konsumenta. I tym bardziej cena będzie oscylować wokół poziomu konkurencyjnego.

Powszechnie wiadomo, że elastyczność relacji mandatów do głosów jest wyższa od 2,5 do 8 krotnie w systemie większościowym od tej w ordynacji proporcjonalnej. Stąd uwaga polityków wybranych w jednomandatowych okręgach wyborczych, zgodnie z regułami ordynacji większościowej, bardziej koncentruje się na konsumencie – co w efekcie skutkuje niższymi cenami.

Związek elastyczności relacji głosów do mandatów i polityki prokonsumenckiej jest jednym z najważniejszych sposobów, w jakich ordynacja większościowa z jednomandatowymi okręgami wpływa na system gospodarczy.

Dlaczego tak się dzieje? W systemie większościowym o zwycięstwie kandydata może zdecydować nawet jeden lub kilka głosów.

Jak wykazali dwaj inni naukowcy, Rein Taagapera i Matthew Shugart, w oparciu o model głosów i mandatów udowodnili, że ustawodawca w systemie większościowym z jednomandatowymi okręgami wyborczymi stara się, by korzyść z uchwalonego prawa odniósł przede wszystkim konsument, a nie producent. Bo w systemie większościowym margines głosów jest bardzo istotny dla posła (zwycięża się czasem stosunkowo niewielką ilością głosów), stąd taki poseł będzie popierał politykę faworyzującą konsumentów (nie tylko nie będzie chciał nikomu się narazić, ale mieć dowód, iż przyczynił się do poprawy siły nabywczej wyborcy). Z punktu widzenia posła w systemie proporcjonalnym, głosy nie mają tak ogromnej wartości jak w większościowym (posłowie liczą na tak zwane lokomotywy wyborcze – posłów z popularnym nazwiskiem bądź znanych pod innym względem), dlatego reprezentant może sobie pozwolić na decyzje mniej sprzyjające konsumentowi.

Rogowski i Kayser przeanalizowali tę teorię zestawiając ją z informacjami o cenach z 24 państw członkowskich OBWE w 1990 r. Przeanalizowali stosunek parytetu siły nabywczej do stopy wymiany (PPP/XP), którego średnia wynosi 105,89. Okazało się, że w państwach, w których wybierano reprezentantów według ordynacji większościowej ceny były niższe niż w tych, w których odbywały się wybory proporcjonalne. Politolodzy następnie przeprowadzili kolejną analizę zestawiając dane z 30 lat z 23 państw członkowskich OBWE. Wynik się potwierdził. „Zmiana z systemu proporcjonalnego na większościowy doprowadzi, w krótkim czasie do redukcji poziomu cen o 2,3 jednostki. W przeciętnym kraju OBWE, w którym poziom cenowy(PPP/XP) wynosi 105,88 oznacza to spadek o 2,1. W dłuższej perspektywie rynkowy koszyk cen i usług w systemach większościowych jest tańszy o 14 proc., niż w państwach z ordynacją proporcjonalną w krajach OBWE”.

System większościowy z jednomandatowymi okręgami wyborczymi faworyzuje konsumenta.

Dzieje się tak dlatego że, jak wskazują G. Bingham Powell i Guy Whitten, ordynacja większościowa krystalizuje zakres odpowiedzialności rządzących. W systemie większościowym rządzi większość, rząd tworzy jedna partia, która doskonale zdaje sobie sprawę, że wyborcy ukarzą ją lub nagrodzą za zmiany, jakie zaszły w ich sile nabywczej. Fakt tej odpowiedzialności wówczas wpływa na to, że odwracają głowę od producenta ku konsumentowi.

Krytycy wskazywali na zbyt duże, ich zdaniem, uproszczenia tego modelu, ale nigdy nie udało im się zanegować konkluzji obu naukowców.

