Po bardzo dobrym wyniku w wyborach prezydenckich Pawła Kukiza pod jedynym postulatem wprowadzenia na wzór brytyjski 460 JOW-ów w wyborach do Sejmu, polscy politycy, publicyści i politolodzy, zaczęli podnosić sprawę ewentualnej zmiany polskiej ordynacji proporcjonalnej na niemiecką ordynację nazywaną przez nich „mieszaną”. To pozytywne zainteresowanie nie jest nieprzypadkowe, gdyż ordynacja ta zabezpiecza ich dalszą egzystencję na polskiej scenie politycznej. I w wypadku sukcesu referendum 6 września br. jej ewentualne wprowadzenie jako realizacji postulatu JOW-ów w wyborach do Sejmu, pozwoli polskiej klasie politycznej i elitom władzy nadal występować w roli suwerena państwa polskiego.

Mieszana ordynacja wyborcza do Bundestagu

Niemiecka ordynacja wyborcza do Bundestagu, jako niższej izby parlamentu, nazywana jest mieszaną, ponieważ łączy w sobie ordynację większościową z głosowaniem w jednomandatowych okręgach wyborczych, z ordynacją proporcjonalną z głosowaniem na wielomandatowe listy partyjne. Połowa posłów niemieckich wybierana jest w okręgach jednomandatowych, a połowa proporcjonalnie z list partyjnych z 5% progiem wyborczym.

Niemiecki wyborca ma do dyspozycji dwa głosy do głosowania. Głos pierwszy, pierwotny, głosujący oddaje listę imienną kandydatów w poszczególnych 299 okręgach wyborczych, liczących z reguły powyżej 200 tys. wyborców. Głos drugi, wtórny, głosujący oddaje na bezimienną listę partii politycznych w poszczególnych 16-wielomandatowych okręgach regionalnych, jakim są niemieckie landy, jako kraje związkowe.

Ilustruje to poniższy rysunek karty do głosowania i efektów tego głosowania.

Błasiak_referat

Niemiecka reguła rozstrzygająca

Na imiennej liście kandydatów w JOW-ach umieszczane są nazwiska kandydatów zgłoszone przez partie polityczne lub kandydatów zgłoszonych niezależnie, choć w Niemczech szanse kandydata bezpartyjnego są w praktyce zerowe. Aby móc kandydować w JOW-ach, wystarczy przedstawić kandydaturę popartą 200 podpisami mieszkańców danego okręgu. Ale, aby móc kandydować z ramienia partii politycznej, kandydat musi zostać zatwierdzony w tajnym głosowaniu członków lub delegatów partii danego okręgu wyborczego.

Na partyjnej liście umieszcza się tylko nazwy partii politycznych, zaś sama partia ustala listę swoich kandydatów na poziomie 16 landów. Trzeba zdobyć pod nią w praktyce około 2 tys. podpisów poparcia w danym landzie. Kolejność na takiej liście decyduje o szansach zostania posłem. Wyborca oddając głos na partie nie wie w praktyce na kogo imiennie głosuje.

W sposobie przeliczania głosów na mandaty czyli regule rozstrzygającej, kluczową rolę odgrywa głos drugi oddany na partie polityczne. Na podstawie sumy drugich głosów rozdziela się metodą Hare’a-Niemeyera miejsca między partiami, które przekroczyły próg wyborczy 5% lub zdobyły przynajmniej 3 miejsca imienne w JOW-ach.

To drugi głos decyduje w praktyce o składzie politycznym Bundestagu, gdyż procentowo określa udział poszczególnych partii w liczbie przyznanych mandatów.

Po ustaleniu liczby miejsc w Bundestagu, przypadających każdej partii na podstawie drugiego partyjnego głosu, przelicza się dopiero mandaty imienne zdobyte na podstawie pierwszego głosu. Rozlicza się je wszakże partyjnie na podstawie sumy drugich głosów.

Jeśli liczba mandatów z listy danej partyjnej, jest równa liczbie mandatów zdobytych w JOW-ach przez kandydatów tej partii, to oni wypełniają miejsca partyjne w Bundestagu.

Jeśli ta liczba miejsc partyjnych jest większa niż liczba miejsc z JOW-ów, to partyjni kandydaci z JOW-ów są dopełniani kandydatami według kolejności listy partyjnej.

Jeśli natomiast liczba miejsc partyjnych jest mniejsza niż liczba miejsc z JOW-ów, to oprócz liczby miejsc zgodnie z procentem oddanych głosów na partię, wchodzą dodatkowo kandydaci z JOW-ów.

Tworzy to specyficzne dla Bundestagu zjawisko tzw. mandatów nadwyżkowych. Stąd liczba posłów w Bundestagu jest z reguły zmienna, gdyż na ogół jest około dwudziestu mandatów nadwyżkowych ponad przewidzianą liczbą 598 posłów.

Ordynacja mieszana jako ordynacja proporcjonalna

Ten sposób przeliczania głosów na mandaty, czyli najważniejsza dla każdego ustroju politycznego reguła rozstrzygająca, decyduje o tym, iż nie jest to system proporcjonalno-większościowy czyli mieszany, lecz jest to system w istocie proporcjonalny. I tak jest zresztą nazywany w literaturze politologicznej. Dla jego dookreślenia używana jest nazwa „spersonifikowany system proporcjonalny” (A. Antoszewski, R. Herbut, „Systemy polityczne współczesnej Europy”, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2006, s. 205).

Jest to spersonifikowany system proporcjonalny, a nie klasyczny system mieszany, jaki występuje np. na Węgrzech, gdzie 106 posłów wybiera się w JOW-ach, a 96 w głosowaniu proporcjonalnym. W systemie węgierskim, zwanym „segmentowym”, w segmencie JOW-ów i w segmencie proporcjonalnym wybiera się posłów niezależnie od drugiego segmentu. W Niemczech jest to system proporcjonalny, gdyż wybory w JOW-ach zostają podporządkowane partyjnym wyborom proporcjonalnym.

To podporządkowanie jest podwójne. Po pierwsze, samodzielny start kandydatów bezpartyjnych ma małe szanse na sukces, ze względu na duże okręgi wyborcze, liczące około 200 tys. wyborców. Pozwala to partiom politycznym w praktyce na zdominowanie wyborów w okręgach jednomandatowych. Po drugie zaś, to głosy drugie oddane na partie decydują o politycznym składzie Bundestagu, a JOW-y- są ich spersonifikowanym dopełnieniem. Jak to ujął Zdzisław Ilski, „Niemiecka ordynacja silnie upartyjnia wybory, także te z JOW-ów” (Z. Ilski, „Proporcjonalny i ściśle partyjny system wyborczy, jaki obowiązuje w Niemczech, chroni klasę polityczną”, „Uważam Rze”, 23.09.2013).

Partyjna praktyka wyborcza

W praktyce niemieccy politycy kandyduję równolegle i w okręgach jednomandatowych, i z lit partyjnych. Gdy nie dostają się do Bundestagu z okręgu JOW, odpowiednio wysokie miejsce na landowej liście partyjnej gwarantują im miejsce poselskie, a w istocie pozostawanie na scenie politycznej Niemiec. Jak to podsumował Z. Ilski, „Proporcjonalny i ściśle partyjny niemiecki system wyborczy chroni klasę polityczną…” (Z. Ilski, 2013).

