/Skąd się bierze nędza polskich polityków?

Skąd się bierze nędza polskich polityków?

Gdyby dzisiaj drogą losowania spośród blisko 30 mln Polaków uprawnionych do kandydowania do Sejmu, wybrać 460 przypadkowych posłów, to tak wybrany Sejm byłby z pewnością jakościowo lepszy od obecnego, a pewnie i kolejnego po wyborach w tym roku. Jakość ideowa, intelektualna i etyczna polskich posłów w swej sejmowej masie, odbiega bowiem negatywnie od jakości przeciętnego Kowalskiego. Przeciętny Kowalski bowiem nie będzie wypowiadał się publicznie o sprawach, o których nie ma pojęcia, nie będzie kłamał na poczekaniu, nie będzie bezczelny i arogancki, aż do chamstwa na zawołanie etc. Choć być może trafiliby się pojedynczy posłowie na poziomie Ryszarda Petru czy Grzegorza Schetyny, to z pewnością jednak nie mieliby szans na zostanie szefami parlamentarnych klubów partyjnych.

Geneza negatywnej selekcji polskich polityków

Aktualnie katastrofalnie niski poziom ideowy, intelektualny i etyczny tzw. polskiej klasy politycznej, której rdzeniem są posłowie na Sejm, nie jest przypadkowy. Ten poziom jest wynikiem blisko 30 lat negatywnej selekcji polskich polityków.

Tę negatywną selekcję rozpoczął Lech Wałęsa i jego grupa związkowa, przy wsparciu komunistycznej policji politycznej, który w latach 1986-1989 zbudował odgórnie nowy związek zawodowy, pod starą nazwą „Solidarności”. L. Wałęsa i jego grupa, przy wsparciu komunistów, zablokował w latach 1987-1989 możliwość reaktywacji działalności władz „Solidarności”, wybranych na Zjeździe w 1981 roku, a nade wszystko Komisji Krajowej i jej Prezydium. Grupa L. Wałęsy, poprzez powołanie samozwańczej Krajowej Komisji Wykonawczej, a następnie Regionalnych Komisji Wykonawczych, wyeliminowała działaczy i przywódców „Solidarności” sprzeciwiających się porozumieniu z komunistami i na ich warunkach. Byli to z reguły działacze i przywódcy o silnym etosie narodowym i ideowym patriotyzmie, a o zdecydowanie antykomunistycznych postawach.

Następnie zaś rejestrując nowy związek zawodowy pod starą nazwą „Solidarność”, zalegalizowano te samozwańcze władze nowego już związku. L. Wałęsa i jego grupa, z takimi czołowymi jej działaczami, jak Władysław Frasyniuk, Zbigniew Bujak, Mieczysław Gil, Jarosław i Lech Kaczyńscy, podszyła się de facto pod „Solidarność” lat 80., zawłaszczając politycznie jej szyld i stające za nim zaufanie polskiego społeczeństwa. Doszło nawet do tego, iż aby całkowicie zdezorientować polskie społeczeństwo, pierwszy zjazd, w kwietniu 1990 roku, nowego prawnie, programowo i osobowo związku, nazwano „II Zjazdem NSZZ Solidarność„.

Całkowicie samozwańczym tworem był też Krajowy Komitet Obywatelski przy Przewodniczącym „Solidarności” Lechu Wałęsie. Ten liczący około stu osób komitet, został skooptowany ostatecznie w grudniu 1988 roku na niejasnych i niejawnych zasadach towarzysko-politycznych w środowisku zasadniczo warszawskim, przy niewątpliwym istotnym udziale w jej selekcji komunistycznej policji politycznej. Został faktycznie skooptowany przez Jacka Kuronia i jego grupę tzw. lewicy laickiej, wywodzącą się głównie z anarodowego skrzydła byłego KOR, uformowanego następnie w KSS „KOR”. Grupa ta wypowiadała się pierwotnie w latach 70. za tzw. finlandyzacją Polski Ludowej, z utrzymaniem jej zasadniczej podległości wobec Związku Radzieckiego. Była to jedyna grupa politycznej opozycji, która implicite wypowiadała się przeciwko niepodległości Polski.

KKO, z kluczową rolą grupy lewicy laickiej J. Kuronia, z takimi jej czołowymi działaczami, jak Adam Michnik, Bronisław Geremek, Jan Lityński i Henryk Wujec, stał się trzonem politycznym tzw. strony opozycyjno-solidarnościowej przy tzw. okrągłym stole. A następnie tenże KKO decydował o wystawieniu kandydatów w zakontraktowanych wyborach hybrydowych do Sejmu i Senatu w czerwcu 1989. Co przy tym najważniejsze, na listy wyborcze postsolidarnościowego Komitetu Obywatelskiego nie dopuszczono kandydatów antykomunistycznych i niepodległościowych ówczesnej opozycji politycznej.

