Dziś przed każdymi wyborami jesteśmy świadkami rozkosznego żonglowania miejscami na listach przez przywódców wszystkich partii. Jednomandatowe okręgi wyborcze położyłyby temu kres – uważa publicysta.

 


Artykuł dostępny jest na stronie "Rzeczpospolitej": http://www.rp.pl/artykul/703646.html



Dyskusja - 8 Komentarzy
  1. Jerzy Przystawa

    26. Sie 2011,  godz. 18:15

    Panowie, fakt, że dzisiaj znani dziennikarze zauważają sprawę JOW i o niej piszą oznacza, że jesteśmy na kolejnym etapie walki o JOW. Oznacza, że sprawa JOW nabrała „praw obywatelskich” i można już o niej pisać, pozytywnie, negatywnie i krytycznie. Czytelnicy tych Panów to nie są sami idioci, ale też ludzie,którzy swój rozum mają, a w ten sposób po prostu dowiadują się, że taka możliwość istnieje i ktoś sie o nią dopomina. Msimy teraz wywalczyć prawo obywatelstwa dla Ruchu JOW, żeby o tej srawie mieli prawo w tych mediach wypowiadać się ludzie tacy jak my. Na to musimy jeszcze trochę poczekać i trochę mocniej powalczyć. Kilka dni temu udzieliłem wywiadu dziennikarce z „Super ekspressu”. Jakoś znlazła mój prywatny numer telefonu i bardzo jej zależało. Nawet obiecywała przysłać tekst do autoryzacji, ale, ze względu na pewne trudności, zgodziłem się na publikowanie bez tego. Ale, niestety, nic z tego nie wyszło. Co zonacza, że naczelny tej miłej gazety uznał, że jeszcze nie czas, aby udzielać głosu ludziom Ruchu. Ale to przyjdzie, bo sprawa się rozchodzi i jest nie do zatrzymania. Jest tylko kwestia czasu. Każdy dzień bez JOW to dzień dla Polski i Polaków stracony. To musimy uświadamiać i wjaśniać.

    Pozdrawiam,

    Odpowiedz

  2. Wiesław Liźniewicz

    26. Sie 2011,  godz. 13:34

    Szanowny Panie!

    To bardzo dobrze, że dziennikarze nagłaśniają system JOW, ale bardzo źle, że nie piszą o tym systemie całej prawdy. Być może jej nie znają, a może tylko udają, że nie znają. Bo nie wierzę, że szanujący się dziennikarz nie jest w stanie dotrzeć do tej strony i przeczytać tego co trzeba. Wystarczy wpisać w przeglądarce „jednomandatowe okręgi” i strona wyskoczy. Zakładam więc złą wolę lub działanie z pełną premedytacją.

    Te trzy warunki, o których pisze prof. Przystawa, muszą być spełnione łącznie. Bez tego wyjdzie karykatura JOW i jego kompromitacja. Takie jest moje zdanie. Być może mylę się. Być może czas pokaże, że mają rację ci, którzy dziś entuzjastycznie witają takie artykuły. Oby oni mieli rację. Ja, niestety, nie potrafię wykrzesać z siebie tyle entuzjazmu. Proszę się jednak nie obawiać – moje opinie nie mają mocy sprawczej.

    Odpowiedz

  3. Wiesław Liźniewicz

    25. Sie 2011,  godz. 21:03

    Wśród szlachty zdarzali się światli ludzie. Jednak ich ilość w stosunku do ogółu populacji tej klasy była znikoma w stosunku do potrzeb. O tym pisał Prus (też szlachcic) w swoich „Kronikach Tygodniowych”, podając za przykład właśnie Anglię. Ja jednak pisałem o arystokratach i chłopach. I dalej twierdzę, że gdyby taki Radziwiłł zaproponował jakiemuś chłopu na Kresach jakieś pieniądze, to ten bez wątpienia przyjąłby je i cała wieś przez tydzień piłaby na umór. I to jest ta różnica.