Prof. Edward Klimczak z Uniwersytetu Berlińskiego, tak ongiś podsumował niemiecką ordynację mieszaną:

„Jak wiadomo, połowa deputowanych do Bundestagu wybierana jest w JOW, a połowa wchodzi do Bundestagu z tzw. partyjnych list poszczególnych landów, tzn. zupełnie otwarcie z partyjnej nominacji, która całkowicie zależna jest od układów, koterii i znajomości. Tutaj wyborca nie ma zupełnie nic do powiedzenia. Może tylko tzw. drugim głosem zmienić ilość posłów jednej partii na korzyść innej. Nie ma żadnego wpływu na wybór lub porażkę partyjnego kierownictwa, które zapewnia sobie pierwsze miejsca na krajowych czy też landowych listach.

Trick polega na tym, że partyjni przywódcy startują najpierw w jednomandatowych okręgach wyborczych. Jeśli jednak nie zdołają otrzymać relatywnej większości głosów w swoim okręgu, to, otrzymawszy najlepsze miejsca na partyjnych listach landowych, wchodzą w ten sposób do Bundestagu, więc nie ma żadnej siły ludzkiej, aby usunąć z parlamentu partyjnych szefów.

A co z pozostałymi deputowanymi, tj. z tą 50% ilością, rzekomo wybieraną w wolnych wyborach? Prawda jest taka, że wszyscy kandydaci we wszystkich okręgach wyborczych mianowani są przez partie polityczne, czytaj przez kierownictwo partii politycznych” (za: J. Przystawa, „Konieczność nieuświadomiona”, 2006, s. 89).

Niemiecka ordynacja wyborcza jest nie tylko w konstrukcji formalnoprawnej spersonifikowaną ordynacją proporcjonalną, lecz jest nią również w swoich socjopolitycznych skutkach. Nie posiada cech socjopolitycznych ordynacji większościowej opartej o JOW-y. Po pierwsze, posłowie nie są bezpośrednio zależni od wyborców, tak jak w ordynacji większościowej opartej na JOW-ach, lecz są zależni tylko pośrednio poprzez opinię publiczną, kształtowaną medialnie.

Po drugie, wyborcy nie mogą samodzielnie usunąć posłów ze sceny politycznej i dokonać wymiany składu personalnego parlamentu, co gwarantuje ordynacja większościowa oparta na JOW-ach. Niemiecka ordynacja nade wszystko reprodukuje i odtwarza składy partyjno-personalne Bundestagu.

Okoliczności historyczne wprowadzenia niemieckiej ordynacji mieszanej i jej konsekwencje

Spersonifikowany wyborczy system proporcjonalny Niemiec powstał w 1949 roku, gdy tworzono powojenną Republikę Federalną Niemiec na bazie amerykańskiej, brytyjskiej i francuskiej strefy okupacyjnej. Miało być to rozwiązanie tymczasowe, w związku z kontrowersjami i sporami pomiędzy przywódcami chrześcijańskiej demokracji CDU/CSU na czele z Konradem Adenauerem, chcących wprowadzić JOW-owski system brytyjski, a zwycięskimi aliantami, wspartymi stanowiskiem socjaldemokratycznej SPD, forsującymi system proporcjonalny.

Ponieważ Amerykanie i Brytyjczycy, których systemy wyborcze są większościowe, przeforsowali wprowadzenie ordynacji proporcjonalnej we wszystkich pokonanych militarnie krajach byłej Osi – a więc Niemczech, Włoszech i Japonii, wydaje się to być celowe i zaplanowane. Ordynacja większościowa oparta o JOW-y uzależnia bezpośrednio posłów, a w konsekwencji polityków i całą klasę polityczną, od wyborców. Tym samym czyni w praktyce niemożliwą do zewnętrznego, a w szczególności zagranicznego, kontrolowania sceny polityczną i samej rządzącej klasy politycznej. Przeforsowanie przez zwycięskich aliantów spersonifikowanego systemu proporcjonalnego w Niemczech miało być, jak należy wnioskować, gwarancją możliwości kontrolowania przez nich z zewnątrz niemieckiej sceny politycznej i niemieckich elit politycznych, w obawie o odrodzenie się oddolnie różnych form niemieckiego nacjonalizmu ideologicznego.

Niemiecka ordynacja wyborcza bywa czasem krytykowana w samych Niemczech, acz jest to krytyka sporadyczna. Najbardziej głośny był apel w 2003 roku wpływowego Federalnego Związku Niemieckiego Przemysłu zrzeszającego 107 tys. niemieckich przedsiębiorstw i jego prezesa Michaela Rogowski. M. Rogowski zaapelował o wprowadzenie „większościowego systemu wyborczego w celu zwiększenia jednoznaczności podejmowanych decyzji”, dla zapobieżenia stagnacji i recesji gospodarczej (www.wams.de/data/2003/01/1934322.html „WELT AM SONNTAG” z 19 stycznia 2003). Była to więc krytyka zmierzająca bardziej do ulepszenia niemieckiego ustroju politycznego z punktu widzenia jego wpływu na gospodarkę, niż radykalnego uzdrowienia tego ustroju dla uchronienia gospodarki od jej negatywnych skutków.

Ukształtowana po II wojnie światowej niemiecka klasa polityczna i elity władzy prowadzą niezwykle skuteczną i efektywną politykę z punktu widzenia narodowych i państwowych interesów Niemiec. Zdarzające się przypadki korupcji polityczno-finansowej, z których najgłośniejszą była tzw. afera kanclerza Kohla z 2000 roku, polegająca na nielegalnym finansowaniu jego partii, nie mają charakteru istotnego dla funkcjonowania niemieckiego systemu politycznego. Niemiecka ordynacja wyborcza nie stanowi przeszkody w dobrym funkcjonowaniu aparatów niemieckiego państwa. Dzięki wysokiej jakości merytorycznej, etycznej i patriotycznej niemieckiej klasy politycznej i elit władzy, jest to państwo tradycyjnie historycznie wysoce praworządne, efektywnie zarządzane i podporządkowane realizacji niemieckich interesów narodowych. I spersonifikowana ordynacja proporcjonalna niezmiennie ten stan reprodukuje, poprzez samoreprodukcję niemieckich elit politycznych.

Kontekst socjopolityczny wprowadzenia niemieckiej ordynacji w Polsce

Konsekwencje wprowadzenie takiej ordynacji w Polsce można przewidzieć analizując istniejący realny kontekst socjopolityczny. Każda ordynacja wyborcza w systemach gabinetowo-parlamentarnych funkcjonuje i wywiera wpływ na sposób i jakość funkcjonowania państwa i gospodarki, wyłącznie poprzez kontekst socjopolityczny danego kraju.

I tak w ustabilizowanej socjopolitycznie Belgii nawet fakt niemożności wyłonienia rządu po wyborach parlamentarnych w czerwcu 2010 roku przez 561 dni, w niczym nie zakłócił sprawnego funkcjonowania samego państwa. Natomiast ta sama ordynacja proporcjonalna w Grecji w sytuacji głębokiego kryzysu zadłużeniowego i niestabilności socjopolitycznej, skutkowała koniecznością powtórzenia wyborów parlamentarnych w ciągu 60 dni, w obliczu niemożności wyłonienia rządu w maju 2012 roku.

W polskim kontekście socjopolitycznym III Rzeczypospolitej obecna ordynacja proporcjonalna z progami wyborczymi w wyborach do Sejmu, jest decydująca w niemożności usunięcia ze sceny politycznej klasy politycznej i elit władzy wyłonionych pierwotnie w trakcie szokowej transformacji ustrojowej.