W 2012 r. profesor Joe Weinberg z Uniwersytetu Południowego Missisipi przeprowadził jeszcze jedną analizę w celu sprawdzenia prawdziwości twierdzenia Rogowskiego i Kaysera. Zbadał jaki wpływ ma prawo wyborcze na kształt państwowej polityki rolnej, a co za tym idzie jej skutków dla konsumenta. W swoich badaniach posłużył się wskaźnikiem polityki protekcyjnej w rolnictwie, którym posługuje się Bank Światowy – odpowiednikiem podatku konsumenckiego (CTE). Pozwala on dokładnie określić, czy i w jakim stopniu polityka konkretnego rządu sprzyja producentowi, czy też konsumentowi. CTE wyraża się w procentach – np. 0,45 proc. CTE świadczy o tym, że konsument płaci w jakimś kraju 45 proc. więcej za żywność, bo tyle kosztuje polityka rolna. W USA wskaźnik CTE jest niski, a czasem nawet negatywny, co wskazuje na dopłaty do żywności. W państwach europejskich wskaźnik CTE jest wysoki i bardzo wysoki wskutek dopłat dla rolników i innych barier w handlu. Zawężenie badań do jednego sektora pozwoliło wyraźniej dostrzec związek przyczynowy między producentem i konsumentem.

Profesor Weinberg przeanalizował związek między systemem wyborczym, a CTE w 59 demokracjach w latach 1980-2007. Z jego badań wynika, że ordynacja ma ogromny wpływ na ceny żywności. W państwach z ordynacją większościową i jednomandatowymi okręgami wyborczymi CTE wyniósł – 0,12 – to znaczy, że tamtejsi konsumenci zapłacili 12 proc. mniej niż ich odpowiednicy, którzy wybierają posłów w wyborach proporcjonalnych. Tylko w grupie państw poza Unią Europejską redukcja kosztów wynosiła 20 proc. To odkrycie potwierdziło wcześniejsze ustalenia profesorów Kaysera i Rogowskiego, że posłowie wybrani w okręgach jednomandatowych w ordynacji większościowej prowadzą politykę bardziej sprzyjającą konsumentowi (niskie ceny żywności), a politycy z wyborów proporcjonalnych cenią go mniej (wyższe ceny żywności).

Artykuł ukazał się najpierw na portalu „Ofensywa Wolności” 5.06.2015.

Dyskusja - 10 Komentarzy
  1. Mariusz

    16. Cze 2015,  godz. 23:06

    Oczywiście sposób wybierania jest ważny i sam jestem zwolennikiem ordynacji większościowej. Ale wybory są co 4 lata. Jeżeli celem posła nie jest realizacja obietnic składanych wyborcom, tylko zaistnienie w polityce i załatwienie własnych interesów, to czekanie z rozliczeniem do następnych wyborów nie jest uzasadnione. Napisałem, że żadna ordynacja nie daje gwarancji wyboru najlepszych kandydatów i stąd – według mnie – potrzeba dodatkowego mechanizmu dyscyplinującego. Sama ordynacja większościowa też nam niczego nie zagwarantuje. Przykładem są na przykład wybory do Senatu. Jest lepiej? Oczywiście można twierdzić, że okręgi wyborcze są tam zdecydowanie za duże i wyborcy nie znają wystarczająco dobrze kandydatów. Ale podobnie słabo wypadają wybory do Rad Dzielnic, gdzie okręgi są dużo mniejsze, a wygrywają często osoby przypadkowe. Takie właśnie wybory były jesienią i dokładnie widzę zainteresowanie nowej Rady Dzielnicy działalnością, dla której została wybrana. Może tu okręgi są znowu za małe. Ale skąd pewność, że w wyborach do Sejmu będzie wreszcie tak jak trzeba? Osobiście mam nadzieję, że może będzie trochę lepiej. Ale ideału nie oczekuję.

    PS Stosowany tu system weryfikacji jest do kitu. Jak należy odpowiedzieć na zagadkę typu: coś 3x = trzy?

