/Polska w 21. roku transformacji ustrojowej

Polska w 21. roku transformacji ustrojowej

Z badań CBOS wynika, że w listopadzie 2008 r. 55 proc. Polaków uważała, że sprawy kraju idą w złym kierunku. Prawie połowa była zdania, że nasza gospodarka znalazła się w kryzysie. Do rekordowo złych nastrojów mieliśmy wiele powodów: słaby złoty, trudności z uzyskaniem kredytu czy zapowiedzi zwolnień. Przyjrzyjmy się zatem skąd się brały te powody.

W 2009 r. wpływ na kształtowanie się sytuacji politycznej w Polsce podobnie jak w 2008 miała głównie koalicja PO-PSL. Ale ze względu na różne skomplikowane rozwiązania prawne opozycja PiS i SLD również odegrała znaczącą rolę. Jaskrawym tego przykładem jest TVP.

Bez debaty publicznej nie może funkcjonować państwo

W czasie trwania negocjacji o wstąpieniu Polski do UE jeden z ministrów rządu Jerzego Buzka namawiał polskich dziennikarzy, by nie przychodzili na konferencje premiera RP, tylko na briefingi szefów obcych rządów. Tam zadawajcie trudne pytania i wywierajcie na nich presję – wzywał. Było to instrumentalne traktowanie mediów, ale miało ono sens. Debata publiczna może istnieć tylko dzięki mediom. Gdy są one słabe, nie ma dyskusji o najważniejszych sprawach dla państwa i narodu.

Znawca mediów Paul Staar, znany amerykański socjolog, wywiadzie dla "Polski The Times" podkreślał, że bez silnej i niezależnej prasy będziemy świadkami nowej ery politycznej i gospodarczej korupcji. Ten czarny scenariusz może sprawdzić się także u nas. Tym bardziej, że pewne zdarzenia muszą niepokoić uważnego obserwatora.

Po przegłosowaniu ustawy o abonamencie przez Parlament, złożeniu skargi przez prezydenta do Trybunału Konstytucyjnego i orzeczeniu przezeń, że jest częściowo niezgodna z konstytucją nastąpiła blokada telewizji. Rok temu mój kolega redakcyjny Andrzej Godlewski tak opisywał panującą tam sytuację:

Pracownicy nie wiedzą, czy jutro mają jeszcze po co przychodzić do pracy, widzowie nie są pewni, czy za tydzień zobaczą swoją ulubioną audycję, a prezes nie wie, czy za trzy miesiące będzie urzędował. Tak nie może funkcjonować profesjonalna telewizja. W takich warunkach musi jednak działać TVP.

Dziś jest gorzej. Sytuacja TVP jest dramatyczna. Pracę straciło 200 osób. Spółka walczy o utrzymanie płynności finansowej. Zarząd tłumaczy konieczność zredukowania budżetów oddziałów regionalnych o sumę od 40 do 50 proc. i obniżenie wynagrodzeń pracowników twórczych i technicznych o 30 proc. w stosunku do zeszłego roku. TVP bez wiedzy i zgody ministra skarbu – właściciela spółki – stara się o kredyt 100 mln zł na bieżące wydatki. Jeśli go nie otrzyma, w marcu pracownicy nie dostaną pensji.

Sprawiedliwość koncesjonowana

Do dziś Sejm nie uchwalił ustawy reprywatyzacyjnej. Polska przez 20 lat nie znalazła więc sposobu by oddać to, co w okresie PRL zostało zabrane prawowitym właścicielom – bez względu na to, kto by nim nie był: Polak czy nie-Polak.

Ale przyglądając się kwestii orzeczenia wybiórczej sprawiedliwości jako przykład muszą być znowu przywołane media, tym razem dotyczy to także tych prywatnych.

Publicysta i dyrektor Ośrodka Monitoringu Wolności Mediów i Prasy Wiktor Świetlik doskonale opisał systematyczne ich osłabianie.

Ostatnie dni dla dużej części dziennikarzy były przypomnieniem, że grozi im nie tylko osławiony paragraf 212 kodeksu karnego, grożący więzieniem za zniesławienie, ale też choćby paragraf 241 grożący tym samym za ujawnienie informacji ze śledztwa.

Jak widać było na przykładzie dwójki dziennikarzy Mariusza Gierszewskiego z Radia Zet i Krzysztofa Skórzyńskiego z TVN 24, prokuratura skwapliwie jest gotowa wykorzystywać ów artykuł. Prawnicy w jednej sprawie są zgodni: orzecznictwo się zmienia. I to nie na lepsze. Jeszcze kilka lat temu tego rodzaju sprawy kończyły się szybkim umorzeniem. Dziś prokuratura – pomimo ognia krytyki, także ze strony prawników – brnie w śledztwo. Ta sprawa wywołała burzę, bo dotyczyła dwóch znanych dziennikarzy z opiniotwórczych, ogólnopolskich mediów. Do tej pory podziały środowiskowe skutecznie przesłaniały to, że wolność słowa ma się coraz gorzej. Dawni liberałowie powtarzali za Wolterem: "Nie zgadzam się z tym, co mówisz, ale jestem gotów zginąć, byś mógł to mówić". Niestety, dzisiejsi ludzie polskich mediów do tej pory dowodzili, że często są raczej gotowi zginąć, aby ktoś nie mógł głosić poglądów, z którymi się nie zgadzają. Zawodowo mają zresztą – trzeba przyznać – spore szanse na to, by wyginąć. Przynajmniej jako niezależni dziennikarze. Dowód? Brak dymisji wiceszefa ABW wykorzystującego informacje z podsłuchu dziennikarzy w swojej prywatnej sprawie. Donald Tusk, choć nie przedstawił żadnych argumentów na obronę ppłk. Jacka Mąki, nie zdymisjonował go. Nie przestraszył się oburzenia mediów i była to trafna kalkulacja, bo nie było ono tak wielkie.

A przecież naprawdę znaki tego, że dziennikarze mają problemy, widać było od dawna. Choćby wtedy, gdy wyszarpywano kamery i przeszukiwano mieszkania dziennikarzom misji specjalnej, gdy aresztowano dziennikarza Wojciecha Sumlińskiego, gdy wokoło wyraziście opozycyjnej "Gazety Polskiej" zaczęło się tyle spraw i dochodzeń prokuratorskich, że można by tym obdarować pół gangu pruszkowskiego. Oczywiście najgłośniejszym obrońcą wolności mediów w dobie rządów PO jest PiS. Problem w tym, że Jarosław Kaczyński jako obrońca dziennikarzy jest wiarygodny jak głodny lis w kurniku. I mowa nie tylko o jego skandalicznych wypowiedziach wobec dziennikarzy pracujących w polskich mediach, których właścicielem jest kapitał zagraniczny. Za rządów PiS pojawiały się plany reform prawa prasowego, które wysokimi karami zmuszałoby wydawców do zaprzestania krytyki polityków. Wolność mediów i PO, i PiS rozumieją tak samo: to wyłącznie wolność do reprezentowania interesów politycznych tych partii. A prokuratury i sądy z kolei, uwzględniając ich aktywność w walce z rozmaitymi dziennikarskimi "naruszeniami", idą im w sukurs.

Co więc nas czeka? Mecenas Artur Wdowczyk, adwokat, który obsługuje dziś dzienniki ogólnopolskie, wymienia cały szereg przepisów, dzięki którym prokuratura może dobrać się do skóry dziennikarzom: oprócz paragrafów 212 (z oskarżenia prywatnego) i 241 dochodzą przepisy o naruszeniu miru domowego czy prawa do prywatności. Już dziś politycy – jak choćby były minister Janusz Kaczmarek – po nie chętnie sięgają. A naprawdę w przypadku osoby publicznej granica między sferą prywatną a publiczną jest nader płynna.

Adwokaci narzekają na brak kompetencji sędziów orzekających w sprawach prasowych, a zarazem mówią o z góry złym nastawieniu do dziennikarzy i mediów. Dziennikarz Leszek Kraskowski został oskarżony przez prezesa sądu w Piotrkowie Trybunalskim o ujawnienie tajemnicy niejawnej rozprawy. Potem okazało się, że dziennikarz otrzymał zgodę na dostęp do akt, a mimo tego śledztwo wciąż nie jest umarzane.

Ale nawet proces cywilny może zabić dziś gazetę. Sumy, które padają w sądach, bywają zawrotne. Janusz Palikot od byłego wydawcy "Dziennika" domagał się 10 milionów. A dla lokalnego wydawcy wystarczy kilkadziesiąt tysięcy złotych, by splajtował, a nawet kilka skutecznie zniechęci go od nadmiernej dociekliwości w przyszłości.

Enigma polityki zagranicznej

Po wyborach w Niemczech i zwycięstwie Angeli Merkel poprawiły się stosunki Polski z Niemcami. Ożywiły się dyskusje i wzajemna współpraca. Nie zmienia to jednak faktu, że szkodliwy, z punktu widzenia geopolitycznego Polski, gazociąg Niemcy nadal budują z Rosją.

Jeśli chodzi o inne kierunki polityczne, a zwłaszcza tzw. Partnerstwo Wschodnie sytuacja jest dużo gorsza.

Tu pozwolę sobie przedstawić opinię jednego z pracowników MSZ, który chce zachować anonimowość. Sądzę jednak, że jego opinia jest ciekawa i warta dyskusji w zamkniętym gronie Stowarzyszenia. Jest to opinia bardzo dyskusyjna. I to, że ją przedstawiam oczywiście nie znaczy, że się z nią w pełni zgadzam. Według oceny tego dyplomaty polska polityka zagraniczna jest dla polskich oligarchów narzędziem do zdobywania kontraktów handlowych:

Partnerstwo Wschodnie stało się tylko wizytówką, którą z gracją rozdaje się na dyplomatycznych konferencjach i bankietach. Aparat polskiego MSZ nie został wyposażony w narzędzia do realizacji tak ambitnego przedsięwzięcia. UKiE po włączeniu do MSZ praktycznie straciło techniczne możliwości, aby zajmować się programami wspierającymi np. reformy sektorowe na Ukrainie czy w Mołdawii. (…) Sprawa jest o tyle istotna, że tylko Polska posiada unikatową wiedzę na temat dostosowywania prawa do wymogów unijnych, czym mogłaby się dzielić ze wschodnimi partnerami. (…) Przerzucając projekt PW na barki brukselskich instytucji Rząd Tuska oddaje inicjatywę biurokracji zdominowanej przez ekspertów z Niemiec, Belgii i Francji. Mimowolne przekazanie inicjatywy do Brukseli okazuje się procesem "topienia" ambitnego programu i wycofywania się Polski, jako regionalnego, strategicznego partnera dla wschodnich sąsiadów.

Mołdawia

W lipcu 2008 roku powołano polsko-mołdawską radę ds. Integracji Europejskiej. Do tej pory nie zdarzyło się na tym polu nic. Nie wiedzieć czemu przeddzień powtórnych wyborów parlamentarnych (w lipcu 2009) Sikorski poleciał do Kiszyniowa i na oczach milionów wyborców w lokalnej TV wsparł rządzących komunistów zapewniając o niezmiennym poparciu ich europejskich aspiracji. Innych wizyt (ekspertów, dyplomatów) ani przedtem, ani potem już nie było. Filozofia zaniechań doprowadziła do utopienia w morzu słów konkretnej inicjatywy, której strukturalną instytucję powołano rok wcześniej.

Białoruś

Kwestia polskiej mniejszości na Białorusi, prześladowanie Związku pod kierownictwem Andżeliki Borys spędzało sen z powiek ekipy Tuska. Problem nie polegał jednak na moralnym i politycznym wsparciu naszych rodaków, ale na konieczności usunięcia przeszkody politycznej, która pozwoli polskiemu biznesowi w interesach z Białorusią. Dla przykładu, największym zamierzeniem inwestycyjnym jest obecnie budowa elektrowni w Zelwie (koło Grodna), którą zainteresowany jest holding Kulczyka. Wicepremier Pawlak zwraca się do Ministra Sikorskiego, aby "jakoś załatwił" trudne sprawy polsko-białoruskie i oczyścił pole dla biznesowych negocjacji. Stąd naciski na MSZ, aby połączyć rzekomo skłócone Związki, być może odsunąć niewygodną Andżelikę Borys i przestać popierać demokratyczne środowiska na Białorusi.

Obcięto pieniądze dla projektu TV BELSAT, zmniejsza się pomoc dla represjonowanych i ich rodzin, ogranicza projekty wydawnicze i edukacyjne. Nie dziwi, więc że rozgoryczone środowiska polskie i demokratyczna opozycja na Białorusi coraz częściej patrzą na Polskę, jako na mało poważnego sojusznika. Coraz częściej kierują oczy w stronę innych państw Unii Europejskiej.

Rosja

Tylko niezorientowany w polityce międzynarodowej czytelnik mógłby sądzić, że ożywione kontakty z Rosją są efektem polskich wysiłków. Jesteśmy dla Moskwy mało ważnym, mało ciekawym i niewiele znaczącym partnerem. Nasze atuty w postaci europejskiej solidarności trzeba zatem osłabić pokazując Niemcom i Francji, albo: 1. że Polska jest rusofobiczna, albo 2. że stoi na przeszkodzie interesom z poważnymi aktorami w Europie.

Dlatego Minister Ławrow rozpoczyna serię spotkań, udaje wobec Brukseli, że dogaduje się z Polską, wykorzystuje Warszawę do zmniejszenia chwilowej izolacji Moskwy po wydarzeniach w Gruzji. Natomiast zachłyśnięty sukcesami w relacjach z Moskwą Minister Sikorski przełknął nawet gorzką pigułkę, jaką było demonstracyjne nie wpuszczenie go na Kreml, podczas oficjalnej wizyty w Rosji. Gospodarze nie zatroszczyli się, aby w programie dać Ministrowi jakąś formę protokolarnego wsparcia i kiedy kolumna polskich samochodów zajechała pod Twerską bramę żołnierz przegonił delegację jak "burą sukę", nie bacząc na kolumnę oficjalnych samochodów przystrojonych biało-czerwoną flagą. Tak, jakby bronił bram miasta przed kolejną polską "Dymitriadą". Ten nietakt nawet nie został należycie nagłośniony, Minister bladł ze strachu, że dowiedzą się polskie media, ale nie dowiedziały się, wszystko zostało dyskretnie zatuszowane.

Innym razem, gdy w maju br. z polską delegacją uczestników Polsko-Rosyjskiego Forum Dialogu miał jechać wybitny ekspert ds. polityki wschodniej prof. Jan Malicki, nie dano mu wizy to polscy dyplomaci w MSZ z "podkulonymi ogonami" uznali, że strona rosyjska musi mieć jakieś uzasadnione zastrzeżenia do członka delegacji. Pewnie terrorysta, bo z Uniwersytetu im. Piłsudskiego.

Rosyjski Minister SZ Ławrow był przyjmowany w Warszawie we wrześniu ub. roku z największymi honorami (mimo że jeszcze nie opadł bitewny pył po wojnie z Gruzją), ale już polski szef dyplomacji dostał w Moskwie tylko 15 minut audiencji, na szybkie przedstawienie swojemu rosyjskiemu koledze katalogu spraw. Ponieważ Sikorski i jego zastępca nie znają rosyjskiego cała rozmowa z pomocą tłumaczy musiała z pewnością ograniczyć się do kilku protokolarnych uprzejmości.

Ukraina

Nie dziwi to, że wydaje się, iż nie traktują poważnie Sikorskiego w Moskwie, gdyż nawet w Kijowie polskiego Ministra nie chciał widzieć żaden z poważnych polityków. Podczas wizyty oficjalnej w styczniu 2009 roku, w ostatniej chwili Prezydent, Premier i lider opozycji Janukowicz zgodnie zrezygnowali ze spotkań z szefem polskiej dyplomacji. Nietakt? Nie, po prostu chłodna kalkulacja i gorzka dla Polski świadomość tego, że Polski Minister nie ma wiele do powiedzenia i zaoferowania.

Wypowiedzi Ministra, o tym ile zrobiliśmy dla naszych wschodnich partnerów, wygłoszone podczas konferencji w Fundacji Batorego, należy uznać za dramatyczną próbę ratowania własnej twarzy. Ale faktów nikt nie zmieni. To, czym się chwali Sikorski jest dość miałkie. Opłaty za wizy zmniejszono, gdyż niektóre kraje Unii Europejskiej usilnie nas namawiały do tej inicjatywy. Mały Ruch Graniczny wprowadzano najwolniej jak to tylko można sobie wyobrazić. Po ponad roku od decyzji zaczęły wchodzić w życie umowy, które wcale przecież nie mają rangi traktatów. A kiedy będzie pożądany efekt dla mieszkańców rejonów przygranicznych? Trzeba zapytać konsulów w przygranicznych urzędach. Nie wiadomo czy znajdą czas na rozmowę, gdyż muszą obsługiwać wielotysięczne kolejki aplikujących o wizy i Karty Polaka. MSZ nie ma sił i środków, aby poradzić sobie z prostym problemem obsługi petentów.

Granica polsko-ukraińska, z jej kolejkami i upokorzeniami, musi być taka, jaka jest gdyż to akurat nie wchodzi w obszar zainteresowań polskich oligarchów i ich zaufanych przyjaciół w Warszawie.

Obrona

Trochę lepiej na tym tle ma się sytuacja w armii. Pozytywnym przedsięwzięciem jest uzawodowienie polskiego wojska. Można różnie ten proces oceniać. Ale nie ma wątpliwości, że zbliży on nas do standardów Sojuszu NATO. Dziś liczy się bowiem nowoczesna, dobrze wyszkolona armia.

Polscy żołnierze obecni są na misji w Afganistanie. I moim zdaniem brakuje w Polsce jednoznacznego ich wsparcia duchowego i materialnego. Polacy są mocno podzieleni co do sensu tej wojny, co wykazują badania opinii publicznej CBOS z września 2009. Aż 76 proc. wyraża dezaprobatę dla tej misji.

Polityka społeczna

Natomiast od zawsze Polacy zainteresowani są polityką społeczną. To kryterium wydaje się być najczęściej brane pod uwagę w wyborach. Zapowiedź reformy rolniczych ubezpieczeń KRUS przez PO, jeśli wierzyć badaniom, pozwoliła jej zdobyć olbrzymią część wyborców. Bowiem fakt, że wielu rolników nie płaci podatków jest oczywiście sprzeczny z konstytucyjną zasadą równości wobec prawa. I jest kolejnym elementem, który sprawia iż państwo polskie jest niesprawiedliwe.

Podobnie niesprawiedliwy jest system emerytalny, który jest oparty na bieżących środkach z podatków. W 2009 roku dowiedzieliśmy się więcej na temat kondycji systemu emerytalnego. Przytoczę opinię eksperta, ekonomisty, byłego wiceministra finansów dra Cezarego Mecha (całość dostępna jest na stronie www.obserwatorfinansowy.pl).

Pod koniec ubiegłego roku ZUS ujawnił, że na kontach emerytalnych pracowników znajduje się 495 mld zł. Jednocześnie wyliczył, że jego zobowiązania z tytułu kapitału początkowego, dotyczące 7 mln ubezpieczonych z 11 mln uprawnionych, wynoszą 1 bln 270 mld, czyli ok. 100 proc. PKB. Jeśli dodamy kwoty z kont do sumy kapitału początkowego, to dług ZUS, który nie ma pokrycia w aktywach, wyniesie 1 bilion 765 mld zł, a więc prawie trzykrotnie więcej od oficjalnego długu budżetu państwa. Ciężar spłaty tego długu spada na przyszłych podatników.

Zobowiązania te nie obejmują całości kapitału początkowego wszystkich uprawnionych ani tych, którzy aktualnie pobierają emerytury w starym systemie. Te zobowiązanie są również bilionowe. Ponadto jedynie z powodów starzenia się naszego społeczeństwa należy oczekiwać konieczności zwiększenia podaży usług medycznych o 3 proc. rocznie. Wydatki na osoby starsze są 4 razy większe od wydatków na młodych, przy czym 2,5 razy większe na usługi ze strony lekarzy, 3 razy większe na lekarstwa, 4 razy większe na świadczenia szpitalne, 10 razy większe na opiekę nad chorym w domu i aż 30 razy większe na opiekę pielęgniarską.

Na świecie analizowane są różne działania wspierające finanse publiczne, polegające na wsparciu rodzin. Bo gdy rodzi się dziecko, w rodzinie koszty utrzymania wzrastają średnio o 30 proc. Kraje, które są skuteczne w kreowaniu polityki prorodzinnej i mają prostą zastępowalność (Francja i kraje nordyckie), wprowadziły skuteczne pakiety prorodzinne – wynoszą one 3-4 proc. PKB bezpośredniego wsparcia dla rodzin. Według raportów unijnych Polska najgorzej dba o rodzinę i dzieci. Na pomoc społeczną i świadczenia rodzinne wydajemy rocznie tylko 0,8 proc. naszego PKB, trzy razy mniej niż przeciętny kraj członkowski.

A sytuacja demograficzna w naszym kraju jest zła. W 2007 r. żyło 38,116 mln obywateli, ale do 2030 roku ich liczba spadnie o 1,5 mln, a do 2050 r. – aż o 6 mln osób. Jednocześnie silnie zmieni się struktura wieku. Liczba osób w wieku emerytalnym zwiększy się o ponad połowę w 2030 r. i podwoi się po 2050 roku.

Główną przyczyną starzenia się społeczeństw jest wzrastająca długość życia w powiązaniu ze spadkiem dzietności, z przeciętnie 4,3 dzieci na jedną kobietę w 1970 r. do 2 w 2050 roku. W Polsce wskaźnik ten jest dramatycznie niski, gdyż wynosi ok. 1,3.

W krajach OECD w 1980 r. na jednego emeryta przypadało 5 pracujących, w 2050 r. pracujących będzie zaledwie 2. W Polsce na skutek jednoczesnego spadku liczby osób w wieku produkcyjnym i szybkiego przyrostu osób w wieku emerytalnym liczba pracujących w wieku produkcyjnym przypadająca na jedną osobę w wieku emerytalnym spadnie z poziomu 2,68 w 2007 r. do zaledwie 1,46  już w 2030 roku.

W efekcie stoimy w obliczu kryzysu systemu zabezpieczenia emerytalnego i zdrowotnego. Reforma systemu zdrowia się nie udała.

JOW

Myślę, że warto wspomnieć, w jaki sposób politycy posługują się bardzo nośnym, coraz powszechniej rozumianym i jedynym postulatem, który może rozpocząć prawdziwe zmiany w Polsce. Postulatem wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych.

Po 100 dniach swojego urzędowania 24 lutego 2008 r. na specjalnej konferencji prasowej premier Donald Tusk i jego ówczesny sekretarz stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów Sławomir Nowak przedstawił plany rządu na jak to mówiono 300, 1000 i 3000 dni. Znalazło się w nich wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych.

Po prawie dwóch latach o JOW zaledwie do Senatu zaczęła mówić partia braci Kaczyńskich.

Moim zdaniem jest to osiągnięcie Ruchu na rzecz JOW, który systematycznie wymusza na politykach wypowiadanie tego rodzaju obietnic. Bowiem postulat JOW staje się coraz bardziej popularny.

Z przedstawionego przeze mnie obrazu wyłania się Polska, która wymaga zmian. Ale do ich przeprowadzenia nie są zdolni politycy ani ci, którzy są, ani ci, którzy przyjdą z wyborów w obecnej lub innej formie ordynacji pochodnej od proporcjonalnej. Bowiem ta ordynacja zapewnia władzę liderom partyjnym. Wymowna, w tym właśnie kontekście wydaje mi się decyzja premiera Tuska, który zrezygnował z ubiegania się o urząd prezydenta, a postanowił skupić się na przywództwie swojej partii. W ten sposób pokazał gdzie naprawdę znajduje się realna władza.

Pozwolę sobie na koniec wypowiedzieć głośno opinię, jak sądzę wszystkich, wszystkich zwolenników JOW. Tę tragiczną sytuację, w której znajduje się Polska od ponad dekady, może zmienić wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych i ordynacji większościowej w jej czystej postaci.