Tę klasę polityczną i elity władzy cechuje niska jakość intelektualna, ideowa i moralna oraz wysoki stopnień skorumpowania i kompradorskości. I te cechy decydują o niskiej jakości państwa III Rzeczpospolitej, jako „miękkiego” państwa używając określenia Gunnara Myrdala, strukturalnie wysoce nieprawnego, wysoce mało praworządnego i wysoce skorumpowanego.

W polskim ustroju gabinetowo-parlamentarnym to jakość Sejmu decyduje o jakości rządu i kluczowych instytucji centralnych państwa, a w konsekwencji o jakości tego państwa. Partie rządzące mają bowiem wpływ bezpośredni i pośredni na obsadę personalną około 50 tys. kluczowych stanowisk w państwie. I to niska jakość elit politycznych, stale reprodukowana obecną ordynacją proporcjonalną, przesądza o niskiej jakości polskiego państwa i jego polityk.

Ostatecznym efektem tej jakości państwa i jego polityk była utrata po 1989 roku ponad 5 mln miejsc pracy (M. Kabaj, „Import bezrobocia – mit czy realny problem gospodarki?”, „Przyszłość. Świat – Europa – Polska”, Biuletyn Komitetu „Polska 2000 Plus” przy Prezydium PAN, nr 2 (14) Warszawa 2006, s. 22). Tym efektem była również wyprzedaż ponad 50% sektora przemysłowego i 75% sektora bankowego w ręce zagranicznego kapitału za 4,5 do 5% wartości odtworzeniowej i 400 do 500 mln dolarów łapówek dla około 1 tys. osób (K. Poznański, „Wielki przekręt. Klęska polskich reform”, Warszawa 2004, s. 81). Jest nim również zadłużenie zagraniczne kraju w wysokości 290 mld euro, w tym 120 mld euro zagranicznego zadłużenia rządu, co oznacza całkowitą utratę suwerenności ekonomicznej polskiego państwa.

Konsekwencje wprowadzenia niemieckiej ordynacji w Polsce

Wprowadzenie w Polsce spersonifikowanej ordynacji proporcjonalnej spowoduje, iż wszystkie dotychczas istniejące partie polityczne wystawią w 230 okręgach jednomandatowych swoich partyjnych kandydatów. Ponieważ będą to duże okręgi liczące po około 140 tys. wyborców, istotną rolę będą ogrywały pieniądze i dostęp do mediów. Prowadzenie bowiem metodami bezpośrednimi niskobudżetowej kampanii wyborczej przy tej wielkości okręgu, jest istotnie nieskuteczne. Tym samym szanse nowych kandydatów tak niezależnych, jak i kandydatów nowych ugrupowań politycznych, będą dużo mniejsze niż szanse kandydatów istniejących partii. Można przewidywać, iż zdecydowaną większość czy tylko znacząca większość mandatów zdobędą kandydaci obecnych partii.

Równocześnie kierownictwa tych partii, a faktycznie cała partyjna klasa polityczna, zagwarantuje sobie miejsca na partyjnych listach w 41 obecnych partyjnych okręgach wyborczych. Ponieważ o składzie partyjnym Sejmu rozstrzygać będzie drugi głos oddawany na partie w wielkich okręgach wyborczych liczących od 570 tys. do 1560 tys. wyborców, decydujące będą tak jak obecnie wizerunki medialne partii politycznych i liderów tych partii. Tym samym zostanie utrzymana polityczna rola systemu medialnego, który nadal będzie podsystemem systemu politycznego.

Ponieważ publiczne media są istotnie upartyjnione, a media prywatne są w większości tylko polskojęzyczne, będąc pod bezpośrednią kontrolą obcego kapitału, głównie niemieckiego, system medialny będzie promował istniejące partie polityczne i ich liderów. Natomiast będzie mniej lub bardziej jawnie zwalczał nowe ugrupowania polityczne, jako konkurencyjne wobec dotychczasowych partii parlamentarnych. Polskojęzyczne zaś media prywatne będą szczególnie zwalczać te ugrupowania, które będzie można podejrzewać o kierowanie się w przyszłym Sejmie polskim interesem narodowym i polską racja stanu.

Wprowadzenie w Polsce niemieckiej ordynacji zwanej mieszaną nie umożliwi znaczącej nawet wymiany obecnej klasy politycznej i elit władzy, a tym samym nie umożliwi naprawy polskiego państwa.

W efekcie wprowadzenia niemieckiej ordynacji mieszanej w wyborach do Sejmu polska scena polityczna nie ulegnie istotnej zmianie, a obecne partyjne elity polityczne utrzymają swoje znaczenie i rolę w państwie. Nastąpi jedynie nieistotna modyfikacja składów personalnych i partyjnych Sejmu, w postaci pojawienia się nielicznej grupy posłów niezależnych i kilku słabych liczebnie nowych ugrupowań politycznych. Tym samym w polskim państwie nic istotnego się nie zmieni. I dlatego w wypadku sukcesu referendum 6 września partyjne elity władzy oraz ich medialni i naukowi agenci będą zgadzać się chętnie na wprowadzenie niemieckiej ordynacji mieszanej w wyborach do Sejmu RP.

Referat wygłoszony na konferencji pt. „Jednomandatowe Okręgi Wyborcze do Sejmu – możliwe rozwiązania i ich skutki” zorganizowanej przez Ruch Obywatelski na rzecz JOW i posła na Sejm RP Johna Godsona – Warszawa, 5 sierpnia 2015.

About Wojciech Błasiak

ekonomista i socjolog, dr nauk społecznych, niezależny naukowiec i publicysta, działacz Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW

Dyskusja - 10 Komentarzy
  1. Paweł Kawarski

    17. Sie 2015,  godz. 20:13

    Przesyłam link do artykułu autorstwa powołanego tu śp. prof. Edwarda Klimczaka oraz Joanny Mieszko-Wiórkiewicz [http://niemcy.salon24.pl/147954,demokracja-dlaczego-18-milionow-niemcow-nie-poszlo-do-urn] przedstawiającego zagadnienia omawiane w prelekcji dr. Wojciecha Błasiaka.

    Odpowiedz

    • bisnetus

      17. Sie 2015,  godz. 23:24

      Te argumenty frekwencyjne są bardzo niecelne i obosieczne a nawet wręcz JOW-osieczne. Zarówno Niemcy z najgorszą frekwencją w historii, jak i Norwegia, Hiszpania, Dania czy Holandia mają permanentnie dużo wyższą frekwencje niż Francja, Kanada, USA a nawet Wielka Brytania. Po co uciekać się do argumentów, które można zbić w 2 minuty przy pomocy WIKI?

      Frekwencja nie jest w ogóle wymiernym wskaźnikiem jakości demokracji pomijając może wartości skrajne.