    Odpowiedz

  2. Mariusz

    16. Cze 2015,  godz. 16:11

    Każda ordynacja wyborcza – przynajmniej w założeniu – ma doprowadzić do lepszego reprezentowania głosów wyborców poprzez wyłonionych w taki czy inny sposób przedstawicieli. Jednak ani system większościowy ani proporcjonalny nie zapewnia mechanizmów awaryjnych na wypadek, gdyby taki przedstawiciel zaraz po wyborach przestał pamiętać przez kogo i w jakim celu został wybrany. Jak wiemy, Sąd Najwyższy uznał jakiś czas temu, że składane obietnice wyborcze do niczego posła nie obligują. Czyli obiecać można wszystko, bo później przez 4 lata można mieć święty spokój, a jedyną konsekwencją będzie ewentualna porażka w kolejnych wyborach. Ale są tacy, którzy chętnie zaryzykują. Niestety w obecnej ustawie Kodeks Wyborczy nie przewidziano możliwości wygaśnięcia mandatu posła (czy senatora) na skutek odwołania go przez wyborców. Oczywiście nie jest to przeoczenie ustawodawcy, tylko świadome dbanie o swój interes. Uważam jednak, że taka możliwość powinna zostać wprowadzona, a do siedmiu punktów artykułu 247. par. 1, stanowiącego „Wygaśnięcie mandatu posła następuje w przypadku: …” powinien zostać dodany punkt: „8) skutecznego odwołania przez wyborców z okręgu, z którego poseł został wybrany”. Szczegóły procedury odwołania w rodzaju koniecznej frekwencji czy ilości głosów wymagałyby oczywiście precyzyjnego ustalenia. Wydaje się jednak, że celowe byłoby ograniczenie prawa do udziału w niej wyłącznie do osób, które wcześniej wzięły udział w wyborach. Na kogo głosowały i czy w ogóle oddały ważny głos – tego oczywiście nadal nikt by nie wiedział. Takie rozwiązanie, poza realną funkcją dyscyplinującą, byłoby z pewnością dodatkowym bodźcem podnoszącym frekwencję, bo kto by chciał sobie z lenistwa odebrać ewentualną przyjemność odwoływania nielubianego posła?

    Odpowiedz

    • bisnetus

      16. Cze 2015,  godz. 19:12

      Akurat JOW ma w swojej naturze najsilniej wbudowany mechanizm „odwołania” posła. Małe okręgi wyborcze wymuszają mocniejszą więź, częste kontakty, znajomość lokalną posła, czyli najlepszą kontrolę posła. Natomiast wolność uczestnictwa w wyborach każdego obywatela i wolna konkurencja jest najlepszym mechanizmem odwołania niepodobającego się obywatelom posła.

      Dzisiaj nie ma sposobu odwołania posła za pomocą głosu (mając 1000 głosów można się dostać do parlamentu siłą „jedynki”, która otrzymała no. 100.000 głosów. Natomiast obywatele indywidualni i zrzeszeni lokalnie nie mają fizycznej możliwości stanąć do uczciwej konkurencji.

      Nie wiem dlaczego Komentator stawia tak fałszywie sprawę sugerując, że nieważna jest ordynacja wyborcza, bardziej ważna jest możliwość odwołania posła. To ordynacja określa warunki walki wyborczej i ta dzisiejsza de facto uniemożliwia jakąkolwiek kontrolę i rozliczenia posła przez wyborcze, gdy JOW pozwala na to w sposób ekstremalnie jednoznaczny i praktyczny. W JOW-ach wybory są prawdziwe. Posłów wyborcy powołują i odwołują. Dzisiaj ludzie jak w komunie zatwierdzają listy prywatnych cyngli kilku koncesjonowanych kacyków partyjnych.

      Odpowiedz

  3. dilaw

    16. Cze 2015,  godz. 10:04

    Ważniejsza od systemu wyborczego jest odpowiedzialność posła.
    Czy „boi” się szefa partii? Czy np. własnego Komitetu Wyborczego?
    Powinien „spowiadać” się na bieżąco w swojej „małej ojczyźnie”.

