W „Przeglądzie Powszechnym” nr 41 z 1924 roku ukazał się tekst Feliksa Konecznego pt. „Warunki parlamentaryzmu”. Poniżej przepisuję z przedmiotowego tekstu końcowy wycinek rozważań tego wielkiego Polaka, twórcy oryginalnej koncepcji cywilizacji, a dotyczący stronnictw.

„Na zakończenie jeszcze uwaga o stronnictwach. Jakże mówić o parlamentaryzmie, a nie dotknąć kwestii stronnictw? One są sokami odżywczymi parlamentu, a przynajmniej powinny być takimi.

Nie ulega wątpliwości, że tylko przy kompletnej bezmyślności mogłoby nie bywać różnicy zdań. Im wyższe wykształcenie polityczne danego społeczeństwa, tym dokładniej zaznaczone są różnice stronnictw (z czego nie wynika, żeby miało być ich dużo; przeciwnie!). Ale też nie mniejszym jest pewnikiem, że ludzie rozumni, posiadający wspólne interesy, obmyślą zawsze wspólną linię postępowania, pomimo różnicy zdań. Rozmaite zapatrywania są od dyskusji, a wspólna wypadkowa wiedzie do czynu. Gdzie by przywódcy stronnictw o tym nie wiedzieli, tam państwo byłoby skazane na rozbicie; gdzie nie wie o tym znaczna część osób zajmujących się polityką, tam państwo skazane na gnuśną wegetację, a byt jego zawisły od… sąsiadów.

Gdybym pisał teorię stronnictw, wywodziłbym ich rację bytu z tego, że nikt nie może wiedzieć wszystkiego i znać się na wszystkim, a zatem trzeba wiele głów, chcąc sprostać wszystkiemu, i to głów rozmaitych. Nigdy się nie gorszyłem tym, że „co głowa, to rozum”; ba! byle tylko naprawdę był tam rozum, to i owszem! Czego się nie wie, trzeba się dowiadywać od głowy odmiennie „umeblowanej” (jakby powiedział książę poetów). Człowiek najwięcej uczy się, obcując z ludźmi odmiennych przekonań (oczywiście z rozumnymi ludźmi). W zawiłym splocie nowoczesnego życia publicznego tyle nasuwa się wciąż wątpliwości, że tylko ktoś naiwny posiada zawsze a zawsze pewność, że się nie pomyli. Człowiekowi roztropnemu współzawodnictwo osób odmiennych zapatrywań jest wielce pożądane, bo w ten sposób zmniejsza się prawdopodobieństwo pomyłki. Toteż słusznie powiedziano, że gdzie by opozycji nie było, tam należałoby ją stworzyć.

Stronnictwa to wielcy współpracownicy wprowadzający pomiędzy siebie podział pracy. Nie leży to bynajmniej w istocie samej stronnictw, żeby jedno drugiemu miało… przeszkadzać. Absurdem straszliwym jest mniemanie, że stronnictwa muszą się wzajemnie pożerać.

Ale obok tego inna uwaga: współpracownictwo polityczne możliwe jest tylko w zakresie tej samej państwowości, a więc między stronnictwami, które rozmaitymi drogami, lecz jednakowo usilnie zmierzają do wzmocnienia potęgi tego samego państwa i dla których ten cel jest najwyższy. Gdzie różnice zapatrywań sięgają aż tak dalece, iż jedni chcą wzmocnić państwo, a drudzy osłabić je – tam zachodzi coś zgoła a zgoła innego niż różnica stronnictw. To różnica obywatelstwa, a nie stronnictwa tylko! Nie ma sensu nazywać takich przeciwieństw stronnictwami – bo fałszywa nomenklatura wiedzie do fałszywego wnioskowania i do oszukiwania samego siebie.

A tymczasem wyrażenie „stronnictwo” bywa nadużywane tak dalece, iż podsuwa się pod nie nie tylko różnice obywatelstwa, ale nawet różnice i wprost przeciwieństwa cywilizacyjne! Jakże mogą ludzie z rozmaitych cywilizacji stanowić stronnictwa jakiejkolwiek całości?! Gdzie brak poczucia przynależności do jakiejś wspólnej całości, jakże tam mogą zmieścić się „stronnictwa”?!

Ład polityczny wymaga istnienia stronnictw. Ale w stronnictwa ładzić się mogą tylko ludzie dążący do tego samego celu różnymi środkami; różniący się celem nie mogą chadzać drogami dośrodkowymi, bo dla nich nie istnieje żadne wspólne centrum. Ile „porozumień” pomiędzy posłami rozmaitych cywilizacji lub rozmaitego obywatelstwa, tyle sił odśrodkowych ku rozsadzeniu parlamentu, tak by w końcu wszystko poszło w drzazgi: i parlament, i państwo, i kultura narodowa.

Gdybyśmy ograniczyli porozumiewanie się i układy grup poselskich tylko do uznających cywilizację łacińską i pragnących wszystkiego najlepszego dla Polski; gdybyśmy przeprowadzili daleko znaczniejszą decentralizację w państwie, z dużym rozszerzeniem samorządu w prowincjach o wyższym poziomie, a ścieśniając go w prowincjach niższego typu – zabrakłoby niebawem pola do popisów dla ludzi robiących karierę na ujemnych stronach parlamentaryzmu. Gdyby w państwie nastała silna egzekutywa (jak najsilniejsza oby!) i parlament posiadający warunki rozwoju, gdyby ustała bezkarność zła i sejmowanie w błędnym kole pomyłek – zaczęłoby być w państwie ciasno dla kuglarzy politycznych…”

*) Feliks Koneczny, „Warunki parlamentaryzmu”, Dom Wydawniczy „Ostoja”, Krzeszowice 2005

About Wojtas b. Sportas

Wojciech M., absolwent Politechniki Poznańskiej, mechanik a od 1994 księgowy; od 2002 r. (afera Rywina) uczestnik Ruchu na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych prof. Jerzego Przystawy

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.