      Odpowiedz

  2. Jan Sadowski

    08. Sie 2015,  godz. 13:58

    @bisnetus
    Szanowny Panie,
    Pan po czesci przeformulowal to co powiedzialem i odczytal Pan moja intencje nie tak jak chcialbym, ale tez w innej czesci przypisuje Pan przyczyne problemow nie tam gdzie jest ich najmocniejsze zrodlo. Juz mowie w ktorym miejscu.
    „Myślę, że demonizuje Pan zbytnio listy partyjne. Listy same w sobie nie są patologią i czynnikiem korupcjogennym.”
    Tu wlasnie nastepuje przeformulowanie. Ja nigdzie nie powiedzialem ze listy same w sobie sa patologia i czynnikiem korupcjogennym – Pan sugeruje ze moje stwierdzenie oznaczalo: „listy partyjne produkuja korupcje i patologie” – ale taki przekaz to cos istotnie innego od tego co powiedzialem: „listy partyjne sa czynnikiem ryzyka niebezpiecznych zjawisk, np. korupcji i patologii”. Prosze zwrocic uwage na czynnik ryzyka. Gdybym gdziekolwiek powiedzial ze jedno = drugie to moglby Pan mi zarzucic brak dowodu, ale ja powiedzialem o mechanizmie prawdopodobienstwa (niedobrego/dobrego) zjawiska, tj. czynniku ryzyka/szans. Dokladnie jak CZESTO moze dochodzic do danej patologii czy szkodliwego stanu rzeczy ze wzgledu na listy partyjne – tego nie wiemy – dokladna czestotliwosc jest poza naszym zasiegiem, niemniej jednak istnienie ryzyka uwypukla przyklad Kohl’a i Shroeder’a. Metoda list partyjnych na pewno sama swoja struktura, daje przestrzen do relacji ktore nie wystepuja w jednomandatowych okregach. I to wadliwosc tych relacji stanowi czynnik ryzyka szkod dla zdrowia procesow decyzyjnych panstwa.

    „Są tez w sumie sprawą „wewnętrzną” partii, które je tworzą” metoda list partyjnych wiaze sie z utrata bezposredniosci decyzji wyborczych ktora jak najbardziej sa sprawa oddolnych grup obywateli. W metodzie list obywatele maja mniejsza wladze nad przedstawicielami niz w bezposrednim konkursie JOW.

    „Patologie biorą się bardziej z wykluczenia obywateli i całych grup podmiotów politycznych z procesów wyborczych” – Tak jak najbardziej, i to wlasnie wystepuje w metodzie wyborow mniej bezposrednich niz JOW czyli metodzie list.

    „braku uczciwej konkurencji i oddania de facto monopolu na tworzenie list scentralizowanym nomenklaturom partyjnym.” – No wlasnie:te sprawy zawsze w mniejszym lub wiekszym stopniu wystepuja w metodzie list. mechanizm ktory wyklucza tego typu procesy to wlasnie w pelni zindywidualizowane wybory koncentrujace indywidualna odpowiedzialnosc przed wyborca;

    „Stąd bierze się ta dyktatura prymitywów i neobolszewickich partyjek typu PO, SLD i PiS.” To wynik relacji rodzacych sie z mechanizmu ksztaltowania wladzy przez metode list partyjnych – ona jest pra-przyczyna czyli ukrytym wieloskutkowym glebokim czynnikiem ryzyka problemow – i wcale niekoniecznie bezposrednim czynnikiem, ale nawet glebszym niebezposrednim zrodlem problemow. Sam fakt wystepowania list partyjnych odbiera szanse na indywidualne wybory i koncentracja odpowiedzialnosci przed wyborca.

    „Normalne wybory z równym udziałem na obszarze okręgów wyborczych kandydatów bezpartyjnych, zrzeszonych lokalnie i zrzeszonych w partiach politycznych rozniosłoby to postsowieckie badziewie w pył. Z tymi ich listami z bezkręgowcami.” I znowu: kolektywne wybory traca transparentnosc i wladze wyborcy nad kondydatami. My chcemy maksymalizacji wladzy wyborcy i stad propozycja i promocja pro-obywatelskich JOW-ow.

    „Druga sprawa. Demokracja przedstawicielska wymaga organów przedstawicielskich w których praca i procesy decyzyjne mają jakąś pragmatykę i sens.” Jasne.

    „Pan proponuje tutaj Brytyjczykom parlament liczący blisko 2000 reprezentantów a Amerykanom tak na oko liczący okołow 10.000 reprezentantów.”
    Tu wlasnie nie odczytal Pan mojej intencji tak jak chcialbym, to nieporozumienie, takze z winy mojego uproszczonego komunikatu. Ja nie proponowalem Brytyjczykom i Amerykanom zwiekszania parlamentu. Fakt ze powiedzialem: „Jesli ktos chce poprawic jakos zycia w USA powinien doprowadzic do zdziesieciokrotnienia liczby przedstawicieli w parlamencie.” nie oznacza ze uwazam czy uwazalem ze w praktyce jest to mozliwe. Bynajmniej, uwazam ze taka zmiana jest praktycznie nierealna, ale jezeli ktos dostrzega problem obecnych procedur wyborczych w tych krajach to musi zwrocic uwage na dystans pomiedzy jednostka wladzy ustawodawczej i wyborca. Zarowno USA jak i Wielka Brytania maja inne atuty pro-obywatelskie i demokratyczne, np. mocne wladze lokalne, ktore radza sobie z problemami niezaleznie od centrali ustawodawczej. Z drugiej strony, patrzac czysto hipotetycznie np. na Irak – ten kraj z pewnoscia zyskal by stabilnosc po interwencji Amerykanow gdyby wdrozono tam troche parlament z masowych JOWow ktory wylonil sie z mojego pomyslu, zamiast metody list partyjnych, ktora jest jedna z pra-przyczyn Panstwa Islamskiego.

    „Mi osobiście trudno sobie wyobrazić rozsądną dyskusję i pracę decyzyjną w tak ogromnych gremiach. To są gremia stadionowe bardziej niż parlamentarne.” Absolutnie, zgadzam sie ze sesje dyskusyjne musialyby miec inna forme niz obecnie w Polsce. Zdaje sie ze istnieja oszczedne style wladzy ustawodawczej – w ktorej nie ma mozliwosci czterech czytan ustawy. Taka masowa reprezentacja powoli zaczela by przypominac demokracje bezposrednia. Parlament nie musialby byc ‚ulokowany’ na stale w jednym miejscu ale tu juz wchodzimy w fantastyke…

    „Myślę, że koncentrowanie się na jednym tylko aspekcie w sprawach, gdzie trzeba uwzględniać dziesiątki różnych czynników składających się na złożony system prowadzi na manowce.”
    W kazdej chorobie jest pra-przyczyna, ukryte pod-czynniki, wada o wiekszej sile niz inne, pierwotna wada – brak bezposredniej wladzy wyborcy nad reprezentantem

    „Tak uwaga ogólna powtórzona – myślę, że nie służy sprawie JOW-ów używanie argumentów, które próbują robić z absolutnych światowych i zachodnich liderów pod niemal każdym względem, wzorcowych demokracji i to jeszcze z częściowymi lub pełnymi JOW-ami jakiś chorych reżimów rodem z Bantustanu.”
    Czy ktos tu mowil o rezimach? Albo uzywal porownan do Bantustanu??? To juz Pana wielki dodatek. Egalitaryzm postrzegam jako zblizony dostep, albo zblizone prawdopodobienstwo jednostek zwyklych szarych obywateli w procesie rekrutacji do parlamentu, lub ich rowna moc w procesie wywierania wplywu na sprawy ustawodawcze przez demokracje bezposrednia. Ten proces rekrutacji moze byc rownosciowy albo mniej lub bardziej oligarchiczny, faworyzujacy konkretne grupy, tak jak to sie dzieje w Polsce w wyborach do Sejmu i Senatu.

    „Każda demokracja ma swoją specyfikę i problemy, amerykańska i niemiecka również, ale przesuwanie tych krajów do rodziny trzeciego świata” O czym Pan mowi? Kto przesuwal te kraje do rodziny trzeciego swiata? Dodatek, dodatek, Panski dodatek. Pan mogl odczytywac jakies zlowrogie intencje w tekscie tam gdzie byly zwykle, nieocenniajace spostrzezenia z rozwaga biorace pod uwage czynniki ryzyka i szans zwiazanych z wystepowaniem odmiennych zjawisk wyborczych.