    Odpowiedz

    • Jerzy Gieysztor

      16. Cze 2015,  godz. 10:24

      dilaw napisał : „Ważniejsza od systemu wyborczego jest odpowiedzialność posła.
      Czy „boi” się szefa partii? Czy np. własnego Komitetu Wyborczego?
      Powinien „spowiadać” się na bieżąco w swojej „małej ojczyźnie”.”

      Tymczasem to właśnie system wyborczy determinuje odpowiedzialność posła przed wyborcami, lub …np. na przykład przed układaczami list wyborczych.
      W systemie JOW, gdzie swobodnie kandydujący i wybrany spośród nich poseł są uzależnieni głownie od wyborców, są tym samym ptzed nimi odpowiedzialni. A w systemie partyjnych list wyborczych, gdzie kandydowanie zależy od układaczy list, wybrani spośród nich odpowiadają od układaczy.

      Odpowiedz

  4. Tomasz

    15. Cze 2015,  godz. 20:19

    a czego to dowodzi? że JOWy sprawdzają się w gospodarce centralnie planowanej?

    Odpowiedz

  5. marian

    14. Cze 2015,  godz. 06:27

    ” W PL tymczasem, rząd proporcjonalny nie ma problemu z ratyfikowaniem ustawy ACTA” to trochę naciągana teologia 😉
    Myślę, że zależy to bardziej od ignorancji władzy jak od proporcjonalności. Oczywiście otwartym pytaniem jest Skąd ta ignorancja sie bierze?
    nadal uważam że z braku kultury politycznej klasy rządzącej i też mam nadzieję że system JOW czegoś polityków nauczy 🙂

    Odpowiedz

  6. Tomasz Kornaszewski

    12. Cze 2015,  godz. 11:42

    Witam,

    Ciekawe spostrzeżenia – co ciekawe gdy zacząłem patrzeć na obietnice i działania polityków w UK to tak jest.
    Bardzo częstą obietnicą wyborczą jest to o ile więcej wyborca będzie miał gotówki do dyspozycji gdy obiecujący dojdzie do władzy. I co ciekawe te obietnice są dość często spełniane. Np. tymczasowa obniżka VAT, podwyższenie kwoty wolnej od podatku, zlikwidowanie składki NI (odpowiednik polskiego ZUS) dla jednoosobowych przedsiębiorców w przypadku małych dochodów.

    Odpowiedz

  7. marian

    08. Cze 2015,  godz. 09:57

    Dowiedzieliśmy sie co sądzą ekonomiści w temacie wyższości systemu większościowego nad proporcjonalnym. Ciekawe co myślą teolodzy ? 😉

    Odpowiedz

    • bodzio

      13. Cze 2015,  godz. 22:28

      Myślę że teologowie będą to popierać, bo mniejszość przestanie narzucać swoje zdanie większości. Znaczy się obywatele będą mogli być cisi i ubodzy, a i tak będzie im dobrze 🙂
      Jak w GB: UKIP niby zdobyło „tylko” jeden mandat w izbie gmin, ale rządzący nie mogą ignorować głosu niemal 30% obywateli domagających się referendum w sprawie dalszego członkostwa w UE, gdyż w następnych wyborach straciliby te głosy na rzecz UKIP właśnie (ich sztandarowy postulat: „UE goodbye!”). W PL tymczasem, rząd proporcjonalny nie ma problemu z ratyfikowaniem ustawy ACTA gdy przeciwko jest 90% zapytanych obywateli. Dopiero jak ludzie wyszli na ulice, to się opamiętali.
      Więc teologowie pochwalą ideę że cisi dostają, pierwsi(rządzący) są ostatnimi(za obywatelami, bo im mają służyć) a ubodzy(w prawa, czyli znowu: obywatele) błogosławionymi(pod względem ilości proobywatelskich ustaw, zamiast pustych obietnic ile to ci „najbiedniejsi” „dostaną” „od państwa”).

      PS. piszę serio, tylko w trochę humorystycznym tonie 🙂

      Odpowiedz

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.