Zadecydowało to o pierwotnym składzie polityczno-personalnym pozakomunistycznych grup politycznych, wyniesionych na scenę polityczną lat 1989-1991.

I ta nowa formacja postsolidarnościowa, i ten nowy związek post-Solidarności, składał się w zdecydowanej większości z polityków i działaczy o odległym od bieguna ideowego i niepodległościowego patriotyzmu tożsamości i świadomości narodowej oraz ugodowym wobec komunizmu nastawieniu. Na scenę polityczną zostali wyniesieni, de facto przy kluczowym udziale władz komunistycznych oraz jej cywilnych i wojskowych policji politycznych, ugodowi wobec komunistów postsolidarnościowi politycy i działacze, o polskiej tożsamości społecznej głównie li tylko obyczajowej, silnie wypreparowanej z idei niepodległości narodowej i suwerenności państwowej.

Formacja komunistyczna zaś, a następnie postkomunistyczna w formule SLD i PSL, z właściwą jej anarodową, aż po antynarodową i kompradorską tożsamością społeczną, była drugim skrzydłem elit władzy politycznej po 1989 roku. I te dwa skrzydła zadecydowały o genezie nędzy polskich polityków ostatnich 30 lat.

Samoreprodukcja nędzy politycznej

Wtórna selekcja tych samozwańczych grup władzy politycznej rozpoczęła się wyborami parlamentarnymi w 1991 roku i trwa do dziś. Przybrała ona formułę stałej samoreprodukcji tych grup, z pogłębianiem i rozszerzaniem ich nędzy ideowej, intelektualnej i etycznej, drastycznie już widocznej na polskiej scenie politycznej ostatnich lat.

Mechanizmem tej samoreprodukcji jest negatywna selekcja posłów w postaci ordynacji wyborczej do Sejmu. Tym mechanizmem jest proporcjonalna ordynacja wyborcza, uchwalona w czerwcu 1991 roku przez uzurpatorski Sejm kontraktowy. Dzięki tej ordynacji, wyłonione pierwotnie w latach 1987-1991 samozwańcze grupy polityczne, uzyskały możliwość samoreprodukcji. To one bowiem ustalają partyjne listy kandydatów do Sejmu i dobierają kandydatów oraz ustalają kolejność ich miejsc na listach wyborczych.

Wraz z postkomunistyczną formacją polityczną o podległej i lojalistycznej, a w konsekwencji postkolonialnej tożsamości i mentalności, stworzone zostało polityczne przywództwo państwa III Rzeczpospolitej o silnie anarodowej ideowo tożsamości społecznej. Ze względu na gabinetowo-parlamentarny ustrój polskiego państwa, kluczem do politycznego przywództwa był i jest skład osobowo-środowiskowy Sejmu. Jego anarodowy rdzeń skooptowany w latach 1989-1991 w ramach Sejmu kontraktowego, podlegał stale jakościowej samoreprodukcji w oparciu o wprowadzenie w 1991 roku proporcjonalnej ordynacji wyborczej.

Najistotniejszą bowiem cechą ordynacji proporcjonalnej jest niemożność istotnej wymiany już zastanych składów partyjno-personalnych. W tej ordynacji bowiem Polacy są pozbawieni biernego prawa wyborczego, gdyż nie mogą kandydować do Sejmu jako obywatele. Mogą kandydować jedynie za zgodą kierownictw partii politycznych na partyjnych listach wyborczych. W tej ordynacji też obywatele mają fasadowe czynne prawo wyborcze, gdyż mogą głosować wyłącznie na już wybranych przez partyjne kierownictwa kandydatów na posłów.

Jak to ujął kilka już lat temu w rozmowie ze mną Stan Tymiński – „Polacy są jak Murzyni amerykańscy na południu USA w latach 50. Mają prawa wyborcze, ale nie mają na kogo głosować, a sami kandydować nie mogą”. Nasza polska demokracja jest bowiem istotnie fasadowa. Żyjemy bowiem formalnie w ustroju parlamentarnej demokracji wyborczej, ale faktycznie w ustroju partyjnej oligarchii wyborczej.

Efektem tej anarodowej ideowo tożsamości przywództwa politycznego była konsekwentnie kompradorska, choć zróżnicowana skalą w zależności od rządzących partii politycznych, polityka gospodarcza i zagraniczna. Polityczne elity przywódcze pełniły, w większym lub mniejszym stopniu, rolę przedstawicieli na Polskę obcych centrów politycznych i kapitałowych. Własne zaś społeczeństwo narodowe traktowane było i jest z poczuciem większej lub mniejszej wyższości, aż po ukrywaną pogardę.