    „tylko dlatego, że nie odpowiadają w 100% naszej idealnej koncepcji” – Nie ma zadnej naszej idealnej koncepcji – sa obiektywne metody ktore maja odgrywac konkretna role – i jedne je spelniaja mniej, inne bardziej; jedne sa wadliwe i zwiazane ze stratami, inne pelniej niosa korzysci pro-obywatelskie.

    „jest moim zdaniem ogromnym błędem a co gorsza postępowaniem nie służącym sprawie.” Pan dostrzega stan rzeczy ktorego nie bylo; Pana pamiec dodala troche informacji, tez dlatego ze trudno nam o dostep do faktycznych intencji nadawcy.

    Pozdrawiam

    Odpowiedz

    • bisnetus

      09. Sie 2015,  godz. 17:39

      Oczywiście mowa o trzecim świecie i bantustanie tu były polemiczne przerysowania, ale wcale nie takie nieuzasadnione. To Szanowny Pan trybem oznajmującym wypisał USA z rodziny krajów demokratycznych i wspomniał o jakieś władzy kilku rodzin. To zabrzmiało bardzo trzecioświatowo. Przesadę czasem trzeba podrysować i eskalować. Lecz nie ma się co tutaj chwytać za słówka.

      Nie rozumiemy się w sprawie zasadniczej, a mianowicie w hierarchii ważności spraw i pojmowania istoty demokracji.

      Dla mnie demokracja to system w którym każdy obywatel i grupa obywateli ma swobodę i w miarę równą możliwość udziału w procesach demokratycznych. Demokracja to otwartość i możliwość wolnej konkurencji. To jest prawo każdego obywatela do swobodnego korzystania z biernego i czynnego prawa wyborczego. Zarówno w wymiarze formalnym jak i realnym. Koniec. Kropka. Innej definicji demokracji nie znam. Cała reszta to sprawy ważniejsze i mniej ważne, ale w sumie pomocnicze i drugorzędne. Nawet model wyborczy, czy jednomandatowy, czy wielomandatowy, czy w oparciu o listy czy w oparciu indywidualne kandydatury, to są sprawy techniczne i drugorzędne. Można je oceniać pod względem zgodności ze spełnieniem pierwszego fundamentalnego warunku jakim jest powszechność wyborów, równość oraz otwartość konkurencji. Jedne są lepsze inne gorsze, często bardo od lokalnych warunków i potrzeb uzależnione. Są też dyskwalifikujące, jeśli depczą zasady fundamentalne.

      Stąd lista sama w sobie nie jest złem. Złem jest jeśli nie mam wyboru między swobodnie zgłoszonym kandydatem indywidualnym, ugrupowaniem lokalnym albo listą organizacji o zasięgu krajowym. Jak mi się partyjna lista nie podoba to nie głosuję na tę listę lub w ogóle na żadną listę, lecz wybieram to co mi pasuje. I to już jest jak najbardziej demokratyczne.

      Stąd twierdzenie, że to listy są źródłem całego zła i braku demokracji jest błędne i co gorsza mąci innym ludziom w głowach zakrywając im istotę sprawy. To brak otwartej konkurencji i wyeliminowanie kandydatów indywidualnych oraz zrzeszonych lokalnych z życia politycznego kraju (w wyborów do Sejmu) jest złamaniem fundamentalnych zasad demokracji.

      A podkreślanie tego jest moim zdaniem bardzo ważne, bo to wcale nie jest powszechnie takie jasne. A sposób Pana argumentacji tą rzecz zaciemnia. Dlatego ta popieram propagację Reguły JOW w redakcji pana Gieysztora, bo bez zachowania pierwszej zasady w tej Regule całe JOW-y tracą zupełnie sens. I zapewniam Pana, że te mafie partyjne, nawet jak będą wprowadzały JOW to wykorzystają bezlitośnie tę niejasność i nieświadomość i wprowadzą nam takie JOW-y, że woJOWnicy przez 50 lat będą przeklinać dzień, kiedy ich te JOW-y wprowadzono. Wystarczy jedno zdanko „Kandydatów mają prawo zgłaszać Komitety Wyborcze, które wystawiają swoich kandydatów w co najmniej 3/4 okręgów wyborczych (345 okręgów)” i już będzie miał Pan swoje JOW-y bez zmiany sytuacji ani na jotę. Bandy partyjne będą miały dalej swój monopol a kandydaci indywidualni i lokalni tak jak dzisiaj będą całować klamki komisji wyborczych.

      I to jest powód dla którego często protestuję przy podobnym stawianiu sprawy, które moim zdaniem nie służy sprawie. Wręcz przeciwnie. Mimo woli służy partyjnym sitwom, które są żywotnie zainteresowane zachowaniem monopolu na wystawianie kandydatów oraz absolutnym wytarciem ze świadomości społecznej istoty demokracji, którą jest zasada wolnej konkurenci i swobodnego uczestnictwa w procesach wyborczych każdego obywatela i każdej grupy obywateli w kraju.

