/Prawdziwy problem Polski po Smoleńsku

Prawdziwy problem Polski po Smoleńsku

Dyskusja narodowa dotyczy ospałości śledztwa, wykluczenia zeń a priori pewnych wariantów, niechęci Rosjan do pogłębionej współpracy, opieszałości w przekazaniu czarnych skrzynek, braku dbałości o szczątki samolotu, niefrasobliwości polskiej prokuratury, kształtu i miejsca dla pomnika zabitych osób i innych podobnych spraw. Jakkolwiek intrygujące i wstrząsające, są to tematy zastępcze. Trwa od początku zmowa milczenia wokół istoty zaistniałej sytuacji. Być może dla tego, że nie wiemy, jak sobie z jej grozą poradzić.

 

 

Postawmy sprawę jasno – wyjazd Prezydenta i elity rządowo-wojskowej do Katynia w tak obszernym składzie stanowił od początku zasadnicze ryzyko dla polskiej racji stanu i nie powinien mieć miejsca. Szansa katastrofy samolotu jest zawsze większa od zera. Nawet przyjmując naturalny przypadkowy charakter przyczyn katastrofy, nie da się uniknąć domysłu wielu ludzi, że mogło to być działanie celowe, zamach. Takie podejrzenie, nawet niesłuszne, niszczy na całe dziesięciolecia jakiekolwiek zaufanie i wiarę w lojalną współpracę między państwami i narodami.

 

 

A przecież Rosja jest państwem groźnym, realizującym swe cele polityczne bez wahania. Rozporządza wyspecjalizowaną kadrą służb specjalnych i wieloraką techniką usuwania ludzi niewygodnych. Pamiętamy wyrafinowany charakter śmieci Litwinienki i wielu innych osób. Można sądzić, że jest tam niejeden oficer Dokuczajew (p. „Najwyższy Czas” nr 17 z 24 IV 2010), gotowy na własną rękę pomóc swemu rządowi w osłabianiu wpływów polskiego nacjonalizmu w Priwislanskim Kraju. Tak starannie dobrany i wcześniej zapowiedziany zestaw czołowych polskich nacjonalistów w jednym pakiecie ‑ to mogła być wymarzona pokusa dla ludzi rozgoryczonych autonomią niedawnego satelity.

 

 

Ten potencjał zagrożeń powinien być dla organizatorów wizyty oczywisty od samego początku. Nie wolno było tworzyć takiej sytuacji, w której mógł się on zmaterializować. Przypomnę przysłowie: Nie leź misiowi do jamy, nawet gdy pozwala. Należało wykluczyć najmniejsze nawet prawdopodobieństwo, aż tak zasadniczej zapaści w relacjach z potężnym i tradycyjnie zachłannym sąsiadem. Decydować się na wyprawę obarczoną tak wielkim ryzykiem było przejawem dziecięcej wprost naiwności polskich elit rządowych i wojskowych. Ludzie rządzący państwem nie powinni mieć odruchów ufnych i prostodusznych, jak harcerz w krótkich spodenkach.

 

 

Powstały już liczne hipotezy na temat natury katastrofy. Być może, jest wśród nich ta prawdziwa. Rzecz jednak w tym, że nigdy nie dowiemy się, która z nich jest tą prawdziwą. Nawet jeśli poseł A. Macierewicz uzyska od Amerykanów fotografie satelitarne katastrofy pod Smoleńskiem o rozdzielczości 10 cm, to i tak pozostanie wiele miejsca na wątpliwości i dowolność interpretacji. Wystarczy sobie przypomnieć katastrofę gibraltarską i śmierć generała Sikorskiego. Minęło blisko 70 lat. Czy znamy prawdę?

 

 

Rozważmy jednak nieprawdopodobny scenariusz wydarzeń, w którym wszystko jest jasne w wersji najgorszej – katastrofa była efektem celowych działań strony rosyjskiej. Przypuśćmy nawet, że rząd rosyjski sam przyzna – tak, był taki Dokuczajew. Co zyskamy poza, być może, korzystną sytuacją moralną na arenie międzynarodowej? (p. J. Giraudoux, „Wojny trojańskiej nie będzie). Czy ukarzemy Rosję, czy pomogą nam w tym NATO, UE, Amerykanie? Wolne żarty, mocium panie. Utrzymywanie takich złudzeń w naszych głowach ‑ to jest właśnie prawdziwy problem Polski po Smoleńsku.

