17 lutego br. rząd p. Beaty Szydło przyjął uchwałę zatwierdzającą sygnowany przez wicepremiera Mateusza Morawieckiego „Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”. Sposób przygotowania i przyjęcia oraz treść planu gospodarczego, mającego być strategią gospodarczą na najbliższe 25 lat, rozwiewa złudzenia co do nowej jakości polskiej polityki gospodarczej i nowej jakości tej ekipy rządowej. Oto długofalowa strategia gospodarcza, będąca de facto autorskim pomysłem p. Morawieckiego i jego ludzi, nie była nigdy wcześniej upubliczniona i poddana publicznej debacie. PiS po prostu przyszedł do władzy bez własnego programu gospodarczego i to po 8 latach bycia w opozycji, będąc na dodatek finansowany jako partia z budżetu państwa. Dlaczego nie stworzył programu? Bo w tej ordynacji wyborczej nikt go do tego zmusić nie może, gdyż jego posłowie nie byli i nie są zależni od wyborców, tylko od woli prezesa, więc przesiedzieli w ciepłym spokoju 8 lat, o nic się nie martwiąc i do niczego nie będąc zmuszani.

Infantylnie ponad głowami obywateli

Ten arbitralny sposób przygotowania i przyjęcia planu Morawieckiego, pokazuje, iż ten rząd czuje się być, tak jak poprzednie, ponad obywatelami. PiS nie przedstawił w kampanii wyborczej programu gospodarczego, bo go nie miał. Teraz zaś autorska i to zaledwie wstępna koncepcja programowa, nie była również przedstawiona publicznie i publicznie debatowana. Co gorzej, nadal nie rozpoczęto publicznej i w pełni otwartej debaty na temat największych zagrożeń i wyzwań cywilizacyjnych i gospodarczych dla przyszłości Polski i Polaków. Nawet słyszałem gdzieś oficjalne zdanie o tym, że wicepremierowi Morawickiemu należy zostawić „wolną rękę”. W czym? We wciąganiu nas dalej w matnię ekonomiczną? Jak można w decydującej dla przyszłości Polaków kwestii zarzucić publiczną debatę? Takiej debaty celowo zresztą nie było od początku szokowej transformacji, po to by narzucić Polakom neokolonialne programy i polityki gospodarcze, od planu Sorosa-Sachsa poczynając. Władze TV i PR się zmieniły, tyle że obszary milczenia, od zadłużenia zagranicznego po JOW, zostały po staremu.

Co gorsza przyjęty w ten sposób plan Morawieckiego jest mocno infantylny. Zakłada skądinąd zbożne cele, jak reindustrializację, rozwój innowacyjnych firm, narodowe zrównoważenie rozwoju, wzmocnienie polskiego kapitału, ekspansję zagraniczną i rozwój społeczny i regionalny. Pomijając fakt, że nie przedstawia instrumentów realizacji, jest naiwny gospodarczo, gdyż nie dostrzega strukturalnych przyczyn sytuacji gospodarczej Polski. A w związku z tym i proponowane rozwiązania nie mogą mieć strukturalnego, czyli mogącego odwrócić naszą neokolonialną sytuację, charakteru. I dlatego zawarte w tym planie wnioskowanie ekonomiczne jest na poziomie mocno zdziecinniałym.

Infantylizm ekonomiczny widać jak na dłoni w błędnie zdefiniowanych głównych zagrożeniach, które Morawicki nazywa „pułapkami”. Te pułapki jego zdaniem to pułapki „średniego dochodu”, czego symbolem są 3-krotnie niższe polskie zarobki w relacji do wysokorozwiniętych krajów zachodnich; „braku równowagi” w relacjach między polską własnością gospodarczą a własności zagraniczną w naszym kraju, czego symbolem jest fakt, iż 2/3 krajowego eksportu tworzą firmy zagraniczne; „przeciętnego produktu”, czego symbolem jest fakt, iż tylko 5% eksportowanych produktów ma innowacyjny charakter; „demograficznej”, w postaci spadającej liczby ludności Polski i „słabości instytucjonalnej”, czego wyrazem jest „luka wpływów” podatku VAT oceniana na 35 do 55 mld zł.

Problem w tym, że te „pułapki” to tylko pochodne o wiele groźniejszych i głębiej osadzonych, a niewidocznych dla autorów tego planu, zagrożeń.

Utrata suwerenności ekonomicznej Polski

Decydujące zagrożenia są bowiem strukturalne i wynikają z 26 lat polityki peryferyzującego rozwoju niedorozwoju, od rozbioru gospodarczego w ramach prywatyzacji polskiego przemysłu i bankowości, czyli wyprzedaży w ręce zachodniego kapitału 50% sektora przemysłowego i 75% sektora bankowego za 4 do 5% wartości odtworzeniowej i utraty 5 mln miejsc pracy, poczynając. Polska została przekształcona w obszar swobodnej eksploatacji ekonomicznej przez zachodnie centra kapitałowe. To są zagrożenia, które stopniowo wciągają nas w matnię gospodarczą i cywilizacyjną, z trudnymi do przewidzenia konsekwencjami historycznymi.

