Po II wojnie światowej społeczeństwo polskie znalazło się wbrew własnej woli, decyzją zwycięskich sojuszników wojennych, w nowych warunkach życia politycznego, gospodarczego i społecznego. Powojenne skłócenie wśród aliantów i ich „przegrupowanie się” na 2 obozy: zachodni i wschodni, patrząc z perspektywy czasu, dotyczyło zasadniczo ustroju życia gospodarczego.


 

Bowiem życie społeczne narodów czy społeczeństw można co najwyżej kształtować i jest to proces długotrwały realizowany nowymi czasy skutecznie przez mass media. Zaś życie publiczne, a polityczne w szczególności, kształtują, a jest to lub być powinna norma sine qua non, obywatele na bieżąco poprzez swoich reprezentantów głównie do ciał ustawodawczych.

 

 

Nie spotkałem się w swoich długim życiu obywatelskim w PRL-u z informacjami, aby media zza żelaznej kurtyny (RWE itp.) kontakty osobiste między oba obozami ograniczone były do minimum poddawały w wątpliwość zasadniczą wadę ustroju politycznego, jakim była nie obywatelskość państwa demokracji ludowej. Wybory w PRL-u były jak najbardziej demokratyczne, uczestniczyło w nich przecież ponad 90% wyborców!

 

 

Oznaczałoby to, iż mechanizm wybierania swoich przedstawicieli, nadzoru i kontroli nad swymi wybrańcami przez obywateli w państwach demoludów był akceptowalny przez zachodnie demokracje. Sądzę, że nie tylko akceptowalny, co nawet pożądany. Nie ma bowiem bardziej destrukcyjnego mechanizmu rządzenia państwem jak mechanizm nie anglosaski, który jest mechanizmem jednomandatowym. Choć bywają wyjątki.

 

 

Zatem dość łatwo stary mechanizm ludowy tzw. wielomandatowy został z PRL-u skopiowany do III RP bez przeszkód. Oczywiście po małym liftingu, gdyż obowiązkowe kabiny wyborcze i możliwość kandydowania kilku partii były rzeczami nieznanymi w PRL-u. Operacja odbyła się prawdopodobnie pod czułą opieką wielogwiaździstego Wielkiego Brata, rozumianą tak, aby nie było żadnych zmian na tym odcinku. Na odcinku odzyskiwania praw przez ogół obywateli po 1989 roku. Taka opieka prawie nic nie kosztuje – można co najwyżej pogrozić palcem wyróżniającym się jednostkom. Resztę dokonają nowe – stare mass media. Dowodem na to są obecne naciski polityczne nie tylko Komisji Europejskiej, ale i Anglosasów ingerujące w mechanizm wyborczy Rumunii, który jak wiemy w ostatnim czasie skręca zdecydowanie w stronę angielskiego rozwiązania FPTP (jow).[1]

 

 

Zdrowy rozsądek podpowiada nam iż Rumuni winni mieć w Anglosasach sojusznika na tej drodze. A w rzeczywistości jest odwrotnie.

 

 

Czułą dyskretną opiekę mogliśmy zobaczyć na własne oczy nawet w III RP. Było to w 2004 roku, na krótko przed wyborami 2005 roku, gdy opozycyjna wtedy partia (PO) rozpoczęła akcję „4 razy TAK”, ze swoim postulatem dotyczącym wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych do Sejmu. Owa partia po dojściu do władzy zapomniała o tym postulacie i dała kopa w sempiternę 750 tysiącom jej sympatykom, którzy wcześniej podpisali wniosek o przeprowadzenie  referendum ustrojowego. Trzeba być mocno naiwnym, aby posądzać wnioskodawców z PO o działanie z pełną premedytacją, w amoku hipokryzji. Warto przypomnieć słowa, jakie wypowiedział z trybuny sejmowej, w dniu 3 stycznia 2003, ówczesny wicemarszałek Sejmu, przywódca głównej partii opozycyjnej, Donald Tusk.

 

 

Jeśli Polacy dzisiaj tak nisko cenią własne przedstawicielstwo, także naszą Izbę, to nie tylko ze względu na jakość pracy, ale także z tego pierwotnego powodu, jakim jest poczucie niepełnego uczestnictwa, często fałszywego, zafałszowanego uczestnictwa obywateli w akcie wyborczym. Polacy od lat mają przekonanie – i to przekonanie narasta – że dzień, w którym wybierają swoich parlamentarzystów, jest tak naprawdę dniem wielkiego oszustwa polskiego wyborcy przez aparaty partyjne.[2]

 

 

Raczej opiekuńczy mocarny nakaz ręce precz od naszych jow-ów lub bardziej niepolityczno poprawnie nie dla psa nasze jow-y, mieliście ludową demokrację dziadowską to po co Wam nasza.

 

 

Na szczęście psychologia zna prawo a raczej teorię reaktancji Jacka Brehma.

 

 

(…) Podstawowym założeniem tej teorii jest stwierdzenie, że u ludzi występuje bardzo ważna potrzeba – potrzeba wolności. (…) Kiedy nasza wolność wyboru, decydowania jest ograniczona, pojawiają się najpierw negatywne emocje, a następnie uruchamiana zostaje reaktancja – zachowanie dążące do odzyskania tej swobody. (…) przejawem reaktancji jest walka o wolność toczona od wieków przez różne narody, które czują się zagrożone w wolności samostanowienia i decydowania o swoich prawach. Analizując reaktancję z tego punktu widzenia, dostrzeżemy, że jest to potrzeba często przedkładana ponad potrzeby podstawowe człowieka, a jej wyrazem jest poświęcenie, patriotyzm i oddanie (…).[3]

 

 

Sursum corda wolni obywatele!


 

 

 

1. Andrzej Wianecki, http://kapitalizm.republika.pl/populizm.html

2. Tomasz Witkowski, Psycho-manipulacje, Wrocław: Moderator 2004




Dyskusja - 1 komentarz
  1. Tadeusz Browarek

    10. Sie 2012,  godz. 11:40

    Spostrzezenie, ze „demokracja ludowa” jako mechanizm wybierania reprezentacji, nigdy nie byla przez Zachód krytykowana, jest dla mnie odkrywcze. Roznice sa mniejsze, niz Pan pisze. W Polsce Ludowej byly zarejestrowane trzy partie polityczne, a w NRD nawet piec, a wsrod nich CDU!

     

    Teatr wyborczy byl w PRL odgrywany z calym namaszczeniem. Nie tylko frekwencja byla 90%. Komisje wyborcze o 6-ej rano witaly pierwszych wyborcow kwiatami (byly to obowiazkowe gozdziki). Ba, komisja wyborcza fatygowala sie osobiscie do domow wyborcow niepelnosprawnych. Ha!

     

    Dzisiaj teatr wyborczy posluguje sie innym scenariuszem, ale namaszczenie pozostalo. Obywatele podobnie jak w PRL sa pozbawieni biernego prawa wyborczego, a de facto rowniez i czynnego.

     

    Bardzo dziekuje za ten artykul.

     

    Slowniczek Trudniejszych Terminow: „teoria reaktanacji” – pogardliwy stosunek widzow do aktorow w teatrze politycznym marnie odgrywajacych partie polityczne, na dodatek opozycyjne.

    Odpowiedz

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.