 

 

Czy potrafilibyśmy nadal żyć sobie spokojne, mając tak przerażającą wiedzę? Nie wpędzajmy się więc ponownie w pułapkę daremnego zgrzytania zębami. Przyznajmy sami przed sobą ‑ popełniony został grzech pierworodny. Był to błąd elit politycznych Polski, jej struktur bezpieczeństwa, które dobrodusznie oddały swe losy w ręce politycznego rywala. Taki sens miała wyprawa cudzym środkiem lokomocji na obcy teren w celu niemiłym dla tubylców.

 

 

Nie oszukujmy się też ‑ Rosjanom wcale nie musi teraz zależeć na tym, abyśmy wierzyli, że to był tylko wypadek, a nie wynik działań celowych. To są nasi rywale na politycznej scenie. Nasze polskie nerwy i szarpaniny, wzajemne oskarżenia grup politycznych o brak skuteczności w wyjaśnianiu mechanizmu katastrofy, uporczywość traumatycznych sporów wokół pomnika zabitych osób – są im na rękę, bo osłabiają nasze państwo, a ich dramatyczne przesłanie utrudnia naszym obywatelom kontrolowanie zjawisk najistotniejszych dla trwania naszego państwa: kryzys ekonomiczny i demograficzny, słabość armii, zanik przemysłu, wzrost cen żywności, bezrobocie, emigracja, demoralizacja, ubóstwo, klęski żywiołowe i inne. Mając w ręku całość wiedzy i komplet materiałów dotyczących katastrofy samolotu, przez długie lata będą mogli podgrzewać nasze narodowe emocje, uprzystępniając tę czy inną informację, fragment samolotu, opinię naocznego świadka. Nasi dziennikarze, bezrefleksyjnie pazerni na każdą sensacyjną nowinkę, chętnie to rozpowszechnią dla poprawy sprzedawalności swego medium – gazety czy audycji. Powstał układ polityczny taki, jak imbryk z gorącą wodą nad gazowym płomieniem – wystarczy trochę podkręcić gaz i następuje wrzenie. Opanujmy więc nasze post-smoleńskie traumy, nie ofiarujmy im mechanizmu podkręcania naszych konfliktów, nie dajmy się wpuszczać w te maliny.

 

 

Pretensje o to, co się stało, musimy jako Polacy kierować głównie do siebie, i wysnuć z tego wnioski na przyszłość. Po to Pan Bóg dał nam rozum i wolę. A to znaczy ‑ opanować emocje, zachować proporcje. Zachować dystans względem śledztwa, które będzie długie i nigdy do końca wiarygodne. Godnie upamiętnić Zmarłych i zostawić ten temat w spokoju.

 

 

Trzeba nam skupić uwagę na wzmocnieniu naszego państwa. Wtedy Polska przestanie być pechowcem Europy. Trzeba stworzyć taki system doboru elit władzy, aby były odpowiedzialne, aby były w stanie pobudzić narodową aktywność, pomysłowość i patriotyzm, aby potrafiły unikać fundamentalnych zagrożeń dla państwa. Trzeba do elit władzy wprowadzić ludzi nie tylko uczciwych i przyzwoitych, ale także przezornych, mądrych i z wyobraźnią. To brzmi jak nudny truizm, ale nie istnieje inny sposób prowadzenia państwa w demokracji, niż przez rozumny wybór ludzi zaufania.

 

 

Wiem, że droga do tego wiodłaby przez większościowe wybory ludzi do Sejmu i samorządów. Nie przez wybory list partyjnych, jak przewiduje obecna ordynacja. I tu pojawia się problem nr 2 – jak to w Polsce zmienić? Problem trudniejszy niż katastrofa smoleńska.

 

 

*  Tekst został opublikowany w „Naszej Polsce” nr 36, 7 IX 2010

 

About Andrzej Czachor

fizyk, prof. dr hab. w NCFJ w Świerku, publicysta; od 1995 roku uczestnik Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych