Polemika przesłana w dniu 5.03.2009 do Redakcji "Rzeczpospolitej”

W artykule O skutecznym parlamencie ("Rz", 5.03.2009) Radosław Zubek, pracownik naukowy Instytutu Europejskiego w London School of Economics and Political Science, przedstawił wyniki badań politologicznych nad przyczynami słabości legislacyjnej polskiego parlamentu, wyrażającej się m.in. nieprzewidywalnością, irracjonalnością i chaotycznością zmian prawa gospodarczego w szczególności. Z badań tych wynika, że warunki do chaosu decyzyjnego tworzą różnorodne preferencje osób podejmujących decyzje w sprawach skomplikowanych. Ograniczać ten chaos ma uprzywilejowana rola zdyscyplinowanych parlamentarnych klubów partyjnych, a gdy partie polityczne są niespójne, rolę reduktora chaosu pełnią reguły proceduralne w postaci np. restrykcyjnych zasad dotyczących zgłaszania poprawek itp. Analizując te dwa warunki ograniczania chaosu i irracjonalności w pracy polskiego parlamentu, autor dochodzi do wniosku, iż Polska nie ma stabilnych partii, a kluby parlamentarne pozostawiają posłom dużo swobody, zaś reguły proceduralne są liberalne. Stąd też konkluzja, iż alternatywnie należy wzmocnić pozycję rządu i ograniczyć swobodę legislacyjną posłów lub wzmocnić koordynacyjną rolę klubów parlamentarnych, co wszakże związane jest z istnieniem silnych partii.

Ale jakie właściwie jest pytanie?
Ten tekst jest o tyle interesujący intelektualnie, iż obrazuje stan polskich nauk zajmujących się polityką i procesami politycznymi oraz sposób podejmowania przez nie problemów polskiej polityki. W większości publicznych wypowiedzi politolodzy i socjolodzy polityki analizując polską scenę polityczną, sposób funkcjonowania polskich partii politycznych i parlamentu zajmują się nie tylko drugorzędnymi czy jeszcze dalszymi problemami procesów politycznych, ale nawet te ujmują zwykle w kategoriach pozanaukowych i często spekulatywnych. Nie stawiają fundamentalnych pytań bez których nie ma fundamentalnych odpowiedzi. Nie analizują obiektywnych struktur socjopolitycznych i ich przyczynowo-skutkowych związków oraz socjopolitycznych uwarunkowań funkcjonowania polskiego systemu medialnego. Nie badają prawidłowości i tendencji w procesach politycznych trwających w Polsce już od 20 lat. Pomijają wręcz milczeniem kluczowe, a niewygodne w analizie naukowej fundamentalne politycznie fakty i zdarzenia. Zamiast tego mamy powierzchowny opis i spekulacje z obszarów ocierających się często co najwyżej o psychologię społeczną. I otrzymujemy równie powierzchowne wnioski i spekulacje sprowadzające się w gruncie rzeczy do analiz w kategoriach indywidualnych osobliwości, psychologicznych refleksji, przypadkowych rozstrzygnięć i estetycznych stylów. Żadnych struktur, żadnych procesów, żadnych prawidłowości i żadnych tendencji.

Dlatego analizując artykuł R. Zubka pisany w ramach takiej właśnie konwencji, należy zacząć od pytania o co właściwie chodziło autorowi? Czyli jakie jest właściwie pytanie badawcze? Sam bowiem sposób sformułowania głównego pytania przez Obserwatorium Środkowoeuropejskie finansowane przez program Ernst & Young – Sprawne Państwo, utrudnia zrozumienie sensu badań. O co właściwie pytali autorzy badań? O różnorodność preferencji osób podejmujących decyzje legislacyjne w polskim parlamencie i powody chaosu merytorycznego, jako przyczyny nieprzewidywalności i irracjonalności, czy może o przyczyny niskiej jakości pracy polskiego parlamentu i jego niską skuteczność legislacyjną? Sądząc po sposobnie udzielania odpowiedzi pytanie brzmieć powinno – jakie są przyczyny niskiej jakości pracy polskiego parlamentu? Jeśli to pytanie intelektualnie rozmyjemy, tak jak to właśnie uczynili autorzy badań i sam autor artykułu, to i odpowiedź będzie niejasna i trudna do zobiektywizowania naukowego.

Pytanie o polskie elity polityczne
Jeśli więc pytamy o jakość pracy polskiego parlamentu, a szczególności Sejmu jako głównego ciała ustawodawczego, to nie możemy najpierw nie zapytać o jakość stanowiących o jego pracy parlamentarzystów i ich grup, kręgów oraz klubów parlamentarnych. Dopiero po zanalizowaniu pytania o jakość polskich elit politycznych zasiadających w parlamencie i odpowiedzi, iż to nie ich jakość pracy decyduje o niskiej jakości pracy parlamentu, możemy się pokusić o dalsze dociekania, w tym o rolę procedur parlamentarnych. O dziwo R. Zubek i autorzy badań nie odważyli się nawet zadać takiego pytania.

O jakości polskich elit parlamentarnych zaświadczają zarówno ich empirycznie publiczne zachowania polityczne, jak i jakość pracy ustawodawczej. Nie sposób przyjąć wytłumaczenia, iż wysokiej klasy elity polityczne pozwoliłyby na istnienie procedur parlamentarnych niszczących wysoką jakość ich pracy, tak jak nie sposób przyjąć, że zapis w nowelizacji kodeksu pracy zobowiązujący każdą firmę do zatrudniania strażaka, wynikał z różnorodności preferencji czy to politycznych, czy to merytorycznych samych parlamentarzystów. Również zachowania publiczne obserwowane w mediach wskazują na niską jakość intelektualną i ideową elit parlamentarnych. O niskiej jakości intelektualnej świadczy niezdolność do merytorycznych wypowiedzi na kluczowe problemy kraju i niezdolność do strukturyzacji myślowej problematyki, a w konsekwencji tabloidalne wypowiedzi na drugorzędne kwestie. O niskiej jakości ideowej zaś świadczy niezdolność do stawiania problemów w kategoriach racji stanu państwa i długofalowych interesów narodowych i cywilizacyjnych kraju. A porównując pierwszy parlament wyłoniony w wolnych wyborach w 1991 roku z następnymi, sytuacja wydaje się wyraźnie pogarszać, a nie polepszać. Nie ma więc co mówić o niedojrzałości polskiej demokracji, gdyż dojrzewanie jej wyraźnie szkodzi.

Warto też zwrócić uwagę, że autor nie dostrzega, i to z poziomu potocznej i powszechnie dostępnej wiedzy, faktu zjawisk korupcji w polskich partiach politycznych. Jest rzeczą zdumiewającą, jak po tzw. aferze Rywina czy ujawnionych wypowiedziach na temat prywatyzacji szpitali byłej posłanki Sawickiej, można nie brać pod uwagę roli korupcji, tak finansowej, jak i politycznej, w irracjonalności i nieprzewidywalności decyzji legislacyjnych polskiego parlamentu. Dodajmy, że po dziś dzień politolodzy i socjolodzy polityki zajmujący się polskim życiem politycznym nie ustosunkowali się do raportu Banku Światowego z 1999 roku, stwierdzającego kupowanie ustaw w Sejmie za 3 mln dolarów, a ich blokowanie za 0,5 mln ("Rz", 10.11.2000), a szczególnie braku reakcji na ten raport ze strony instytucji państwowych.

Pytania o wyłanianie elit politycznych
Skąd się więc biorą coraz niższej jakości intelektualnej i ideowej elity polityczne polskiego parlamentu? Są one bowiem wyłaniane, tak jak w każdym demokratycznym państwie, w drodze powszechnych i wolnych wyborów parlamentarnych. Albo więc wyborcy wybierają coraz gorszych kandydatów spośród o wiele lepszych, a być może również większość wyborców reprezentuje coraz niższy poziom intelektualny i ideowy w wyniku obiektywnych procesów społeczno-kulturowych ostatnich 20 lat, albo wyborcy nie mają lepszego wyboru, gdyż kandydują coraz gorsi potencjalni parlamentarzyści.

Aby odpowiedzieć na to pytanie trzeba przeanalizować sposób wybierania przede wszystkim polskich posłów. Ten sposób wybierania nazywany jest oczywiście ordynacją wyborczą, której to roli autorzy badań nawet nie wzięli pod uwagę. Obowiązująca zaś w Polsce tzw. proporcjonalna ordynacja wyborcza, w przeciwieństwie do ordynacji większościowej, funkcjonującej w formule jednomandatowych okręgów wyborczych choćby na terenie brytyjskiego obszaru działania London School of Economics, pozwala wybierać posłów spośród kandydatów umieszczonych przez kierownictwa partii na listach partyjnych. To więc wyborcy wybierają już tylko spośród wcześniej wybranych. Zasadniczej selekcji polskich elit politycznych dokonuje nie społeczność wyborców, jak choćby w Wielkiej Brytanii, lecz dokonują jej kierownictwa wcześniej wyłonionych elit partyjnych, a cofając się wstecz należałoby ostatecznie dojść do elit politycznych wyłonionych umową tzw. Okrągłego Stołu. Nawet trzech kolejnych prezydentów polskich wyłoniły pośrednio obrady Okrągłego Stołu. Jest to wynikiem tego, iż ordynacja proporcjonalna ma tendencję do samoreprodukcji klasy politycznej, co określane jest przez politologów jako niski poziom alternacji władzy, acz o dziwo w kontekście polskim się o tym milczy.

Dodajmy przy okazji, iż ordynacja proporcjonalna rażąco narusza bierne prawo wyborcze polskich obywateli, gdyż nie mogą oni być wybierani, tak jak choćby w Wielkiej Brytanii, ale też we Francji czy Niemczech, bez pośrednictwa i zgody kierownictw partii politycznych. Nasi obrońcy praw człowieka i rzecznicy praw obywatelskich oraz konstytucjonaliści nie są w stanie dostrzec tej istotnej ułomności łamiącej dyskretnie Konstytucję.

Inną poważną konsekwencją ordynacji proporcjonalnej, i to o charakterze prawidłowości socjologicznej czy też socjopolitycznej, jest sformułowany po raz pierwszy przez Fredericka Forsytha związek przyczynowo-skutkowy pomiędzy bezpośrednią zależnością posła od wyborcy a skłonnością posła, a w moim przekonaniu każdego przedstawiciela władzy politycznej w państwie, do korupcji. Bez takiej bezpośredniej zależności czyli permanentnej i ścisłej odpowiedzialności wobec wyborców, tworzy się poczucie bezkarności i arogancja władzy, która prowadzi do korupcji. A nie ma jej w ordynacji proporcjonalnej, gdzie obowiązuje lojalność wobec kierownictwa swej partii. Kierownictwa partyjne zaś – pisał F. Forsyth – raczej nie wysunie kogoś, kto nie będzie bezwarunkowo posłuszny partii i lojalny wobec partii bez najmniejszych wątpliwości. W grę wchodzi tu zresztą także lojalność wobec własnej kariery, gdyż posłuszeństwo jest kluczem do otrzymania dobrze rokującego miejsca na liście. W ten sposób wodzowie zawłaszczyli sobie aparat partyjny, który przeszedł na ich osobisty użytek. Mamy więc władzę trwałą i absolutną. A władza trwała i absolutna prowadzi do przekazywania sobie pieniędzy w Szwajcarii.

Pytania o polską politologię
Kolejne pytania dotyczą tego, dlaczego przez 20 już blisko lat polskie nauki polityczne nie są w stanie dostrzec ani fundamentalnych problemów polskiego życia politycznego, ani ich intelektualnie objaśniać. A przecież fundamentalna rola choćby ordynacji wyborczej dla każdej demokracji, nie jest żadnym nowatorskim odkryciem naukowym. Jest to teza znana w europejskich naukach społecznych, by wspomnieć analizę światowej sławy filozofa społecznego Jose Orteg’i y Gassett’a, z jego Buntu masZdrowie demokracji, każdego typu i każdego stopnia, zależy od jednego drobnego szczegółu technicznego, a mianowicie: procedury wyborczej. Cała reszta to sprawy drugorzędne. Jeśli system wyborów działa skutecznie, jeśli dostosowuje się do wymogów rzeczywistości, to wszystko jest w porządku, natomiast jeśli tego nie robi, to demokracja zaczyna się walić, chociażby cała reszta działała bez zarzutu (…). Instytucje demokratyczne nie oparte na autentycznych wyborach są niczym.

Jeszcze bardziej zdumiewające jest nieuwzględnianie prawa Duvergera, sformułowanego w latach 50. ubiegłego wieku przez Maurice Duvergera, a mówiącego iż wybory większościowe większością względną zasadniczo prowadzą do systemu dwupartyjnego z dwoma silnymi partiami. Wystarczy zresztą dość proste skojarzenie systemu dwupartyjnego Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych z ich systemami wyborczymi, aby rozpocząć przynajmniej refleksję nad ewentualnymi związkami przyczynowo-skutkowymi. Tymczasem R. Zubek nie zauważa nawet związku słabości partii francuskich w okresie IV Republiki i siły partii francuskich w okresie V Republiki, z przeprowadzoną przez prezydenta Francji generała Charlesa de Gaulle’a zmianą ordynacji wyborczej i wprowadzeniem ordynacji większościowej w 1958 roku w miejsce ordynacji proporcjonalnej.

Przyczyny tego naukowego niewidzenia, w naukowym widzeniu polskich nauk politycznych, są bez wątpienia skomplikowane i być może program Ernst & Young – Sprawne Państwo sfinansuje w przyszłości na ten temat badania z zakresu socjologii i polityki nauki. Moja zaś mocna hipoteza badawcza osadzona na gruncie długoletniej obserwacji uczestniczącej na kilku, zwłaszcza państwowych, uczelniach wyższych brzmi, iż to niewidzenie jest wynikiem dominującej tam ideologii elitaryzmu politycznego, wspartej skrajną poprawnością polityczną i lojalnością w myśleniu wobec elit wszelkiej władzy politycznej, a mającą korzenie jeszcze w Polsce Ludowej. W tej ideologii demokracja jest tylko procedurą techniczną umożliwiającą i legitymizującą władzę elit politycznych, a wyborcy czyli większość społeczeństwa, to faktyczny przedmiot polityki elit i mediów. Ta ideologia umożliwia pozytywne przeżywanie przez znaczącą część środowisk naukowych zarówno swego elitarnego dystansu wobec podstawowych grup społecznych i swych antyrepublikańskich postaw, jak i zasadniczego dystansu wobec rzeczywistości procesów politycznych, niedostrzeganych w politologicznym widzeniu polskiej polityki.

*Autor jest doktorem nauk humanistycznych, pracownikiem Katedry Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Małopolskiej Wyższej Szkoły Zawodowej w Krakowie. Tekst przedstawia wyniki własnych badań autora sfinansowanych z jego dochodów osobistych.

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.