Prawo i Sprawiedliwość podało do wiadomości publicznej swój projekt nowej konstytucji Rzeczypospolitej, a w nim pojawiły się wreszcie długo oczekiwane i stanowiące swoiste tabu słowa "jednomandatowe okręgi wyborcze" (JOW). Są to słowa sprawiające trud nawet najwybitniejszym intelektualistom i profesorom. Często bowiem słyszę jak z ust ludzi wybitnie inteligentnych i wykształconych, nawet w polityce, padają jakieś "jednoosobowe mandaty", "jednookręgowe mandaty", "jednosobowe wybory" itp. Pamiętam, jak przed laty dziennikarka jednej z ważniejszych gazet na polskim rynku zapytała mnie czy JOW oznacza, że każdy będzie miał jeden mandat? Liderzy Prawa i Sprawiedliwości traktowali do tej pory koncepcję JOW z obrzydzeniem dorównującym chyba tylko gorącym uczuciom liderów PSL, z tym że Pawlak i Ska zawsze byli zdania, iż "tisze jediesz, dalsze budiesz" i unikali głośnego wyrażania swoich zapatrywań w tej sprawie. Nie przeszkadza to jednak wcale "działaniom cichym" i dlatego propagandziści PSL w tzw. terenie mają surowy nakaz zwalczania postulatu JOW wszystkimi dostępnymi środkami. I oto te potworne słowa, niczym Deus ex machina, pojawiają się w PiS-owskim projekcie konstytucji! Co więcej, we "Wprowadzeniu" czytamy, że projekt przesądza większościowy charakter systemu wyborczego i wychodzi naprzeciw postulatowi jednomandatowych okręgów…

I w tym miejscu mina nam trochę rzednie, bo okazuje się, że to "wyjście naprzeciw" dotyczy tylko wyborów do Senatu, a wybory do Sejmu mają, po staremu, pozostać "proporcjonalne", cokolwiek to znaczy. (A co to znaczy wiedzą tylko najwięksi Wodzowie i Liderzy, a my możemy się tylko domyślać).

Kto domaga się JOW w wyborach do Senatu?  

Po włoskiej rewolucji ustrojowej, w 1993 roku, gdy Włosi na drodze referendum wymusili na klasie rządzącej wprowadzenie JOW w wyborach parlamentarnych, powstał w Polsce Ruch Obywatelski na rzecz JOW, który w ciągu tych lat zorganizował ponad setkę konferencji, setki odczytów i wykładów, dziesiątki większych i mniejszych manifestacji, wydał wiele broszur, książek i artykułów, domagając się wprowadzenia JOW w wyborach do Sejmu! Do Sejmu, a nie do Senatu czy innych ciał przedstawicielskich. Nie dlatego, że uważamy, że wybory do tych innych ciał przedstawicielskich nie powinny odbywać się w JOW, tylko dlatego, że uważamy te sprawy za mniej istotne, za sprawy na dalszym planie, a za sedno sprawy uważamy wybory do Izby Niższej. Nic mi też nie wiadomo, żeby istniał jakiś inny ruch, który by się domagał zmiany ordynacji wyborczej do Senatu, albo żeby gdzieś podnosiły się głosy w sprawie tego rodzaju reformy. Politycy wszystkich partii już od dawna przekonali Polaków, że Senat jest wprawdzie "izbą wyższą", ale drugorzędną, jego znaczenie dla polityki polskiej jest skromne, a mandaty senatorskie są w istocie niczym więcej niż wygodną synekurą dla zasłużonych partyjniaków. Taki stosunek do Senatu nie jest tylko wynikiem "niskiej świadomości obywatelskiej", lecz osobistą zasługą partyjnych wodzów, którzy przy każdej okazji wypowiadają się o Senacie lekceważąco. Ani jeden szef którejkolwiek partii nie był senatorem, ani senatorowie nigdy nie byli szefami klubów parlamentarnych swoich partii. To dowodzi drugorzędności tego ciała. Dowodzą tego zapowiedzi zlikwidowania Senatu, które zgłaszali zarówno ci, którzy ten Senat wymyślili i przeforsowali w Magdalence i przy Okrągłym Stole – a więc politycy SLD – jak i politycy PO, którzy pod postulatem likwidacji Senatu zebrali nawet prawie milion podpisów! Hasło "JOW w wyborach do Senatu" rzucił przed laty urzędujący jeszcze prezydent Aleksander Kwaśniewski i to najlepiej pokazuje jak lekceważąco i instrumentalnie traktują nasi koryfeusze demokracji a la Okrągły Stół kwestię Senatu i wyborów do niego. A w czym  naszym partyjnym Łaskawcom i Dobrodziejom szkodzi Senat? Przeciwnie, mogą nam nawet zafundować JOW w wyborach do senackiej piaskownicy. Ale od Sejmu – wara!