      Odpowiedz

      • Jan Sadowski

        09. Sie 2015,  godz. 20:34

        „Oczywiście mowa o trzecim świecie i bantustanie tu były polemiczne przerysowania, ale wcale nie takie nieuzasadnione. To Szanowny Pan trybem oznajmującym wypisał USA z rodziny krajów demokratycznych i wspomniał o jakiejś władzy kilku rodzin.” Myslalem i informowalem o pod-typie demokracji, egalitarnej czyli takiej w ktorej wystepuje procedura wyborcza w ktorej szanse ma zwyciezyc zwykly obywatel bez wsparcia wielkich sil medialnych badz kapitalowych; lub tez jednostki zwierzchniej wladzy maja rowna moc glosu (np. zapewniony przez referendum)- typ takiej demokracji nazwalem egalitarna; moje uwagi co do USA dotyczyly procedury wyborczej do Izby Reprezentantow – tak jak powiedzialem ten szczegol, ta procedura byla w przeszlosci bardziej przychylna zwyklym jednostkom ze wzgledu na rozmiar okregow (kiedys 30 tys. dzis 600 000). Wladza nielicznych rodzin, to wladza wplywowej elity politycznej rodziny Kennedy, Bush i innych, ktore maja dostep do zasobow medialnych i kapitalowych – wiem na pewno, ze tego typu rodzinne powiazania wystepuja w mniejszym stopniu przy malych brytyjskich okregach badz w Australii gdzie wplywy medialne i kapitalowe nie odgrywaja waznej roli w procedurze wyborczej. Jedne ordynacje daja wiecej wladzy mediom, inne centralom partii – jedno rozwiazanie daje maks wladzy wyborcy.
        „To zabrzmiało bardzo trzecioświatowo. Przesadę czasem trzeba podrysować i eskalować. Lecz nie ma się co tutaj chwytać za słówka.” No ale Panskie podrysowywanie na temat Bantustanu wprowadza informacje ktora nie wystapila, nie jestem przyzwyczajony do tego.
        „Nie rozumiemy się w sprawie zasadniczej, a mianowicie w hierarchii ważności spraw i pojmowania istoty demokracji.” To na pewno. Ale rzeczywistosc jest jedna a jej modele sa lepsze lub gorsze i mozna ustalic ktory jest gorszy. Odsylam do wiekszych autorow, np. Karl’a Popper’a i jego spostrzezen na temat istoty demokracji i demokratycznej ordynacji.
        „Dla mnie demokracja to system w którym każdy obywatel i grupa obywateli ma swobodę i w miarę równą możliwość udziału w procesach demokratycznych. Demokracja to otwartość i możliwość wolnej konkurencji. To jest prawo każdego obywatela do swobodnego korzystania z biernego i czynnego prawa wyborczego. Zarówno w wymiarze formalnym jak i realnym. Koniec. Kropka. Innej definicji demokracji nie znam. ” To swietnie, ale w ramach tej definicji mozna wskazywac na procedury ktore bardziej pasuja do warunkow tej definicji i spelniaja ja niz inne. Moze Pan wierzyc lub nie, ale jest cos takiego jak optymalizacja systemow pod katem zbioru głownych cech.
        „Cała reszta to sprawy ważniejsze i mniej ważne, ale w sumie pomocnicze i drugorzędne.” Niekoniecznie, albo wcale nie. Karl Popper twierdził inaczej. Procedura wyborcza to fundament, szczegol ktory stanowi o wystepowaniu demokracji, jej braku lub pogorszeniu jej warunkow.
        „Nawet model wyborczy, czy jednomandatowy, czy wielomandatowy, czy w oparciu o listy czy w oparciu indywidualne kandydatury, to są sprawy techniczne i drugorzędne.” Nic bardziej mylnego, Popper twierdzi inaczej; znowu odsylam do tego mistrza logiki, empirii i filozofii: liczy sie szczegol procedury wyborczej ktora ustala relacje miedzy poslem i wyborca.
        „Można je oceniać pod względem zgodności ze spełnieniem pierwszego fundamentalnego warunku jakim jest powszechność wyborów, równość oraz otwartość konkurencji. Jedne są lepsze inne gorsze, często bardo od lokalnych warunków i potrzeb uzależnione. Są też dyskwalifikujące, jeśli depczą zasady fundamentalne.” Tylko jedno z rozwiazan pasuje najlepiej do definicji ktora ma spelniac.
        „Stąd lista sama w sobie nie jest złem.” Karl Popper twierdzi inaczej.
        ” Złem jest jeśli nie mam wyboru między swobodnie zgłoszonym kandydatem indywidualnym, ugrupowaniem lokalnym albo listą organizacji o zasięgu krajowym. Jak mi się partyjna lista nie podoba to nie głosuję na tę listę lub w ogóle na żadną listę, lecz wybieram to co mi pasuje. I to już jest jak najbardziej demokratyczne.” Niemniej jednak jak slusznie zauwazyl Karl Popper przedstawiciele z list sa gorsi jakosciowo tak samo jak i ich funkcjonowanie jest gorsze jakosciowo od przedstawicieli z jednomandatowej powszechnej procedury.
        „Stąd twierdzenie, że to listy są źródłem całego zła i braku demokracji jest błędne i co gorsza mąci innym ludziom w głowach zakrywając im istotę sprawy.” Pan dodaje informacje – nikt nie mowil ze sa zrodlem calego zla a czynnikiem lezacym u podloza szkodliwych zjawisk panstwowych; w swietle Popperowskich przeslanek jest inaczej niz Pan sadzi, nie rozroznia Pan odmiennej wartosci rozwiazan pod wzgledem funkcji ktora maja pelnic.
        „To brak otwartej konkurencji i wyeliminowanie kandydatów indywidualnych oraz zrzeszonych lokalnych z życia politycznego kraju (w wyborów do Sejmu) jest złamaniem fundamentalnych zasad demokracji.” Musi Pan zauwazyc ze tworzenie hierarchii przez listy partyjne zmienia prawo rownosci kandydujacych jednostek i zmienia bezposredniosc wyborow.
        „A podkreślanie tego jest moim zdaniem bardzo ważne, bo to wcale nie jest powszechnie takie jasne. A sposób Pana argumentacji tą rzecz zaciemnia.” Procedura jednomandatowa maksymalizuje konkurencje, listy partyjne to sztywne struktury ktore szkodza normalnej konkurencji przed wyborca. Prosze sobie darowac ‚zaciemnianie argumentacji’. JOWy sa rozwiazaniem optymalizujacym konkurencje i bezposredniosc wyborow, nie rozumiem jak Pan moze nie dostrzegac ich zalet wobec list partyjnych. Chodzi o to ze listy partyjne nie maja prawa bytu bo nie wnosza zadnej wartosci ktora nie bylaby realizowana w warunkach JOW-ów. Znowu odsylam do Poppera.
        „Dlatego ta popieram propagację Reguły JOW w redakcji pana Gieysztora, bo bez zachowania pierwszej zasady w tej Regule całe JOW-y tracą zupełnie sens. I zapewniam Pana, że te mafie partyjne, nawet jak będą wprowadzały JOW to wykorzystają bezlitośnie tę niejasność i nieświadomość i wprowadzą nam takie JOW-y, że woJOWnicy przez 50 lat będą przeklinać dzień, kiedy ich te JOW-y wprowadzono. Wystarczy jedno zdanko „Kandydatów mają prawo zgłaszać Komitety Wyborcze, które wystawiają swoich kandydatów w co najmniej 3/4 okręgów wyborczych (345 okręgów)” i już będzie miał Pan swoje JOW-y bez zmiany sytuacji ani na jotę. Bandy partyjne będą miały dalej swój monopol a kandydaci indywidualni i lokalni tak jak dzisiaj będą całować klamki komisji wyborczych.” Tak zgadzam sie ze jest takie ryzyko.
        „I to jest powód dla którego często protestuję przy podobnym stawianiu sprawy, które moim zdaniem nie służy sprawie.” Trzeba stawiac sprawe szczegolowo, i stad wzial sie moj pierwszy pomysl okreslenia: egalitarne, tj. gwarantujące równosc warunkow i praw czyli tego czego brakuje i co jest zlamane przez JOWy w Senacie.
        „Wręcz przeciwnie. Mimo woli służy partyjnym sitwom, które są żywotnie zainteresowane zachowaniem monopolu na wystawianie kandydatów oraz absolutnym wytarciem ze świadomości społecznej istoty demokracji, którą jest zasada wolnej konkurenci i swobodnego uczestnictwa w procesach wyborczych każdego obywatela i każdej grupy obywateli w kraju.” Mysle ze umiejetna walka o JOW-y moze doprowadzic do wprowadzenia w pelni demokratycznych indywidualnych JOW-owskich konkursow. Przydatna do tego bedzie bardzo procedura oddolnego referendum.
        Pozdrawiam Pana,

        Odpowiedz

  3. bisnetus

    06. Sie 2015,  godz. 21:55

    Drobne uzupełnienie: obok możliwości startowania kandydatów niezależnych po zebraniu 200 podpisów w niemczej jest także mechanizm tak zwanej „Grundmandatklausel”, która pozwala małym ugrupowaniom ominąć 5% próg wyborczy. Polega to na tym, że każde ugrupowanie, które uzyska 3 mandaty w jednomandatowym okręgu wyborczym wchodzi do parlamentu jako frakcja partyjna bez zastosowania progów wyborczych. Oznacza to, że ugrupowanie które uzyskało dla przykładu 3,5% głosów a jednocześnie te 3 potrzebne bezpośrednie mandaty to wprowadza do parlamenty około kilkunastu parlamentarzystów (od 3,5%)

    To tytułem uzupełnienia. Zdecydowanego sprostowania wymaga natomiast oczywista nieprawda, że to kierownictwa partyjne w Niemczech decydują kto startuje z okręgów wyborczych. To jest wyraźnymi przepisami prawa zakazane. Partie są zobowiązane wyłaniać kandydatów oddolnie poprzez tajne prawybory z jednoznacznym ustawowym zakazem wtrącania się organów nadrzędnych w jakikolwiek sposób w proces prawyborów. Pisałem o tym w https://bisnetus.wordpress.com/2014/02/04/porownanie-ustroju-partii-politycznych-w-polsce-i-w-niemczech/2/ cytując konkretne przepisy z niemieckich ustaw wyborczych.