Niewyartykułowanym, acz decydującym narodowym podziałem politycznym w III Rzeczypospolitej ostatnich 30 lat, nie był i nie jest podział na tzw. prawicę i tzw. lewicę, czy też na tzw. nurt neoliberalny i nurt neokonserwatywny, lecz podział na dominującą dotychczas anarodową intersubiektywnie, a antynarodową obiektywnie, orientację kompradorską i zmarginalizowaną dotychczas ideową orientację patriotyczną.

W konsekwencji zdominowanego orientacją anarodową politycznego przywództwa, również oficjalny dyskurs publiczny za pośrednictwem systemu medialnego został zdominowany anarodowymi i apatriotycznymi treściami, a w skrajnych wypadkach aż po antypolonistyczne. Paradoksalnie anarodowa europejskość, aż po antypolonizm, jest tu konsekwencją postkolonialnej mentalności, z poczuciem wyższości i wielkości własnej grupy władzy w stosunku do ogółu polskiego społeczeństwa, aż po poczucie pogardy dla jego niższych klas i warstw społecznych. Stale też są obecne komunistyczne relikty ideologiczne, w postaci definiowania ideowego patriotyzmu jako nacjonalizmu, a politycznego nacjonalizmu jako faszyzmu.

Zmiana ordynacji wyborczej jako likwidacja nędzy polskiej polityki

Likwidacja negatywnego mechanizmu selekcji polskich polityków, to likwidacja samoreprodukcji ich nędzy ideowej, intelektualnej i etycznej. Jej ustrojową podstawą jest likwidacja proporcjonalnej ordynacji wyborczej do Sejmu. Jeśli nie zmienimy sposobu selekcji, wyłaniania i rozliczania posłów na Sejm, nie zlikwidujemy ustrojowego mechanizmu, który niszczy nam i pustoszy polską politykę, a w konsekwencji i nasze państwo. Trzeba zlikwidować polityczny wehikuł czasu, który stale przenosi nas w układ sił tzw. okrągłego stołu.

Likwidacja ordynacji proporcjonalnej w wyborach do Sejmu, to zastąpienie jej na wzór angielski ordynacją większościową, opartą na jednomandatowych okręgach wyborczych. Z tym ustrojowym postulatem uzdrowienia polskiego państwa wystąpił jeszcze w 1992 roku świętej już pamięci prof. Jerzy Przystawa, założyciel i przywódca Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych.

Wprowadzenie ordynacji opartej o regułę JOW, oznacza w praktyce wybory 460 posłów w 460 jednomandatowych okręgach wyborczych, z pełną swobodą kandydowania wszystkich uprawnionych obywateli, z równym dla wszystkich kandydujących limitem wydatków finansowych i z jawnością liczenia oddanych głosów.

Pozwoli to nade wszystko na odblokowanie polskiej sceny politycznej i dopuszczenie do wyborów na równych warunkach faktycznych liderów obywatelskich i środowiskowych szerokich odłamów polskiego społeczeństwa. Pozwoli to na uruchomienie pozytywnego mechanizmu selekcji elit politycznych polskiego państwa. Pozwoli na rozpoczęcie procesu wyłanianie kompetentnych i patriotycznych elit przywódczych polskiego narodu i państwa.

Wprowadzenie okręgów jednomandatowych nade wszystko podporządkuje polskich polityków polskim wyborcom. Nie będzie można, tak jak dotychczas, wejść na scenę polityczną i przez lata na niej pozostawać w oparciu o mass media i kierownictwa partyjne. Nikt, kto nie uzyska poparcia większości wyborców w jednym z 460 okręgów wyborczych, do polskiej polityki się nie dostanie i nie będzie tam mógł przebywać. Poseł tak wybrany musi się liczyć przede wszystkim ze swoimi wyborcami, a nie z liderami swej partii czy mediami. One mu w niczym istotnie nie pomogą w następnych wyborach.

W polityce przez krótki czas trzeba oczywiście posługiwać się zasadą mniejszego zła i chodzić na przeróżne kompromisy taktyczne. To normalne. Ale w okresie dłuższym nie wolno tracić z oczu celów strategicznych. I tu kompromisy są niedopuszczalne. Tak jak w wypadku konieczności zmiany ordynacji wyborczej w Polsce i wprowadzenia reguły JOW w wyborach do Sejmu. Tu ustępstw być nie może, gdyż przegramy przyszłość.

1 stycznia 2019

275 wyświetlen