Wydaje się, że w tej sprawie nasze "siły przewodnie" uzyskały już pełny konsens, ponieważ i Donald Tusk zapowiedział, że ich projekt konstytucji będzie zawierał zapis o JOW w wyborach do Senatu. Nie widać powodu, dla którego na taką zmianę mieliby się nie zgodzić wodzowie pozostałych partii. Można więc uważać, że sprawa ta jest prawie przesądzona, jeśli, naturalnie, dojdzie do zmiany konstytucji. Aczkolwiek absolutnie nic nie stoi na przeszkodzie, żeby JOW do Senatu wprowadzić w dowolnym momencie, tylko po co?

PiS stara się zrobić na nas wrażenie, że dowartościowuje Senat, podnosi jego znaczenie i w ogóle zmienia jego rolę konstytucyjną i ustrojową. Moim zdaniem jest odwrotnie: tak ustawiony Senat byłby jeszcze bardziej zmarginalizowany niż teraz. I nie zmienia tego obrazu propozycja, żeby to nie Marszałek Sejmu lecz Marszałek Senatu był drugą osobą w państwie, a więc pełnił rolę "interreksa" w przypadku opróżnienia fotelu prezydenta. Senat nie uzyskuje bowiem żadnych nowych istotnych uprawnień i będzie tylko bardziej wymyślnym listkiem figowym polskiej demokracji. Rozdzielenie wyborów do Senatu od wyborów do Sejmu wcale nie podniesie roli i znaczenia Senatu lecz odwrotnie: jeszcze bardziej zmniejszy jego wpływ na proces ustawodawczy. Nie podniesie tego znaczenia i wielkie ograniczenie biernego prawa wyborczego do Senatu, a więc wprowadzenie żądania, żeby prawo to przysługiwało jedynie kandydatom mającym za sobą co najmniej 5 lat pełnienia "funkcji publicznej z powołania Prezydenta, Sejmu, Senatu, Rady Ministrów, Premiera, lub funkcji posła, senatora czy samorządowej". Na zwiększenie wagi Senatu wygląda zapis, że to Senat może zawiesić Prezydenta, ale do tego celu musi nie tylko opowiedzieć się za tym 2/3 senatorów, lecz także  wymaga to uprzedniego wniosku 2/3 posłów, co w sumie czyni cały ten zapis jedynie deklaratywnym.

PiS chce, żeby senatorów było tylko 50 i nie wiadomo skąd się ta liczba wzięła? Jest ona równie tajemnicza, jak liczba 100, ale w tym ostatnim przypadku możemy się domyślać, że to "na wzór amerykański", a 100 to ładnie brzmi. Ale dlaczego ładnie brzmi 50? Myślę, że jest to rozumowanie podobne jak wykładnia Donalda Tuska o liczbie 230 posłów. Jak pamiętamy Tusk argumentował, że "wtedy będzie o połowę mniej zła"! Może więc lepiej wykorzenić od razu całe zło, a nie tylko jego połowę?

Propozycja JOW do Senatu wygląda więc na robaka założonego na partyjny haczyk wyborczy. Jarosław Kaczyński dobrze zdaje sobie sprawę ze społecznych oczekiwań i społecznej akceptacji JOW i tym ruchem maskującym chce nas wprowadzić w błąd. Nie jest wykluczone, że może mu się to udać. Mamy w końcu dobitny przykład Rumunów, gdzie partyjniacy oszukali obywateli, przekonując ich, że oni, tak jak ich Prezydent, chcą JOW i dlatego wezwali do bojkotu referendum o JOW w wyborach parlamentarnych! A tu nie ma dwóch zdań: JOW w wyborach do Senatu, to przecież jak najbardziej JOW w wyborach parlamentarnych!

Podobnym "robakiem" jest i postulat zmniejszenia składu Sejmu do 360 posłów. Ruch JOW od lat promuje sprawę JOW organizując konferencje pod hasłem "Poseł z każdego powiatu" – najbliższa taka konferencja zaplanowana jest na początek marca w Suchej Beskidzkiej. Hasło to bardzo się podoba społecznościom samorządowym, bo prawie połowa powiatów w Polsce nie doczekała się jeszcze swojego przedstawiciela w Sejmie. Mamy obecnie 314 powiatów "ziemskich" i 65 miast na prawach powiatu, a zatem liczba 360 wydaje się odpowiadać temu zapotrzebowaniu. Jednak nie doczekają się one swoich posłów, jeśli zostanie wprowadzona zmiana proponowana przez PiS: nadal o tym, kto może zostać posłem decydować będą partyjni wodzowie.

Lech i Jarosław Kaczyńscy od samego początku, od Magdalenki i Okrągłego Stołu stanowczo sprzeciwiali się pomysłowi wyborów w jednomandatowych okręgach wyborczych, przekonując nas, że takie wybory oznaczają zwycięstwo bogaczy – oligarchów, którzy zawłaszczą  parlament. Ten sam pogląd Jarosław Kaczyński przedstawił publicznie jeszcze pod koniec ubiegłego roku. O czym może więc świadczyć wpisanie JOW do ich projektu konstytucji? Czy jest to tylko cyniczna gra wyborcza, czy jakiś przełom w myśleniu lidera PiS? Odpowiedź na to pytanie poznamy niebawem.

Wrocław, 18 stycznia 2010

Skomentuj