    Także głoszenie takich informacji jest wprowadzaniem opinii publicznej w błąd podobnie jak to się często robi wobec JOW-ów, wmawiając ludziom, że tam kierownictwa wstawiają jak chcą swoich skoczków i pajaców, gdy w rzeczywistości wybór kandydatów ma charakter bardzo lokalny i oddolny.

    I jeszcze jedna uwaga. Faktem jest, że im mniejszy jest okrąg wyborczy tym pozycja startowa kandydatów niezależnych jest lepsza. Ale twierdzenie, że na przykład 200.000 okręgi wyborcze są główną barierą dla takich kandydatów i są przyczyną dominacji partyjniactwa jest zbytnim a nawet szkodliwym uproszczeniem i bardzo kiepskim argumentem. A szansach wyborczych decyduje głównie poziom konkurencji a partie w Niemczech to nie są kreatury medialne jak w Polsce lecz bardzo silnie zakorzenione, powszechne i obywatelskie organizacje polityczne. Kiedyś obliczałem, że na każdy z 299 okręgów wyborczych partia CDU/CSU może wykazać statystycznie około 2,5 tys członków, SPD ok 2000 członków a reszta partii razem kolejne kilkaset członków. I nie są to jakieś cwaniaczki i aparatczyki lecz w ogromnej masie najwybitniejsi i szanowani obywatele z okolicy. Przy bardzo silnych i prawidłowo działających partiach kandydaci niezależni nie mają większych szans, ale nie wynika to z barier systemowych lecz z siły partyjnej konkurencji. I ta sama zasada działa w JOW-ach. w WB i USA niezależni odnoszą sukcesy bardzo sporadycznie, bo i tam partie są silne. Chcę przypomnieć, że w USA średnia wielkość jowowskich okręgów wyborczych wynosi ponad 700.000 wyborców. Największe przy tym osiągają wielkość ok. 950.000 wyborców najmniejsze ok. 550.000 wyborców. Dyskwalifikując Niemcy ze względy na wielkość okręgów wyborczych tym bardziej musielibyśmy zdyskwalifikować amerykańską demokrację z jej mega JOW-ami. Lecz tego nie robimy, bo wielkość okręgów wyborczych jeż też pochodną wielkości i struktury kraju, jak również struktury organów przedstawicielskich.

    Odpowiedz

    • wojciech błasiak

      07. Sie 2015,  godz. 12:08

      bisnetus
      Dziękuję za uwagi. Swoją opinię o roli kierownictw partyjnych w Niemczech oparłem o jednoznaczne uwagi na ten temat bezpośredniego obserwatora życia politycznego Niemiec prof. Edwarda Klimczaka z Uniwersytetu Berlińskiego, którego cytuję w tekście. Nie sądzę aby rolę koterii partyjnych w obsadzaniu list sobie wymyślił. Nie sposób sobie zresztą wyobrazić brak mechanizmów ukrytych przetargów partyjnych w układaniu kolejności na liście w kolejce do Bundestagu. To po prostu tak po ludzku socjologicznie nie jest możliwe. A tajne głosowanie o niczym tu nie przesądza. I nie oddolnie tylko na poziomie okręgu wyborczego. A o żadnych pajacach nic nie pisałem. Więc zdecydowanie podtrzymuję swoje zdanie. Co do wielkości okręgów wyborczych i ich znaczenia, myślę, że ma Pan rację. Przesadziłem z ich znaczeniem w obliczu konkurencji z siłą aparatu partyjnego.

      Wojciech Błasiak

      Odpowiedz

      • bisnetus

        07. Sie 2015,  godz. 15:38

        Proszę bardzo.

        Ja się natomiast opieram na zapisach niemieckiego prawa a to jest w Niemczech z reguły bardzo respektowane. Znam też parę przykładów. Na przykład Helmut Kohl był z natury osobowością apodyktyczną i pewnie gdyby mógł to by powywalał swoich oponentów z partii. A miał ich sporo, na przykład słynny spór z niejakim Geissler o kierunek i styl kierowania partią. Spór toczył się jawnie, ale z partii i z polityki żaden nie mógł żadnego wywalić. Znane są też przypadki zaskarżania członków partii decyzji swoich własnych partii, gdy zachodziło podejrzenie nieprzestrzegania reguł demokratycznych podczas ich podejmowania. Bo tam partie nie stoją ponad prawem lecz są podporządkowane prawu nawet ściślej niż inne organizacje.

        Tam gdzie są ludzie tam muszą działać mechanizmy socjologiczne, są różne konflikty, spory, animozje, sympatie, układy sił i tym podobne rzeczy. Ale w normalnych dużych partiach musi być pewne spoiwo, które ludzi w jednej partii łączy. Są to wspólne cele i wartości. W takich partiach nie trzeba „wodza”, by partia trzymała się kupy. Potrzebni są liderzy, którzy spajają w dążeniu do wspólnych celów. W takich partiach łatwiej jest wywalić kanclerza nie wywalić lub tłamsić zwykłego członka.