W konsekwencji utraciliśmy zasadniczo suwerenność ekonomiczną państwa, co uniemożliwia nam prowadzenie skutecznej narodowej polityki gospodarczej. I misją każdej narodowej strategii gospodarczej winna być jak najszybsza odbudowa suwerenności ekonomicznej Polski, nade wszystko w zakresie zapaści zadłużenia zagranicznego, zapaści suwerenności monetarnej i zapaści narodowej własności przemysłowej. W tej sprawie przedstawiłem już publicznie swoje propozycje działań w „Projekcie strategii programowej wolnych Polaków w wyborach parlamentarnych” na początku września ubiegłego roku, więc daruję sobie powtórki.

Najbardziej niebezpiecznym krótkookresowo skutkiem utraty suwerenności ekonomicznej państwa jest zadłużenie zagraniczne Polski, które przekracza 290 mld euro, w tym zadłużenie rządowe przekraczające 130 mld euro. I jak najszybsza redukcja tego długu jest, w obliczu groźby deflacji długów, pierwszoplanowym zadaniem każdego rządu. Tymczasem rząd PiS-u zdążył już dorzucić do istniejącego zadłużenia kolejne 20 mld zł i niewykluczone, że były to w całości pieniądze z zagranicy, czyli gdzieś z 5 mld euro. Ot tak, na początek. Potem będzie rosło dalej.

To już jest szubieniczna beztroska. To wszystko dzieje się w sytuacji narastającego chaosu światowego, gdzie groźba kolejnych implozji w sektorze światowych finansów stale wisi w powietrzu. To wszystko grozi wybuchem deflacji naszego gigantycznego zadłużenia. Wystarczy bowiem, że złoty potanieje o 30% – 40%, a to przy tym jego nadęciu jest w zasięgu ręki, a realnie dług zagraniczny o tyle samo wzrośnie. PiS kontynuuje wciąganie nas w matnię zadłużeniową. A to, że wolniej niż PO, PSL i SLD, to nie ma żadnego praktycznie znaczenia.

W wyniku rozbioru gospodarczego polskiego przemysłu, Polska stała się tanim dodatkiem gospodarczym do produkcji finalnej Niemiec i zachodnich centrów przemysłowych. Jak twierdzą naukowcy z Polskiego Lobby Przemysłowego, Polska posiada współcześnie największy potencjał przemysłowy w tych dziedzinach, które są pozbawione długookresowych perspektyw rozwoju, zaś specjalnością polskiego eksportu przemysłowego stały się produkty podwykonawcze zewnętrznej produkcji finalnej, produkty jedynie montowane z importowanych części oraz produkty przemysłów surowcowych, jak miedź, srebro i koks. I to, że będziemy krajem innowacyjnych poddostawców i krajem innowacyjnych montowni obcych produktów finalnych, w niczym nie zwiększy nam rentowności naszej produkcji przemysłowej, a w konsekwencji poziomu zarobków i życia Polaków. Bo kluczem do zrozumienia naszej sytuacji jest niski udział w produkcji przemysłowej najbardziej rentownej produkcji finalnej, sięgający zaledwie około czterdziestu kilku procent, a ten wynika z utraty suwerenności ekonomicznej przemysłu. Ale tego nie wie autor i autorzy planu gospodarczego rządu PiS. I infantylnie plotą o „innowacyjności” samej w sobie i „pułapkach” spadłych z nieba.

Wirus neoliberalizmu

W tym „planie Morawieckiego”, choć w głębi i słabo widocznie, czai się śmiertelnie niebezpieczny dla speryferyzowanych gospodarczo krajów, takich jak Polska, wirus neoliberalizmu, by użyć określenia Samira Amina. Ten wirus to neoliberalna ideologia gospodarcza, którą celowo i systemowo zakaża się dyskurs ekonomiczny krajów gospodarczo podporządkowywanych, w celu ich sprawnej eksploatacji. Jego najgroźniejszym jadem chorobotwórczym jest dyskredytacja roli państwa i jego instytucji w gospodarce. Rynki mają bowiem być wolne od państw dla potrzeb i swobody działania międzynarodowych koncernów i banków, których jednostkowe obroty przekraczają budżety takich państw, jak nasze.

Jedyne państwo, które startując w 1990 roku z pozycji do Polski jakościowo zbliżonej, choć ilościowo lepszej, stworzyło innowacyjną gospodarkę opartą na wiedzy, i to w oparciu o własne siły, to Finlandia. Finlandia już od lat zajmuje najwyższe miejsca w międzynarodowych rankingach innowacyjnych oraz konkurencyjnych gospodarek, a światowe sukcesy fińskiej korporacji Nokia stały się symbolem sukcesów gospodarczych i technologicznych tego kraju. I niech przykład roli państwa w tym skoku cywilizacyjnym, zastąpi mi bardziej ogólną argumentację ekonomiczną.