    Generalnie chodziło mi jednak o coś innego. O to, że Anglicy wiedzą po co mają taką ordynację wyborczą jaką mają. Natomiast wiele innych krajów kopiuje ją w sposób bardzo beztroski. Wszystko wskazuje, że w Polsce również wszystko zmierza w tym kierunku, bo w tych wszystkich przytaczanych tu artykułach nikt z tych dziennikarzy nie mówi o spełnieniu łącznie tych trzech warunków, o których pisze prof. Przystawa w książce „Konieczność nieuświadomiona”. To podniecanie się tym, że ktoś gdzieś pisze o JOW jest dla mnie niezrozumiałe, bo nie pisze do końca. Wręcz przeciwnie – pisze wybiórczo. Nic z tego nie będzie. Taka jest moja opinia. Być może się mylę, ale tak myślę.

    Odpowiedz

  4. Krzysztof Kowalczyk

    24. Sie 2011,  godz. 11:43

    Też podzielam ocenę red. Graczyka nt. spodziewanych efektów JOW do Senatu. A co do jego deklaracji, to myślę, że im bliżej naszego celu, a zwłaszcza jak zostanie zrealizowany, tym więcej znanych redaktorów, którzy dotychczas siedzieli cicho będzie twierdzić coś w rodzaju „przecież od początku to popierałem”!

    Odpowiedz

  5. Jerzy Przystawa

    24. Sie 2011,  godz. 07:33

    Krzysztof Kowalczyk: uważam, że p. Graczyk trafnie ocenia sytuację. Przy okazji deklaruje on, że jest dłużej zwolennikiem JOW niż mają lat woJOWnicy! To bardzo ciekawa deklaracja! Szkoda, że tak długo to ukrywał, bo może wspólnie coś byśmy więcej zdziałali, zwazywszy jego pozycje w mediach.

    Odpowiedz

  6. Jerzy Przystawa

    23. Sie 2011,  godz. 16:20

    Uważam, ze senator Stokłosa prawidłowo ocenia sytuację polityczną i zdaje sobie sprawę, że w obecnej sytuacji nie ma szans na wygraną. Dał on potężnego pstryczka w nos wszystkim partiom politycznym i ośmieszył je, więc teraz by mu nie przepuściły i nie dałby rady ze zmasowanym atakiem na swoją osobę w najbliższej kampanii wyborczej. Wybory uzupełniające partyjniacy zlekceważyli i Stokłosaw wygrał, teraz to już inna sprawa. Musiałby wydać za dużo pieniędzy, a tymczasem wolno mu wydać nie więcej niż jakieś 50 tysięcy. To za mało na walec partyjny. Odcodzi, jako ten,który wygrał.

    Odpowiedz

  7. Krzysztof Kowalczyk

    23. Sie 2011,  godz. 15:19

    Na temat JOW zabrał ostatnio również głos inny znany publicysta Roman Graczyk: http://fakty.interia.pl/felietony/graczyk/news/sa-jow-y-ale-jakoby-ich-nie-bylo,1682590

    A dzisiaj pojawiła się informacja na temat „ulubieńca” przeciwników JOW – Henryka Stokłosy – który co ciekawe akurat wtedy zrezygnował z kandydowania, gdy do Senatu po raz pierwszy wprowadzono JOW:
    „Nie startuję w wyborach, etap polityki w moim życiu mam już za sobą – powiedział senator Henryk Stokłosa. Nie chciał komentować swojej decyzji odejścia z polityki. Senator ma postawione liczne zarzuty korupcyjne, przeciwko niemu toczy się sprawa sądowa.”

    http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,Glosne-nazwisko-rezygnuje-z-polityki,wid,13710570,wiadomosc.html?ticaid=1ce4e

    Odpowiedz

  8. Wiesław Liźniewicz

    21. Sie 2011,  godz. 21:01

    Przeczytałem artykuł i dowiedziałem się z niego, że największym problemem JOW jest „gerrymandering” czy coś w tym stylu. Wcześniej z innych komentarzy na portalu prawica.net dowiedziałem się, że JOW jest w kilkudziesięciu krajach na świecie i nic z tego nie wynika. I o to w tym wszystkim chodzi: mówić o JOW, ale nie do końca, tak by całą ideę skompromitować. Tak robi autor tekstu w „Rzeczpospolitej”, tak robią inni, tzn. mówią i piszą, ale nie do końca. Bo nie napiszą, że:

