/PO, Palikot i JOW

PO, Palikot i JOW

W sobotę 2 października pod Salą Kongresową w Warszawie ustawiły się wszystkie telewizje, aby rejestrować wydarzenie polityczne bez precedensu. Jedna ze stacji nawet przeprowadziła transmisję i cała Polska mogła na żywo wysłuchać 15 punktów manifestu (z angielska) a programu (po polsku) Palikota. Zatrzymam się przy drugim z kolei punkcie a pierwszym o fundamentalnym znaczeniu dla jakości polskiej polityki. To po słowach Palikota „jednomandatowe okręgi wyborcze” rozległa się kilkutysięczna burza oklasków. O co chodzi?

 

 

O rzecz prostą jak obręcz koła. Dzięki jednomandatowym okręgom wyborczym (w skrócie JOW), zamiast wybierać bezosobowe twory – partie, wybieramy konkretnego z krwi i kości swojego przedstawiciela. Zwycięstwo partii w takich wyborach jest sumą zwycięstw indywidualnych. Nie ma żadnych przeliczników, kto otrzyma najwięcej głosów ten wygra mandat. To gigantyczna zmiana, bo od ludzi może zależeć polityka. To nie palec wskazujący wodza partyjnego a wyborcze decyzje obywateli będą rozstrzygać o desygnowaniu swych reprezentantów do władzy, która stanie się wreszcie wybierana, a nie dobierana przez partie. JOW może spowodować, że runie, bardzo krytycznie oceniana przez Polaków, machina polityczna, jakże łudząco przypominająca tę, którą przed 1989 rokiem określano hasłem: Rząd rządzi a partia sprawuje kierowniczą rolę.

 

 

Powstaje tylko pytanie zasadnicze, czy Palikot to pic na wodę, fotomontaż, czy zaczyn prawdziwej Partii Obywatelskiej? Pamiętamy dobrze, że Platforma, pożal się Boże obywatelska, od swych pierwszych dni, czyli od 10 lat, głosiła hasło JOW, ale całkowicie nic w tym względzie nie zrobiła. Jak wyraził się jeden z jej byłych działaczy: Obsikaliśmy temat i starczy. Nie dosyć, że obłuda , to jeszcze do tego obrzydliwa.

 


Tekst ukazał się w "Rzeczpospolitej" 11 października 2010