Z analizy Józefa Wierzbołowskiego wyłania się obraz nowatorskiej i kluczowej roli państwa fińskiego w tworzeniu innowacyjnej gospodarki opartej na wiedzy. Państwo to było od lat 80. konsekwentnym, aktywnym i kreatywnym podmiotem strategii rozwoju opartej na przekonaniu, iż „wobec wyłaniania się nowej formacji cywilizacyjnej w postaci społeczeństwa informacyjnego – pisał J. Wierzbołowski – przyszłość Finlandii zależy od możliwie szybkiego i sprawnie przeprowadzonego włączenia się do grona krajów kojarzących swój rozwój z gospodarkę oparta na wiedzy, a więc takim szczególnym procesem reprodukcji społecznej, w którym wiedza i wynik prac B+R są podstawowym czynnikiem rozwoju społeczno-gospodarczego i kulturalnego”. Selektywna polityka przemysłowa wspierająca rozwój najnowocześniejszych sektorów produkcji, a przede wszystkim technologii informacyjnych, oparcie strategii rozwoju na wielkich klasterach jako współpracujących zgrupowaniach firm i jednostek naukowo-badawczych, stworzenie krajowego systemu innowacji, ścisłe powiązanie polityki przemysłowej z polityką naukową i polityką rozwoju technologicznego, interwencyjne wspieranie przez państwo sprzężeń zwrotnych między nauką a przemysłem, to przykłady kreatywnej i aktywnej roli państwa fińskiego w tworzeniu gospodarki opartej na wiedzy.

Dodam, iż w tym samym czasie w Polsce czołowi politycy głosili publicznie tezy typu „najlepszą polityką przemysłową jest brak polityki przemysłowej”, by zacytować „znakomitego” „stratega” ” rozwoju” „polskiego przemysłu” ministra rządu Tadeusza Mazowieckiego, Tadeusza Syryjczyka. Przez następne zaś lata nie próbowano i nadal nie próbuje się stworzyć jakiejkolwiek polityki przemysłowej polskiego państwa, nie wspominając już o jej realizacji. A trudno za taką uznać zrobioną na kolanie wstępną koncepcję selektywnego wsparcia przemysłu M. Morawieckiego.

Również i sam sposób działania państwa fińskiego oparty na ścisłym współdziałaniu administracji państwowej z instytucjami nauki, organizacjami gospodarczymi, organizacjami pracodawców i pracobiorców i samorządami terytorialnymi, oparty na partnerstwie publiczno-prywatnym oraz na tworzeniu korzystnego klimatu społecznego poparcia dla wiedzy i innowacyjności, potwierdza kreatywność i aktywność państwa w budowie gospodarki opartej na wiedzy.

Kreatywne i sprawne państwo narodowe a JOW

Aby stworzyć innowacyjną gospodarkę opartą na wiedzy i dokonać innowacyjnej reindustrializacji, odbudowując polski przemysł i jego finalną produkcję, trzeba więc posiadać kreatywne i sprawne państwo narodowe. Ale Polacy takiego państwa nie mają. Mają zbliżone do państw tzw. III Świata „miękkie” państwo, aby użyć określenia Gunnara Myrdala. To „miękkie” państwo III RP charakteryzuje się takimi cechami konstytutywnymi jak: (1) niski stopień skuteczności i ainnowacyjność działania aparatu państwowego; (2) niski stopień praworządności i służebności publicznej władz państwowych, aż po ich samowolę i anarchię i (3) wysoki stopień korupcji finansowej i politycznej aparatu państwowego. I z takim państwem nie ma szans na jakąkolwiek naprawę gospodarki. Takie państwo jest w naszych czasach światowego chaosu zagrożeniem dla historycznej egzystencji narodowej.

A o „miękkości” tego państwa decyduje jakość elit politycznych Sejmu. To partie zwycięskie tworzące rząd mają bezpośredni i pośredni wpływ na obsadę blisko 50 tys. kluczowych stanowisk w aparacie państwa. I od blisko 30 lat fatalna jakość tych elit politycznych, pierwotnie wyselekcjonowanych przez komunistyczne służby specjalne Kiszczaka dla potrzeb „okrągłego stołu”, jest stale i na nowo odtwarzana. Jest odtwarzana poprzez mechanizm wyłaniania posłów do Sejmu, zwany proporcjonalną ordynacją wyborczą. Ordynacją, która w naszych realiach jest mechanizmem negatywnej selekcji samoreprodukujących się elit politycznych, dzięki partyjnym listom wyborczym, o których decydują partyjne oligarchie.

Bez przeprowadzenia pierwszych w pełni wolnych wyborów do Sejmu, opartych o 460 jednomandatowych okręgów wyborczych, z jedną turą głosowania, z pełną swobodą kandydowania wszystkich uprawnionych obywateli i z jawnością liczenia głosów, nie rozpoczniemy pozytywnej selekcji elit politycznych i nie stworzymy kreatywnego i skutecznego państwa narodowego, a więc nie zatrzymamy wciągania nas w matnię ekonomiczną. I po raz kolejny potwierdził to „plan Morawieckiego”.

27 lutego 2016

About Wojciech Błasiak

ekonomista i socjolog, dr nauk społecznych, niezależny naukowiec i publicysta, działacz Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW

Skomentuj