/PiS wybrał już większość swoich posłów do przyszłego Sejmu

PiS wybrał już większość swoich posłów do przyszłego Sejmu

Polacy są w sytuacji Murzynów amerykańskich w latach 50. w południowych stanach USA. Mają prawa wyborcze, ale nie mają na kogo głosować, a sami nie mogą kandydować – Stan Tymiński.

Jak potwierdził szef sztabu wyborczego rządzącej partii Prawo i Sprawiedliwość, Joachim Brudziński, zakończono tam tworzenie list wyborczych w poszczególnych okręgach wyborczych do Sejmu. Będą one jeszcze podlegać niewielkim już korektom, przy ostatecznej akceptacji tych list przez kierownictwo partyjne. Tym samym PiS wybrał już większość swoich posłów do przyszłego Sejmu.

Kolejność na liście wyborczej

Tworzenie partyjnych list wyborczych polega bowiem na ustalaniu imiennego składu kandydatów i ich kolejności w każdym z 41. okręgów wyborczych. Decydujące jest ustalenie trzech do czterech pierwszych miejsc oraz ewentualnie miejsca ostatniego, z kluczową rolą miejsca pierwszego. Ta bowiem kolejność przesądza o szansach wyborczych kandydatów w przyszłych wyborach do Sejmu.

Ta decydująca dla przyszłego składu osobowego Sejmu kolejność, wynika ze stosowania stałej logiki głosowania w wyborach w proporcjonalnej ordynacji wyborczej. W tej bowiem ordynacji wyborcy głosują na medialne wizerunki partii politycznych i ich liderów. Nie mają możliwości poznania sylwetek co najmniej stu kilkudziesięciu kandydatów w swoich wielkich, gdyż liczących od 600 tysięcy do 1 mln 600 tysięcy mieszkańców okręgach wyborczych.

Stała logika głosowania polega na tym, że w oparciu o przekaz medialny wyborcy decydują się na wybór którejś z partii politycznych. I tak wybierają partyjną listę wyborczą. Ponieważ, aby głos był ważny, muszą zakreślić któreś z nazwisk na wybranej liście. Zwykle nie znają tam bliżej żadnego z kandydatów lub znają tylko same nazwiska z medialnych przekazów. Czytają więc pierwsze trzy do czterech nazwisk, przerzucają wzrokiem kolejnych kilkanaście i ewentualnie zatrzymują wzrok na ostatnim miejscu. Jeśli znają któreś z nazwisk i dobrze im się kojarzą, to je zakreślają. Jeśli nie, wtedy zakreślają pierwsze nazwisko. Dlatego numer jeden na liście wyborczej ma największe, prawie pewne, szanse wyboru.

Ustalając więc kolejność na liście wyborczej, przesądzono o realnych szansach wyborczych kandydatów PiS i dokonano kluczowego wyboru grona przyszłych posłów.

Działacze partyjni kluczowymi wyborcami

Tworzeniem partyjnych list wyborczych PiS, podobnie jak i wszystkich innych partii, zajmują się działacze partyjni. To oni wysuwają kandydatury i selekcjonują nazwiska kandydatów. I to oni tak naprawdę wybierają posłów.

Ci działacze partyjni to z reguły działacze szczebla wojewódzkiego i centralnego. Krąg kluczowych decydentów partyjnych to grono kluczowych kilkunastu do kilkudziesięciu osób w każdym województwie, a więc w skali kraju kluczowego wyboru kandydatów dokonuje kilkaset osób z każdej partii. Zatem zasadniczego wyboru posłów na Sejm dokonuje w skali kraju około 1000 do 5000 osób. Oczywiście najważniejsze decyzje dotyczące obsady „biorących jedynek” dokonują kierownictwa partyjne, liczące zwykle kilkanaście do kilkudziesięciu osób, z decydującą rolą szefa partii.

To ci ludzie są kluczowymi wyborcami polskich posłów. Od nich zależy, kto rzeczywiście może uczestniczyć w wyborach i z jakimi szansami na mandat poselski. Tak więc o możliwości skorzystania z biernego prawa wyborczego, które jest jednym z podstawowych obywatelskich praw politycznych dla ponad 28 mln Polaków, decyduje do kilku tysięcy osób.

Bierne prawo wyborcze Polaków jest więc fikcją. Polacy są pozbawieni biernego prawa wyborczego zapisanego w Konstytucji. Ordynacja wyborcza jawnie łamie Konstytucję. Prawo obywatelskie polega bowiem na tym, że przysługuje ono każdemu Polakowi, który posiada polskie obywatelstwo i tylko sąd prawomocnym wyrokiem może go tego prawa pozbawić. A to oznacza, że każdy obywatel ma prawo wystawić swoją kandydaturę w wyborach parlamentarnych bez konieczności uzyskiwania zgody od kogokolwiek, a już partii politycznych w szczególności.

W Polsce zaś obywatel nie może kandydować do Sejmu bez wpisania go na partyjną listę wyborczą, a więc bez zaakceptowania jego kandydatury przez kierownictwo partii politycznej. O możliwości skorzystania z konstytucyjnego prawa do kandydowania ponad 28 mln Polaków, decyduje kilka tysięcy działaczy partyjnych, a w ostateczności kilkadziesiąt osób ze ścisłych kierownictw partyjnych. Zamiast demokracji wyborczej, z pełnym prawem do swobodnego kandydowania wszystkich uprawnionych Polaków, mamy ustrój polityczny partyjnej oligarchii wyborczej, w którym o prawie do kandydowania decydują wąskie grona działaczy partyjnych – oligarchie partyjne.