        Odpowiedz

        • Jan Sadowski

          08. Sie 2015,  godz. 00:37

          @bisnetus
          Listy partyjne odbieraja bezposrednia zaleznosc kandydata na posla od kontroli wyborcy wytwarzajac niejasne i potencjalnie aspoleczne, np. korupcjogenne, procesy rekrutacji, rekrutacji kazdego kandydata do wladzy ustawodawczej ryzykownie niezaleznej od bezposredniej oddolnej kontroli spolecznej, psychologicznie ryzykownej – wdziecznosci ”wybrancow” dla ciasnej kolektywnej struktury czesci hierarchii. To zjawisko potencjalnie korupcjogenne – nie tylko ekonomicznie ale i psychologicznie. Niezaleznie od mozliwosci wyborcow wykrycia rzeczywistych zagrozen, zjawisko list partyjnych i zwiazanych z nimi mechanizmami niebezpiecznych, nierownych relacji interpersonalnych rodzi czynniki ryzyka innych korupcjogennych zjawisk. Konkursy JOW to bezposrednia sluzebnosc posla wobec wyborcow. Listy partyjne to sluzebnosc posla wobec wlasnej grupy i pozycji w strukturach. Listy partyjne to zbedny i potencjalnie kurpcjogenny mediator funkcjonowania i pracy politykow. Dopoty zagrozenia sa mozliwe dopoki warto i nalezy dazyc do maksymalnego zabezpieczenia wlasciwego ksztaltu i formy mechanizmow panstwowych, ktore maja wykluczyc i zminimalizowac ryzyko wszelkich zagrozen. Niejawnosc metody selekcji czesci poslow do Bundestagu stanowi czynnik ryzyka patologii ktora czyste JOWy ruguja i uniemozliwiaja. Niejawna i aspoleczna selekcja czesci poslow dziala przeciwko interesom pro-obywatelskim normalnej wiekszosci kazdej spolecznosci obywateli Niemiec w kazdym landzie. Odrobina jakby ‚sekciarskiej’ struktury hierarchicznej, niejawnosc i zlozonosc zaleznosci regul kolektywnych wyborow list partyjnych jest jak zastepowanie odpowiedzialnosci indywidualnej jednostki bezposrednio przed wyborca, odpowiedzialnoscia zbiorowa, ktorej promowanie nie przystoi ludziom inteligentnym. Jak wiemy odpowiedzialnosc zbiorowa jest niezdrowa, aspoleczna i rozmywa mozliwosc uczciwszego jednostkowego ustalania przyczyn problemow badz szkod; odpowiedzialnosc zbiorowa to utrudnienie oceny procesow ktore maja byc z definicji pro-obywatelskie, maja dzialac w pelni dla wyborcy i maja byc w pelni pod jego kontrola, by dac mu poczucie dumy z mozliwosci wlasnego oddzialywania. Listy partyjne lamia pelna transparentnosc mechanizmow panstwa i swoim wystepowaniem uniezalezniaja los czesci poslow od woli wyborcow – to czynniki ryzyka poczucia bezkarnosci, a przypadek Helmut’a Kohl’a to przyklad pelnej demonstracji zagrozen. Listy partyjne to jak sprzedawanie wyborcom calego sklepu z nakazem skontrolowania calosci. To utrata transparentnosci procedury wyborczej i utrudnianie mozliwosci weryfikowania jakosci poslow przez wyborce, z potencjalnie korupcjogennymi i szkodliwymi czynnikami ryzyka aspolecznych zjawisk wewnatrz panstwa. Zapewniam Pana ze przy czystych JOWach SLUZBY SPECJALNE SPIA SPOKOJNIEJ, a z tego co wiem, w Wielkiej Brytanii i Francji jak dotad przypadek Kohl’a, ktory najwyrazniej mniemal wiele o swojej bezkarnosci, nie wystapil. No a spojrzmy jeszcze na Gerharda Shroedera. To jest pro-obywatelskie i normalne rozwiazanie wedlug Pana? Byly premier potencjalnie przekupiony i wsrod dziwnych niejasnych zaleznosci z obecnym carem Rosji.

          „Są to wspólne cele i wartości.” No jasne, i moga byc produktywnie w pelni realizowane wylacznie przy egalitarnych relacjach niezaleznych jednostek ludzkich czyli w uczciwych konkursach pro-obywatelskich JOW-ów.

          „W takich partiach nie trzeba „wodza”, by partia trzymała się kupy.” Wodzostwo jest odgorne i istnieje mozliwosc zastraszania jednostek, jak nie przez wodza to przez grupe interesow z ‚wyzszych sfer’ partyjnych. System listy partyjnych z rownoczesnymi JOWami nie powstal z mysla o interesie panstwa niemieckiego, ale z mysla o interesie aliantow.
          „Potrzebni są liderzy, którzy spajają w dążeniu do wspólnych celów.” Tacy optymalni liderzy moga byc maksymalnie czesto wylaniani systematycznie czyli w powtarzalnych identycznych procedurach, wylacznie przez egalitarny system niepodleglych jednostek o rownych prawach, czyli procesach indywidualnej selekcji, bez list partyjnych.
          „W takich partiach łatwiej jest wywalić kanclerza nie wywalić lub tłamsić zwykłego członka.” Zapewniam Pana ze w metodzie wylacznosci czystych JOW-ów wladza egalitarnych jednostek ludzkich nad liderem oraz wyborcow nad liderem, oraz wyborcow, nad kazda jednostka wladzy w parlamencie jest mocniejsza niz w listach partyjnych polaczonych z JOWami.

          A w kwestii wielkosci okregow: Stany Zjednoczone NIE SA EGALITARNA DEMOKRACJA ale Demokracja Oligarchiczna, czyli niedemokracja – Okregi w USA sa NIEEGALITARNE – normalny wyborca nie ma szans na wygrana. Okregi BYLY mniej wiecej egalitarne w dawnych czasach – w 1788 roku przy pierwszych wyborach czyli zaraz po tym jak je zaprojetkowano i wdrozono bo populacja USA byla o wiele mniejsza ( G. Washington wprowadzil zasade 30 000 mieszkancow na 1 mandat!!!! ; w 1913 to bylo juz 200 000!!!) . To wielkosc okregow powoduje ze Stany Zjednoczone sa jeszcze bardziej utajona forma oligarchii zapewniajaca wybieralnosc pokoleniom z tych samych rodzin politykow z gigantycznym dystansem miedzy reprezentantem i wyborca. Jezeli ktos chce poprawic jakos zycia w USA powinien doprowadzic do zdziesieciokrotnienia liczby przedstawicieli w parlamencie. Jesli ktos popiera ‚ELECTORAL REFORM” w Wielkiej Brytanii to POwinien popierac wylacznie POTROJENIE liczby poslow w Izbie Gmin. Itd. itp. Oligarchia moze nadrabiac swoja ‚niedemokratycznosc’ sprawnoscia dzialan i tak USA jakos funkcjonuja. Niemniej jednak koncerny takie jak Lockhead Martin maja nadmiernie wielka wladze nad politykami, ktorym zaczyna zalezec bardziej na relacjach z nimi, niz z wyborcami.
          Pozdrawiam

          Odpowiedz

          • bisnetus

            08. Sie 2015,  godz. 08:44

            Myślę, że demonizuje Pan zbytnio listy partyjne. Listy same w sobie nie są patologią i czynnikiem korupcjogennym. Są tez w sumie sprawą „wewnętrzną” partii, które je tworzą. Patologie biorą się bardziej z wykluczenia obywateli i całych grup podmiotów politycznych z procesów wyborczych, braku uczciwej konkurencji i oddania de facto monopolu na tworzenie list scentralizowanym nomenklaturom partyjnym. Stąd bierze się ta dyktatura prymitywów i neobolszewickich partyjek typu PO, SLD i PiS. Normalne wybory z równym udziałem na obszarze okręgów wyborczych kandydatów bezpartyjnych, zrzeszonych lokalnie i zrzeszonych w partiach politycznych rozniosłoby to postsowieckie badziewie w pył. Z tymi ich listami z bezkręgowcami.

            Druga sprawa. Demokracja przedstawicielska wymaga organów przedstawicielskich w których praca i procesy decyzyjne mają jakąś pragmatykę i sens. Pan proponuje tutaj Brytyjczykom parlament liczący blisko 2000 reprezentantów a Amerykanom tak na oko liczący okołow 10.000 reprezentantów. Mi osobiście trudno sobie wyobrazić rozsądną dyskusję i pracę decyzyjną w tak ogromnych gremiach. To są gremia stadionowe bardziej niż parlamentarne. Myślę, że koncentrowanie się na jednym tylko aspekcie w sprawach, gdzie trzeba uwzględniać dziesiątki różnych czynników składających się na złożony system prowadzi na manowce.

            Tak uwaga ogólna powtórzona – myślę, że nie służy sprawie JOW-ów używanie argumentów, które próbują robić z absolutnych światowych i zachodnich liderów pod niemal każdym względem, wzorcowych demokracji i to jeszcze z częściowymi lub pełnymi JOW-ami jakiś chorych reżimów rodem z Bantustanu. Każda demokracja ma swoją specyfikę i problemy, amerykańska i niemiecka również, ale przesuwanie tych krajów do rodziny trzeciego świata tylko dlatego, że nie odpowiadają w 100% naszej idealnej koncepcji jest moim zdaniem ogromnym błędem a co gorsza postępowaniem nie służącym sprawie.

Skomentuj