Partiokracja… Rządy partii… tak powinien się właściwie nazywać ustrój, w którym żyjemy. To partie polityczne, dzięki budżetowym subwencjom, progom wyborczym i proporcjonalnej ordynacji wybierają posłów. Obywatele pozbawieni są możliwości wskazania konkretnej osoby na liście partyjnej, mogą co najwyżej wskazać preferowanego kandydata bez żadnej siły sprawczej. Jest to dokładne odwzorowanie hasła z czasów słusznie minionych „głosuj bez skreśleń” zakamuflowanego tak, by ludziom wydawało się, że skład Sejmu faktycznie od nich zależy.

Drobna dygresja: niejednokrotnie zdarzało się, że kandydat, który zebrał najwięcej głosów w okręgu odpadał a do Sejmu, sejmiku czy rady miejskiej dostawał się człowiek z najmniejszą liczbą głosów poparcia. Przyczyna tego jest bardzo prosta: ugrupowanie tego pierwszego nie przekroczyło progu wyborczego, a ten drugi miał jedynkę na liście partii, która w skali kraju uzyskała bardzo dobry wynik. Kto chce może sobie poszukać przykładów w internetach, najprościej będzie skonfrontować polityków PO i kandydatów bezpartyjnych reprezentujących niewielkie, lokalne, obywatelskie komitety…

Za każdym razem, kiedy ktoś próbuje odpartyjnić polską politykę i oddać rzeczywistą władzę Obywatelom – czyli sprawić, by artykuł czwarty Konstytucji Rzeczypospolitej przestał być tylko pięknym hasłem na papierze – słyszą argument, że jest to niewykonalne, bo trzeba by zmienić konstytucję, która w art. 96 głosi pkt. 2 stanowi: „Wybory do sejmu są powszechne, równe, bezpośrednie i PROPORCJONALNE oraz odbywają się w głosowaniu tajnym”. Rzekomo proporcjonalność wyborów wymusza partyjne listy. Jest to absolutna nieprawda i zaraz wskażę ordynację, która nie łamie konstytucyjnego zapisu jednocześnie likwidując rzeczone listy.

Jest to tzw. Brytyjska Reprezentacja Proporcjonalna albo inaczej system pojedynczego głosu przechodniego. Jest to najstarsza ordynacja proporcjonalna opracowana przez Thomasa Wrighta Hilla na początku XIX stulecia, która do dziś wykorzystywana jest w wyborach w Irlandii Północnej, Republice Irlandii, w samorządowych wyborach w USA i Australii oraz w wyborach do senatu w tejże samej Australii. W wielkim skrócie polega ona na tym, że spośród zgłoszonych kandydatów wyborcy wskazują tych, których najchętniej widzieliby w parlamencie (radzie czy innym ciele wybieralnym w wyborach powszechnych) oznaczając ich cyframi od najbardziej do najmniej pożądanego. Zwycięzców wskazuje się na podstawie ustalonego wcześniej progu wyborczego, dajmy na to w okręgu dwumandatowym będzie to 40%. Po przeliczeniu głosów kandydat, który próg przekroczył automatycznie zdobył mandat, a drugiego (cały czas mówimy o okręgu dwumandatowym) wyznacza się poprzez wyeliminowanie najsłabszego kandydata (czyli takiego, który uzyskał najmniej jedynek przy swoim nazwisku), a oddane na niego głosy (te z jedynką właśnie) rozdziela się pomiędzy pozostałych kandydatów, kierując się cyfrą dwa przy ich nazwiskach. W systemie tym nie istnieją listy partyjne, udział w wyborach może wziąć każdy, kto spełni określone warunki – na przykład zbierze odpowiednią ilość podpisów.