    – Ruch domaga się jednakowych, o mniej więcej równej liczbie wyborców, jednomandatowych okręgów.
    – wyborów takich jak w Wielkiej Brytanii: 10 czy 15 obywateli zgłasza kandydata i szlus! Nie ma mowy o korupcji, nie ma mowy o łapankach na ludzi, prosty, czytelny przepis.
    – chcemy, żeby wybory, tak jak w Anglii czy Ameryce, odbywały się w jednej turze. Ten, kto dostaje najwięcej głosów – wygrywa. Żadnych baraży, żadnych machinacji i manipulacji głosami wyborców i przepływami elektoratu.

    Tak to stoi w książce „Konieczność Nieuświadomiona” wydanej przez Wydawnictwo „Wektory” Sadków, 2006.

    Bez tych trzech warunków, łącznie spełnionych, nie ma mowy o JOW, może być tylko mowa o kompromitacji tej idei.

    Po co więc Anglikom taka ordynacja, skoro inne narody, choćby Niemcy, mają inną i dobrze sobie radzą? Ona służy przede wszystkim do selekcji. Tu nie chodzi tak naprawdę o demokrację, chodzi o wybranie najlepszych ludzi w danej dziedzinie. Anglosasi mają doskonały system edukacji, ale nie po to by wszyscy byli doskonale wykształceni, tylko po to, by wyselekcjonować najlepszych. I to samo robią w polityce. Oni wiedzą, że elity nie degenerują się, gdy następuje dopływ „świeżej krwi”, a ta jest do pozyskania tylko z dołu. I tu przykład:

    „Pewnego razu wieśniak pracujący na polu usłyszał krzyk dziecka dochodzący z pobliskich wrzosowisk. Porzucił swoje zajęcie i pobiegł zobaczyć co się dzieje. Kilkuletni chłopak ugrzązł w bagnie i wzywał pomocy. Szczęśliwie wieśniak pomógł dziecku wydostać się, ratując go od niechybnej śmierci.

    Po jakimś czasie zajeżdża pod dom wieśniaka elegancki powóz, z którego wychodzi nie mniej elegancki arystokrata.

    – Uratowałeś życie mojemu synowi – zwraca się do wieśniaka. Zapłacę ci każdą sumę jakiej zażądasz.
    – Nie dla pieniędzy ratowałem twego syna – odpowiada wieśniak.
    – Czy to twój syn – pyta arystokrata – widząc chłopca stojącego nieopodal.
    – Tak, to mój syn – odpowiada wieśniak.
    – Skoro nie chcesz pieniędzy, to wykształcę twego syna jak własnego.

    I tak się stało. Syn wieśniaka skończył szkoły i studia, podobnie jak uratowany chłopak. I wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Pozostaje jeszcze odpowiedzieć sobie kim był uratowany chłopak i kim był syn wieśniaka. Ten pierwszy to Winston Churchill , drugi to Aleksander Fleming – odkrywca penicyliny, laureat nagrody Nobla.

    Już nie pamiętam kiedy i gdzie przeczytałem tę historyjkę, ale od razu nasunęła mi się pewna refleksja. Czy taka sytuacja byłaby możliwa w Polsce? Czy tak potrafiłby zachować się jakiś Radziwiłł czy inny Potocki? Czy podobnie jak ten szkocki wieśniak zachowałby się jego polski odpowiednik? Szczerze mówiąc wątpię. Powiem więcej – jestem pewien, że nie.”

    Problem jest więc taki: czy mówić o JOW w wersji angielskiej całą, ale niewygodną prawdę, czy nie grać w otwarte karty? Na razie, jak widzę, wybierane jest to drugie rozwiązanie. I tak źle, i tak niedobrze. Niedomówienia powodują, że zbaczamy na „gerrymandering” i temu podobne didaskalia. Z kolei powiedzenie całej prawdy, też może okazać się niewygodne. Wszak to Churchill powiedział Anglikom w pierwszej kampanii wyborczej po wojnie prawdę: mogę wam obiecać tylko pot i łzy – i przegrał wybory.

    Odpowiedz

Skomentuj

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.