Fasadowe wybory parlamentarne

Za kilka miesięcy odbędą się wybory parlamentarne, w których 30 mln uprawnionych do głosowania Polaków będzie miało prawo wybierać swoich posłów. Problem w tym, że również i czynne prawo wyborcze, obywatelskie prawo wybierania swoich przedstawicieli parlamentarnych, jest istotnie fikcyjne. Polscy wyborcy będą bowiem wybierać spośród już zasadniczo wybranych przez oligarchie partyjne kandydatów. Ich wybór będzie więc w istocie fikcyjny, a sam akt wyborczy będzie fasadą demokracji, skrywającą oligarchiczną treść polityczną. Ta demokracja jest bowiem fasadowa. Wyborcy będą głosować, ale zasadnicze wybory kandydatów zostały już za nich poczynione. Wybiorą spośród tych, których wybrały już oligarchie partii politycznych.

Czynne prawo wyborcze w Polsce jest istotnie fikcyjne. Obywatel wybiera posłów spośród już wyselekcjonowanych i wybranych kandydatów, a decyzje zapadają w drodze nieformalnych przetargów. Kandydatury te pochodzą ze środowiska partyjnego. Baza rekrutacji nazwisk kandydatów jest bardzo wąska. Jeśli największe partie liczą po 30–40 tysięcy członków, to taka jest baza rekrutacyjna kandydatów na listy wyborcze. Reszta obywateli pozostaje poza obszarem kandydowania. Blisko 30 mln obywateli jest formalnie wykluczonych z prawa do faktycznego kandydowania. Realnie zaś dziesiątki tysięcy lokalnych i regionalnych liderów społecznych i politycznych nie ma szans na wejście na krajową scenę polityczną. Nie ma więc możliwości uruchomienia pozytywnej selekcji partyjnych elit władzy. Szerzej zaś, nie ma możliwości uruchomienia pozytywnej selekcji elit władzy publicznej w państwie.

Polacy nie mają swobody kandydowania do parlamentu. Nie ma więc swobody wyboru kandydatów. Nie istnieje zatem czynne prawo wyborcze.

Polscy wyborcy będą równocześnie wybierać same partie polityczne na podstawie ich wizerunków medialnych. Wizerunki medialne bowiem partii politycznych i ich liderów są kryterium ich oceny i podstawą wyboru. Kilkusettysięczne okręgi wyborcze wykluczają bowiem jakąkolwiek rolę informacji pozamedialnej, tak jak choćby w wypadku wyborów wójtów, burmistrzów i prezydentów miast małej i średniej wielkości.

Wizerunki medialne partii i ich liderów są zaś kształtowane i celowo tworzone w medialnym systemie oligopolistycznym. Mamy w nim z jednej strony elektroniczne media rządowe, a z drugiej media antyrządowe rodzimej oligarchii finansowo-politycznej oraz polskojęzyczne media niemieckie. Wyjątek mediów redemptorystów o. ks. Tadeusza Rydzyka, tylko potwierdza ogólną regułę.

Ten oligopol medialny wyklucza całe środowiska polityczne z udziału w krajowej debacie medialnej. Są one cenzurowane prewencyjnie zarówno przez media rządowe, jak i antyrządowe oraz niemieckie. Medialny dostęp do sceny politycznej i konkurencyjnej walki wyborczej uzyskują tylko środowiska i ugrupowania podległe politycznie lub co najwyżej niegroźne politycznie. Wszelkie środowiska i ugrupowania antyoligarchiczne politycznie i patriotyczne są medialnie kasowane.

Publiczna zmowa milczenia

Wydawałoby się, że naruszanie tak podstawowych praw politycznych obywateli, jak bierne i czynne prawo wyborcze, powinno wręcz eksplodować publicznymi i środowiskowymi protestami. Wydawałoby się, że wręcz publiczne kpienie z politycznej demokracji wyborczej w postaci ogłaszania zakończenia tworzenia partyjnych list wyborczych PiS, powinno skutkować gromkim publicznym sprzeciwem wobec tych jawnie antydemokratycznych praktyk ustrojowych. Tymczasem mamy do czynienia z publiczną zmową milczenia. I to od 30 już lat.

Nade wszystko milczą publicyści i dziennikarze, poczynając od tych uważających się za niezależnych w tzw. mediach prawicowych typu „Do Rzeczy”, „W Sieci”, „Gazeta Polska” czy „Warszawska Gazeta”. Ani słowa o ustroju partyjnej oligarchii wyborczej i łamaniu podstawowych praw obywatelskich.

Jeszcze gorzej jest z akademickimi naukami społecznymi, na czele z politologią, które gloryfikują i legitymizują ten oligarchiczny ustrój jako przedstawicielską demokrację polityczną. Z łamania zaś biernego i czynnego prawa obywatelskiego w ramach proporcjonalnej ordynacji wyborczej czynią fundament demokracji liberalnej, gdyż jej rdzeniem ma być tzw. proporcjonalność.

I oczywiście milczą na ten temat główni zainteresowani, czyli partie polityczne startujące w wyborach i ich liderzy.

Niestety, rozum i racjonalność oraz prawda same nie zwyciężają. Muszą mieć swoich wojowników. Ale i sprzyjający zbieg okoliczności. Wojowników się już dość dużo uzbierało przez te ostatnie 30 lat. Musimy jeszcze poczekać na korzystny zbieg okoliczności politycznych. Cierpliwości.

3 lipca 2019

1 036 wyświetlen