Proste, skuteczne i co najważniejsze odzwierciedlające preferencje wyborców o wiele lepiej niż system d’Hondta obowiązujący w naszej Ojczyźnie. Dlaczego zatem nikt nie jest zainteresowany wprowadzeniem go? Ano odpowiedź na to pytanie jest prosta – bo partyjni wodzowie straciliby wpływ na swoich żołnierzy, nie mogliby ich szantażować niewpisaniem na listy wyborcze, a przede wszystkim to naród, a nie oni decydowałby o składzie parlamentu. Na to przecież pozwolić nie mogą, nie po to przez lata wygryzali wszystkich konkurentów, by zdobyć najwyższy stołek w partii, żeby teraz nie mieć wpływu na rządy. Władza w rękach obywateli to najczarniejszy sen Tuska (i pełniącej obowiązki Tuska Ewy Kopacz), Kaczyńskiego, Millera, Piechocińskiego, sen gwarantujący im polityczną emeryturę albo, co nie daj Panie Boże, rozliczenie całej dotychczasowej działalności przed surowym obliczem wysokiego sądu…

12 lutego 2015

Źródło: http://artykulczwarty.bloog.pl/id,345793785,title,Pojedynczy-glos-przechodni,index.html

About www.artykulczwarty.pl

Dyskusja - 6 Komentarzy
  1. Ada

    19. Lip 2015,  godz. 11:03

    Małe sprostowanie- drugi akapit ww artukułu i sytuacja kandydata, który miał „jedynkę” sugeruje, że w polskim systemie wyborczym do Sejmu istnieje taki mechamizm jak „miejsca biorące” na listach wyborczych. Zgodnie z Kodeksem Wyborczym mandaty do Sejmu otrzymują Ci kandydaci z list ( list, które przekroczyły próg wyborczy) którzy kolejno otrzymali największą liczbę głosów, bez względu na to, które miejsce na liście otrzymali. Oczywiście kolejność nazwiska na liście nie jest przypadkowa i za nią odpowiada pełnomicnik komitetu partii, co ma służyć umieszczaniu najbardziej rozpoznawalnych postaci na czołowycz miejscach i nie jest to karygodny zabieg, a racjonalny wyborca przed oddaniem głosu powinien i tak zapoznać się z całą kartą do głosowania i oddać głos na w jego mniemaniu swojego najlepszego reprezentanta.
    Takie sytuacje jak opisana w artukule, że ostateczny rozdział mandatów jest pozornie ze szkodą dla jakiegoś kandydata, mogą mieć miejsce, ale dzieją się tylko w takich okręgach, w których kandydat ma bardzo duże poparcie lokalne, a w skali kraju nie jest w stanie uzyskać tych 5% poparcia. Wydaje mi się, że aby unikać takich ewentualnych dysproporcji i bardziej realizować demokrację bezpośrednią, lepiej byłoby obniżyć próg wyborczy, ale to będzie prowadzić do rozdrobnienia sił politycznech w Sejmie. W każdym razie dopracowywanie obecnego systemu proporcjonalnego tak, JOWy nie.

    Odpowiedz

  2. Tomasz Newel

    13. maja 2015,  godz. 10:12

    jestem za!

    Odpowiedz

  3. Wojciech

    13. maja 2015,  godz. 08:26

    Powinniśmy zrobić JOWy takie jak w Australii

    Odpowiedz

  4. W.b'S.

    31. Mar 2015,  godz. 13:50

    Na imieninach u kolegi Józefa, pełnego życiowego optymizmu, usłyszałem taką oto interpretację w temacie ordynacji wyborczych: W spadku po PRL otrzymaliśmy m.in. całkiem sporą grupkę ludzi zatrudnionych w PKW, która nijak nie może się zrestrukturyzować. Są to ciepłe posadki dla różnych osób niereformowalnych, pociotek różnych notabli, sędziów a nawet jakiś habilitantów, którzy prawdopodobnie nie umieją obsługiwać peceta. I oni tworzą tzw. zaporę przed wszelkimi zmianami. Wszystko jedno czy na lepsze czy na gorsze. Politykom to nie przeszkadza a nawet jest na rękę. Jak trudno zaorać ten ugór wiedzą tylko rolnicy lub ogrodnicy.

    Odpowiedz

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.